Nova et Vetera: Przerwany kod kulturowy – z Jackiem Krzystkiem, założycielem inicjatywy wydawniczej ad astra rozmawia Arkadiusz Robaczewski


To były najważniejsze książki lat 90 ubiegłego wieku. I jedyne na dużą skalę, z e świadomością misji i uczestniczenia w realnej wojnie, działające wydawnictwo – Oficyna Wydawnicza „ad astra” Jacka Krzystka. „Przeczytajcie Państwo książki Inicjatywy Wydawniczej <<ad astra>> – żądając ich w księgarniach – zanim zechcą zamienić nam Ojczyznę na europę” głosiły anonse drukowane w książkach wydawanych w połowie lat 90 ubiegłego wieku. Zapewne dzięki temu, że wielu wówczas szło za wydawniczym apelem, wciąż trwa nadzieja. Że chociaż wokół panoszy się chaos, że o Ojczyźnie mówić, myśleć i pamiętać jest dziś niestosownie, że z manifestacji w dzień narodowego święta media robią, jak za najlepszych czasów komunistycznej propagandy, burdy warchołów i chuliganów – wielu, coraz więcej, także pośród tych urodzonych w latach 90, jest zdeterminowanych, by żyć w Ojczyźnie, nie w europie. I stara się tę Ojczyznę na nowo odkrywać a w tym celu sięga po stojące na półkach w domowych bibliotekach ksiązki oficyny wydawniczej <<ad astra>>. Zasłużonego wydawcę, pełnego pasji, wciąż, mimo wielu życiowych doświadczeń, sięgającego ad astra, do gwiazd, gościlismy w Centrum Kultury i Tradycji.

Moje dzieciństwo i młodość kształtowały sanktuaria maryjne. W Kalwarii Zebrzydowskiej zwłaszcza, ale także inne, pośród nich to, którego wówczas, w czasach mej młodości nie miało się szans oglądać na żywo. Myślę o Matce Boskiej Ostrobramskiej.

Zresztą, bez Wilna, bez Lwowa, nie można zrozumieć Polski, bo bez Kresów Polski nie ma. Coś istotnego wymknęło się naszemu myśleniu o Kresach. Dotyczy to także pewnych decyzji, które podejmowali ludzie prawicy, prawicy narodowej, kiedy określali swoje potrzeby polityczne. Nikt nie miał odwagi na przełomie lat 80. i 90. mówić o sprawach naszych ziem na wschodzie -i w zasadzie do dzisiaj nikt nie ma odwagi powiedzieć, że to co kryje się pod terminami Lwów i Wilno, Wilno i Lwów, że to jest i musi kiedyś wrócić do Rzeczypospolitej, że powrót to tylko kwestia czasu. Ale póki co, są to sprawy zupełnie zaniedbane. Weźmy na przykład naszych zachodnich sąsiadów. Tam tak zwane ziomkostwa, czy ruch wypędzonych w Niemczech, mają niemalże oficjalne poparcie czynników rządowych nie mówiąc już o licznych wspomaganiach ze strony czy to partii chadeckiej czy polityki niektórych rządów regionalnych. I oni to traktują jako oczywistość, oni tego ciągle pilnują. U nas nikt nie pilnuje sprawy polskości kresów, a ludzie którzy gdzieś na zupełnych marginesach próbowali tego pilnować, nie byli później zapraszani do życia publicznego, znikali z list wyborczych na przykład.

Albo tuz przed niesławnym turniejem Euro 2010 – nagle wszyscy, od prawa do lewa stali się przyjaciółmi pani Tymoszenko. A przecież jej siniaki z pierwszych stron gazet całego świata nijak się mają do całych wymordowanych wiosek z terenu dzisiejszej Ukrainy. Mimo to, było wielkie poparcie dla niej, widzieliśmy tzw. Europę zorganizowaną. Takie sytuacje pokazują urok wielkiej polityki europejskiej, która milczy na temat Polski. Na temat drugiej wojny światowej, żeśmy mieli dwóch agresorów, ile nam odebrano terytorium, co działo się z Polską przez całe dziesięciolecia, co działo się z patriotami w pierwszych latach powojennych. Tu jest zasłona milczenia. Można się tłumaczyć nieznajomością historii. Ciągle jestem pod wpływem pracy Jędrzeja Giertycha: „Tragizm losów Polski”, którą z wypiekami można nadal czytać. Dziś jako państwo jesteśmy osamotnieni, a nie posiadamy samoistnej, suwerennej polityki zagranicznej, która by pokazała jakie mamy zamiary dla naszego narodu, naszego państwa na najbliższe 5, 25 czy 50 lat. Działaniom odpowiedzialnych za państwo od lat towarzyszy kompletna przypadkowość, albo bezwolność wobec działań sąsiadów. Otóż proszę zwrócić uwagę, że Niemcy prowadzą bardzo konsekwentna politykę wschodnią, wobec nas. To samo dotyczy sąsiadów ze wschodu. Sprawa ziomkostw w Niemczech, antypolski nacjonalizm ukraiński wspierany przez prezydenta Juszczenkę, banderowcy, pomniki. Przecież tzw. pomarańczowa rewolucja, o dziwo tak popierana przez wszystkich w Polsce, tkana była też na przypomnieniu ich zdobyczy jakim były: udział w SS galizien czy UPA i UON. Do tego dochodzi agresywny antypolonizm na Litwie, czyli sprawa szkół i nazewnictwa i nie tylko, bo chodzi o codzienne tłamszenie Polaków tam żyjących od pokoleń.. O Rosji już nie wspominę, bo wiadomo, że ona ma apetyt na Polskę zawsze. To co stale trzeba podkreślać, że każde porozumienie niemiecko – rosyjskie musi się odbywać ze szkodą dla Polski. A dzisiaj to porozumienie jest, co widać choby w sprawie rurociągu bałtyckiego. A były kanclerz znajduje prace w fundacji, która się tym wodociagiem będzie zajmować. Ten kanclerz, obcałowywany przez naszych Leszków Millerów i całą wesołą kompanię, ten sam, który miał nas wprowadzać do unii, jako nasz adwokat. Nasi politycy nie posiadali się ze szczęścia, cieszyli się jak dzieci, i okrzyknęli go adwokatem Polski. Zapominając, czy nie widząc, że dla niego liczy się interes Niemiec, nie Polski. Polskę jest gotów użyć dla interesu Niemiec. A ze strony polskiej nikt się temu nie przeciwstawia, nikt z elit. Jeszcze mianujemy takiego jegomościa naszym adwokatem!

[Arkadiusz Robaczewski] AR: Bo miłość rządzi światem… Jakże zatem określiłby Pan dzisiejszą sytuację Polski?

Cóż, no właśnie… obawiałem się tego pytania ale muszę na nie odpowiedzieć. Chociaż chcę uchodzić za optymistę – to uważam, że sytuacja Polski jest absolutnie dramatyczna. Polska jest masakrowana po prostu, chociaż to słowo słyszymy dzisiaj w wypowiedziach młodzieży, ale nie stąd biorę to zapożyczenie. Polska jest rozjeżdżana przez gigantyczny walec. Cała nasza tożsamość, historia – to ginie. Ginie, również dlatego, że wolimy nasze małe spory, podziały, bo zaklepiamy się w egoizmach, bo nam się nie chce. Uważam, że my, Polacy w swej nieświadomości nie dostrzegamy hekatomby zniszczenia tkanki narodu, która się odbyła.

AR: Czy można porównać to do jakiejś sytuacji w historii Polski?

– Boje się, że jest gorzej niż było podczas upadku Polski w XVIII wieku. Dlatego, że wtedy były próby ratunkowe, po drugie polityka, chociaż uprawiana przez armaty i bagnety, wyglądała bardziej przewidywalnie. Dzisiaj w czasach dyktatury mediów i właściwie trochę też anonimowych centrów dowodzenia światem…

AR: Właśnie, nie wiadomo, kto jest kto…

– To tak jak z ta wspomniana sprawą, gdy okazuje się że sytuacja Julii Tymoszenko porusza wszystkich wielkich tego świata, kiedy innych rzeczy się nie widzi, nie czuje, nikt nie protestuje…

Wracam do początku lat dziewięćdziesiątych. Rozmawiamy z Jackiem Krzystkiem, człowiekiem, który bodaj jako pierwszy wówczas wydał książki (Bitwa o Polskę) które wywołały realne zmiany w sposobie myślenia Polaków. Kiedy rząd dusz zaczęła sprawować GW, obóz przeciwny był rozproszony, gdzieś tam próbował się umacniać politycznie przez obóz Suchockiej, ZCHN, próby tworzenia jakichś thinkthanków, nagle pojawia się znakomita w swej treści książka Jana Marii Jackowskiego, która demaskuje mechanizmy i dźwignie, które wówczas w Polsce pracowały. Ukazuje się w oficynie wydawniczej Ad astra, w której ukazały się jeszcze inne ważne dla polskiej kultury i polskiego myślenia książki. Dość wspomnieć Historie dwudziestolecia Władysława Konopczyńskiego czy zbiór kazań kard. Hlonda. To były książki, które poprzez odwołanie do polskiego sposobu myślenia, to myślenie miały implantować i pojawiają się książki na temat tzw bieżączki, ale ukazujące mechanizmy tego, co przekazują nam media. Marek Czachorowski: Nowy imperializm. Wiek rewolucji seksualnej. Który też demaskuje pewne sprawy, wobec których milczał kościół i milczeli politycy.

– U podwalin tego wszystkiego był też – mówiąc nieskromnie – rodzaj mojej formacji. Nie jest tajemnicą, że nie mam wyższych studiów, ale starałem się nadrabiać. Zbudowałem za każdy grosz odkładany w ciężkiej pracy, bo pracowałem fizycznie wiele lat, zbudowałem potężną bibliotekę, gdzie kupowałem wiele rzeczy, chodząc po antykwariatach. I to nie chodzi o to, że jest to biblioteka białych kruków, bo to nie chodziło o lokatę kapitału, to chodzi o to, że ja zdobywałem pewne polonica, pewne dzieła, które pozwalały mnie się dokształcać, a jednocześnie, nie przewidując epoki Internetu, miałem nadzieję, że to będzie znakomity kapitał dla mojej rodziny, która wówczas chciałem zakładać. Chciałem, by była liczna i że to najlepszy prezent jaki mogę zafundować przyszłym pokoleniom. Nie mogłem przewidzieć tego, że książki mogą dzisiaj stać odłogiem, bo młodzież woli pstrykać w klawiaturę i siedzieć w wirtualnym świecie. W ogóle w moim domu rodzinnym o którym trochę wspomniałem, poprzez to, że kilkanaście książek przeżyło pożogę powstania, a ja się na grzbietach książek, stojących u mnie w pokoju tak się złożyło, uczyłem alfabetu. Do dzisiaj pamiętam niektóre tytuły, np. parlament polski, wydany w latach trzydziestych, Album dokumentujący wraz ze zdjęciami właśnie parlament, zdjęcia polskich posłów, senatorów tamtego czasu. Literowałem na tym półskórkowym grzbiecie książki.

AR: Ale myśli pan, że epoka książek się skończyła? Że nie warto gromadzić dzisiaj, nie warto dzieciom, oseskom do ręki wciskać książki, tylko te palmtopy od razu?

– Nie, no mam nadzieje, że się nie skończyła. Poza tym dla ludzi, którzy doceniają to jak się kiedyś mówiło: książka najlepszym przyjacielem, że jest w niej jakaś zamknięta tajemnica, mówimy o wartościowych książkach. Wiadomo, że tytułów sę miliony i sę to różne książki i trudno powiedzieć, co dla kogo jest wartościowe, ale rozumiem, że na tym forum potrafimy to definiować, że są to książki, które każą nam szukać prawdy, również tej zaczerpniętej, czy przede wszystkim tej zaczerpniętej z myślenia człowieka o Bogu z relacji do Pana Boga, bo nawet pisanie historii Polski może odwoływać się do tego, jakie Bóg ma wobec nas plany, czy zamiary, za co pokutujemy mając takie a nie inne doświadczenia. Mam nadzieję, że epoka książki nie zanika, może nawet paradoksalnie w tej sytuacji jaka jest nadal byłaby potrzeba, żeby gromadzic księgozbiory. Żeby one były takim jakby rezerwuarem myśli. Że ludzie świadomi dzisiaj, widząc zalew tego, że… jak coś to wikipedia i tam wszystko znajdziemy…

Wujek Google…

– no właśnie coś zgromadzimy, bo nie wiemy jak będą wyglądały czasy po nas. I jeśli uda nam się zgromadzić pewne księgozbiory. Ktoś może książki historyczne, ktoś teologiczne, ktos może filozoficzne, jeśli nam się uda, to będzie to jakimś zgromadzonym materiałem, nad którym powinny się pochylić następne pokolenia.

Czyli lata 90 i te wspaniałe publikacje. Dlaczego je Pan wydawał. Czego Pan się spodziewał, co Pan chciał osiągnąć? Nie był to na pewno cel komercyjny…

– Nie, ja nawet stałem się żebrakiem po wydawaniu pierwszych tytułów. To już dzisiaj z uśmiechem można mówić, co się działo z początkującym wydawcą, który zaczął od kardynała Hlonda. To była pierwsza książka? Polska w wizji… taki tomiczek niewielki. Tak jak powiedziałem wcześniej. Te lata, które gromadziłem księgozbiór przed sobą i w częściowo sobie, bo nigdy człowiek nie przeczyta tych wszystkich książek, które chciałby przeczytać, ale przydadzą mu się chociaż we fragmentach, albo ktoś obok niego zechce po nie sięgnąć i będzie wdzięczny, że ja to postawiłem, po to, żebys Ty mój synu, czy Ty mój współmałżonku mógł po to sięgnąć. To dało taką eksplozję, że potem trzeba było zrobić z tego coś. To tak jakby ktoś studiował pewną dziedzinę, a potem, no co? Bądź praktykiem tej dziedziny… To już nie dało się trzymać na ścianie. Mnie się wydawalo, że ja biegnę, jak po klawiaturze się biega. A przecież nie miałem ani tradycji edytorskich w rodzinie, byliśmy z epoki, gdzie reglamentacja papieru i cenzura w zasadzie uniemożliwiały prace nad wydawnictwami, chociaż jako Ad astra miałem już pewne sukcesy już w latach 80. Wydając cała serię wartościowych kart o charakterze patriotyczno-religijno-rocznicowym, takich, które dzisiaj są rarytasem w Bibliotece Narodowej czy Jagiellońskiej, bo mogą tego nie mieć. Tak, to był mój głos, taki trochę osamotniony w debacie publicznej, jak dzisiaj mówimy, czy upomnieniu. Ja naiwnie uważałem, że ktoś to zauważy i powie: Pan takie wartościowe rzeczy robi, więc panu trzeba tu pomóc. Tak sobie myślałem, że tak działa ministerstwo kultury na przykład. To dzisiaj rzeczywiście pozostawia tylko pusty śmiech, gdy wiemy jakie to są mechanizmy. Że najpierw trzeba mieć kolegę w ministerstwie, który na projekt wyasygnuje pieniądze, a potem się będzie zastanawiać jak to trzeba realizować, ale mnie się wydawało, że taki pan minister znajdzie to i stwierdzi, że: pan takie dobre rzeczy robi i ciągnie ten swój wózeczek sam, to my panu pomożemy, bo jesteśmy od kultury i dziedzictwa narodowego. To wszystko wygląda, że jest dokładnie przeciwnie.

Z perspektywy czasu miał pan nadzieję, że te książki coś zmienią w ludziach?

– Tak, ja mam nadzieję, to jest niesprawdzane oczywiście, że wiele zmieniły i te, które ja wydawałem, i te, które wydawali inni. Tak, jak w każdej sprawie duchowej trudno zmierzyć, kiedy w kim jakieś ziarenko zakiełkuje. Kijem Wisły żeśmy nie zawrócili, ale na pewno mieliśmy jakiś wkład w zachowanie choćby tego, co dziś z polskiej tożsamości jest zachowane. Byli tacy ludzie, którzy twierdzili, że moje nazwisko trafi do historii kultury polskiej. Nie mam takich amibcji, nie po to przecież człowiek walczy, pracuje. To dla Polski i dla naszych dzieci, by żyły w świecie, w którym szanuje się dziedzictwo, nie goni za każdą modą, w którym żyje się odpowiedzialnie.

Z dzisiejszej perspektywy nie żałuje Pan tego wysiłku, tego trudu, tego jeżdzenia nocnymi pociągami i dźwigania toreb wypchanych książkami…

– No tak, bo wydawnictwo na początku nawet swojego wózeczka nie miało, nie mówiąc o jakiejś furze, czyli samochodzie… Nie, oczywiście, że nie żałuję, dlatego, że mam o czym opowiadać, mam o czym rozmyślać, a poza tym jest poczucie spełnionego dobra, poczucie spełnienia, jakiegoś niedopełnienia, bo zawsze można więcej i lepiej, natomiast zdecydowanie, jako człowiek wierzący na każdej książce pisałem, że jest ona dedykowana imieniu Bożemu. Stąd tajemniczy dla niektórych napis na każdej książce: A.M.D.G. A niektórzy przychodzili do mnie i pytali, który to rok. I to nawet absolwenci wyższych aktolickiech uczelni. Bo nie mogli rozczytać. I pytali: jak Ty to datowałeś.

A przypomnijmy, że chodzi o zawołanie zakonu jezuitów i św. Ignacego: Ad maiorem Dei gloriam (dla większej chwały Bożej), który z powołania bożego zmieniał rzeczywistość, nie mając zabezpieczeń doczesnych, środkow.

Dziś wydawnictwo ad astra jest jakby w uśpieniu. Pan jednak nadal jest obecny w życiu społecznym, na inną skalę, w innych warunkach. Wciąż ma Pan przekonanie, że nie można być biernym, że w sprawie polskiej trzeba nastawać?

Tak, bez dwóch zdań! Pojmuję to w ten sposób, że w miejscach, w których się pojawiam, a nie szczędzę sobie po temu okazji, staram się zabierać głos i nastawać na różne osoby, chcąc im przypomnieć o pewnych wymiarach kultury polskiej. Zarówno kultury politycznej jak i tej kultury-sztuki, żeby tam nie brakowało pierwiastka polskiego. Poprzestanę na przykładach z ostatniego czaasu, kiedy idę na spotkanie z uznaną polską panią dyrygent i pytam ją: dlaczego państwo tak mało propagujecie muzykę polską na świecie? Przecież macie kontrakty. Możecie zastrzec sobie to i pewien parytet będzie przewidziany dla dzieł Karłowicza, Paderewskiego, Moniuszki. Chodzi o plejadę polskiego dorobku muzycznego pozaszopenowskiego i poza nazwiskami wielkich tego wieku, czy ostatnich dziesięcioleci jak Penderecki czy Górecki, bo oni, dzięki Bogu, poradzili sobie. Pani dyrygent odpowiedziała, że rzeczywiście, za mało tego robią, że to musi się zmienić. Albo na spotkaniu z wysokim przedstawicielem ambasady Węgier, który mówi o przemianach duchowości społeczeństwa Węgier doby dzisiejszej, doby, która spowodowała tę kontrrewolucję Wiktora Orbana. Rozmawiamy o tym, kto spowodował taką a nie inna preambułę konstytucji Węgier, którą przyjęto w kilkanaście miesięcy. Proszę sobie wyobrazić, że od zwycięskich wyborów na wiosnę 2010 roku oni rozpisują coś w rodzaju referendum konstytucyjnego z pytaniami do tysięcy Węgrów i w kilkanaście miesięcy potrafią to zamknąć i mieć konstytucję tak napisaną i z taką preambułą, że oni nam teraz imponują. Nam, którzyśmy stworzyli 3 maja. I oni to potrafili zamknąć na 1 stycznia 2012. Mają teraz konstytucję, która jest dla nich chlubą. W kilkanaście miesięcy kraj, w którym Kościół nie był tak wielka siłą jak u nas, przynajmniej nie mówiło się o tym. Kraj ten potrafi nasycić treścią katolicką najistotniejszą część konstytucji, czyli ów wstęp. Coś można, jeśli się wie, po co się idzie po władze w swoim kraju, jakie cele, poza partyjnym zwycięstwem, stawia. Osoby, które szły po władzę na Węgrzech wiedziały, że nie idą po zwycięstwo partii, ani nie po to, by doprowadzić do porażki partię konkurencyjną. Oni szli po to, by w sposób radykalny odnowić Węgry, wyrwać je z bylejakości trzeciorzędnych sporów i niszczącej dominacji Unii Europejskiej.

A w Polsce brakuje takich osób, środowisk?

– W Polsce nie mamy żadnej debaty konstytucyjnej i w Polsce mamy konstytucje, którą nam zrobiła grupa Mazowiecki-Kwaśniewieski, a zatem ludzie oderwani od polskiego dziedzictwa, unurzani w kolaborację z systemem komunistycznym. To w jak tragicznej jesteśmy sytuacji pokazuje się wówczas, gdy dzisiaj musimy się w wielu miejscach na nią powoływać, by bronić jakiś resztek dobra. Jeżeli mówimy na przykład o obronie życia, to tam jest napisane, że człowiek ma prawo do życia. Jak my chcemy bronić od poczęcia, to mówimy, że człowiek jest od poczęcia i dbamy, by nie było wyłomów w konstytucji i kierujemy pytania do trybunału. Ale nie ma żadnej debaty konstytucyjnej.

Mówi Pan, że na Węgrzech znaleźli się tacy, którzy wiedzieli po co sięgają po władzę. U nas było tak, że przez parę lat rządziła partia określana przez zagraniczne środki przekazu jako nacjonalistyczno-klerykalno-dyktatorska i nie dość, że tę władzę w krótkim czasie utraciła, to jakiegoś śladu na miarę oskarżeń, które ją dotykały – nie zostawiła śladu, i jaki byśmy chcieli nie zostawiła. Wcale nie dlatego, że była krótko, ale nie bardzo wiedziała co z ta Polską tak naprawdę począć. Nie bardzo wiedziała, jak radykalnie wyjść poza partyjny interes i walkę z układem.

AR: Tutaj dotykamy dramatu odarcia nas z najlepiej rozumianej inteligencji polskiej, poprzez doświadczenia ciągle jeszcze pokutujące: okupacji niemiecko-sowieckiej, czystek w okresie żydokomuny, czyli stalinowskim oraz hekatomby zniszczeń, czyli zabójstw milionów dzieci nienarodzonych. Społeczeństwo które zafundowało sobie miliony ofiar, wrzuconych do kanalizacji, teraz się potyka, bo nie ma kto wydać z siebie elit, które byłyby zdolne tkać konstytucję na miarę potrzeb narodu z przeszło tysiącletnią tradycją. To jest wielki dramat. Kiedyś już to powiedziałem i tutaj jest okazja powtórzyć, że jeżeli my ciągle przegrywamy wybory, my jako patrioci, prawica, narodowcy, jakbyśmy się nie chcieli nazywać, to może przestać gonić w tych źle zorganizowanych zawodach tzw. wyborów demokratycznych, niejako ustąpić pola, urodzić dzieci, wychować i wrócić do gry za 25 lat, jak będziemy wiedzieć, kim możemy dysponować, gdy będziemy mieli świetnie przygotowane wojsko.

JK: O, właśnie, to jest istotna kwestia, na jakim polu następują rozstrzygnięcia. Czy one rzeczywiście mają miejsce na tym polu, na którym toczy się bezpośrednia walka polityczna, w tych codziennych briffingach, parlamentarnych kłótniach, prowadzonych już na poziomie zepsutych trzynastolatków. Czy raczej rozstrzygnięcia istotne dokonują się na polu walki duchowej, kulturowej? Bo zdaje się, że myśmy angażując nieproporcjonalnie duże siły w bieżącą walkę polityczną, żeby osiągnąć jakiś względnie dobry partyjny wynik, zupełnie oddali najistotniejsze pole walki. Idąc w kompromisy właśnie na polu kulturowym, za cenę doraźnego zwycięstwa, odpuszczaliśmy to co istotne. I teraz coraz trudniej pozwiązywać te porwane nici, przez zagładę polskiej inteligencji i przez zagładę jakiegoś pokolenia, bez walki na polu kulturowym, przez wydawanie dobrych książek, czytanie tych książek, wydawanie dobrych czasopism, czytanie tych czasopism, wychowywanie dzieci, młodzieży, w czci i znajomości dla polskiej kultury, w wierze katolickiej nie rozcieńczonej jakimś dialogizmem i pacyfizmem…Bo jeszcze nie tak dawno, jakieś pokolenie, no może dwa wcześniej, każdy kto przechodził przez ogólniak, a nawet przez podstawówkę, potrafił te przysłowiowe cztery wiersze z Mickiewicza wyrecytować z pamięci. Obojętnie kim potem zostawał.

-AR: – A nawet z Broniewskiego: Kiedy przyjdą podpalić dom…

Otóż to. Dzisiaj tego nie ma. Został przerwany pewien kod kulturowy. My natomiast się wikłamy w spory, które są może ważne z jakiegoś punktu widzenia, ale tak naprawdę są trzeciorzędne, czy nawet czwartorzędne dla interesu narodowego. Pytanie o przerwany kod kulturowy jest pytaniem o to, czy my znamy konkretnych ludzi czy środowiska, które to spowodowały. Bo wszelkie działania takiej destrukcji na narodzie czy w narodzie, maja swoich autorów i sprawców. Czy nam zależy dzisiaj w ramach wyjaśnienia, w ramach porządków w Polsce, abyśmy raz i do końca nazwali ich i ujawnili intencje ludzi czy środowisk, które się do tego przyczyniły. Bo jeżeli kod jest zerwany, to czy my możemy przystąpić do pracy w odbudowywaniu, jeśli mamy porwane nici myślenia polskiego, a obok nas stoją uczynni i dobrze się mają albo są beneficjentami różnych rządowych układów, fundacji, wsparcia ministerialnego, ludzie, którzy to robią, którzy za zerwanie tego kodu odpowiadają. Tak jak dzisiaj jest w modzie ośmiesznaie patriotyzmu, to jeszcze się ludziom płaci niewyobrażalne pieniądze, żeby sobie przy innych okazjach dorobili z budżetówki. Vide organizowanie jakichś tam koncertów na powitanie prezydencji unijnej czy coś w tym stylu. Milionowe gaże dla niszczycieli polskiej kultury, wypłacane z kieszeni… Polaków. Zupełnie niebywałe! I jeżeli można, chcę z naciskiem tutaj, w siedzibie Centrum Kultury i Tradycji, podkreślić, że byłem i jestem ostatnim, który chciał się zgodzić na aneksję Polski do Unii. Chociaż jako zwykły milionowy Polak, cóż mogłem zrobić? Kilka protestów podpisałem, kilka książek wydałem – to wszystko. Nie zapomnę momentu w 2003 roku. Maj, jest narodowa pielgrzymka do Rzymu. Jan Paweł II „chrzci” wprowadzenie Polski do UE, sankcjonuje swym potężnym autorytetem ten polityczny, druzgocący dla Polski, akt. Chcę postawić śmiałą tezę, zresztą, chyba funkcjonującą i dośc dobrze już uzasadnioną, że Jan Paweł II był przez szereg lat wprowadzany w błąd jeśli chodzi o orientowanie się na temat tzw. procesu akcesyjnego Polski do UE. Pewne elementy polityki czy nominacji biskupich w Polsce, czy przyjęcie na ambasadora do Stolicy Apostolskiej byłej premier, która była liderką partii internacjonalistów, czyli UW, spowodowało, że niektóre osoby miały dostęp do Ojca Świętego, a inne, z niewidocznych na pierwszy rzut oka powodów, nie miały. I mocno zaawansowany w latach, schorowany Papież, który w słynnym wystąpieniu, które niezliczoną ilość razy czytałem i łzy mi leciały gdy je czytałem po raz pierwszy, użył określenia, że mielibyśmy wstąpić cytuję „ale na równych zasadach”. Gdyby on to powiedział w Polsce w epoce, powiedzmy, rządów AWS, albo wcześniej, to polscy patrioci mogliby się uchwycić tego, jak ostatniej deski ratunku i powiedzieć: „największy autorytet naszego pokolenia, a dla niektórych świata mówi: Polska ma być przyjęta do Unii na równych zasadach”. Byłby to casus w tzw. negocjacjach z krajami piętnastki, nasz atut. Ale on to powiedział, kiedy już było po wszystkim i spowodował coś, co było moim i pewnie setek tysięcy rodaków, wielkim bólem i smutkiem. Po tych słowach Papieża, wyskoczył jak z trampoliny nie kto inny jak „magister” Kwaśniewski i entuzjastycznie powiedział, cytuję: „usłyszeliśmy więcej, niż moglibyśmy liczyć”, a jego kompan w duecie lewicowo-agnostycznym, czyli Adam Michnik rąbnął w szmatławej gazecie wielki tekst „Od unii lubelskiej do unii europejskiej”. Tak się ci panowie uradowali z wystąpienia Papieża. Cóż, do dziś daje co nieco do myślenia, że umiłowany, zasłużony, kochany przez wszystkich Papież powiedział słowa, które tym trutniom dały tak wielka satysfakcje, że powiedzieli to co powiedzieli. Z całym naciskiem chciałbym powiedzieć: bardzo się boje tego że za 10 a może za 50 lat polityczna odpowiedzialność za umorusanie Polski wstąpieniem do unii europejskiej, nie spadnie już na Michników i Kwaśniewskich, bo o nich świat na szczęście zapomni, tylko spadnie na Jana Pawła II i jego niedoinformowanie przez otoczenie, o co w tym wszystkim chodzi. Boje się, że w tych czasach uniżoności i jeszcze po beatyfikacji, nie ma szans na dyskusje, czy przypadkiem ktoś papieża nie wprowadził w błąd. Polityczna odpowiedzialność spadnie na Kościół. Nie na łajdaków którzy sprzedali Polskę, a Papieżem, który był zanurzony w innej, pozapolitycznej, poza tatktyczej a Bożej rzeczywistości w tej transakcji cynicznie się posłużyli.

AR: W Polsce zaś jeszcze do niedawna główna troska duszpasterska Kościoła to szukanie dialogu, dialogowanie z każdy, czasem aż do upadłego, bezwarunkowo. Taki obraz pracy duszpasterskiej rysuje się przed czytelnikami Gazety Wyborczej czy Tygodnika Powszechnego. Zresztą, ma on chyba jakąś podstawę w rzeczy. Dość wspomnieć świętowanie dnia czy może nawet Dni Judaizmu.

– Nie umiem sobie odpowiedzieć na pytanie po co w Kościele w Polsce jest dzień judaizmu. Zupełnie nie mam pojęcia, czemu on może służyć? Przykład takich ludzi jak ks. prof. Chrostowski świadczy o tym, że dialog katolicko-żydowski, czy polsko-żydowski z elementami religijnymi w zasadzie jest jakś pułapka w którą jesteśmy wprowadzeni, bez szans na uczciwe podejście z tej drugiej strony. Proszę zwrócić uwagę, że może nie dzisiaj, bo nie mam danych, ale jeszcze kilka lat temu zdarzało się, że rabini wykładali w polskich seminariach duchownych, że literatura, która powinna być dostępna studentom teologii to byli wywrotowi filozofowie w rodzaju Edmunda Levinasa czy Martina Bubera. Dziwi, że w jednym z kościołów warszawskich można być połączonym w tańcu judaistycznym, który ma nas doprowadzić do Pana, albo w uznanym festiwalu z 20 lat tradycji, który się nazywa Gaude Mater, nie Gaude Mater Polonia, tylko właśnie Gaude Mater, z odcięta Polonią!, jest dzień synagogalny. Więc z jednej strony są wspaniałe polifoniczne kompozycje religijne polskich kompozytorów, a z drugiej strony jest gdzieś zawsze obecny ten czynnik judaistyczny. A i potem mamy skandal: do dziś nie wiadomo, jak to się stało, że w polskim parlamencie został dopuszczony do głosu rabin Joskowicz. Przecież nie był ani posłem, ani ministrerm, ani członkiem korpusu dyplomatycznego. Mimo to nikt nie interweniował, a rabin podchodzi, przez kilka dobrych chwil chwil stoi przed jego Świątobliwością i palcem wyjętym z czarnego surdutu wymachuje przed nosem i mówi bez żadnego szacunku, tonem rozkazującym: „Panie papież, ten krzyż tam nie może stać w tym Oświęcimiu”. Papież w pokorze, z uwagą, bo miał ten rys szczególny: słuchał z uwagą różnych ludzi. Jak to się stało, że mimo wielomiesięcznych przygotowań pielgrzymki, obstawy, protokołu, etc, w parlamencie dochodzi do głosu nie parlamentarzysta i interweniuje w sprawie, na której zależało tylko Żydom. I Krzyż został usunięty. Tam nie będzie ani krzyża ani modlitwy zażądali Żydzi. Będzie tam eksterytorialne miejsce w Polsce, gdzie rządzą rabini, ich rozumienie pamięci, ciszy i zagłady, nie polskie, chrześcijańskie! My nawet się tam modlić nie możemy. Nasze siostry nie mogą sprawować wieczystej adoracji, nie mogą w tym miejscu oddawać Chrystusowi Ukrzyżowanemu ofiar zagłady obozu. Bo tak zadecydowały polskie władze i niektórzy biskupi. Coś tu nie tak jest!

Dużo powiedzieliśmy rzeczy smutnych i niepokojących, ale na koniec powiedzmy jeszcze jedno: jak wspaniała jest Polska… czym jest dla pana splendor polonitatis, blask polskości? I czy on się odrodzi?

– Polskość jest wspaniała, piękna, najpiękniejsza. Warto dla niej żyć, pracować i nawet umierać!

Czy zobaczymy jeszcze coś takiego, taki blask polskości, jak widzieli nasi przodkowie w XVII wieku, gdy Sobieskiemu pod Wiedniem składano u stóp tureckie sztandary, muzułmańskie sztandary?

– Wiem, o czym pan mówi, bo znajdujemy się w miejscu, które wywodzi swój początek z venimus, vidimus, Deus Vicit. Nie wiem, czy my to obejrzymy, ale naszym obowiązkiem jest doprowadzić do tego, aby obejrzały to następne pokolenia. Nie można doprowadzić do sytuacji, widząc cały fatalizm naszych losów, poniewierania nami przez wielkich tego świata i przez sojusze, które zawsze nas zawodzą i wodza nas za nos, nie można inaczej. Trzeba dalej pracować, trzeba pracować więcej. Wymagać więcej, niżby inni mieli od nas wymagać i mieć nadzieje, że będą to dni chwały tych, których my zrodzimy, wychowamy, a może oni kiedyś gdzieś przy naszych grobach westchną: „dziękujemy Wam ojce!”

*     *     *

Dziewiąty numer Nova et Vetera, którego wysyłka rusza, wraz z III tomem WLKK, od poniedziałku zapowiada się bardzo interesująco. Oto co w nim, między innymi, znajdziemy:

  • Nova et Vetera Nr 9 - okladkaO Bydgoskim (Polskim) Sacre Coeur pisze x. Dr Roman Kneblewski
  • Czy Bractwo Kapłańskie św. Piusa X doczeka się w najbliższym czasie uregulowania statusu kanonicznego?
  • Średniowieczni teologowie o Sercu Pana Jezusa, a także o ratunku dla każdego z nas, którego w Boskim Sercu powinniśmy szukać;
  • Jak to się zaczęło – O wspólnocie wiernych Tradycji na Śląsku;
  • O zapomnianej cnocie pobożności pisze Dariusz Zalewski;
  • O przerwanym polskim kodzie kulturowym i o blasku polskości, który znów rozbłyśnie mówi w wywiadzie Jacek Krzystek, twórca i szef oficyny wydawniczej <<ad astra>>;
  • O tym, jak wygląda wiosna Kościoła we Włoszech, a także o codziennej pracy proboszcza czterech parafii, w których sprawuje się tylko tradycyjną liturgię opowiada x. Tomasz Jochemczyk;
  • Dlaczego dzieci powinny mozliwie najwcześniej przystępować do Pierwszej Komunii św. przekonuje x. Marcin Węcławski;
  • W numerze Dodatek Specjalny! Encyklika Sługi Bożego Piusa XII Haurietis Aquas o kulcie Najświętszego Serca Pana Jezusa!

Poza tym w 9 numerze znajdziemy aktualności z życia Tradycji w Polsce i na świecie, zaproszenie do pielgrzymkowej tradycyjnej grupy Biało-Czarno-Czerwonej.

Tutaj dowiesz się, jak można zamówić 9 numer Nova et Vetera.

Za: Nova et Vetera (2012.05.30 ) (" 9-ty numer Nova et Vetera. Rusza wysyłka!")

Wpis za portalem: BIBULA pismo niezalezne, 2012-06-16

POLISH CLUB ONLINE, 2012.06.17

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek