Andrzej Kumor – 20 lat temu trzymali tetetki po sejfach


Od lewej - Tadeusz Mazowiecki, Czeslaw Kiszczak, Lech Walesa, Wojciech Jaruzelski, Bronislaw Geremek, Mieczyslaw F. Rakowski, ks. bp Tadeusz Goclawski - fot. Kwiatkowski, CAF-PAP - za alpinisci9.plPolakom powoli opadają klapki z oczu. Coraz więcej osób dostrzega, “pi-ar” obecnej grupy rządzącej i widzi fasadowość rzekomo “wolnej, demokratycznej i niepodległej”.

Mogły te klapki opaść wcześniej, mogły już 20 lat temu, kiedy to agentura postanowiła obalić nieśmiało podnoszący głowę rząd Jana Olszewskiego, aby przypilnować do końca interesów.

Niestety od dawna uwarunkowano Polaków do wiary w autorytety; takie swoiste “kulty małych jednostek”. W czasach PRL-u autorytety kreowało politbiuro – oficjalnie i podszeptem.

Na wielkich bojowników sprawy polskiej wysuwano różnych agentów, umoczonych po pachy pachołków, prowadzonych na pasku esbeckich speców. Była więc “opozycja” na pokaz dla zagranicy i ta na rynek wewnętrzny. Ci pierwsi mimo “licznych utrudnień” jednak ostatecznie dostawali paszport do Paryża, ci drudzy pisali w więzieniach książki, które następnie były “przemycane” do wydawców na Zachodzie i czytane w Wolnej Europie (kto choć raz był w więzieniu wie, że pisanie czegokolwiek bez zgody jest niemożliwe). I myśmy owym autorytetom wierzyli. Może dlatego, że chcieliśmy.

Tymczasem, jeśli ktoś nie miał koncesji na opozycyjność no to była kicha – bywał zazwyczaj zmiatany – dobrze, jeśli tylko z życia publicznego; gorzej, jeśli pod ziemię.

Staszewski, Wajda, Konwicki, ludzie, którym odpowiednie instytucje dorabiały aureolę nad czółkiem, mimo peerelu jakoś funkcjonowali, i bynajmniej nie musieli w Bieszczadach szuflować węgla drzewnego. A tam lądowali ci, wyrzuceni z wilczym biletem, których żaden zakład nie chciał mieć na etacie robotnika niewykwalifkowanego.

Tak więc cała kultura produkowana w PRL-u; cała kultura finansowana przez państwo musiała mieć co najmniej przyzwalające mrugnięcie okiem od panów komunistów. Władza raz mrugała częściej raz rzadziej, raz odkręcała, raz przykręcała kurki, ale gdyby się uparła, to dany “autorytet” mogła totalnie utrącić pozbawiając środków do życia.

Tak robiła w przypadku ludzi prawdziwie niezależnych, tych, którzy w obronie wolności wewnętrznej decydowali się pokazać władzy środkowy palec. Był to heroizm. Polegający również na całkowitym wykasowaniu ze sfery publicznej – nikt o takich protestach nie wiedział, nikt nie krzyczał.

I tak do lat 80. komuniści wychowali sobie “autorytety” i “opozycję”- które zawieźli autobusami do Magdalenki, by potem usiąść przy okrągłym stole.

Ten układ, został lekko zachwiany przez rząd Olszewskiego. Dlatego w mig obalono gabinet.

Komunistyczna sitwa uwłaszczona na peerelu chciała, by wykreowane autorytety uratowały wianek dziewictwa i zachowały wpływy.

To właśnie one, wykreowane przez lokalne ośrodki propagandowe i tym razem ochoczo wspierane z zachodniej zagranicy miały Polaków przeczołgać “jedyną możliwą” drogą planu Balcerowicza i prywatyzacyjnego szabru. Ludzi, którzy usiłowali się temu przeciwstawiać, ba nawet takich, którzy usiłowali stać z boku odsądzano od czci i wiary zazwyczaj oskarżając o agenturę.

Złodzieje krzyczeli łapać złodzieja – agenci zarzucali agenturalność prawym Polakom, i była to skuteczna broń. Zamiast otworzyć archiwa – jak chciał rząd Olszewskiego – rozpoczęto pojedynki na teczki.

Dramatyczne posiedzenia sejmowe z 1992 roku obnażyły te machinacje, ludzie mogli przejrzeć oszustwo, mogli wyjść na ulicę, elity niepodległościowe mogły starać się przejąć resorty siłowe.

Niestety, wszyscy mieli skutecznie zawrócone w głowie. Ociemniałe i zdeformowane mentalnie latami komunizmu polskie społeczeństwo nie potrafiło rozeznać sytuacji, a ci którzą ją rozpoznawali bali się. Efekt jest taki, że ów magdalenkowy układ rządzi do dzisiaj, przeniósł się przez dwie dekady, zreprodukował i rozkwitł. Dzisiaj jest to coraz cieśniejszy gorset.

Mimo tąpnięć, w rodzaju katastrofy smoleńskiej, naród znów nie zdołał wybudzić się na tyle, by stać się suwerenem i sięgnąć po władzę. Znowu ktoś się przestraszył, ktoś dał sobie zepsuć szyk. Władza przetestowała walką opór społeczny i stwierdziła, że może sobie na wiele pozwolić.

Dlatego polskie kobiety będą tyrać7 lat dłużej do emerytury; dlatego polskie rodziny będą tracić domy i mieszkania duszone podatkiem katastralnym, te same mieszkania, jakie otrzymały w ramach jedynej powszechnie przeprowadzonej prywatyzacji. Będą szły z torbami, gdy byle urzędas oszacuje im lokal na jakąś bajońską kwotę. Ci, których nie będzie stać na podatek, będą mieli stosowną kwotę dopisaną na hipotece – tak, by za moment utracić nieruchomość za długi.

To wszystko na oczach społeczeństwa, okadzanego jeszcze kilkanaście lat temu wolnością i demokracją – społeczeństwa, któremu złodzieje wmówili wielkość, przy okazji wymieniając zamki w drzwiach.

20 lat temu w czasie “Nocnej Zmiany” jeszcze się trochę nas bali, trzymali tetetki po sejfach, dzisiaj wiedzą, że mogą iść na bezczelnego, że nie zastąpią na drzewach liści. Za późno. Koniec.

Andrzej Kumor, Mississauga

Za: http://www.goniec.net , 8 czerwiec 2012

Wybor zdjecia wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2012.06.09

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek