Stanisław Michalkiewicz: Eintopfy i igrzyska


michalkiewicz-stanislaw-foto01-interWiadomo, że wbrew temu, co sądzą podejrzliwi wyznawcy teorii spiskowych, żadnych spisków nie ma, zwłaszcza w demokracji, która jest najdoskonalszym wytworem umysłu ludzkiego i w ogóle – chyba, że Rywin przyjdzie do Michnika z korupcyjną propozycją. Wtedy ludziom rozumnym nie tylko wolno, ale nawet trzeba żarliwie wierzyć w straszliwy spisek przeciwko spółce „Agora”, szczęśliwie zdemaskowany przez red. Michnika w następstwie energicznego „dziennikarskiego śledztwa” – ale to jest wyjątek potwierdzający jedynie słuszną regułę. Bo zasadą jest pełny spontan i odlot – niczym w Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka, zorganizowanej według najlepszych wzorów Winterhilfswerk, której finansowe fundamenty wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler oparł na oszczędnościach uzyskanych dzięki Eintopfom.

Jeśli sytuacja w naszym nieszczęśliwym kraju nadal będzie zmierzała w kierunku wyznaczonym przez naszych bezpieczniackich okupantów, a posłusznie realizowanym przez rząd premiera Tuska, to nie tylko doczekamy się Eintopfów, ale staną się one podstawą wyżywienia naszego mniej wartościowego narodu tubylczego. To znaczy – tak by było, gdyby nasz nieszczęśliwy kraj znajdował się pod jakąś okupacją bezpieczniackich watah. Tymczasem nic takiego nie ma miejsca, przeciwnie – co cztery lata suwerenowie wybierają sobie Umiłowanych Przywódców jakich tylko dusza zapragnie – choćby nawet posła Palikota, czy osobę legitymujacą się dokumentami wystawionymi na Annę Grodzką.

No i bardzo dobrze – ale jak w takim razie wytłumaczyć fakt, że kiedy na polecenie Sił Wyższych rząd premiera Tuska przystąpił do prac nad likwidacją Funduszu Kościelnego, natychmiast w niezależnych mediach podniosła się fala krytyki przeciwko finansowemu rozpasaniu Kościoła katolickiego, który, niczym czarna dziura, wysysa z naszego nieszczęśliwego kraju całe bogactwo? Że taką kampanię prowadzi „Gazeta Wyborcza” – nietrudno zrozumieć. Żydowskie środowiska w kraju i za granicą mogą się obawiać, że w takim razie dla nich może już nie wystarczyć i cały, nakreślony w ubiegłym roku przez Izrael i Agencję Żydowską program II etapu rabunku Polski spali na panewce. Bo etap pierwszy jest już realizowany i to z dużym rozmachem; jeśli chodzi o liczbę wniosków o przekazanie mienia w ramach ustawy z 1997 roku o stosunku państwa do gmin wyznaniowych żydowskich, Żydzi zdecydowanie przodują. Złożyli ponad 5 500 wniosków, podczas gdy Kościół w ramach restytucji – zaledwie 3000. W tej sytuacji „Gazeta Wyborcza”, która pilnuje interesu na odcinku krajowym, musi podszczuwać swoich półinteligentów i szabesgojów na Kościół katolicki, piekąc na jednym ogniu dwie pieczenie: pilnuje interesu i jednocześnie maskuje wrogą antykatolicką propagandę zatroskaniem o mniej wartościowy naród tubylczy, który najwyraźniej uważa już za swój.

Dlaczego jednak identyczną propaganda prowadzona jest w mediach kojarzonych nie tyle z Żydami, co z Wojskowymi Służbami Informacyjnymi lub Służbą Bezpieczeństwa, czy nawet przestępczością zorganizowaną? Inaczej, jak siuchtą Żydów z bezpieką trudno byłoby taką koordynację wytłumaczyć, dorzucając do tego jeszcze oczekiwania szajki nadającej ton w Unii Europejskiej, forsującej marksizm kulturowy, wrogi wszelkiej religii – z wyjątkiem oczywiście materialistycznej religii holokaustu. To jednak byłaby już teoria spiskowa, zaprzeczająca autentyczności naszej młodej demokracji, w którą ostentacyjnie wierzą nasi Umiłowani Przywódcy, bez względu na przynależność partyjną. Inna rzecz, że w odróżnieniu od teorii głoszącej autentyczność naszej młodej demokracji, teoria spiskowa dobrze, a niekiedy nawet bardzo dobrze wyjaśnia różne niepojęte inaczej zjawiska – co raczej dobrze by o niej świadczyło.

Wracając tedy do Funduszu Kościelnego, to utworzony on został w 1950 roku, po skonfiskowaniu przez komunę własności kościelnej. Komuch zobowiązał się tytułem rekompensaty finansować ubezpieczenia emerytalne duchowieństwa i niektóre inne wydatki. Teraz komuch postanowił Fundusz Kościelny zlikwidować, sugerując oparcie finansowych fundamentów Kościoła na odpisie podatkowym w wysokości 0,3 procenta. Ta propozycja została uznana ustami JE abpa Sławoja Leszka Głódzia za „wojnę religijną”. W rzeczy samej; przy pozorach obiektywizmu, propozycja ta jest elementem socjotechniki, obliczonej jeśli nie wprost na pozbawienie Kościoła płynności finansowej, to z całą pewnością – na finansowe uzależnienie Kościoła od państwa. Warto przypomnieć, że w taki właśnie sposób spacyfikowana została ogromna część Kościoła francuskiego podczas rewolucji 1789 roku – i że wprowadzenie podatku kościelnego lansował już w latach 90-tych JE bp Tadeusz Pieronek, który wreszcie doczekał się spełnienia swojej politycznej tezy. Trzeba też przypomnieć, że i sam Kościół wszedł na tę drogę po pamiętnej pielgrzymce delegacji Episkopatu do Unii Europejskiej, skąd wróciła ona całkowicie nawrócona na „integrację”.

Wszystko jednak ma swoją cenę; jeśli Kościół uzależnia się finansowo od państwa, to wystawia się na cel nie tylko posła Palikota, ale nawet rozwydrzonych kobiet, które w ubiegłą niedzielę, odrabiając pensa nakazane z uwagi na 8 marca, urządziły w Warszawie i innych miastach „manifę” pod hasłem „przecięcia pępowiny” łączącej Kościół z państwem. Dopiero na tym tle widać konsekwencje chwiejnej, a w przypadku wielu przedstawicieli duchowieństwa – nawet tchórzliwej, jeśli nie zdradzieckiej postawy podczas wojny prowadzonej przez lobby żydowskie i bezpieczniaków przeciwko Radiu Maryja. Dopóki to Radio pozostaje na pierwszej linii frontu, to wszyscy inni automatycznie są na jego zapleczu. Gdyby jednak ono zniknęło, albo zrejterowało na tyły, to wszyscy, którzy dotychczas dekowali się na zapleczu, znaleźliby się na pierwszej linii z dnia na dzień, bez żadnego przygotowania do otwartej konfrontacji z wrogiem, który w tej sytuacji na pewno nie będzie przejawiał żadnej staroświeckiej rewerencji. Wystarczy przypomnieć Adama Michnika, który na jednym etapie podlizywał się ks. Henrykowi Jankowskiemu, by ochrzcił mu syna Antosia, a później, tzn. na innym etapie, jako redaktor naczelny „GW” firmował oskarżenia księdza o pedofilię. To jest elementarz polityki, ale widocznie nie wszyscy tę lekcję przerobili.

Tymczasem Umiłowani Przywódcy rozpoczęli przygotowania do igrzysk. Tradycyjnie rozpoczęła Solidarność, kierując do Sejmu poparty półtora milionem podpisów wniosek o przeprowadzenie referendum w sprawie reformy emerytalnej. Chodzi o propozycje premiera Tuska, by zrównać wiek emerytalny kobiet i mężczyzn i wydłużyć go do 67 lat. Ponieważ propozycję premiera Tuska skrytykowały nie tylko ugrupowania opozycyjne, ale nawet koalicyjnej PSL, to nie jest wykluczone, że i PO w końcu przejdzie na jasna stronę Mocy i poprze wniosek o referendum w którym propozycja premiera Tuska oczywiście przepadnie, bo któż by chciał dłużej płacić składki emerytalne na „chmeryczną” – jak określił ją wicepremier Pawlak – emeryturę państwową?

Sęk w tym, że nikt nie odważa się przedstawić alternatywy – bo podsunięta Jarosławowi Kaczyńskiemu przez Centrum im. Adama Smitha propozycja PiS, by wprowadzić w Polsce system kanadyjski jest w warunkach polskich tylko inna wersją redukcji zobowiązań państwa wobec emerytów, przy utrzymaniu obowiązku ubezpieczeń społecznych, z którego żyje i to całkiem nieźle, spora część klasy próżniaczej. Bo Polska to nie Kanada; w Polsce wprawdzie w I półroczu wartość oszczędności osiągnęła 950 mld zł (depozyty bankowe – 440 mld, OFE – 236 mld, gotówka poza bankami – około 100 mld, pozostałe – w akcjach i obligacjach) – ale jednocześnie 62 procent gospodarstw domowych nie ma żadnych oszczędności, zaś 39 procent gospodarstw domowych nie tylko nie ma żadnych oszczędności, ale jest zadłużone.

Ale to bez znaczenia, bo nie o to chodzi, by złowić króliczka, ale by gonić go. Nikt nie będzie tu urządzał żadnej rewolucji w systemie emerytalnym, bo tak naprawdę chodzi tylko o zamarkowanie jakiejś różnicy w coraz bardziej upodabniających się do siebie formacjach parlamentarnych. Dlatego też manifestacja zorganizowana 14 marca przez PiS pod hasłem „Brońmy swoich praw”, że to niby „Polaków oszukano” i że „dość tego!” nie miała na celu jakichś konkretnych przedsięwzięć, tylko raczej dlatego, że skoro już Solidarność wystąpiła z wnioskiem o referendum, to inne formacje opozycyjne też muszą się ruszyć. Ponieważ pobożny minister Gowin też się ruszył z pomysłem deregulacji 49 spośród 380 reglamentowanych zawodów, PiS przyjął propozycję rozmów na ten temat – akurat z pobożnym ministrem Gowinem, który opowiedział się przeciwko postawieniu Zbigniewa Ziobry i Jarosława Kaczyńskiego przed Trybunałem Stanu za zbrodnie IV Rzeczypospolitej. Jarosław Kaczyński oświadczył, że domaga się postawienia go przed Trybunałem, bo jako podsądny będzie mógł powiedzieć „wszystko”, o czym – jak można domyślać się a contrario – dzisiaj nie mówi. Taka deklaracja może podziałać na wielu mitygująco, ale są i wyjątki – m.in. w osobie pana Waldemara Kuczyńskiego, którego nienawiść do Jarosława Kaczyńskiego i IV RP – jak z niebywałą przesadą określany jest niekiedy okres rządów PiS – wydaje się większa, niż instynkt samozachowawczy. Nie potrafię wyjaśnić tego inaczej, jak ogromnym stresem, jaki Waldemarowi Kuczyńskiemu musiał towarzyszyć przez cały czas IV RP i w tej sytuacji wolałby już cokolwiek, byle nie tamtą traumę. W tej sytuacji nie tylko jemu przyda się chwila odprężenia, jakie zapewne stanie się udziałem naszego nieszczęśliwego kraju podczas Euro 2012, wobec którego już bledną wszystkie inne problemy.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).

Za: Strona autorska – Stanisław Michalkiewicz

POLISH CLUB ONLINE, 2012.03.18

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek