Andrzej Solak: Jak płomień


Miory-Witebsk-kosciol-parafialny-Najsw-Maryi-PannyW cichym, nadrzecznym zakątku rozległ się przeraźliwy kobiecy krzyk. W powietrzu unosił się ohydny zapach spalonego ludzkiego mięsa.

Ludzie biegli już z pomocą na miejsce tragedii. Kobieta, która pierwsza dokonała strasznego odkrycia, z przerażeniem spoglądała na zwęglone ciało. Znała tego człowieka. To był polski kapłan z Żytomierza, powszechnie szanowany przez miejscowych ksiądz Andrzej Fedukowicz.

Pochyliła się nad poparzonym. Ranny niespodziewanie otworzył oczy. Wpił wzrok w twarz kobiety, a w tym spojrzeniu był ogień potwornej męki, zupełnie odmiennej od fizycznego bólu. Męki spalającej życie człowieka równie skutecznie jak nafta, której resztki chlupotały w bańce stojącej tuż obok.

Przeciw ludzkości zgrzeszyłem – wyrzęził umierający kapłan. – Musiałem więc siebie ukarać…

Pasterz

Andrzej Fedukowicz przyszedł na świat pięćdziesiąt lat wcześniej, w 1875 roku, w Denisówce w diecezji wileńskiej. Dorastał pod berłem rosyjskiego cara. Jako szczery i odważny polski patriota, zdobył sobie ogromny szacunek wśród młodzieży gimnazjów Żytomierza, w których pracował jako katecheta. Nie bacząc na groźbę rządowych szykan, krzewił ducha polskości w młodych sercach. Pełnił też funkcje kanclerza kurii biskupiej w Żytomierzu, wicedziekana, proboszcza i kaznodziei żytomierskiej katedry.

Kochali go rodacy i współwyznawcy, ale on miał serce otwarte również dla innowierców. Kiedy po rewolucji bolszewickiej i rozpadzie imperium carów, w okolice Żytomierza zawitała wojna, on pomagał ofiarom nie bacząc na ich wyznanie i narodowość. W podziemiach katedry ukrywał licznych Żydów, chroniąc ich przed ukraińskimi rezunami. W kwietniu 1920 roku doczekał przybycia wojsk polskich. Wkrótce w mieście ktoś dokonał zbrodniczego nocnego napadu, mordując grupę polskich żołnierzy. O sprawstwo podejrzewano miejscowych Żydów, których część zdawała się sympatyzować z bolszewikami. Nad izraelicką społecznością zawisła groźba akcji odwetowej. Represjom zapobiegło wstawiennictwo księdza Andrzeja.

Potem Żytomierz zdobyli bolszewicy. Po zawarciu pokoju ryskiego miasto pozostało po sowieckiej stronie granicy. Przyszłość rysowała się w ciemnych barwach. Księdzu Andrzejowi przyjaciele doradzali ucieczkę do Polski. On jednak odmówił. Pasterz nie porzuca swych owiec. Zwłaszcza owiec osaczonych przez wilczą hordę.

Miecz Rewolucji

Nieco wcześniej, w 1917 roku, w Rosji pojawiło się krwawe monstrum. Nosiło wiele imion. Potocznie mówiono nań Czeka, bądź Czerezwyczajka. Jego oficjalna nazwa brzmiała: Wszechrosyjska Komisja Nadzwyczajna do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem (WCzK). W następnych latach monstrum przepoczwarzyło się w Państwowy Zarząd Polityczny (GPU), następnie w Zjednoczony Państwowy Zarząd Polityczny (OGPU). Te biurokratyczne nazwy stały się symbolem masowego terroru; będą wzbudzały paniczny lęk jeszcze u następnych pokoleń.

Ojcem potwora był Feliks Dzierżyński, skądinąd Polak, jeden z najbliższych współpracowników Lenina. Prywatnie człowiek o surowych zasadach i wielkiej wrażliwości, gorący idealista, miał ambicję zbawienia całej ludzkości. O Dzierżyńskim jego czciciele mówili: Żelazny Feliks, lub jeszcze bardziej pompatycznie: Miecz Rewolucji, i właśnie ten drugi przydomek okazał się nader trafny, jeśli uznać, że chodziło o miecz katowski. Rewolucja wyznaczyła Dzierżyńskiemu rolę głównego oprawcy.

To za jego przyczyną cała Rosja spłynęła krwią. Ponoć zabłysnął przenikliwą sentencją: „Nie ma ludzi niewinnych, są tylko źle przesłuchani”. Jak kraj długi i szeroki, jego czekiści rozstrzeliwali osoby uznane za kontrrewolucjonistów, palili je żywcem, katowali, okaleczali, wyrzynali nożami gwiazdy na czołach i oficerskie epolety na gołych ramionach, zdzierali z dłoni „rękawiczki” z ludzkiej skóry, popełniali tysiące nikczemności – wszystko w imię szczęścia przyszłych pokoleń. W izbach tortur Czerezwyczajki rozgrywały się rzeczy potworne, a z portretów wiszących tam obowiązkowo na ścianach mroził krew w żyłach uśmiech Żelaznego Feliksa.

W mroku

Miecz Rewolucji uderzył również w Polaków zamieszkujących imperium sowieckie. Także w księdza Andrzeja Fedukowicza z Żytomierza. On – wielki społecznik i patriota, kawaler Orderu Polonia Restituta, odznaczony Krzyżem Walecznych – ostatnie miesiące życia spędził z piętnem „zdrajcy”. A przecież nie był Judaszem, który z własnej i nieprzymuszonej woli sprzedał Chrystusa za 30 srebrników. Księdza Andrzeja zmiażdżyła w swych trybach Historia.

W 1923 roku funkcjonariusze OGPU aresztowali go wraz z dziewiętnastoma parafianami pod zarzutem przynależności do tajnej organizacji Orzeł Biały (w rzeczywistości nieistniejącej). Po dwóch miesiącach spędzonych w celi i w izbie tortur zgodził się podpisać deklarację współpracy z bezpieką za cenę uwolnienia więźniów.

Po wyjściu na wolność nie zamierzał wywiązywać się z obowiązków konfidenta. Aresztowano go więc ponownie. Przez sześć miesięcy czekiści OGPU prowadzili niesłychanie brutalne śledztwo, testując jego odporność na ból i poniżenie. Wreszcie na jesieni 1924 roku załamał się. Podpisał zeznanie, w którym przyznawał się do współpracy z polskim wywiadem. Pod czujnym okiem śledczych sporządził list otwarty do papieża Piusa XI, w którym zaprzeczył, jakoby pod rządami komunistów trwały prześladowania religijne, a jednocześnie oskarżył kler katolicki o prowadzenie działalności szpiegowskiej na rzecz Polski. Wtedy uwolniono go. Opuścił więzienne mury jako strzęp człowieka, z całkowicie zrujnowaną psychiką. Teraz bezradnie obserwował, jak podpisane przezeń dokumenty wykorzystywane są do bezpardonowego ataku na Kościół.

Komunistyczne gazety natychmiast opublikowały „zeznania polskiego szpiega Andrzeja Fedukowicza”. Sowiecka prokuratura powoływała się na nie wytaczając kolejne procesy katolickim kapłanom i wiernym. Na zwoływanych masowych wiecach uroczyście potępiano złowrogie knowania „dywersantów w sutannach”.

Ksiądz Andrzej słuchał tych doniesień z rosnącym przerażeniem. Nikt ze znajomych nie miał doń pretensji, nie stawiał mu zarzutów. Każdy, kto znał metody śledcze czekistów, zdawał sobie sprawę, co stało za jego rzekomym „dobrowolnym przyznaniem się do winy”. Ale jego przytłaczał ciężar popełnionej „zdrady”, wprawdzie niezawinionej, ale dającej teraz straszne owoce. Poraniony na duszy i ciele po więziennych przejściach, popadł w głęboką depresję. Otaczający go mrok zdawał się go pochłaniać. Ból duszy nie znajdował ukojenia, spalał go niewidocznym płomieniem.

Ogień i krzyk

4 marca 1925 roku ksiądz Andrzej Fedukowicz udał się nad brzeg rzeki Teterew, tam oblał się naftą i podpalił. Umierał w ogniu, krzycząc. Nadbiegli skądś ludzie, próbowali go ratować. Jeszcze przez kilka godzin tliło się w nim życie. Rzęził, że oto wymierzył sobie karę za popełniony grzech; że chciał w ten sposób przeszkodzić zgorszeniu wiernych, zgorszeniu jakie mogła wywołać jego „zdrada”…

Przy jego łożu śmierci czuwał inny polski kapłan, ks. Stanisław Jachniewicz. Wyspowiadał on konającego i udzielił mu rozgrzeszenia. Dziesięć lat później ksiądz Jachniewicz, jako ostatni katolicki duchowny w Żytomierzu, zostanie aresztowany i skazany na 5 lat łagru. Po dwóch latach odsiadki stanie ponownie przed sądem, oskarżony o prowadzenie działalności kontrrewolucyjnej, wyrażającej się w szerzeniu katolicyzmu wśród społeczności uwięzionych. Uznany winnym i skazany na karę śmierci, zginie od strzału w tył głowy 27 listopada 1937 roku, w obozie w Magadanie.

Liczbę polskich katolików zamordowanych przez komunistów w Związku Sowieckim w latach 1921-1939 szacuje się na 100 do 150 tysięcy, to jest ok. 10 proc. całej tej społeczności.

***

Pogrzeb księdza Andrzeja Fedukowicza przyciągnął tłumy. Mimo groźby represji na cmentarzu stawiły się tysiące ludzi – tak katolików, jak i innowierców. Obserwowani przez czujne oczy funkcjonariuszy i współpracowników OGPU, odprowadzili kapłana w jego ostatniej drodze. Pożegnali człowieka, który upadł i przegrał, który nie poradził sobie z rozpaczą i poczuciem winy. Ale oni wspominali go z miłością, bo wcześniej stanął do walki w ich obronie; nie porzucił ich, gdy znaleźli się w osaczeniu. I teraz modlili się nad świeżą mogiłą, długo i żarliwie, by miłosierny Bóg przygarnął do Swej ojcowskiej piersi tę udręczoną duszę.

„Wzrastanie” marzec 2012

Andrzej Solak
www.krzyzowiec.prv.pl

Zrodlo: http://cristeros1.w.interia.pl/crist/rekonkwista/jak_plomien.htm

Zdjecie: Kosciol prarafialny w Miorach w diec. wilenskiej – w tej parafii urodzil sie ks. Adrzej Fedukowicz, a 9 marca 1903 roku odprawil Msze prymicyjna. Fot. miory.blog.onet.pl / Wybor zdjecia wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2012.03.01

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek