Tomasz Szatkowski: Polska na strategicznym rozdrożu


Tomasz-Szatkowski-photo-The-Kosciuszko-Instytute-ik.orgPrzez dwie dekady zasadniczym punktem odniesienia naszej polityki bezpieczeństwa było członkostwo w NATO i w Unii Europejskiej. Obecnie sytuacja zmusza nas do bardziej samodzielnego i kreatywnego definiowania celów i instrumentów w tej sferze. Stawką jest bezpieczeństwo nie tylko naszego kraju, ale i reszty naszego regionu, oraz przyszłość więzi transatlantyckich.

O zmianie amerykańskiej polityki obronnej pisałem już w artykule "Militarne strategie Chin i USA" ("Nasz Dziennik", 2 marca br.). Składa się na nią nie tylko redukcja wydatków, ale i zmiana jej celów. Same cięcia, według obecnych zamierzeń, obejmujące w ujęciu rocznym 6-7 proc. obecnej wysokości budżetu Pentagonu, nie uzasadniają wiązanych z nimi zmian strategicznych. Wydatki obronne (uwzględniając inflację) wciąż będą wyższe niż przed "wojną z terrorem", a przecież zbiegną się także z redukcją olbrzymich wydatków na misję afgańską. Pomimo to następuje jednak redukcja "poziomu ambicji" amerykańskiej polityki obronnej. Dotychczasowy dogmat gotowości wygrania dwóch równoległych dużych wojen zostaje zastąpiony dążeniem do wygrania jednej dużej wojny wraz z towarzyszącą jej zdolnością do (jedynie) utrzymania zadań defensywnych w drugim, równoległym konflikcie. Taka konsekwencja wiąże się najwyraźniej ze wzrostem potencjału ewentualnych dużych przeciwników. Na potencjalnej liście jest ich wielu, m.in. Iran czy Rosja, ale głównym z nich staje się Państwo Środka, które według estymacji "The Economist" w perspektywie dwóch dekad może stać się liderem światowych wydatków obronnych, a już obecnie jego potęga blokuje swobodę działania amerykańskiej marynarki w kluczowym rejonie wybrzeża Azji Południowo-Wschodniej. Wycofanie dwóch brygadowych zespołów bojowych z Europy, udział "z tylnego siedzenia" w operacji w Libii oraz przecieki dotyczące planów obrony dla wschodniej flanki NATO wzbudzają uzasadniony niepokój, iż Europa może stać się tym drugorzędnym, defensywnym kierunkiem strategicznym.

Erozja bezpieczeństwa w Europie

Eksperci zwracają uwagę, że w związku z ważnym przewartościowaniem w amerykańskiej polityce obronnej musimy znaleźć nowy sposób na naszą wartość w relacjach z naszym największym sojusznikiem. Profesor Andrew Michta, szef warszawskiego oddziału German Marshall Fund, podkreśla, że Polska powinna podjąć aktywną rolę w europejskich i regionalnych wymiarach współpracy obronnej. Powinna też uczynić swoje siły zbrojne bardziej pożądanym partnerem dla Stanów Zjednoczonych.

Złożoność niepokojących czynników w naszym otoczeniu bezpieczeństwa utrudnia jednak znalezienie łatwej recepty na to wyzwanie. Do transatlantyckich aspektów zmiany naszego otoczenia bezpieczeństwa dochodzą bowiem dwa kolejne niepokojące sygnały. Pierwszym z nich jest fiasko nadziei na budowę naszej "drugiej polisy bezpieczeństwa" w ramach europejskiej polityki obronnej. Państwa Unii nie zgodziły się na konkretyzację w trakcie polskiej prezydencji zawartej w traktacie lizbońskim dość mgławicowej klauzuli o wzajemnej pomocy. Konsekwencją tego stanu rzeczy jest także brak zgody wszystkich państw członkowskich Unii dla budowy niezależnego od NATO zaplecza dowódczego dla jej operacji wojskowych. To, że Unia nie stanie się dla nas drugą polisą bezpieczeństwa, nie powinno jednak dziwić, jeśli pamiętamy, że na jej forum dają o sobie znać istotne, nie mitygowane obecnością "wujka zza oceanu" różnice w postrzeganiu zagrożeń i interesów. Jaskrawym przykładem może być sytuacja, w której czołowe potęgi Unii pomagają sąsiedniemu niedemokratycznemu mocarstwu w uzyskaniu zdolności do szantażu energetycznego innych członków. Jednocześnie sprzedają temu samemu mocarstwu technologie oraz know-how umożliwiające odrodzenie jego coraz agresywniejszej potęgi militarnej. Co więcej, upatrywanie użytecznych sojuszników nawet wśród naszych największych zachodnich sąsiadów ma malejący sens w związku z postępującą redukcją ich potencjału militarnego. Państwa te uczyniły swoje budżety obronne opcją pierwszego wyboru wobec konieczności zaciskania pasa. W efekcie nawet Niemcy dysponują dziś mniejszą liczbą czołgów w linii niż Polska. Drugi z czynników wiąże się właśnie ze wspomnianym wzrostem potęgi wschodniego sąsiada. Przejawem powrotu do potęgi Rosji jest nie tylko rytualne straszenie nas rozmieszczeniem rakiet taktycznych w okolicy Kaliningradu. W ostatnim czasie w wyniku kontynuowanego wzrostu wydatków i wysiłku reformatorskiego dochodzi do znacznego wzrost gotowości bojowej jednostek (zarówno w zakresie wyposażenia technicznego, jak i wyszkolenia), w tym przede wszystkim w sąsiadującym z nami Zachodnim Okręgu Wojskowym. Ewoluuje także rosyjska strategia obronna, która całkiem oficjalnie zakłada większą elastyczność użycia siły militarnej. Ten stan rzeczy jest od dłuższego czasu nazywany po imieniu nie tylko przez niektórych amerykańskich czy brytyjskich analityków, ale i przez nasz rodzimy, niewątpliwie profesjonalny Ośrodek Studiów Wschodnich.

Szklanka jest (przynajmniej na razie) do połowy pełna

Mamy więc symptomy kryzysu naszych niektórych relacji sojuszniczych, którym – co gorsza – towarzyszy wzrost potencjalnego zagrożenia. Oczywiście, gwoli obiektywizmu, nie można, przynajmniej na razie, postrzegać sytuacji w całkowicie czarnych barwach, szczególnie w odniesieniu do Stanów Zjednoczonych. W efekcie cięć, o ile nie zajdzie konieczność ich dalszego zwiększenia, spadnie oczywiście wielkość zakupów nowoczesnego sprzętu, ale zastąpią je wydatki na inne zaawansowane technologie umożliwiające lotnictwu i marynarce USA zdalne uderzenie na przeciwnika. Ułatwią one pokonanie dużego, klasycznego przeciwnika, co będzie także korzystne z punktu widzenia bezpieczeństwa Polski. Ten trend oznacza także zakończenie trwającej od 11 września 2001 roku "mody´´ na zdolności przeciwpartyzanckie i okupacyjne. Efektem powinien być większy wachlarz amerykańskich opcji militarnych w razie kryzysowej sytuacji na wschodniej flance Sojuszu. Nawet jeśli zabrakłoby amerykańskich oddziałów na lądzie, potężna zdolność do zdalnego rażenia przeciwnika z morza i powietrza, wsparcie wywiadowcze, rozpoznawcze i logistyczne może być bardzo skutecznym "enabling factor" (czynnikiem umożliwiającym) obrony Europy.

Inny korzystny aspekt naszych relacji transatlantyckich to ciągła użyteczność NATO. Jest to wciąż najpoważniejszy element naszego systemu bezpieczeństwa. Oprócz niedoskonałych, ale już dość konkretnych zobowiązań w planach obrony terytoriów państw członkowskich posiada zaplecze dowódcze, sprawdzone procedury i szereg własnych wyspecjalizowanych służb. Fakt, że w listopadzie 2010 r. w Lizbonie zdecydowano się m.in. odświeżyć zadania obrony terytorium państw członkowskich i rozszerzono katalog zadań Sojuszu, pokazuje, że utrzymanie spójności i wiarygodności NATO powinno być dla nas bardzo istotne. Tym niemniej w najbliższym czasie mogą zajść procesy, które zniweczą i te pozytywy. Testem na wiarygodność naszego transatlantyckiego sojuszu będzie zarówno decyzja odnośnie do taktycznej broni nuklearnej w Europie, jak zakres i charakter ćwiczeń NATO o kryptonimie "Steadfest Jazz", które mają się odbyć na jesieni 2013 r. w Polsce i w państwach nadbałtyckich. Ich celem będzie przećwiczenie scenariusza sojuszniczej pomocy na wschodniej flance (co może być rozumiane jako swoista odpowiedź na tegoroczną edycję białorusko-rosyjskich ćwiczeń "Zapad"). W świetle ostatnich zaskakujących przejawów dobrej chemii pomiędzy administracją Obamy i Putina należy też z uwagą śledzić losy polskiej części projektu tarczy rakietowej oraz konsekwencje wynikające z amerykańsko-rosyjskiego porozumienia energetycznego. Dotychczasowe napięcia związane z konkurencją wokół złóż arktycznych korzystnie wpływały choćby na zakulisowe amerykańskie wsparcie dla rozwijającej się współpracy obronnej państw nordyckich, bałtyckich i Wielkiej Brytanii (w której wielu chciało także widzieć Polskę).

Szukając sojuszników w sąsiedztwie

Jakie są więc wnioski z zaistniałej sytuacji dla polskiej polityki bezpieczeństwa? Biorąc pod uwagę wymienione eksperckie sugestie, zgadzam się, iż Polska powinna być aktywna w wielu konstelacjach współpracy obronnej. Jest to ważne dla zwiększenia naszej atrakcyjności jako państwa, które jest w stanie wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo sąsiedztwa i być liderem dla innych. Nie widzę jednak istotnej, oprócz wizerunkowej, wartości mającej wyniknąć dla naszego twardego bezpieczeństwa z aktywizmu w sferze europejskiej polityki obronnej. Ten aspekt polityki Unii chyba już na zawsze pozostanie obszarem bardziej dyskusji niż akcji, i to raczej dotyczących dalekich od klasycznej wojny operacji reagowania kryzysowego.

Perspektywiczną opcją jest za to aktywny udział w regionalnych projektach współpracy obronnej. Te "wyspy kooperacji" są potencjalnie bardziej spójne niż formalne sojusze, gdyż łączy je podobieństwo kultury strategicznej i interesów. Ich narodziny wynikają w pewnym stopniu z symptomów słabości NATOczy Wspólnej Polityki Bezpieczeństwa i Obrony UE. Regionalne inicjatywy kooperacji nie muszą jednak oznaczać erozji tych organizacji, ale wręcz przeciwnie – mogą im pomagać wypełniać pewne zadania. Pozytywnym przejawem takiego podejścia jest powrót Polski do idei współpracy obronnej w ramach Czwórki Wyszehradzkiej. Polska występuje w niej jako lider grupy państw, która zaczyna nie tylko artykułować swoje wspólne interesy na forum NATO, ale i myśli o budowaniu wspólnych zdolności obronnych. "V4" ma też istotną wartość jako potencjalny zaczyn szerszej współpracy na osi północ – południe. Niestety, nie ma wciąż istotnych sygnałów świadczących o większym zainteresowaniu Polski współpracą z państwami nordyckimi. Nasze interesy bezpieczeństwa są dość zbieżne z północnymi sąsiadami, a zdolności obronne tej grupy państw znacznie poważniejsze niż naszych partnerów z południa.

Nie jesteśmy skazani na słabość

Najważniejszym pytaniem jest jednak, jak zaistniała zmiana kontekstu geopolitycznego powinna wpłynąć na kształt naszych sił zbrojnych.

Przede wszystkim powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, co widzą zagraniczni obserwatorzy, tj. że jest nas stać na dość silne wojsko. Z uwagi na wielkość kraju i rosnące PKB siła militarna Polski jest niebagatelnym czynnikiem dla bezpieczeństwa naszego regionu. Już obecnie wydajemy na obronność o połowę więcej niż świetnie przygotowana do swej obrony Finlandia, i tylko o jedną trzecią mniej niż taka potęga jak Izrael. Będąca pozytywnym wyjątkiem w Europie ustawowo ustalona relacja wydatków obronnych wobec PKB nie zdążyła jednak jeszcze przynieść bardzo wymiernych owoców. Większość z tego wzrostu zostało "zjedzone" przez misje zagraniczne, garb wydatków socjalnych, a także zmarnowane przez niesprawność resortu obrony narodowej. MON musi się wciąż uczyć budowania racjonalnej długoterminowej polityki zbrojeniowej, a rząd łączenia interesów militarnych z gospodarczymi.

Ważne są jednak priorytety tych wydatków. Wypada zgodzić się ze wspomnianą sugestią profesora Michty, aby odbudowując swoje zdolności obronne, Polska nie zaniedbała zdolności do bycia wartościowym sojusznikiem USA. Inaczej jednak rozłożyłbym akcenty. Amerykański politolog stawia Polsce za wzór Zjednoczone Królestwo. Strategia Wielkiej Brytanii od czasu kryzysu sueskiego w 1956 r. zakłada utrzymanie pozycji międzynarodowej poprzez wpływanie swą zdolnością współdziałania militarnego na politykę Stanów Zjednoczonych. W utrzymaniu tej zdolności współdziałania, oprócz czynników kulturowych, Brytyjczykom pomaga jednak fakt, iż ich naturalną strategią jest rola zdolnej do dalekich działań potęgi morskiej. Większość krajów potrzebuje trochę innych zdolności do klasycznej obrony terytorium niż do dalekich misji – w rodzaju afgańskiej. Wielka Brytania nie potrzebuje się tym martwić, gdyż jest wyspą, a przede wszystkim dlatego, iż ma własny nuklearny potencjał odstraszający. Polska musi więc przyjąć trochę inną strategię niż Wielka Brytania, zwracając większą uwagę na lądowy charakter potencjalnego zagrożenia. Odbudowa naszego potencjału do obrony kraju nie musi jednak oznaczać zmniejszenia naszej przydatności jako sojusznika. Wojsko, które będzie w stanie obronić nasze terytorium, będzie mogło także skuteczniej przyjść z pomocą innym sąsiadującym z nami członkom NATO, jak choćby państwom bałtyckim. Z punktu widzenia Amerykanów powinno to oznaczać zdjęcie z głowy części "problemu". Oczywiście wpływu na decyzje Amerykanów nie uzyska się bez zdolności współdziałania w szerokim zakresie zadań bojowych. Skupianie się wyłącznie na "własnym podwórku" bądź też całkowita specjalizacja na tych, którzy bronią lądowej granicy NATO, i na tych, którzy działają poza jego obszarem, nie wpływałoby pozytywnie także na spoistość Sojuszu. Roztropność nakazuje jednak, aby myśląc o naszych siłach możliwych do użycia poza obszarem traktatowym Paktu, brać pod uwagę ich użyteczność do scenariusza samodzielnej obrony. Nie musi to być sprzeczne z bardziej uniwersalną nauką, którą warto przejąć od Brytyjczyków. Ich doświadczenia wskazują, że chcąc mieć wpływ na rozwiązania polityczne operacji międzynarodowej, powinniśmy być zdolni do wzięcia udziału w jej najbardziej bojowej fazie, a nie tylko w będących ich następstwem działaniach stabilizacyjnych. Sprecyzowanie, jaki dokładnie powinien być "mix" naszych zdolności obronnych, wykracza oczywiście poza ramy tego artykułu. Te kwestie powinny być jednak tematem poważnej politycznej, eksperckiej i publicystycznej dyskusji. Takie podejście nie jest motywowane fanaberią oderwaną od "realnych" problemów dnia codziennego, ale stawką utrzymania warunków do swobodnego osiągania aspiracji nie tylko naszego Narodu, ale i całego sąsiadującego regionu.

Tomasz Szatkowski


Autor jest prawnikiem i absolwentem Wydziału Studiów Wojennych King´s College London. Pracował na stanowiskach kierowniczych m.in. w KPRM, Bumarze sp. z o.o. oraz TVP S.A. Ekspert ds. polityki obronnej w Centrum Analiz Fundacji Republikańskiej oraz w Instytucie Kościuszki.

Za: NASZ DZIENNIK, 5-6 maja 2012, Nr 104 (4339)

Na zdjeciu: Tomasz Szatkowski – za: The Kosciuszko Institute / Wybor wg/PCO

Przeczytaj rowniez:

POLISH CLUB ONLINE, 2012.05.06

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek