Uwe Müller, Grit Hartmann: Czy prezydent Niemiec to beneficjent STASI?


Peter-Michael-Diestel-i-Joachim-Gauck-z-prawej-rozmawiaja-w-Berlinie-1990r-fot-Peer-Grimm-Deutsches-Bundesarchiv-wzzw.comPeter-Michael Diestel interpretuje zawartość teczki pierwszego prezesa BStU jako świadectwo konszachtów ze Stasi. Sformułował nawet tezę, że Gauck był „beneficjentem” Stasi – piszą w swojej książce niemieccy dziennikarze Uwe Müller i Grit Hartmann. Wątpliwości wokół osoby nowego prezydenta Niemiec jest w niej więcej.

Trudności zjednoczonych Niemiec z uporaniem się z komunistyczną spuścizną widać najlepiej po działalności Urzędu ds. Akt Stasi byłej NRD, potocznie zwanym od nazwiska pierwszego prezesa Instytutem Gaucka. Dobre imię BStU zakorzenione w opinii publicznej stoi często w jawnej sprzeczności z rzeczywistą rolą, jaką ten Urząd odegrał w rozliczeniach z reżimem SED. Z jednej strony bardzo szybko okazało się, że zachodnioniemieccy politycy wykazują jedynie niewielkie zainteresowanie pracą tej instytucji. Z drugiej zaś sposób obchodzenia się ze spuścizną MfS nadszarpnął mocno wiarygodność administratorów akt.

Ale druga prezes BStU, Marianne Birthler, wydawała się nie dostrzegać niedoskonałości w funkcjonowaniu tej instytucji. Była wyraźnie zadowolona, gdy pod koniec stycznia 2006 roku wystąpiła na konferencji prasowej w Berlinie, po wyborze przez Bundestag na kolejną kadencję, przy jedynie 60 głosach sprzeciwu, głównie deputowanych Die Linkspartei. Marianne Birthler, była polityk niemieckich Zielonych, życzyła sobie tak szerokiego poparcia i starannie je sobie wypracowała. Zamiast poddać swoją kandydaturę pod głosowanie na forum parlamentu jeszcze przed złożeniem urzędu przez czerwono-zielony rząd, wolała uzyskać ponadfrakcyjne poparcie nowego składu Bundestagu. Po wyborze na prezesa BStU Birthler oznajmiła z dużą pewnością siebie, że chce „dalej rozwijać” swój urząd, a wynik głosowania Bundestagu jest dla niej jasnym przesłaniem, że „w tym kraju istnieje wola konfrontacji z dyktaturą SED”.

BStU zarządza spuścizną Ministerstwa Bezpieczeństwa Państwa byłej NRD, która w przeliczeniu na liczbę mieszkańców, była największą tajną służbą na świecie. Spuścizna MfS obejmuje 1,3 mln fotografii, tysiące filmów, nośników dźwięku, taśm magnetofonowych i około 180 km akt. Gdyby je ułożyć obok siebie, sięgałyby z północny Berlina do południowej części Lipska. Po upadku muru, mimo oporu bońskiego rządu, Niemcy wschodni wywalczyli sobie dostęp do tych unikalnych zbiorów. Ich zawartość jest udostępniana osobom prywatnym, instytucjom, naukowcom i mediom według ściśle określonych ustawowych przepisów. Na początku lat 90. BStU liczyło około 3300 współpracowników. Urząd ma w swojej pieczy unikalne archiwum dokumentów dotyczących niemal czterech milionów wschodnioniemieckich i dwóch milionów zachodnioniemieckich obywateli. Zbiory BStU opisują sposoby zachowań ludzi żyjących w systemie totalitarnym oraz ich postawy wobec dyktatury, oporu lub kolaboracji.

Marianne Birthler, była działaczka praw człowieka, na co dzień urzęduje w gabinecie na ósmym piętrze, z którego okna może spoglądać bezpośrednio na gmach Karl-Liebknecht-Haus, w którym mieści się centrala Die Linke. A jak wiadomo, akta MfS obciążają co dziesiątego z ponad 200 deputowanych tej partii na poziomie federalnym i krajowym. Tym samym udział mandatariuszy podejrzanych o współpracę ze Stasi jest trzykrotnie wyższy od udziału osób posądzanych o ten proceder w całym społeczeństwie byłej NRD[1]. Towarzysze z Die Linke już wcześniej nie szczędzili mocnych słów pod adresem Joachima Gaucka nazywając go niemieckim McCartym, cenzorem i wielkim inkwizytorem. Naturalnie z tych samych powodów także wobec Birthler czuli podobną niepohamowaną niechęć.

W zasadzie wielu mandatariuszy Die Linke nie mogłoby sprawować żadnych funkcji w służbie publicznej. Od czasu zjednoczenia Niemiec BStU udzielił odpowiedzi na ponad 1,7 mln zapytań dotyczących współpracy ze Stasi urzędników państwowych. Nauczyciele, policjanci, urzędnicy, żołnierze, naukowcy musieli niejednokrotnie przechodzić procedurę sprawdzającą. Jednak „regularne lustracje”, wbrew swojej nazwie, nie były obowiązkowe i leżały w gestii pracodawcy, który zresztą mógł swobodnie dysponować wynikami uzyskanymi z BStU. Najczęściej informacje te pozostawały tajne. Na pewno wiele osób obciążonych współpracą ze Stasi nie straciło swojej pracy. Ale prawdą jest także to, że dane pochodzące z BStU zwichnęły karierę dziesiątkom tysięcy byłych obywateli NRD. Ten fakt przysporzył Urzędowi sporo niechętnych opinii, na przykład osób uważających, że dopóki potężna nomenklatura komunistyczna może nadal działać, „drobni” donosiciele nie powinni być pociągani do odpowiedzialności. Regine Hildebrandt, minister spraw socjalnych Brandenburgii (SPD), często postrzegana jako rzeczniczka zwykłych, prostych ludzi, od samego początku chciała całkowitego zamknięcia akt Stasi. Sama chętnie opowiadała, jak była szykanowana przez enerdowską policję ludową, ponieważ jej długie nazwisko nie mieściło się w urzędowych formularzach: „Bardziej mi to uwłaczało niż aktywność niejednego IM.”

Z zasobów MfS ofiary czerpią wiedzę na temat własnych biografii. Czytają w dokumentach o tym, jak byli inwigilowani aż po najbardziej intymne sfery ich życia oraz konsekwencjach tych inwigilacji. Nagany, szykany, zniszczone przyjaźnie i małżeństwa, lata aresztu. W dalszym ciągu co miesiąc wpływa do Urzędu około 10 tys. wniosków o możliwość wglądu do prywatnych teczek. Nadal zgłaszają się udręczeni własną przeszłością ludzie, którzy po raz pierwszy przekraczają progi czytelni berlińskiej centrali lub placówek BStU w byłych okręgach NRD. Niekiedy potrzebowali wielu lat, aby zdobyć się na odwagę i zajrzeć we własne akta.

Istotą działalności BStU jest udostępnianie dokumentów zwykłym obywatelom, naukowcom i mediom oraz innym instytucjom. Marianne Birthler na początku swojej działalność w BStU nie pozostawiała wątpliwości, co do tego jak bardzo jest dla niej istotna praca edukacyjna. Swoją rolę widziała w tworzeniu zrębów współpracy z ministerstwami kultury i oświaty oraz szkołami. Tymczasem podczas konferencji prasowej, na początku 2006 roku, gdy rozpoczynała swoją drugą kadencję, nawet już nie wspomniała o edukacyjnym aspekcie pracy Urzędu. Birthler oznajmiła jedynie, że uczyni ze swojej placówki „centrum kompetencyjne ds. MfS”.

Ostatecznie jednak rok 2006 okazał się dla Marianne Birthler fatalny. Pod koniec listopada tego roku dziennik „Die Welt” ujawnił, że BStU po kryjomu zatrudnia co najmniej 54 byłych współpracowników MfS. Oznaczało to, że w Urzędzie ds. Akt Stasi udział personelu obciążonego współpracą ze Stasi był dwukrotnie wyższy niż wśród byłych obywateli NRD. W większości przypadków chodziło o byłych oficerów Stasi, którzy w BStU kierowali określonymi działami, zajmowali się rekonstrukcją zniszczonych dokumentów oraz udostępnianiem akt, sprawowali pieczę nad zbiorami archiwów, wykonywali usługi kurierskie, zarządzali nieruchomościami, odpowiadali za konserwację komputerów oraz zajmowali się ściganiem sprawców dyktatury komunistycznej i rehabilitacją ofiar represji politycznych. W organizacjach pracowniczych aż dwunastu byłych funkcjonariuszy Stasi zajmowało kluczowe pozycje. Mogli oni bez żadnych przeszkód wpływać na decyzje dotyczące polityki kadrowej jak i wewnętrznych spraw związanych z bieżącą działalnością BStU[2].

Doniesienia „Die Welt” wywołały burzę medialną. Wiceprzewodniczący Bundestagu Wolfgang Thierse (SPD) uznał za „niepokojący” fakt, iż byli współpracownicy Stasi mają w BStU możliwość manipulacji teczkami. Deputowany CDU Wolfgang Börnsen stwierdził, że „podpalacze zajmują się gaszeniem ognia”. Hans-Joachim Otto (FDP) pytał głośno, czy „fakt ten nie był znany Urzędowi z powodu zaniedbań, czy też zatrudnienie byłych współpracowników Stasi było działaniem świadomym”, co – zdaniem tego polityka – „byłoby absolutnie niedopuszczalne”. Wyrazów oburzenia nie kryły inicjatywy obywatelskie działające na rzecz lustracji jak na przykład „Bürgerkomitee Leipzig”. Zdaniem jej członków nie ulegało wątpliwości, że „byli funkcjonariusze MfS nie nadają się do pracy w centralnej instancji ds. rozliczeń z dyktaturą SED”. Informacje „Die Welt” wywołały ożywioną debatę także w samym Urzędzie. Jeden z wyższych rangą pracowników BStU powiedział: „Tym samym nasz Urząd podpisał pakt z diabłem”. Także sekretarz stanu i pełnomocnik rządu ds. kultury i oświaty Bernd Neumann (CDU), do którego należał prawny nadzór nad działalnością placówki, wyraził zaniepokojenie zaistniałą sytuacją. Neumann zlecił dwóm profesorom Hansowi H. Kleinowi, byłemu sędziemu Federalnego Trybunału Konstytucyjnego oraz Hansowi Schroederowi z Ośrodka Badawczego nad Państwem SED przeprowadzenie odpowiednich badań[3]. Wiosną 2007 roku obaj profesorowie przedłożyli swoją 114-stronicową ekspertyzę. Jej wyniki były szokujące. Okazało się bowiem, że BStU przez cała lata świadomie podawał fałszywe informacje na temat skali zatrudnienia w Urzędzie byłych ludzi Stasi. Nawet Bundestag został wprowadzony w błąd. W 1997 roku BStU przygotował dla rządu federalnego odpowiedź na interpelację, którą ten miał następnie przedłożyć parlamentowi. Zgodnie z nią, Urząd „nie zatrudniał świadomie ani jednego byłego tajnego współpracownika Stasi a jedynie 15 byłych etatowych urzędników MfS”.

W rzeczywistości jednak byłych etatowych współpracowników MfS było w tym czasie 70. W przypadku żadnego z nich kierownictwo Urzędu nie wszczęło procedur sprawdzających odnośnie działalności w byłej NRD, chociaż specjalnie w tym celu powołano osobny referat. Zamiast tego przez całe lata BStU niezmordowanie zabiegał, aby zatrudnionych początkowo na umowy na czas określony funkcjonariuszy MfS wyposażyć w stałe umowy o pracę. Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, które w tym czasie obejmowało swoimi kompetencjami także Urząd ds. Akt Stasi, długo się przed tym wzbraniało, ale niewątpliwie było w posiadaniu informacji o działalności dawnych kadr tajnych służb w „Urzędzie Gaucka”.

Od czasu powstania Urzędu ds. Akt Stasi, jego pierwszy prezes Joachim Gauck nieustannie tłumaczył opinii publicznej, że w jego instytucji pracuje jedynie „niewielka grupa” oficerów Stasi. „Ich zadaniem jest przekazywanie wiedzy na temat zasobów archiwalnych, ale sami nie mogą zajmować się aktami.”[4] Było to jednak niezgodne z prawdą, ponieważ już w 1993 roku współpracownicy Urzędu alarmowali w liście otwartym, że byli oficerowie MfS mają niekontrolowany dostęp do akt. Więcej: „W kwestiach merytorycznych często przyznaje się im decydujące kompetencje interpretacyjne”[5]. Joachim Gauck z właściwą sobie elokwencją starał się kanalizować to niezadowolenie. Ale gwałtowna obrona postkomunistycznego personelu pracującego w kierowanej przez niego placówce zgoła nie pasuje do obrazu rewolucyjnego pastora, jak nadal nazywa się Gaucka w rodzinnym Rostocku.

Po maturze Gauck studiował teologię i przez wiele lat pełnił obowiązki pastorskie w nowej dzielnicy Rostocku Evershagen. Na jego życie wielki wpływ wywarło pewne przeżycie z dzieciństwa. Na początku lat 50. ojciec Gaucka został aresztowany przez KGB i na cztery lata trafił do obozu pracy przymusowej w ZSRS. Dla syna okres szkolny był pasmem nieustających represji. Oparcie w chrześcijańskiej wierze pozwalało mu je znosić. Dla Gaucka Kościół i służba wiernym stanowiła „wolną przestrzeń”. Z posługą parafialną pożegnał się na jesieni 1989 roku. Czas przełomu nazwał później najpiękniejszym okresem w swoim życiu, często definiując go jako „uwolnienie się od wszechobecnego strachu”. W Kościele Mariackim w Rostocku Gauck wołał do wiernych: „Nie chcemy Stasi w nas”. Następnie został rzecznikiem Nowego Forum i wraz z innymi demonstrantami wyszedł na ulice. Joachim Gauck jako jedyny deputowany z listy Związku 90 z Meklemburgii-Przedpomorza wszedł w marcu 1990 roku do Izby Ludowej.

Także na stanowisku urzędnika państwowego Gauck działał niczym misjonarz. Cytował Václava Klausa i Karla Jaspersa, używał sformułowań takich jak „zmowa niepamięci” pod adresem tych, którzy co rusz chcieli zamykać kierowany przez niego Urząd lub wskazywał na to, że akta Stasi stanowią nierzadko także świadectwo odwagi cywilnej: „Nie byliśmy społeczeństwem zdrajców”. Był autorem stwierdzenia: „Marzyliśmy o raju a obudziliśmy się w Nadrenii-Północnej Westfalii”, które odzwierciadlało otrzeźwienie wielu obywateli byłej NRD po zjednoczeniu. Nigdy nie popadał w zakłopotanie. Jego urok i pewność siebie uczyniły z niego najwyższą instancję w sprawach rozliczeń z komunistycznym reżimem.

A tymczasem dwaj eksperci powołani przez Neumanna, pełnomocnika rządu ds. kultury i mediów, zarzucili Joachimowi Gauckowi „coś więcej niż tylko niedbałe obchodzenie się z prawdą”. Jednakże w swojej ekspertyzie nie byli w stanie dostatecznie wyjaśnić, jak i z czyjej rekomendacji byli enerdowscy czekiści trafili do Urzędu ds. Akt Stasi, kto ich zatrudniał oraz w jakim celu: „Wygląda na to, jakby od samego początku celem zatrudnienia byłych oficerów MfS nie było przejęcie ich ‘wiedzy o reżimie’ tylko, z jakichś nieznanych powodów, długoletnie związanie z nowopowstałą placówką”[6].

Częściowe rozwiązanie tej zagadki znajdziemy cofając do 1990 roku. W czerwcu tego roku Izba Ludowa wybrała Joachima Gaucka na przewodniczącego Specjalnej Komisji ds. Kontroli Likwidacji Stasi. Było to bardzo trudne zadanie, ponieważ Gauck miał potężnych przeciwników. Jednym z nich był minister spraw wewnętrznych w rządzie Lothara de Mezière’a, Peter-Michael Diestel, co było dla wszystkich oczywiste. Tymczasem drugi , zbiorowy przeciwnik, wolał pozostawać w cieniu. Była to grupa wysokich rangą oficerów Stasi, która chciała za wszelką cenę zapobiec otwarciu zasobów archiwalnych MfS.

Diestel odpowiadał w rządzie za likwidację MfS. Parlament jednak nie ufał temu byłemu dojarzowi, później radcy prawnemu jakiegoś rolno-przemysłowego zrzeszenia, który w 1989 roku pojawił się znikąd i od razu awansował na sekretarza generalnego Niemieckiej Unii Socjalnej (DSU). Diestel najpierw ogłosił publicznie, że „zniszczy stary aparat władzy” a następnie skupił wokół siebie wasali starego reżimu. To on jako minister zatrudnił byłego szefa Policji Ludowej z Karl-Marx-Stadt a na swojego doradcę powołał ministra spraw wewnętrznych ostatniego komunistycznego premiera NRD, Hansa Modrowa. Jego słabość do byłych funkcjonariuszy Stasi budziła powszechne zdziwienie. W Bonn mówiło się, że gdy tylko Diestel zaczyna mówić o Stasi, „oczy mu się świecą”.[7] Nikt nie wiedział, jakie pobudki nim kierowały. Także Joachim Gauck, który nie znalazł w zasobach Stasi żadnej wzmianki na jego temat. Przy czym sam Diestel twierdził, jakoby władze NRD nie pozwoliły mu z powodów politycznych wykonywać zawodu adwokata. Tymczasem Diestel, który objął swój urząd w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych przy Berliner Mauerstrasse wywodził się z rodziny o tradycjach komunistycznych. Jego ojciec, Hansheinrich Diestel, już w pierwszych latach istnienia NRD wstąpił do Policji Ludowej i do końca lat 50. był oficerem szkoleniowym policji i wojska.

Komitetom obywatelskim, które w grudniu 1989 roku zajęły siedziby okręgowe MfS, aby zapobiec niszczeniu akt, minister Diestel nakazał zwrot dokumentów zarządów okręgowych podległych bezpośrednio XV Głównemu Zarządowi Wywiadu (HVA), czyli enerdowskiemu wywiadowi zagranicznemu. Miały one za zadanie „zwalczać wrogą działalność” także wewnątrz samej NRD. Wszystkie komitety, z wyjątkiem lipskiego, przekazały zgodnie z wolą Diestela posiadany „materiał operacyjny”, który – jak się łatwo domyśleć – trafił niezwłocznie do niszczarek[8]. Cała akcja odbyła się po myśli „wielkiego brata”. Sowieci bowiem obawiali się, że informacje o ich szpiegowskiej sieci w NRD oraz podejmowanych wspólnie z MfS operacjach przeciwko Zachodowi dostaną się w ręce wrogich służb. Ogólne przerażenie wywołał w Niemczech kolejny pomysł ministra Diestela, który w tym czasie był już politykiem CDU, aby mianować długoletniego szefa HVA Markusa Wolfa, pseudonim „Mischa”, oddanego przyjaciela KGB, na swojego doradcę. Niestety do Karlsruhe trafił już nakaz aresztowania Wolfa i plan Diestela spalił na panewce.

Tymczasem prace komisji Joachima Gaucka były konsekwentnie hamowane. „Każdy nasz krok wymaga zaciętej walki”, skarżył się jej przewodniczący. We wrześniu Izba Ludowa postanowiła nie pobłażać dłużej wybrykom Diestela. Komisja specjalna ujawniła, że Diestel tolerował w swoim ministerstwie całą rzeszę tzw. OiBE czyli oficerów Stasi do zadań specjalnych. Jeden z owych działających w ukryciu agentów kierował nawet jego biurem. Gauck podsumował w Izbie Ludowej: „Pan Diestel nie potrafił dowieść swoich kompetencji”. Próba odwołania ministra się nie udała. CDU stanęło za nim murem.

Ministerstwu kierowanemu przez Diestela podlegał Günter Eichhorn, dyspozycyjny biurokrata minionego systemu, wieloletni szef enerdowskiego Ministerstwa Finansów. W ostatnim komunistycznym rządzie Niemieckiej Republiki Demokratycznej kierowanym przez Hansa Modrowa Eichhorn stanął na czele „organu państwowego” tj. Komitetu Likwidacji Urzędu Narodowego Bezpieczeństwa (AfNS), będącym następcą Stasi. Najpierw z MfS utworzono AfNS a następnie w lutym 1990 roku, powołano komitet likwidacyjny AfNS. Eichorn miał za zadanie przeprowadzić zwolnienia, przekazać nieruchomości i pozostałą własność MfS państwowym instancjom, przy czym milionowe kwoty rozpłynęły się w tajemniczy sposób. Likwidator Eichhorn sprawiał wrażenie człowieka nadmiernie przeciążonego, ale w jego komitecie działało wystarczająco dużo ekspertów, żeby go wspierać w realizacji powierzonego mu zadania – obok 25 enerdowskich działaczy na rzecz praw obywatelskich także około 70 byłych etatowych oficerów MfS[9]. W tym czasie prawie nikt nie wiedział, że Eichhorn miał za sobą niemal dwudziestoletnią przeszłość tajnego współpracownika Stasi.

1 października 1990 roku, w przeddzień wyboru Joachima Gaucka na pełnomocnika rządu ds. akt Stasi byłej NRD, odwiedził go Günter Eichhorn. Wyniki tego spotkania Eichorn zawarł w swoim liście do Gaucka z 4 października[10].

Eichorn zapewnił „szanownego pana Gaucka” o legitymacji swojej misji, gdyż działa on na zlecenie sekretarza stanu w rządzie de Mazière’a. Eichhorn zaproponował Gauckowi „włączenie współpracowników” swojego komitetu „w działalność Pańskiego Instytutu”. W doborze tych kandydatur „kierowałem się przydatnością ich wiedzy i posiadanych doświadczeń z procesu likwidacji oraz – w razie potrzeby – możliwością uporządkowanego przekazania tej wiedzy i doświadczeń”. Joachim Gauck miał zatrudnić „wymienione w załączniku osoby”. Załącznik zawierał 108 nazwisk i szczegółowe instrukcje dotyczące przydziału stanowisk w nowopowstającym Urzędzie ds. Akt Stasi – od „dyrektora działu kadr” przez „inspektora ds. bezpieczeństwa” po „kierownika referatu zasobów archiwalnych przeznaczonych do zniszczenia”. W sześciostronicowym dokumencie znalazło się aż 53 byłych pełnoetatowych oficerów MfS. Gauck dysponował pełną wiedzą na temat przeszłości rekomendowanych mu przez Eichhorna współpracowników, ponieważ obok nazwisk kandydatów znalazły się adnotacje na temat wydziałów MfS, w których byli zatrudnieni oraz ich roczne pensje.

Ten niepublikowany dotąd nigdzie dokument jest w pewnym sensie świadectwem grzechu pierworodnego BStU. Gauck zatrudnił 12 oficerów Stasi z przedłożonej mu listy. Należeli oni do początkowego personelu liczącego ogółem zaledwie 56 współpracowników, który miał się zmierzyć z przeszłością komunistycznej dyktatury. Żadna kronika ówczesnych wydarzeń nie zawiera najmniejszej wzmianki na temat owej listy Eichhorna leżącej u zarania Urzędu ds. Akt Stasi oraz będącej początkiem wielkiego kłamstwa.

Nazwiska trzech rekomendowanych Gauckowi „doradców” musiały wywołać w nim co najmniej głębokie zaniepokojenie, nawet jeśli to nie oni otrzymali późniejsze angaże w Urzędzie. Edgar Braun, Manfred Eschberger i Bernd Fischer byli wiernymi towarzyszami biesiad ministra MfS, Ericha Mielke’go. Trzej wymienieni oficerowie pociągali za sznurki w komitecie likwidacyjnym kierowanym przez Eichhorna działając nadal na zlecenie pozbawionej władzy generalicji Stasi.

Generał major Edgar „Ede” Braun, był w latach 1982-1989 szefem XIX Głównego Wydziału MfS (HA XIX) obejmującego kontrwywiad, ochronę komunikacji, poczty i łączności. W komitecie Eichhorna kierował grupą zwaną od jego nazwiska Grupą Brauna („Gruppe Braun”). „Ede” zyskał sobie w kontrwywiadzie miano „siepacza Mielke’go”. Wspólnie z pułkownikiem Manfredem Eschbergerem z Wydziału IX w sposób bezwzględny ścigał zdrajców MfS. W latach 1979-1981 ów morderczy duet wytropił trzech towarzyszy, którzy dopuścili się zdrady. Gerd Trebeljahr, Winfried Zakrzowski oraz Werner Teske zostali następnie straceni. Trzeci towarzysz działający w „Grupie Brauna”, pułkownik Bernd Fischer, kierował pracą szpiegów, których zadaniem była inwigilacja Federalnego Urzędu Kanclerskiego oraz zachodnioniemieckich ministerstw.

Przez całe lata co najmniej 12 tys. zachodnich Niemców prowadzonych przez rozmaite wydziały MfS szpiegowało w Republice Federalnej. Główny Wydział III (HA III) podsłuchiwał pół miliona łącz telefonicznych na „terenie operacyjnym” [RFN], w tym m.in. rozmowy kanclerza i wszystkich ministrów rządu federalnego.[11] Rozmiar inwigilacji wstrząsnął bońskimi politykami. Już w marcu 1990 roku sygnalizowano Komisji Spraw Wewnętrznych w Bundestagu, że zasoby archiwalne Stasi mogą mieć ogromną siłę rażenia. Według protokołu sekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych donosił o „niebezpieczeństwie wyciekania danych na temat obywateli Niemiec Zachodnich także do Republiki Federalnej, gdzie mogą trafić w ręce urzędów i służb wywiadowczych”. Wspominał także o uchwale rządowej dotyczącej niszczenia akt[12]. Rząd federalny był już w tym czasie, o czym wiele lat później donosił „Der Spiegel”, w posiadaniu 975 metrów bieżących akt, które „trafiły bezpośrednio na przemiał”. Wkrótce potem, począwszy od maja 1990 roku były minister obrony Manfred Wörner, prezes Urzędu Ochrony Konstytucji Gerhard Boeden oraz inne osobistości mogły przeczytać zapisy swoich rozmów telefonicznych w sześcioczęściowej publikacji magazynu „Quick”. Pismo podawało jedynie szczątkowe informacje z kilkuset kilogramów „zdobycznych” materiałów, głównie brudne historie z życia prywatnego podsłuchiwanych osób. Czytelnicy dowiedzieli się przy okazji, że Franz Josef Strauss nazywał CDU pod przywództwem Helmuta Kohla „komicznym korowodem przebierańców”. Minister spraw wewnętrznych Wolfgang Schäuble nie posiadał się ze złości i wezwał redaktora naczelnego magazynu „Quick” do zaprzestania publikacji serii, aby nie „dawać Stasi powodów do satysfakcji”.

Pod koniec czerwca 1990 roku uczestnicy konferencji krajowych ministrów spraw wewnętrznych oświadczyli co następuje: „Brudy Stasi muszą trafić na przemiał.” I dokładnie taki los spotkał wszystkie akta MfS, które znalazły się w posiadaniu organów krajowych Urzędu Ochrony Konstytucji[13]. Jednak mimo zniszczenia akt problem pozostał. Już 1 lipca 1990 roku „Bild dam Sonntag” wołał na pierwszej stronie: „Taśmy Stasi: brudna kampania przeciwko Kohlowi?”

Trudno jednoznacznie stwierdzić, kto stał za handlem kompromitującymi materiałami. Na pewno wielu ludzi Stasi, którzy utracili posady i korzystali z możliwości dorobienia się na tajnych dokumentach. Nie ulega jednak wątpliwości, że Grupa Brauna i jej towarzysze z Komitetu Likwidacyjnego mogli, jak nikt inny, swobodnie poruszać się w archiwach. Tymczasem wśród generalicji Stasi panował w tym czasie nerwowy strach przed śledczymi z Niemiec Zachodnich. Wiele przemawia za tym, że oficerowie potrafili konkretnie spożytkować swoje fanty, czyli wiedzę o bońskich intrygach i życiu intymnym polityków Republiki Federalnej.

Wiosną 1990 roku, niestety nie da się już zrekonstruować dokładnej daty, pozbawione władzy kierownictwo MfS złożyło rządowi federalnemu szczególną ofertę. Edgar Braun jako pełnomocnik złożył ją w bońskim Ministerstwie Spraw Wewnętrznych na ręce radcy ministerialnego Eckarta Werthebacha oraz szefa Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji Gerharda Boedena. Autorem przekazanego dokumentu był generał major Gerhard Niebling, który swego czasu jako szef Centralnej Grupy Koordynacyjnej miał za zadanie powstrzymać falę uciekinierów z NRD. Teraz zabiegał o utorowanie towarzyszom z resortu dróg ucieczki od odpowiedzialności karnej. Generalicja MfS zgłaszała gotowość złożenia „deklaracji lojalności wobec RFN” oraz „trzymania w ryzach byłych współpracowników w celu dochowania przez nich poufności”. Wysocy oficerowie Stasi sugerowali zamknięcie akt a w każdym razie odradzali „spektakularne ujawnienie danych na temat działalności wywiadowczej każdej ze stron”. Jednakże złożenie obietnicy dyskrecji w imieniu byłych współpracowników MfS byłoby możliwe tylko wówczas, „gdy nie będzie miało miejsca teraz ani w przyszłości ich społeczne wykluczenie, ściganie przez prawo z powodu byłej działalności państwowej oraz ‘polowanie na czarownice’”. Ludzie Mielke’go w zamian za milczenie żądali powszechnej amnestii dla wszystkich tak pełnoetatowych jak i tajnych współpracowników Stasi[14].

Radca Werthebach z BMI pracował w tym czasie jako „doradca ds. bezpieczeństwa” ministra Petera-Michaela Diestela. Nie było w tym nic niezwykłego, ponieważ każdy minister w rządzie de Mazière’a miał do dyspozycji wysłannika rządu Kohla. Ale zadanie Werthebacha jako bońskiego namiestnika było niewątpliwie najbardziej spektakularne, gdyż to jego kompetencji podlegała spuścizna Stasi. Werthebach zawsze towarzyszył Diestelowi w jego kontaktach z komitetem Eichhorna. Wertherbach całkiem oficjalnie wystąpił z wnioskiem „natychmiastowego zniszczenia teczek założonych przez MfS obywatelom Republiki Federalnej lub… przekazania ich do bezzwłocznego wykorzystania”[15]. Ministerstwo Diestela odrzuciło ten wniosek. Tymczasem zachowały się pisemne świadectwa działań podejmowanych przez Klausa Eichlera, zastępcy Eichhorna w Komitecie Likwidacyjnym AfNS. Kazał on zerwać plomby z zabezpieczonych pomieszczeń i tym samym wszedł w posiadanie programów szkoleniowych MfS dla zamachowców bombowych palestyńskiej organizacji Fatah: „Ta organizacja budziła szczególne zainteresowanie Federalnej Policji Kryminalnej, co znajdowało odzwierciedlenie w kompleksie pytań dr. Wertebacha”, napisał Eichler do ministra Diestela w lipcu 1990 roku.[16] Ten z kolei otwarcie wyznał swoim zachodnioniemieckim partnerom: „Wszystkie najważniejsze teczki zostały usunięte.”[17] Bardzo wiele dokumentów trafiło wówczas w tajemniczy sposób do Bonn. W 1993 roku jeszcze 347 metrów bieżących akt znajdowało się w posiadaniu rządu federalnego, chociaż zgodnie z uchwaloną w 1991 roku ustawą o dokumentach Stasi (StUG) mogły być one przechowywane jedynie w BStU.

Gdy latem 1990 roku Grupa Brauna dowiedziała się, że Izba Ludowa intensywnie pracuje nad ustawą o otwarciu akt, zarządzający spadkiem po MfS wystąpili z ponowną propozycją do Werthebacha. Przedstawiona 19 sierpnia 1990 roku kolejna oferta była niespodziewana. Tym razem generałowie zachęcali do przekazania akt jakiejś centralnej instytucji. W języku Stasi oznaczało to, że „państwowe mechanizmy RFN powinny gwarantować ochronę archiwów”. Zdaniem pomysłodawców najlepszym rozwiązaniem byłoby, aby dokumenty trafiły do „niemieckiej instytucji posiadającej kompetencje i autorytet”. W celu zilustrowania rzekomych niebezpieczeństw otwarcia akt oficerowie Stasi po raz kolejny próbowali wzniecić strach w bońskim środowisku politycznym. Kreślili obraz „ekstremistycznych sił” z komitetów obywatelskich, które będą dążyć do „spektakularnych ujawnień i demaskacji spraw związanych z MfS i nie omieszkają wykorzystać do swoich celów organów prasowych Republiki Federalnej”. Nadchodzącą kampanię wyborczą przed wyborami do pierwszego ogólnoniemieckiego Bundestagu będą cechować „ataki na rządzącą CDU, państwo demokratyczne oraz ogólnie rzecz biorąc na służby”. Zdaniem wysokich rangą wywiadowców Stasi najlepszym środkiem zaradczym przeciwko takiemu scenariuszowi byłoby „wykorzystanie i pozyskanie do tego celu komisji [Specjalnej Komisji ds. Kontroli Likwidacji Stasi] Izby Ludowej oraz osoby Gaucka”[18]. W owych dniach sierpnia informacja pochodząca z kręgów MfS pozwoliła ujawnić osobę sekretarza generalnego wschodnioniemieckiej CDU, Martina Kirchnera, jako agenta Stasi.

Werthebach działał szybko. Dwa dni po otrzymaniu propozycji od Grupy Brauna przekazał do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych NRD „stanowisko rządu federalnego” dotyczące przyszłego postępowania z aktami Stasi. Treść wysłanego przez niego faksu przypomina porozumienie koalicyjne tajnych protektorów wschodnioniemieckiej generalicji MfS oraz przeciwników lustracji bońskiego rządu. Zgodzono się bowiem, aby zamknąć całą spuściznę archiwalną Stasi w „kompetentnej instytucji” tj. w Koblenckim Archiwum Federalnym, co oznaczało brak dostępu do tych materiałów przez kolejne 30 lat. Ale dla Werthebacha to nie wystarczyło. Działając w imieniu rządu federalnego sformułował następujące żądanie: „Konieczne jest wprowadzenie zróżnicowanych regulacji dotyczących niszczenia akt”[19].

Już w 1991 roku kariera radcy ministerialnego nabrała niezwykłego tempa. Werthebach awansował na prezesa Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV). Także na tym stanowisku miał do czynienia z generałem Edgarem Braunem oraz Klausem Eichlerem – bowiem obaj byli związani z BfV jako tzw. V-Männer, czyli zaufani współpracownicy ds. wywiadowczych. Dla Brauna miały zostać zorganizowane „środki zapewniające utrzymanie”. Pod koniec lat 90. działał jako agent obrotu nieruchomościami na rzecz następczyni[20] Federalnego Urzędu Powierniczego. Od siepacza Ericha Mielke’go do profitenta bońskich łask – oto krytyczny punkt niemiecko-niemieckiego sprzymierzenia.

Wróćmy jednak do 1990 roku. Plany Izby Ludowej odnośnie zasobów archiwalnych Stasi różniły się od tych jakie miał rząd federalny. Deputowany Jens Reich, biolog molekularny i działacz na rzecz praw obywatelskich tak mówił o Stasi.: „To była nasza ośmiornica. Sami ją unicestwiliśmy, sami chcemy ją poddać sekcji i przeanalizować jej wyniki. W przeciwnym razie nasze osiągnięcia zostaną przekreślone”. Podobnie jak Reich ze Związku 90 myślało wielu innych deputowanych. Archiwa miały być otwarte dla potrzeb ścigania sprawców dyktatury i rehabilitacji ofiar, na potrzeby lustracji i prac badawczych. W dniu 24 sierpnia Izba Ludowa uchwaliła przeważającą większością głosów odpowiednią ustawę, która przewidywała utworzenie specjalnych archiwów w poszczególnych landach. Parlamenty krajowe miały delegować do nich swoich pełnomocników oraz kontrolować ich pracę. Ponadto specjalny pełnomocnik rządu federalnego miał kierować centralnym archiwum w Berlinie. Joachim Gauck był jednym z inicjatorów tej ustawy.

Tymczasem federalny minister spraw wewnętrznych Wolfgang Schäuble oraz wschodnioniemiecki negocjator Günther Krause [parlamentarny minister stanu przy premierze NRD] ignorowali trwające w Berlinie prace parlamentarne. Skreślili uchwaloną właśnie, jako jedną z ostatnich, ustawę Izby Ludowej z listy przepisów prawnych, których ciągłość miała być zagwarantowana w zjednoczonych Niemczech. Jeden passus w umowie zjednoczeniowej między Republiką Federalną a Niemiecką Republiką Demokratyczną, podpisany 31 sierpnia, odzwierciedlał życzenia bońskiego rządu: akta miały trafić do Federalnego Archiwum w Koblencji i pozostać tam zamknięte na klucz. Już w maju Bundestag uchwalił nową ustawę, która zobowiązywała wszystkie państwowe urzędy, także Archiwum Federalne, do przekazywania Federalnemu Urzędowi Ochrony Konstytucji (BfV) każdej żądanej informacji, w tym także akt Stasi. W ten sposób spuścizna Stasi stałaby się de facto łupem BfV. Rząd federalny w sposób wręcz bezczelny chciał zawłaszczyć dla swoich służb tajną, zdobytą bezprawnie wiedzę Stasi.

„W umowie zjednoczeniowej znalazły się najdrobniejsze ustalenia dotyczące epidemii pryszczycy bydła” – wołał wzburzony Rolf Biermann, „ale nic na temat epidemii stalinizmu”. Słynny bard należał do grupy dwudziestu paru działaczy na rzecz praw człowieka skupionych wokół dysydentki Bärbel Bohley, którzy na początku września zajęli centralę MfS przy Normannstrasse i rozpoczęli strajk głodowy. Akcja pod hasłem „Moja teczka należy do mnie!” odbiła się szerokim echem w całych Niemczech. Ale głównie na obszarze Wschodnich Niemiec wywołała pospolite ruszenie w postaci akcji zbierania podpisów, petycji, protestów, pikiet i manifestacji.

Izba Ludowa, która swoją walkę, wydawałoby się, niemal już przegrała, sięgnęła po ostatnią deskę ratunku i zagroziła zerwaniem umowy zjednoczeniowej. Przewodnicząca Izby Ludowej Sabine Bergmann-Pohl (CDU) oraz przewodniczący czterech partii odwiedzili głodujących strajkujących przy Normannstrasse. Szef rządu de Maizière wysłał swojego sekretarza stanu na rekonesans. Burmistrz Berlina Wschodniego, na ręce którego wpłynęło doniesienie przeciwko strajkującym za naruszanie miru domowego, zapewnił osobiście o swojej solidarności z nimi. „Chyba nigdy wcześniej w historii”, pisał „Der Spiegel”, establishment kraju nie miał tyle respektu dla jakiejkolwiek zachodniej grupy lewackich ‘dzikich lokatorów’”. Schäuble nie krył zaskoczenia. Chcąc uniknąć fiaska realizacji planów zjednoczeniowych, musiał pójść na ustępstwa.

Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy dziwi przede wszystkim jedno: Wschód i Zachód spierały się wprawdzie o to samo, czyli o akta Stasi, ale jednocześnie każda ze stron kierowała się kompletnie różnymi interesami. Republika Federalna obawiała się ujawnienia tajnych informacji na temat współpracy Niemców zachodnich ze Stasi – tymczasem ten aspekt był dla wschodnioniemieckich parlamentariuszy zupełnie bez znaczenia. Jako obywatele NRD chcieli wiedzieć, jak działał od środka aparat ucisku. Wszystkie inne dokumenty miały dla nich znaczenie drugoplanowe.

Pod koniec 1991 roku niemiecka ustawa o dokumentach Stasi (ustawa o materiałach służb bezpieczeństwa byłej Niemieckiej Republiki Demokratycznej, StUG) została ostatecznie uchwalona przez Bundestag. Niemcy wschodni z pasją i uporem wywalczyli sobie to zwycięstwo. Nigdy wcześniej żadne akta tajnych służb nie zostały otwarte dla ofiar. To niewątpliwie przykład godny naśladowania. W innych krajach byłego sowieckiego imperium niemiecka ustawa była postrzegana jako rozwiązanie wzorcowe. Otwarcie akt Stasi w zjednoczonej Republice Federalnej było faktycznym końcem pokojowej rewolucji z 1989 roku.

Mimo to niektórzy dysydenci byłej NRD czuli się oszukani, bowiem w przeciwieństwie do propozycji Izby Ludowej powstał jeden centralny urząd, olbrzymi „kombinat pamięci”. Konrad Taut, szef Lipskiego Komitetu Obywatelskiego, przestrzegał przed „władzą centrali”, którego stery trafiły w ręce Joachima Gaucka: „Nowe landy nie mają na nic wpływu i muszą zadowolić się pełnomocnikami krajowymi i swoimi przedstawicielami w Radzie Instytutu… Rząd federalny zyskuje dzięki nowej ustawie wiedzę dającą władzę. Członkowie Rady mogą jedynie doradzać Gauckowi i przyjmować do wiadomości działania Urzędu. Tymczasem istotne wytyczne pochodzą z Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych z Bonn.”[21]

W ustawie zabrakło przede wszystkim proponowanego przez Izbę Ludową zapisu, który by generalnie zabraniał dostępu do akt tajnym służbom. Ów brak uzasadniano tym, że aby demaskować tych, którzy przeszli na stronę KGB, tajne służby potrzebują dostępu do zgromadzonych akt. Jedynie teczki ofiar miały pozostać tematem tabu.

Tymczasem od samego początku dostęp do wszelkiego rodzaju akt posiadali byli oficerowie MfS. Miało to związek z ową tajemniczą listą, którą Eichhorn przekazał Joachimowi Gauckowi 4 października 1990 roku. Nie ma wątpliwości, że Gauck zaakceptował 12 z ponad 50 zarekomendowanych mu oficerów MfS a Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych przygotowało dla nich umowy o pracę. Do tej pory jednak nie wiadomo, według jakich kryteriów podjęto decyzję o współpracy z byłymi oficerami Stasi. Czego oczekiwano od dwunastu wybrańców? Na te pytania nie ma do dziś przekonywających odpowiedzi. Gauck zawsze uzasadniał zatrudnienie oficerów Stasi ich specjalnymi i nieodzownymi kwalifikacjami – i zawsze spotykał się z kontrargumentem, że regionalne placówki jego Urzędu doskonale sobie radziły bez tego rodzaju ekspertów. Wkrótce także kilkudziesięciu innych byłych funkcjonariuszy MfS znalazło zatrudnienie w BStU, większość z nich pracowała wcześniej w Głównym Zarządzie Ochrony (HA PS).

Wgląd w to, na czym polegał ów pakt z diabłem, pokazują nam zawodowe biografie dwóch najwyższych rangą oficerów MfS wybranych z listy Eichhorna. Pierwszy z nich podpułkownik Bernd Hopfer rozpoczął swoją etatową karierę w Stasi w wieku 32 lat. Pracował w VII Głównym Wydziale odpowiedzialnym za ochronę wschodnioniemieckiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Od 1972 roku powierzono mu zadania kontrwywiadowcze. Chwalony był za „niezmiennie dobre wyniki” w prowadzeniu tajnych współpracowników oraz wielokrotnie udowodnioną „operacyjną mobilność”. Szczególne uznanie przełożonych znajdowały „intensywne starania w opracowywaniu przypadku obywatela RFN trudniącego się antypaństwowym handlem ludźmi, które doprowadziły do jego aresztowania”[22]. W 1982 roku Hopfer przeniósł się do Centralnej Grupy ds. Analiz i Informacji (ZAIG). Jednostka ta zatrudniająca ponad 400 etatowych pracowników była „mózgiem” ośmiornicy – filtrowała najważniejsze informacje a następnie je analizowała. Raporty współpracowników ZAIG dotyczące oceny sytuacji jak i propozycje dotyczące „zwalczania wroga” szły bezpośrednio do kierownictwa MfS oraz Biura Politycznego SED. Jako członek kierownictwa partyjnego Hopfer organizował w Centralnej Grupie ZAIG wykłady m.in. na temat „lepszego poznania aktualnego obrazu wroga”.

Bezpośrednim przełożonym Hopfera był pułkownik Gerd Bäcker, który swoją służbę w kontrwywiadzie rozpoczął w 1965 roku w Cottbus. Następnie w Wyższej Szkole Prawniczej Stasi w Poczdamie uzyskał tytuł „dyplomowanego prawnika” a w 1971 roku przeszedł do Centralnej Grupy ZAIG, gdzie został później zastępcą dyrektora. Jednocześnie był szefem podgrupy kontrolnej, która wkraczała w sytuacjach, gdy oficerowie Stasi naruszali dyscyplinę lub stanowili zagrożenie dla działań konspiracyjnych. W Wyższej Szkole Stasi Bäcker należał do „rady naukowej”, co było bardzo dużym wyróżnieniem. Człowiek o którym zwykło się mówić, że nie ma takiej szafy pancernej z dokumentami Stasi, do której nie miałby dostępu został następnie powołany do kręgu 16 szefów okręgowych MfS i był odpowiedzialny za okręg erfurcki. Po przełomie szybko przystosował się do nowej rzeczywistości. Według badań eksperta ds. tajnych służb Petera-Ferdinanda Kocha, wiosną 1990 roku Bäcker zaoferował swoją nieocenioną wiedzę Federalnemu Urzędowi Ochrony Konstytucji.[23]

To właśnie Bäckera i jego kompana Hopfera Joachim Gauck powołał do swojej newralgicznej grupy roboczej zajmującej się prowadzeniem specjalnych kwerend. Jej pracownicy wyposażeni w specjalne przepustki mogli w sposób niekontrolowany poruszać się wśród zasobów archiwalnych BStU i mieli dostęp do niemal wszystkich akt. Owym uprzywilejowanym pracownikom powierzono specjalne zadania. Mieli oni zbierać materiały na temat prominentnych polityków i na ich podstawie sporządzać ekspertyzy. Istnieją dowody na to, że Bäcker i Hopfer pracowali nad dwoma kontrowersyjnymi przypadkami. Ich rola jest przy tym aż nadto podejrzana, ponieważ w sposób oczywisty doszło do manipulacji. Fakt, że wszystko odbyło się przy uprzejmym wsparciu ze strony Joachima Gaucka, należy do ciemnych stron, których nie brakuje w historii Urzędu ds. Akt Stasi. Bäcker i Hopfer brali udział w wyjaśnianiu roli kontaktów z MfS Lotharra de Mezière’a i Georga Gysy’iego.

Stan archiwów na temat obu wspomnianych polityków jest podobny. Nie ma tam ani zobowiązania do współpracy, ani też własnoręcznie podpisanych raportów. Opinia publiczna od dawna postrzega de Mazière’a i Gysi’ego jako politycznych wspólników. Ale mało kto wie, jak blisko obaj politycy byli ze sobą związani. Razem zasiadali w kolegium adwokatów byłej NRD. Był to związek, do którego należało 530 „samodzielnych” adwokatów dopuszczonych do wykonywania zawodu z przyzwolenia SED. Ich dwuznaczną rolę w świadczeniu „socjalistycznej opieki prawnej” dobitnie sformułował Robert Havemann: „Adwokatowi, który zasługuje na zaufanie nie można powierzyć sprawy, natomiast adwokat, któremu można by ją powierzyć, nie zasługuje na zaufanie”. Gysi i de Mazière byli przyjaciółmi i pozostali nimi także wówczas, gdy jeden z nich został przewodniczącym CDU a drugi szefem następczyni komunistycznej SED – Partii Demokratycznego Socjalizmu (PDS). Gdy w grudniu 1990 roku głośno zaczęto stawiać de Maizière’owi poważne zarzuty o współpracę ze Stasi, Gysi natychmiast stanął w obronie przyjaciela: „Znam go dobrze i nie mogę dać wiary [tym zarzutom]”[24].

Działalność szpiegowska jest w przypadku adwokata szczególnie poważnym zarzutem, a kwestia wiary nie ma tu nic do rzeczy. Już komisja Gaucka powołana przez Izbę Ludową trafiła na akta IM o pseudonimie „Czerny”, pod którym rzekomo miał kryć się sam de Maizière. Dzieła austriackiego kompozytora Carla Czerny (1791-1857) były obowiązkowo ćwiczone przez całe pokolenia młodych wirtuozów pianina. De Maizière miał muzyczne zainteresowania i początkowo studiował w Wyższej Szkole Muzycznej w Berlinie Wschodnim. Jego ojciec Klemens, jako IM „Anwalt” przez trzy dziesięciolecia opowiadał Stasi o wszystkim, co mu ślina na język przyniosła. Syn Lothar był początkowo zarejestrowany w MfS jako IM „Junior”. Śledczy z Komisji Izby Ludowej nie znaleźli jednak żadnych kompromitujących materiałów. Tymczasem w grudniu 1990 roku, kiedy de Maizière był już „ministrem do zadań specjalnych” w gabinecie Kohla oraz wiceprzewodniczącym CDU, tygodnik „Der Spiegel” napisał o niespodziewanym odkryciu w Instytucie Gaucka. W jednym z dokumentów znaleziono informację, że IM „Czerny” miał ten sam adres co Lothar de Maizière.

Raport śledczy Centralnej Grupy ds. Analiz i Informacji, czyli wydziału Stasi, w którym działali Bäcker i Hopfer, dostarczył kolejnych poszlak. W 1988 roku Centralna Grupa ZAIG sprawdzała majora Edgara Hasse, oficera prowadzącego IM „Czerny’ego”. Jeden z autorów raportu odnotował obok pseudonimu prawdziwe nazwisko agenta: Lothar de Maizière. Rejestracja „Czerny’ego”, który został sklasyfikowany jako „rzetelny, wierny i niezawodny” współpracownik, miała miejsce w 1981 roku. Od 1984 roku był on prowadzony jako IMB, czyli agent bezpośredniego rozpracowania mający kontakt z wrogiem. „Czerny” szpiegował Federalny Synod Kościoła Ewangelickiego, którego członkiem był de Maizière. Zadaniem „Czerny’ego było także baczne obserwowanie Stałego Przedstawicielstwa Republiki Federalnej Niemiec w Berlinie Wschodnim (StäV), z którą de Maizière utrzymywał bliskie kontakty. Reakcja Lothara de Maizière’a na te publikacje była bardzo nerwowa. Jego zadaniem były to jedynie wymysły Stasi: „Mam tego wszystkiego po dziurki w nosie” – oświadczył. Tymczasem jego oficer prowadzący Hasse ochoczo przyznał, że rocznie odbywał dziesięć do dwunastu spotkań z de Maizièrem. Ten odpowiedział jedynie, że w ogóle nie zna Hasse’a[25].

Tylko jedna z tych wersji mogła być prawdziwa. Odpowiedź, która jest zgodna z rzeczywistością, przynieść by mogła wnikliwa lektura teczki „Czerny’ego” liczącej około 1200 stron. Jednak pozostało po niej jedynie pięć pustych segregatorów z napisem „Czerny”. De Maizière ustąpił z funkcji ministra, pozostał jednak zastępcą Kohla i szefem brandenburskiej CDU. Kanclerz oznajmił, że jest „po ludzku głęboko poruszony” całą sytuacją. Minister spraw wewnętrznych Schäuble mówił o „tragedii” i zlecił Urzędowi Gaucka sporządzenie odnośnej ekspertyzy. Gdy w lutym 1991 roku BStU przedłożył żądaną opinię, Schäuble udzielił wsparcia swojemu partyjnemu koledze: „Nie ma najmniejszej oznaki, żeby de Maizière wiedział o swojej rejestracji jako tajny współpracownik. Schäuble stwierdził ponadto, że informacje dostarczane Stasi przez ‘Czerne’go’ w żadnym przypadku nie obciążały osób trzecich”[26].

Dwaj współpracownicy Gaucka, historyk i działacz na rzecz praw obywatelskich Armin Mitter i Stefan Wolle, oświadczyli publicznie, że Schäuble pominął w swojej wypowiedzi obciążające de Maizière’a poszlaki a podane przez niego informacje nie są zgodne z wynikami badań Urzędu. Ekspertyza BStU stwierdzała bowiem, że nie ma żadnych wątpliwości, że IM sporządzał „nad wyraz ostre i aktualne materiały” na temat Kościoła ewangelickiego oraz „wpływowych kierowniczych środowisk kościelnych”[27]. Interpretację Schäuble’go, jakoby de Maizière był prowadzony jako tajny współpracownik poza jego wiedzą, eksperci określili krótko jako „absurdalną”. Ale na tym nie koniec. Mittler i Wolle zaatakowali także własnego szefa, Joachima Gaucka wzywając go do ustąpienia ze sprawowanej funkcji. Ich zadaniem Gauck zaprzepaścił swój mandat pozostawiając bez odpowiedzi tyleż oryginalną co dowolną interpretację ekspertyzy dokonanej przez Schäuble’go. Reakcja Gaucka była natychmiastowa. Wyrzucił Mittlera i Wolle’go z BStU tak komentując swoją decyzję: „Nie będę tolerował nielojalnych współpracowników”.

Tymczasem lojalnością w rozumieniu Gaucka z pewnością wykazali się oficerowie Stasi Hopfer i Bäcker. Co prawda w 1994 roku ten ostatni znalazł się w niejasnej sytuacji. Publicysta Peter-Ferdinand Koch twierdził bowiem w swojej książce „DDR contra BRD”, że Gerd Bäcker wiosną 1990 roku przekazał Federalnemu Urzędowi Ochrony Konstytucji w formie „powitalnego wiana” obszerny materiał dotyczący Lothara de Maizière’a. Czy to wyjaśnia zagadkę pięciu pustych segregatorów? Na potwierdzenie tej tezy nie ma żadnego dowodu, ale nie da się zaprzeczyć, że Bäcker był specjalistą w sprawach de Maizière’a. To on podpisał raport Centralnej Grupy ZAIG, który obciążał polityka CDU. Pozostaje nieprzyjemne wrażenie, że Lothar de Maizière, pierwszoplanowy aktor niemiecko-niemieckiego procesu zjednoczeniowego miał być oczyszczony z zarzutów o współpracę ze Stasi – przy pomocy oficera Stasi, człowieka, który później miał uzyskać w Urzędzie ds. Akt Stasi uprzywilejowaną pozycję i zajmować się sprawami lustracji. Taka personalna konstelacja, jest niewątpliwie „zasługą” Joachima Gaucka.

Za przyjęciem tezy, że Federalny Urząd Ochrony Konstytucji wiedział odpowiednio wcześnie o uwikłaniach de Maizière’a przemawiają wypowiedzi dwóch kolejnych świadków koronnych. Podwójny agent Klaus Kuron, który jako funkcjonariusz Urzędu Ochrony Konstytucji był na żołdzie Stasi, poprzez swojego adwokata przekazał pod koniec 1990 roku z więzienia następującą informację: „W sierpniu 1990 roku z wiarygodnego źródła wyszła informacja, że miała miejsce tajna akcja poszukiwawcza, której celem było wydobycie z archiwum MfS wszelkich dokumentów oraz informacji dotyczących pana de Maizière’a.” Wersję tę potwierdził sam Gerhard Boeden, szef Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji: „Wszystko, co wiedzieliśmy, przekazaliśmy kompetentnym w tych sprawach instytucjom”[28]. Tymi kompetentnymi instytucjami, zdaniem szefowej frakcji SPD, Herty Däubler-Gmelin, mogły być jedynie Urząd Kanclerski oraz Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Przez jakiś czas Däubler-Gmelin rozważała nawet powołanie komisji śledczej do zbadania tej sprawy. De Maizière utrzymuje do dziś, że nie był ani świadomym ani dobrowolnym współpracownikiem Stasi[29].

Dokładnie to samo mówi Georg Gysi. Jak nikt inny, wytacza procesy mediom, które ośmielą się pisać o nim jako o domniemanym tajnym współpracowniku Stasi. Strategia ta okazała się nadzwyczaj skuteczna. Dziennikarze tracą powoli orientację, jakie twierdzenie jest uprawnione, a jakie nie, i z tego powodu często w ogóle rezygnują z relacji. W 1995 roku ekspertyza BStU sugerowała, że Gysi były adwokat opozycjonistów w NRD w istocie pomagał Stasi realizować jej interesy oraz przekazywał informacje dotyczące swoich klientów do MfS[30]. Komisja Bundestagu ds. Immunitetów zleciła BStU sporządzenie ekspertyzy na temat lidera Partii Demokratycznego Socjalizmu. Zmasowane zarzuty o współpracę ze Stasi pod adresem Gysi’ego wysuwane były już wcześniej przez byłych enerdowskich dysydentów, bowiem z lektury ich teczek ewidentnie wynikało, że działali wbrew interesom klientów. Gysi w takich sytuacjach natychmiast występował do sądu, odnosząc za każdym razem sukces.

Wtedy dziennikarzy cechowała większa odwaga niż dziś. Spekulowali nawet na temat „końca politycznej kariery Gysi’ego”. Powodem tej śmiałej prognozy była 44-stronicowa ekspertyza BStU, do której dołączono 125 dokumentów, w tym protokoły rozmów, raporty ze spotkań oraz książeczki pracy domniemanych oficerów prowadzących Gysi’ego.

Znalazłszy się pod presją polityk wygłosił śmiały pogląd, że najwyraźniej MfS wymyśliło sobie szpiega. Skierował ostre ataki pod adresem BStU twierdząc, że sporządzona przezeń ekspertyza jest nie tylko „zmanipulowana i partacka”, ale także w wielu miejscach nadmiernie wyostrzona. Ów dokument, zdaniem Gysi’ego miał służyć jednemu celowi tj. „wyrugowaniu go z polityki”[31]. Zdumiewał fakt, że polityk ten na poparcie swojej tezy przytaczał wewnętrzne materiały Urzędu ds. Akt Stasi. Dysponował wcześniejszymi wersjami wspomnianej ekspertyzy oraz stosowną korespondencją w tej sprawie. Frakcja PDS w Bundestagu wydała broszurę „Gysi./.Gauck”, w której znalazły się fragmenty wymiany listów. Miała ona stanowić dowód na „próbę instytucjonalnego zniesławienia polityka”.

W BStU nastąpił ewidentny przeciek informacji. Wewnątrz instytucji osobą powszechnie uznawaną za autora przecieku był Bernd Hopfer. Tymczasem prezes BStU, Joachim Gauck, zrezygnował z kroku, na który wszyscy czekali, czyli złożenie doniesienia o popełnieniu przestępstwa polegającego na ujawnieniu tajemnicy służbowej. Gauck ograniczył się jedynie do rozwiązania owej newralgicznej grupy roboczej zajmującej się prowadzeniem specjalnych kwerend, w której działał Bernd Hopfer.

Zarówno Bernd Hopfer jak i Gerd Bäcker pozostali nadal wpływowymi współpracownikami Urzędu. Hopfer trafił do Referatu Spraw Zasadniczych, gdzie opracowywał opinie dla Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Na początku 2007 roku odszedł na emeryturę. Bäcker współpracował przy najważniejszych publikacjach Urzędu takich jak „Wörterbuch der Staatssicherheit”. Zmarł nagle w 2003 roku w wieku 63 lat. Kierownictwo BStU tymi słowami żegnało byłego oficera Stasi: „W osobie pana Bäckera straciliśmy zaangażowanego i solidnego współpracownika, który lojalnie dzielił się swoją fachową wiedzą i dzięki przyjaznemu usposobieniu cieszył się powszechnym szacunkiem”.

Oficerowie byłego MfS nie byli jedynym obciążeniem Urzędu ds. Akt Stasi. Pod koniec września 1990 roku, gdy wiadomo już było, że administracja spuścizną Stasi będzie wymagała zatrudnienia ogromnej liczby osób, wyszło na jaw tajne porozumienie między ministrami Wolfgangiem Schäuble i Güntherem Krause. Zgodnie z nim negocjatorzy niemieckiej jedności chcieli rekrutować personel Urzędu przede wszystkim z enerdowskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Ujawniony fakt nie udaremnił jednak planów obu polityków. Wielu funkcjonariuszy Stasi, filary reżimu SED wykonało karkołomny zwrot i stało się lustratorami Stasi. Do Urzędu ds. Akt Stasi weszli towarzysze z Rady Ministrów, administracji celnej, prokuratury generalnej czy Narodowej Armii Ludowej (NVA). Do 1993 roku zatrudniono ponad 3300 współpracowników BStU. Początkowo o doborze personelu decydował sztab ludzi z Federalnego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych kierowany przez urzędnika obrony cywilnej. Do pracy w BStU zgłosiło się 12 tys. kandydatów. Kryteria wobec ubiegających się o posadę w Urzędzie były wyraźnie skrojone na funkcjonariuszy służby państwowej: „Osoby samotnie wychowujące dzieci oraz starsi pracownicy (powyżej 50 lat) zlikwidowanych instytucji publicznych byłej NRD będą preferowane w przypadku równych kwalifikacji”[32]. Zachodnioniemieccy doradcy personalni kładli nacisk na doświadczenie pracy w administracji państwowej. Nie należy pytać o przynależność do SED – takie oświadczenie złożył sam Joachim Gauck. To tak, jakby przy udziale całej kompanii oszustów podatkowych tworzyć nowe Ministerstwo Finansów.

Nic dziwnego zatem, że byli opozycjoniści z komitetów obywatelskich zostali w tym aparacie administracyjnym szybko zepchnięci na margines. Działacze na rzecz praw obywatelskich licznie opuszczali berlińską centralę, gdzie najbardziej liczyła się zwartość kadrowa. Fotograficzka Barbara Timm złożyła wymówienie pod koniec 1991 roku. Jej zdaniem „najwyższą zasadą w Urzędzie Gaucka jest i pozostanie trzymanie języka za zębami i wykonywanie rozkazów”[33].

Z kolei pod koniec lat 90. wielki zamęt wywołał przypadek dyrektora jednego z referatów BStU. Ten urzędnik odpowiedzialny za procedury lustracyjne setek tysięcy osób zatrudnionych w administracji publicznej sam znalazł się w kręgu podejrzeń. Zarzucono mu bowiem ochronę policjantów obciążonych współpracą ze Stasi poprzez udzielanie niepełnych informacji na ich temat. Gdy fakt ten ujrzał światło dzienne, sam zainteresowany wyjaśnił, że jako „ekspert prawa państwowego” dokładnie zna rolę policji w NRD oraz jej „szeroko zakrojoną współpracę” ze MfS. Chodzi mu tylko o to, aby ktoś nie został niesłusznie zwolniony z pracy. Ten człowiek trafił z kierowniczego stanowiska w administracji Rady Ministrów NRD na kierownicze stanowisko w Urzędzie Gaucka. Ów znawca prawa państwowego zasłynął ponadto z publicznych żartów na temat teczki byłej ofiary reżimu SED i współpracowniczki zwolnionej z BStU. Człowiek ten złamał wszystkie możliwe przepisy najpierw zaglądając do akt wieloletniej koleżanki a następnie samowolnie referując ich treść[34]. Jedyną konsekwencją, którą poniósł dawny towarzysz SED, było przydzielenie go do realizacji nowych zadań.

Michael Beleites, który w czasach NRD w swoim samizdacie „Pechblende” (Uraninit) wskazywał na niebezpieczeństwa eksploatacji uranu wyczerpany nerwowo zrezygnował po 14 dniach z pracy w BStU, gdzie była prawniczka SED kazała mu wypełniać formularze. Według relacji Beleitesa „podczas zebrań zawsze miała na podorędziu kilka gotowych złośliwości pod adresem tzw. działaczy na rzecz praw obywatelskich”. Owej damie, która swoją pracę doktorską poświęciła jednemu z aspektów ruchu tranzytowego, podlegał referat zajmujący się teczkami byłych dysydentów. Później została szefową działu personalnego i uczestniczyła w przygotowaniu fałszywych informacji dla Bundestagu na temat byłych współpracowników Stasi pracujących w BStU. W obecnym schemacie organizacyjnym Urzędu pełni funkcję dyrektor ds. organizacji.

Prześladowany przez nią Beleites jest dziś krajowym pełnomocnikiem ds. akt Stasi w Saksonii. Jego zdaniem współpracownicy BStU związani z minionym systemem mają nadal „co najmniej paraliżujący wpływ” na pracę Urzędu. Poprzez „wykonywanie obowiązków służbowych w sposób skrajnie drobiazgowy”, co nie budzi zastrzeżeń pod względem prawnym, realizowany jest rodzaj „biernego oporu”. Tym samym „dusi się w zarodku rzeczywiste zaangażowanie na rzecz rozliczeń represywnych struktur państwa SED”[35]. Do marca 2007 roku Beleites należał do Rady BStU. Jednak po wielokrotnych przypadkach merytorycznych zmian jego krytycznych wypowiedzi w zapisach protokolarnych, opuścił to gremium. Po siedemnastu latach było to jego drugie pożegnanie z Urzędem.

Pisarz i psycholog Jürgen Fuchs bardzo szybko trafił do Urzędu ds. Akt Stasi, ponieważ chciał m.in. wyjaśnić sprawę śmierci Matthiasa Domaschka. Ten pochodzący z Turyngii opozycjonista miał w 1981 roku, tuż przed zwolnieniem z aresztu śledczego w Gerze, popełnić samobójstwo. Tej rozpowszechnianej przez Stasi wersji ludzie pokroju Jürgena Fuchsa nie dawali wiary. Fuchs sam był aresztowany w 1976 roku, zaraz po głośnej sprawie odebrania obywatelstwa Wolfowi Biermannowi, i był dwieście razy przesłuchiwany przez Stasi. MfS prześladowało go nadal nawet po tym, jak trafił do Berlina Zachodniego. Jego zapał w dochodzeniu do prawdy był przez wielu wyśmiewany tak jak jego podejrzenie, że Stasi celowo poddawała opozycjonistów promieniowaniu radioaktywnemu. W maju 1999 roku Fuchs zmarł na białaczkę w wieku 48 lat.

Podobnie jak później Beleites, Fuchs zrezygnował z członkostwa w Radzie BStU. Wcześniej nieustannie interweniował przeciwko zatrudnianiu ludzi byłego MfS: „Jeżeli choćby jeden poszkodowany przez Stasi w wyniku stosowania tzw. ‘środków rozkładowych’, mówi, że nie może znieść sytuacji, kiedy to oficerowie Stasi mają nadal wgląd w jego teczkę, to należy potraktować te słowa bardzo poważnie”[36]. Fuchs opisał w swojej ostatniej książce, 500-stronicowej powieści „Magdalena”, codzienną pracę w Urzędzie Gaucka. Dla pisarza instytucja ta była niczym innym jak „poskromieniem rewolucji” w sferze administracyjno-technicznej, rozproszeniem bolesnej przeszłości w rutynowych mechanizmach biurokracji. Nowo powołana niemiecka instytucja mająca zajmować się spuścizną Stasi jawiła się jako instrument państwowej blokady wobec ujawniania prawdy o zbrodniach Stasi. Już w pierwszym rozdziale powieści Fuchs przepowiada, jaki los spotka jego publikację. Opisuje szczegółowo wzburzenie, jakie ogarnie cały Urząd: „Trwają przesłuchania pracowników, sporządzane są notatki służbowe, trwa polowanie na informatorów, zostaje uruchomiony dział prawny”.

Tak też się stało. Wprawdzie odstąpiono od początkowego pomysłu, aby wytoczyć proces autorowi, byłemu dysydentowi, ale kwerendyści Gaucka wertowali powieść bardziej drobiazgowo niż niejeden dokument z zasobów MfS. Ostatecznie padają w niej konkretne nazwiska osób współpracujących ze Stasi i wspierających komunistyczny reżim w byłej NRD. Kierownik jednego z referatów otrzymał zadanie sporządzenia tabelarycznego rejestru osób występujących w powieści. Dokument ten [AU I.1./Grundsatzangelegenheiten] zawierał 57 „informacji na temat urzędników BStU” wraz z ich charakterystykami pochodzącymi z publikacji Fuchsa[37].

Tak na przykład przy nazwisku „Joachim Gauck” znajdujemy następujące adnotacje: „prezydent federalny?” i „jedwabne koszule s. 213” – co było niewątpliwą aluzją do próżności Gaucka. O ile te fragmenty mogły jeszcze bawić prezesa BStU, o tyle bardzo musiała go zaboleć użyta przez Fuchsa gra słów stanowiąca podtytuł powieści. Ze skrótu „VEB Horch und Guck” potocznie stosowanego w byłej NRD określenia na Stasi, Fuchs zrobił „VEB Horch & Gauck”[38]. Z tego punktu widzenia BStU nie był żadną cezurą tylko kontynuacją. „Władza smakuje” – konkludował Fuchs. Dwaj wschodnioniemieccy opozycjoniści, którzy jesienią 1989 roku walczyli o wspólną sprawę, stanęli teraz po dwóch stronach barykady. Także w przeszłości niekoniecznie stali po jednej stronie. W „Magdalenie” czytamy: „Joachim Gauck dysydentem? Nie. Nie był nim i nie jest”.

Zarówno Jürgen Fuchs, opozycyjny student psychologii z Jeny, jak i Joachim Gauck, ewangelicki pastor pochodzący z Rostoku, padli ofiarą represji ze strony aparatu służby bezpieczeństwa. Fuchs spędził dziewięć miesięcy w centralnym więzieniu MfS w berlińskiej dzielnicy Hohenschönhausen a następnie pod groźbą długoletniego więzienia został zmuszony do wyjazdu na Zachód. Także Gauck był prześladowany przez komunistyczny reżim, o czym świadczy jego 500-stronicowa teczka Stasi, którą sam udostępnił mediom[39]. Stasi zainteresowała się Gauckiem już w 1974 roku. Agenci donosili o gniewnym pastorze głoszącym, „że służba bezpieczeństwa zatrudnia tylko hołotę i motłoch” a enerdowskie szkoły „deformują dzieci zmuszając je do bezwzględnego posłuszeństwa”. Propagowanie tego rodzaju treści doprowadziło do tego, że w 1983 roku Stasi założyła mu teczkę sprawy operacyjnego rozpracowania OV „Larve”. Stasi chciała przypisać Gauckowi czyny karalne, których nie popełnił, a następnie wsadzić go za nie do więzienia. Pastor nie tylko podburzał młodych przeciwko państwu, armii i służbie bezpieczeństwa. Niejednokrotnie wspierał również tych, których próbowano zmusić do współpracy ze Stasi.

W kwietniu 1984 roku synowie Gaucka, Christian i Martin, złożyli wbrew woli ojca wniosek o zezwolenie na wyjazd za granicę, co skutkowało odebraniem Gauckowi przysługującego zwyczajowo pastorom przywileju podróżowania na Zachód. Jednocześnie MfS wprowadziło zakaz wjazdu do NRD dla jego krewnych i znajomych z Zachodu. W żargonie Stasi tego rodzaju szykany nazywane były ‘środkami rozkładowymi’ i polegały na psychicznym znęcaniu się nad tzw. „obiektem”. Kilka miesięcy później oficerowie Stasi odnotowali, że Gauck „ograniczył swoją wrogą aktywność jak i twórczą inspirację” i jest „zdezorientowany”. Po latach Joachim Gauck zupełnie inaczej tłumaczył zmianę w swoim zachowaniu: „Chciałem zorganizować Ewangelickie Dni Kościoła i musiałem pójść na kompromis…”[40] Meklemburski Kościół krajowy mianował pastora Gaucka głównym organizatorem Spotkań Chrześcijan wiosną 1988 roku w Rostocku.

W grudniu 1987 roku, po ponad trzyletnim okresie oczekiwania, pozwolono jego synom wyjechać z NRD. MfS odnotowało wcześniej w 10-stronicowym sprawozdaniu okresowym, że podczas przygotowań do Ewangelickich Dni Kościoła Gauck „nie wykazywał zainteresowania żadnym tematem, który uderzałby w stosunki panujące w NRD”. Co więcej, starał się możliwie ograniczać prace grupowe co bardziej aktywnych uczestników. W 1987 roku te „grupy bazowe” urządziły w Berlinie „Oddolne Dni Kościoła” i zorganizowały demonstrację z transparentami, na których widniały m.in. żądania „Głasnosc dla państwa i Kościoła”. Jeden z tajnych współpracowników przytaczał słowa Gaucka, że „Dni Kościoła w 1988 roku są po to, aby je świętować, a nie po to, aby przy tej okazji demonstrować”. Tę „obietnicę” – zdaniem MfS – pastor „zrealizował”.

Kapitan Wolfgang Terpe z rostockiego urzędu powiatowego MfS zwrócił się w lipcu 1988 roku do Gaucka z prośbą o rozmowę. Musiał na nią poczekać kilka dni, o czym można przeczytać już na wstępie jego dziewięciostronicowego „protokołu rozmowy”: „Gauck uzasadnił to tym, iż ma już kilka osobistych doświadczeń ze współpracownikami MfS oraz, że odrzuca metody stosowane przez MfS…” Notatki kapitana Stasi świadczą o dystansie Gaucka wobec Stasi. Podczas rozmowy skarżył się na represje wobec jednego z opozycjonistów, któremu „przecież chodziło ostatecznie o pozytywne przemiany społeczne”. Pastor chwalił ponadto reformatorski kurs Gorbaczowa jako model „wypracowania długofalowej, prawdziwej wewnętrznej więzi ludzi z NRD”. Obiecał także namawiać wiernych swojej parafii, aby nie przenosili się za granicę tylko „pozostawali w NRD”. Pod koniec rozmowy „funkcjonariusz oznajmił Gauckowi, że odpowiednie organy państwowe wydały zgodę na wjazd jego dzieci, które przeniosły się do RFN, do NRD”. Gauck wydawał się tą decyzją „głęboko poruszony”.

Zdaniem kapitana Terpe’go podczas rozmowy panował nastrój „wzajemnej akceptacji”. Dlatego wnosił on o zakończenie operacyjnego rozpracowania OV „Larve” i rozpoczęcie procedury początkowej dla pozyskania Gaucka jako IM. Ostatecznie jednak odstąpiono od tego zamiaru. Teczka sprawy operacyjnego rozpracowania OV „Larve” trafiła do archiwum 21 listopada 1988 roku.

Peter-Michael Diestel, dawny przeciwnik Gaucka z czasów Izby Ludowej interpretuje zawartość teczki pierwszego prezesa BStU jako świadectwo konszachtów ze Stasi. Sformułował nawet tezę, że Gauck był „beneficjentem” Stasi. Był to zarzut dużego kalibru, gdyż ustawa o dokumentach Stasi rozróżnia między „beneficjentami” a „ofiarami” Stasi.

Mimo to Gauck nie chciał początkowo sięgać po środki prawne i ograniczył się jedynie do określenia Diestela mianem człowieka „pozbawionego zdolności honorowych”. W 2000 roku, kilka miesięcy przed ustąpieniem z funkcji prezesa BStU, podjął jednak czynności procesowe. Decyzją sądu Diestel miał zaniechać rozpowszechniania swojej tezy. Gauck twierdził, że „naruszające jego cześć” wypowiedzi Diestela mają służyć dyskredytowaniu „całej pracy podległego mu Urzędu”. Diestel wniósł zażalenie i na poparcie swojej tezy zaprezentował osiem zapewnień z mocą przyrzeczenia – co ciekawe, pięć z nich pochodziło od funkcjonariuszy Stasi. Jednym z nich był adwokat Wolfgang Schnur, który do czasu zdemaskowania go jako agenta Stasi, działał u boku Helmuta Kohla agitując na rzecz „Sojuszu dla Niemiec”. Schnur postawił osobę Gaucka w niejasnym światle w związku ze sprawą wyjazdu jego synów na Zachód. Twierdził bowiem, że osobiście od Gaucka otrzymał polecenie, przyspieszenia ich wyjazdu do RFN. Gauck temu zaprzeczył. Ponadto wbrew powszechnie przyjętym zwyczajom synowie Gaucka mogli już po roku odwiedzić NRD. Sąd Krajowy w Rostocku orzekł, że Gauck może być nadal nazywany „beneficjentem” Stasi[41]. Ten zaś zapowiedział złożenie apelacji.

Wyższy Sąd Krajowy w Rostoku zaproponował obu stronom „rozmowę w cztery oczy”. Spór zakończył się w 2001 roku porozumieniem pozasądowym. Koszty procesu musiał pokryć Diestel, co do dziś jest źródłem jego frustracji. Po „rozmowie w cztery oczy” Gauck wycofał swoje powództwo o zaniechanie, natomiast Diestel pozostał przy swoim twierdzeniu. Ogłosił jedynie, że dla niego samego „osobista uczciwość Gaucka nie podlega dyskusji”[42]. Niewiele gazet podało do wiadomości, że Joachim Gauck zrezygnował z podejmowania starań o ostateczne zaprzestanie rozpowszechniania twierdzenia, że jest „beneficjentem” Stasi. Kiedyś Gauck sam przyznał, że w pewnym stopniu system komunistyczny go ukształtował i zdeformował, czego by się nigdy nie spodziewał”. I dodał: „Nikt nie wychodzi z dyktatury bez szwanku”[43]. Tak jasne i otwarte oświadczenia należą do rzadkości. Perwersyjność skutków drugiej niemieckiej dyktatury polega na tym, że sprawcy nie odczuwają wstydu, podczas gdy ich ofiary oraz bierni uczestnicy systemu niejednokrotnie noszą w sobie brzemię winy. Joachim Gauck niewątpliwie położył wielkie zasługi dla odbudowy demokracji w Niemczech.

Uwe Müller, Grit Hartmann
Przekład z niemieckiego: Ewa Stefańska

KsiążkaStasi – zmowa niepamięciukaże się po polsku nakładem wydawnictwa Zysk i Ska jesienią 2012 roku.

Na zdj. Joachim Gauck (z prawej) i Peter-Michael Diestel rozmawiają w Berlinie w 1990 roku (Peer Grimm, Deutsches Bundesarchiv).

Zrodlo: rebelya.pl

NOTY O AUTORACH:

Uwe Müller, ur. w 1957 roku w Wiesbaden, studiował gospodarkę i socjologię we Frankfurcie n. Menem. Karierę dziennikarską rozpoczął jako redaktor w wydawnictwie Düsseldorfer Verlagsgruppe Handelsblatt. W 1990 roku został korespondentem dziennika „Die Welt” w Niemczech Wschodnich, dla którego od 2002 roku pracuje jako reporter. Mieszka w Lipsku i w Berlinie. Jest autorem książki Supergau Deutsche Einheit (2005).

Grit Hartmann, ur. w 1962 roku, studiowała dziennikarstwo w Lipsku i pracowała do upadku NRD dla Börsenblatt für den Deutschen Buchhandel. W 1990 roku była współzałożycielką Forum Verlags Leipzig. Od 1994 roku pracuje jako niezależna dziennikarka. Jest autorką kilku książek m.in. Goldkinder. Die DDR im Spiegel ihres Spitzensports (1997).

[1] Die Welt z 30.05.2008: „Die Akten der Anderen”.
[2] Die Welt z 30.11.2006: „Die Birthler-Behörde hat ein Stasi-Problem“.
[3] Klein/Schroeder: Ekspertyza dot. zatrudniania byłych pracowników MfS w BStU przeprowadzona na zlecenie pełnomocnika rządu federalnego ds. kultury i mediów (BKM), Berlin 2007, w: www.interpool.tv/images/stories/Dokumente/gutachten/bstu_gutachten_2007.pdf (stan na styczeń 2009).
[4] Gauck: Die Stasi-Akten, s. 104.
[5] Frankfurter Rundschau z 9.07.1993: „Sympathie ist in Misstrauen umgeschlagen”.
[6] Klein/Schroeder: Ekspertyza dot. zatrudniania byłych pracowników MfS w BStU przeprowadzona na zlecenie pełnomocnika rządu federalnego ds. kultury i mediów (BKM), s. 75.
[7] Der Spiegel 29/1990: „Die müssen sich verhaften”.
[8] Der Spiegel 29/1994: „Urteil”. Diestel wytoczył w latach 90. wiele procesów przeciwko osobom, które twierdziły, jakoby to on w piśmie podpisanym wspólnie z Günterem Eichhornem zarządził zniszczenie akt. Diestel utrzymywał, że jedynie wydał dyspozycje odnośnie transportu dokumentów. Sądy ostatecznie przyznały mu rację i przypisały mu jedynie polityczną odpowiedzialność za zniszczenie dokumentów wydziałów okręgowych XV HVA.
[9] Komitet ds. Likwidacji Urzędu Bezpieczeństwa Narodowego (AfNS) zatrudniał początkowo 261 współpracowników; 176 pracowało w berlińskiej centrali MfS a pozostali w byłych zarządach okręgowych MfS. Wszyscy, z wyjątkiem działaczy na rzecz praw obywatelskich, pochodzili z byłego aparatu państwowego.
[10] Günter Eichhorn, pełnomocnik ds. dalszej likwidacji AfNS do Joachima Gaucka, specjalnego pełnomocnika likwidacji MfS/AfNS, Berlin, 4.10.1990, archiwum autorów.
[11] Liczbę 12 tys. zachodnioniemieckich tajnych współpracowników podaje współpracownik BStU Georg Herbstritt w: „Bundesbürger im Dienst der DDR-Spionage”. Inni autorzy, np. historyk Hubertus Knabe, mówią o 20-30 tys. zachodnioniemieckich agentach Stasi.
[12] Horch und Guck, Heft 57/2007, Christian Boss: „Interessenzwietracht bei der deutschen Einigung. Bundesrepublikanische Widerstände gegen die Öffnung der Stasi-Akten und das Volkskammergesetz vom 24. August 1990“.
[13] Der Spiegel z 10.04.2000: „Ärger mit der Apotheke”.
[14] Grimmer i in. (wyd.): Die Sicherheit, s. 37 nn.
[15] Horch und Guck, Heft 57/2007, Christian Boss: „Interessenzwietracht bei der deutschen Einigung. Bundesrepublikanische Widerstände gegen die Öffnung der Stasi-Akten und das Volkskammergesetz vom 24. August 1990“.
[16] Horch und Guck, Heft 21/1997, Andreas Förster: „Neue Erkenntnisse zur Hinterbühne der Stasi-Auflösung 1990“.
[17] Der Spiegel 40/1990: „Die alten Herren verpissten sich”.
[18] Horch und Guck, Heft 21/1997, loco citato.
[19] Eckart Wertebach do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych NRD, Departament Prawa, prof. dr. Schüsslera, 21.08.1990, archiwum autorów.
[20] Koch, Die feindlichen Brüder, s. 429; Horch und Guck, Heft 21/1997, Andreas Förster: „Neue Erkenntnisse zur Hinterbühne der Stasiauflösung 1990“.
[21] Der Spiegel 46/1991: „Tritt in die Weichteile”.
[22] Por. Klein, Schroeder: Gutachten über die Beschäftigung ehemaliger MfS-Angehöriger bei der BStU im Auftrag des BKM, s. 25. Chodziło o obywatela RFN, który pomagał obywatelom NRD w ucieczce do Republiki Federalnej (przyp. tłum.).
[23] Koch: Die feindlichen Brüder, s. 409.
[24] Der Spiegel 52/1990: „Menschlich bewegt”.
[25] Der Spiegel 50/1990: „Ehrlich, treu, zuberlässig”.
[26] Der Spiegel 9/1991: „Nicht ehrenwürdig”.
[27] Der Spiegel 12/1991: „Als sogenannte Spitzenquelle”.
[28] Der Spiegel 52/1990: „Menschlich bewegt”.
[29] Walter Süss, z Wydziału Edukacji i Badań BStU, zaprezentował w 1999 roku argumentację przeciwko twierdzeniom de Maizière’a, jakoby nic nie wiedział o swojej rejestracji jako IM „Czerny”. W 1989 roku Hessa na stanowisku oficera prowadzącego „Czerny’ego” zastąpił inny funkcjonariusz. Spotkał się on potajemnie z IM „Czernym” podczas trwania Federalnego Synodu Kościoła Ewangelickiego w Eisenach. Süss pisze: „Jeśli osoba o pseudonimie ‘Czerny’ nic nie wiedziała o swoich zobowiązaniach jako IM, to podczas tych rozmów z oficerem prowadzącym nie mógł tego nie zauważyć”. Ostatecznie jednak Süss stwierdza: „Nie można wyciągnąć jednoznacznej konkluzji w przypadku de Maizière/”Czerny”. W: „Süss: Staatssicherheit am Ende, s. 579 n.
[30] BStU: „Gutachterliche Stellungnahme”, ekspertyza dotycząca dokumentów odnalezionych w BStU dotyczących dr Gregora Gysi wraz z załącznikami, sporządzona i przedłożona na zlecenie Niemieckiego Bundestagu (Komisja ds. Kontroli Wyborów, Immunitetów i Regulaminu z 9.02.1995), s. 1. W Internecie: www.buskeismus.de/gysi/gysi_gutachten_gauck_950 526_1.htm. Na tej stronie znajdują się także wyroki sądowe dotyczące przypadku Gysi’ego oraz jego sprostowania doniesień medialnych.
[31] Die Tageszeitung z 3.06.1995: „Gregor zum Lesen”.
[32] Klein/Schroeder: Ekspertyza dot. zatrudniania byłych pracowników MfS w BStU przeprowadzona na zlecenie pełnomocnika rządu federalnego ds. kultury i mediów (BKM), s. 21.
[33] Berliner Zeitung z 12.11.1991: „Reden bringt die Rote Karte”.
[34] Berliner Zeitung z 24.05.1997: „Herr T., Frau A. und ein paar seltsame Vorgänge in der Gauck-Behörde“.
[35] Michael Beleites: Pismo do Marianne Birthler z 21.02.2007 oraz pismo do Richarda Schrödera z 23.03.2007, archiwum autorów.
[36] Süddeutsche Zeitung z 14.01.1998: „Ich fordere eine Debatte. Jürgen Fuchs zu seinem Streit mit der Gauck-Behörde“.
[37] BStU, Referat AU I.1./Grundsatzangelegenheiten: „Jürgen Fuchs: Magdalena. Erwähnungen von BStU-Bediensteten 1.4.1998“, archiwum autorów.
[38] Gra słów z użyciem nazwiska Joachima Gaucka: VEB Horch und Guck – Państwowe Przedsiębiorstwo „Podsłuchuj i Patrz”; por. VEB Horch und Gauck „Podsłuchuj i Gauck” (przyp. tłum.).
[39] Wszystkie następujące cytaty pochodzą z: BStU, Ast, Rostock, AOP, 2540/88, OV „Larve”, 199 Bl.
[40] Der Spiegel z 4.09.2000: „Pack und Gesindel”.
[41] Wyrok Sądu Krajowego w Rostocku, 3 0 245/00, ogłoszony 22.09.2000, archiwum autorów.
[42] Protokół Wyższego Sądu Krajowego w Rostocku Az.: 1 U213/00 z 28.02.2001; uchwała Wyższego Sądu Krajowego w Rostocku, Az.: 1 U213/00 z 30.05.2001; uchwała Trybunału Federalnego VI ZB 39/01 z 27.09.2001, archiwum autorów.
[43] Berliner Zeitung z 10.10.2000: „Blick von der Tribüne“.

Za: S t r o n a • byłych działaczy • Wolnych Związków Zawodowych Wybrzeża, 18 marca 2012

POLISH CLUB ONLINE, 2012.03.18

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek