Smoleńskie Ministerstwo Prawdy – Z Julią M. Jaskólską i Piotrem Jakuckim, publicystami niezależnymi, rozmawia Free Your Mind. Czesci 1-3.


W blogosferze coraz częściej mówi się o Okęciu jako o kluczu do tragedii. Nas zastanawia brak zdjęć z odlotu, brak jakichkolwiek relacji osób odwożących członków delegacji na lotnisko… Zwróciliśmy się też z pytaniem do fotograficznych agencji prasowych o odpłatne udostępnienie zdjęć z 10 kwietnia z Okęcia do opublikowania w naszej książce. Wszystkie agencje odpowiedziały, że takich materiałów nie posiadają. Ani jednego zdjęcia z odlotu głowy państwa! Do tego jeszcze „zepsuty” akurat tego dnia monitoring w wojskowym porcie lotniczym w stolicy. Ten kompletny brak danych z lotniska rodzi różne domysły. Co takiego musiało się tam wydarzyć, że jest tak pilnie strzeżoną tajemnicą?

Z Julią M. Jaskólską i Piotrem Jakuckim, publicystami niezależnymi, rozmawia Free Your Mind 

CZESC 1.

FYM: Pierwsze pytanie musi dotyczyć sprawy, która stała się głośna w ub. roku, a potem jakoś ucichła. Co z Państwa książką o tragedii z 10 Kwietnia? Myślę, że każdy, kto interesuje się śledztwem smoleńskim nie mógł nie zauważyć i Państwa ubiegłorocznego, jedynego niestety (w tej materii), występu w TV Trwam i Radiu Maryja (www.youtube.com/watch?v=4ShEDzmRIwI), jak też tego, że zajęli się Państwo teorią maskirowki, a więc, by tak rzec, „ufologią” :) . Oczywiście termin „ufologia” jest tu ukłonem w stosunku do tych „życzliwych komentatorów”, którzy określają prace blogerów od maskirowki eleganckimi sformułowaniami typu „sekciarstwo”, „bajki” czy „fantazjowanie” (że nie wspomnę o ciekawszych).

Tak się zresztą zastanawiam, czy nie jest to termin jak najbardziej trafny. Można by przecież już z perspektywy czasu (bite dwa lata) mówić o „niezidentyfikowanym obiekcie latającym” nad smoleńskim wojskowym lotniskiem „tamtego dnia”, nie sądzą Państwo? Obiekt ten widziany był (mimo „złowieszczej, straszliwej mgły”, a może dzięki niej?) przez kilkunastu leśnych dziadków, wykazywał się rozmaitymi formami przestrzennymi, różnie się zachowywał, jak to zwykle z UFO bywa. A to latał całymi godzinami, a to „cztery razy podchodził”, a to przemknął jak „taki cień”, który „świsnął”, powiada mundurowy Tolja (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/cien.html)), a to tylko raz „lądował”, powiadają inni świadkowie. Ciągnął nawet za sobą warkocz komety (por. wypowiedź niejakiego Rustama w filmie „10.04.10”), wybuchał „jak żółtko” (wyznanie pewnego radzieckiego muzealnika Anatolija w „10.04.10”), powodował, że zatrwożeni świadkowie, sobotni działkowicze, łapali się za koła samochodowe, by nie pofrunąć spod brzozy, nad którą wyjątkowo nisko leciał. Przypominał też „dziesięciopiętrowego kolosa” (por. wypowiedź mechanika Siergieja (http://fymreport.polis2008.pl/wp-content/uploads/2012/02/FYM-cz-1.pdf, s. 75)). I tak dalej, bo to bardzo długa historia, jak Państwo wiecie.

Pech naturalnie sprawił, choć w przypadku UFO to sytuacja standardowa, że nikt tego „niezidentyfikowanego obiektu latającego” nie sfilmował ani nie sfotografował. Na szczęście są te wspomniane relacje naocznych, radzieckich świadków, no i ta przeprowadzana przez radzieckich badaczy identyfikacja „po upadku”, więc, co do UFO wątpliwości wiele osób (z tytułami naukowymi i bez) już nie ma. No ale wracam do meritum: co z książką?

JMJ: Od tamtej audycji w telewizji Trwam i Radiu Maryja minęła epoka. I co tu dużo mówić, od tego czasu z jednej strony nie zbliżyliśmy się ani jotę do wyświetlenia prawdy o wydarzeniach z 10 kwietnia 2010 r., a z drugiej kłamstwo smoleńskie ma się dobrze i robi karierę. Mamy pseudośledztwo prokuratury, która nie dysponuje dowodami bezpośrednimi i opiera się tylko na danych rosyjskich oraz media tzw. głównego nurtu, lansujące tezę o tym, że 10 kwietnia wydarzył się na Siewiernym zwykły wypadek lotniczy, w którym zginęła para prezydencka i elita państwa.

Ale to, niestety, nie jest jedyny obszar dezinformacji smoleńskiej. Opozycja, zespół parlamentarny badający okoliczności śmierci delegacji katyńskiej oraz media mieniące się niezależnymi, starają się utrwalić w świadomości opinii publicznej przeświadczenie o tym, że polska delegacja zginęła na osławionej smoleńskiej polanie. Te dwie, jak to się teraz mówi, narracje, prowypadkowa i prozamachowa, pozornie sprzeczne, w istocie się uzupełniają, i z powodzeniem, na zasadzie „dla każdego coś miłego”, wychodzą naprzeciw oczekiwaniom opinii publicznej. W efekcie nie ma obecnie zapotrzebowania na alternatywną wersję wydarzeń, ani gotowości na jej przyjęcie.

Dlatego doszliśmy do przekonania, że nie ma dziś klimatu do wydania książki, tak by wywołała ona jakikolwiek szerszy rezonans. Teren jest zagospodarowany, społeczeństwu podaje się na tacy albo wersję z wypadkiem lotniczym i brzozą, albo z dwoma wybuchami na pokładzie, wszelkie inne poglądy są marginalizowane przez ich deprecjonowanie, bądź przez zamilczanie. Skoro nawet głos intelektualisty takiego formatu jak prof. Jacek Trznadel przechodzi bez echa to o czym my mówimy? Profesor Trznadel podniósł jeszcze w zeszłym roku kwestię autentyczności wraku. I co? Cisza, prawicowe media udały, że taka opinia w ogóle się nie pojawiła, mimo że nie mogła ujść ich uwadze. Tak właśnie jest z hipotezą maskirowki, o której jako pierwszy już kilka tygodni po tzw. katastrofie, w lipcu 2010, pisał Krzysztof Cierpisz, a którą Pan, w swojej książce „Czerwona strona Księżyca” gruntownie przeanalizował.

Proszę zwrócić uwagę, że nawet w prasie prawicowej, na którą nie jest podobno nałożony kaganiec poprawności politycznej, nie zadaje się niewygodnych pytań, a jeśli już coś mimowiednie zostanie opublikowane, to zostaje błyskawicznie jako nie przystające do przyjętej tezy zamiecione pod dywan. Nie spotkałam się np. z szerszym podjęciem kwestii braku foteli, o której 31 maja 2012 r. mówił w „Naszym Dzienniku” dr inż. Wacław Berczyński, wieloletni pracownik Działu Wojskowo-Kosmicznego Boeinga i innych koncernów lotniczych. Warto tę opinię przytoczyć: „Siedzenia samolotów zgodnie z normami międzynarodowymi projektuje się na działanie przyspieszenia9 g, czyli dziewięciokrotnego przyspieszenia ziemskiego. Ono może się odkształcić, ale nie może złamać. A ja na zdjęciach nie widzę tych siedzeń. Gdy się ogląda zdjęcia z miejsc katastrof, zawsze widać te fotele. Bywa, że samolot spada z ogromnej wysokości, rozbija się zupełnie, a te fotele są prawie jak nowe. A tu na zdjęciach w ogóle nie widać foteli.”

W uzupełnieniu przypomnę katastrofę francuskiego Airbusa 330, który 1 czerwca 2009 r. wykonując lot AF447 z Rio de Janeiro do Paryża, trafiony piorunem spadł do oceanu u wybrzeży Brazylii i osiadł na dnie. W wypadku ginie 228 osób, ale – mimo że zderzenie z wodą przypomina upadek na beton, kadłub prawie nie ulega zniszczeniu. W 2011 r. podczas czwartej akcji poszukiwawczej z użyciem statku ratowniczego, wyposażonego w bezzałogowe pojazdy podwodne odnaleziono wrak, w tym tylną część przedziału pasażerskiego, wraz z fotelami i przypiętymi do nich pasami bezpieczeństwa pasażerami. Minister środowiska i transportu Nathalii Kosciusko-Morizet w wypowiedzi dla Radia France Inter nie wykluczyła, że niektóre ciała zostaną zidentyfikowane, gdyż panująca w głębinach niska temperatura i wysokie ciśnienie spowolniły proces rozkładu.

Jaka była reakcja na słowa Wacława Berczyńskiego o fotelach, podważające przecież pośrednio zarówno oficjalną wykładnię wydarzeń z 10 kwietnia, jak i tę z wybuchami lansowaną przez opozycję? Cisza, choć przecież powinno to wywołać zainteresowanie dziennikarzy śledczych, czy naukowców. No chyba, że z powagą potraktujemy słowa eksperta zespołu parlamentarnego, dr. Grzegorza Szuladzińskiego, że „jeżeli nie ma [foteli], no to znaczy, że ktoś je sobie wziął”.

Czy nie jest więc tak, że powstał wspólny front kłamstwa smoleńskiego, którego zadaniem jest urabianie opinii publicznej, tak przez mainstream, jak i media prawicowe, które funkcjonują, mam wrażenie, jako swoisty wentyl bezpieczeństwa, a więc jako niegroźne zupełnie dla status quo, ale za to przydatne do kanalizowania emocji? Do kogo więc miałaby trafić, a przede wszystkim w jaki sposób dotrzeć, jako konsekwentnie zamilczana, jak można się spodziewać, nasza książka? To jeszcze nie ten moment, co zresztą zasugerował nam jeden z wydawców.

Nadal więc nad książką pracujemy, zbieramy kolejne materiały, uaktualniamy ją, choć parę razy uznawaliśmy naszą pracę, jak się dziś okazuje pochopnie, za ukończoną. Tak się jednak składa, że im dalej od 10 kwietnia tym więcej przybywa znaków zapytania, nie mówiąc, że nasze spojrzenie ewoluuje, pod niektórymi opiniami, które wyrażaliśmy w swoich tekstach „na gorąco” tuż po tragedii, dziś już byśmy się nie podpisali. Tak czy inaczej więc pośpiech jest tu złym doradcą. Uprzedzając być może Pana zarzut, że mija zbyt dużo czasu, odpowiem że Teresa Torańska, która pracuje nad książką-zbiorem wywiadów na temat „katastrofy smoleńskiej”, stwierdziła niedawno, że wyda ją za parę lat. Jak sądzę, nie wynika to li tylko z jej licznych zajęć…

PJ: Julia wspomniała tutaj o cudownym zniknięciu foteli ze smoleńskiego pobojowiska. A przecież jest jeszcze ważniejsza rzecz: brak kokpitu samolotu, który ze względu na odmienną niż w samolotach rejsowych oraz w rządowej „sto dwójce”, awionikę, jest czymś w rodzaju odcisku linii papilarnych tupolewa. Przypomnę, najczęściej przywoływany, przykład zamachu nad szkockim Lockerbie z grudnia 1988 r., gdy mimo upadku z nieporównywalnie większej wysokości duża część kokpitu boeinga ocalała. Na Siewiernym kokpitu nie było, choć jak pamiętamy, na początku wmawiano nam, że widziano kokpit na drzewie; potem utrzymywano, że na Siewiernym był, mimo że kwestionował to zarówno na stronie 90 raport MAK, jak i późniejszy dokument komisji ministra Millera. Rosyjską tezę zaimportowali zresztą na polski grunt autorzy książki „Ostatni lot”, wykazując się na stronie 174 o wiele lepszą wiedzą, niż specjaliści od Anodiny. U nich bowiem okazuje się, że kabina pilotów już nie tylko uległa zniszczeniu. Według autorów ona „została dosłownie wtarta w ziemię”! „Niewykluczone, że dzieła zniszczenia dopełnił urwany fragment centropłatu skrzydła, który rozciął kadłub niczym olbrzymi nóż. – Trudno było rozpoznać, co jest fragmentem kabiny pilotów. To wszystko było dosyć mocno poskręcane i zmiażdżone – stwierdził jeden z ekspertów, z którymi rozmawialiśmy” – piszą Osiecki, Białoszewski i Latkowski.

Niestety, podobnym tropem poszedł również zespół parlamentarny ministra Macierewicza. Jego przewodniczący 7 lipca 2011 r. stwierdził w rozmowie z nami, że obecność kokpitu jest udokumentowana, ba, jego „zdjęcia zostały opublikowane, nie jest ich mało.”. Chodziło m.in. o wystawę zdjęć z „katastrofy smoleńskiej” prezentowaną w gmachu Parlamentu Europejskiego, a następnie w sejmie, oraz o raport MAK. Szkopuł w tym, że fotografia przedstawiała nie kabinę pilotów, jak podpisywała zdjęcie np. „Gazeta Polska”, tylko wysuniętą przednią goleń podwozia, która w skład kokpitu nie wchodzi, no i wbrew informacjom tygodnika nie było ono wcześniej nie publikowane. Wystarczyło zajrzeć chociażby do raportu MAK…

W toku przygotowywania książki przeanalizowaliśmy kilkaset katastrof lotniczych różnego typu i nigdzie nie spotkaliśmy takiej, w której jednocześnie występowałyby takie elementy jak to miało mieć miejsce 10 kwietnia na Siewiernym. W tym m.in.: śmierć wszystkich pasażerów, brak ciał, brak kokpitu, brak foteli z ponad czterdziestometrowym przedziałem pasażerskim, brak rozlanego, bądź płonącego paliwa, brak rowu w miękkiej ziemi po sunącym kadłubie samolotu, brak fragmentów bagaży, czy wyposażenia samolotu na okolicznych drzewach…

Proszę spojrzeć chociażby na katastrofę Tu-154 ze 163 osobami na pokładzie jaka miała miejsce w styczniu 1993 r. w New Delhi podczas podchodzenia samolotu do lądowania. W warunkach poniżej minimum maszyna zahaczyła o część instalacji naziemnej. Pękł kadłub, samolot zapalił się i odwrócił na plecy. Mimo to nikt nie zginął, nie uległy też zniszczeniu przedział pasażerski i część kokpitu! Pisał o tym m.in. “Los Angeles Times” z 9 stycznia 1993 roku.

Weźmy przypadek Boeinga 737-800 (nr rejsu TC-JGE), linii Turkish Airlines, który 25 lutego 2009 roku podczas podchodzenia do lądowania na pasie amsterdamskiego lotniska Schiphol rozpadł się na trzy części, gdy przymusowo wylądował na polu w pobliżu pasa lotniska. Spośród 135 osób zginęło 9 osób, a 50 zostało rannych, w tym 25 ciężko.

Idźmy dalej. Kokpit nie uległ zniszczeniu, a kadłub pękł na trzy części podczas awaryjnego lądowania 4 grudnia 2010 roku Tu 154 dagestańskich linii lotniczych na lotnisku Domodiedowo w Moskwie. Tuż po starcie z moskiewskiego lotniska Wnukowo do Mineralnych Wód na Kaukazie uszkodzeniu uległy trzy silniki. Podczas awaryjnego lądowania na najnowocześniejszym moskiewskim lotnisku samolot wpadł w poślizg i zsunął się z pasa startowego. Z kolei 1 stycznia 2011 roku w Surducie po zapaleniu się paliwa, nastąpił wybuch silnika Tu 154 podczas kołowania na lotnisku przed startem do Moskwy. Zginęły trzy osoby spośród ponad 120 pasażerów i członków załogi.

Takich przykładów jest więcej, są one jednak skrzętnie pomijane. Jeszcze ludzie zaczęliby kojarzyć za dużo.

Mamy więc do czynienia z uporczywym kierowaniem uwagi na Siewiernyj, tak ze strony rządu i prokuratury wojskowej, mediów mainstreamowych, jak i opozycji. A posuwa się to do granic absurdu. W „Gazecie Polskiej” z 6 czerwca br. na stronie tytułowej ukazało się zdjęcie, które ma być ostatnią fotografią śp. Lecha Kaczyńskiego wykonaną na pokładzie tupolewa w dniu tragedii, a które w rzeczywistości jest dość słabym fotomontażem. Wcześniej pojawiły się zdjęcia, upublicznione przez Zuzannę Kurtykę, które miałyby uwieczniać moment odlotu tupolewa z Okęcia. Dziwnym trafem jednak nikomu z zainteresowanych sprawą nie udało się dotrzeć do oryginałów tych zdjęć, nie widać też na nich postaci, które moglibyśmy rozpoznać. Trudno taki „materiał dowodowy” traktować poważnie. Zwłaszcza w dobie photoszopa.

W blogosferze coraz częściej mówi się o Okęciu jako o kluczu do tragedii. Nas zastanawia brak zdjęć z odlotu, brak jakichkolwiek relacji osób odwożących członków delegacji na lotnisko… Zwróciliśmy się też z pytaniem do fotograficznych agencji prasowych o odpłatne udostępnienie zdjęć z 10 kwietnia z Okęcia do opublikowania w naszej książce. Wszystkie agencje odpowiedziały, że takich materiałów nie posiadają. Ani jednego zdjęcia z odlotu głowy państwa! Do tego jeszcze „zepsuty” akurat tego dnia monitoring w wojskowym porcie lotniczym w stolicy. Ten kompletny brak danych z lotniska rodzi różne domysły. Co takiego musiało się tam wydarzyć, że jest tak pilnie strzeżoną tajemnicą?

FYM: Jak to się w ogóle stało, że zajęli się Państwo śledztwem smoleńskim? Dziennikarze przecież unikają tego jak diabeł święconej wody. Nie ma bezpieczniejszych zajęć? Mówię o, podkreślam, śledztwie, nie zaś o „temacie smoleńskim”. Ten ostatni bowiem bywa od 10 Kwietnia „eksplorowany” i „zagospodarowywany” na mnóstwo sposobów – od wypadkowo-prześmiewczych czy satyrycznych zaczynając na naukowo-badawczo-wizualizacyjnych kończąc. Co dla Państwa stanowiło taki impuls? Przecież tyle artykułów i książek już napisano „o Smoleńsku”! Kto wie zresztą, czy już wszystko nie jest wyjaśnione (jak nie przez jednych ekspertów, to przez drugich), tzn. albo był na Siewiernym wypadek, albo zamach. Co tu jeszcze drążyć?”

JMJ: Chciałabym od razu wyjaśnić – my nie zajmujemy się śledztwem smoleńskim, gdyż by prowadzić śledztwo trzeba dysponować dowodami i dotrzeć do świadków zdarzenia, a my ani nie mamy takich możliwości, ani ich nie szukamy. Nigdy też nie aspirowaliśmy do roli dziennikarzy śledczych. Jesteśmy publicystami, a to zasadnicza różnica. W przeszłości pisywałam, Piotr zresztą też, o wielu aferach, ale nigdy nie starałam się dotrzeć do, dajmy na to, Jeremiasza Barańskiego ps. „Baranina”, czy „Dziada”, szefa gangu wołomińskiego. Zresztą czy w Polsce dziennikarstwo śledcze istnieje?

W 2009 roku UNESCO opublikowało przewodnik dla dziennikarzy śledczych. Został przetłumaczony na kilka języków w tym na arabski, rosyjski i chiński. Polskiego tłumaczenia nie ma. Mało tego, jak pisał 31 maja br. Marek Palczewski na blogu Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich na Salonie24, międzynarodowe organizacje dziennikarzy śledczych pomogły uformować profesjonalne zespoły w Egipcie, Jordanii i Tunezji. Rząd w Warszawie nie angażuje się w promocję dziennikarstwa śledczego, by przyspieszyć walkę z korupcją, a robią to na przykład rządy w Beninie, Ghanie, Kenii, Mozambiku, Nigerii i Ruandzie.

W Polsce nie ma dziennikarstwa śledczego, gdyż nikomu na tym nie zależy. Są, owszem, pojedyńczy dziennikarze tropiący mniejsze lub większe afery, ale to wszystko. A i to nie wiem, czy dzieje się niezależnie, czy raczej w ramach rozgrywek kto kogo. Nawet prawicowi dziennikarze śledczy, którzy mają rzekomo reprezentować inne, wyższe standardy, „swoich” nie ruszają. Relacjonował Pan wysłuchania przed zespołem parlamentarnym badającym tragedię smoleńską i wie Pan doskonale o czym mówię. Słowem jest jakaś salonowa atrapa dziennikarstwa śledczego nie naruszająca interesów, których nie można naruszyć. Nikt nie chce ryzykować losu Anny Politkowskiej. Przesada? Niekoniecznie… Tyle tytułem wyjaśnienia.

A dlaczego zajęliśmy się tym tematem? Przyznaję, na początku jedynie obserwowaliśmy rozwój wypadków, jednak już od pierwszego dnia pewne pytania nie dawały nam spokoju, chociażby to jakim samolotem, jakiem czy tupolewem, polska delegacja poleciała do Smoleńska. Zastanawiał nas też sposób relacjonowania wydarzeń, np. brak zdjęć z miejsca katastrofy i to w czasach, kiedy korki na drogach są pokazywane z helikoptera. Można powiedzieć, że w ten sposób rodziła się nasza smoleńska myślozbrodnia, by posłużyć się określeniem Orwella z „Roku1984”. O tym, jak silna jest polska Policja Myśli, tropiąca ludzi uprawiających myślozbrodnię, a więc myślących inaczej niż każe Partia i Wielki Brat, pokazuje nie tylko wszechobecna propaganda, ale także – zdawałoby się umożliwiający największą swobodę wymiany opinii – Internet, w którym blogerów prowadzących tzw. śledztwo obywatelskie, kontestujących oficjalną wykładnię rządowo-opozycyjną oraz wykazujących, że na Siewiernym miała miejsce maskirowka, czyli że nie zginęła tam setka osób, a mamy jedynie do czynienia z makabryczną inscenizacją, określa się mianem „ruskich agentów”. Prawda, że to szczególny dość paradoks, że akurat tak się „komplementuje” tych, którzy dane podane przez stronę rosyjską w odróżnieniu nawet od opozycji odrzucają uznając je za kompletnie niewiarygodne?

Wracając do książki. Pan przestawił hipotetyczny przebieg wydarzeń, więc nie ma sensu byśmy powielali zawartość „Czerwonej strony Księżyca”. Będziemy się na Pańską pracę powoływać, chociaż my przyjęliśmy od początku trochę inne jednak założenie niż Pan, zależy nam raczej na ulokowaniu 10 kwietnia w kontekście wydarzeń krajowych i w geopolityce, na wskazaniu prawdopodobnych motywów zbrodni. I tu pojawia się naturalnie wątek sprawstwa pośredniego i bezpośredniego. O zamachu jako pierwszy wspomniał izraelski „Maariv” w tekście pt.: „Zapach likwidacji”; o sprawstwie rosyjskim, powołując się na swoje źródła w NATO, wprost napisał rumuński portal internetowy Global News. Ale czy tylko ten kierunek należy uznać za prawdopodobny?

W połowie maja 2010 r. przeprowadzaliśmy wywiad z ks. Stanisławem Małkowskim, kapelanem „Solidarności”, którego Służba Bezpieczeństwa przeznaczyła do likwidacji i miał podzielić los ks. Jerzego Popiełuszki. Komentując wydarzenia 10 kwietnia stwierdził jednoznacznie, że mieliśmy do czynienia z zamachem stanu. Ale, co więcej, podkreślił że „był to nie tylko zamach stanu, ale akt wojny przeciwko Polsce. Zamach stanu jest sprawą doraźną, wewnętrzną. Tutaj mamy natomiast sojusz czynników: wschodniego, centralnego i zachodniego. W wyniku tego – przynajmniej biernego – trójporozumienia dokonała się zbrodnia o nazwie Katyń 2. Nasza sytuacja geopolityczna jest gorsza niż w latach 80., gdy mieliśmy obrońców na Zachodzie, którym zależało na tym, by Polskę wykorzystać w grze przeciwko Związkowi Sowieckiemu, mającej doprowadzić do rozkładu bloku wschodniego. Mieliśmy też szczerych przyjaciół, takich jak Ronald Reagan. Teraz tych przyjaciół brak. Grozi nam strategiczne porozumienie rosyjsko-niemieckie. Zachód i USA grają razem z Moskwą.”

Czy ten scenariusz też nie może być prawdopodobny?

PJ: Mówienie w warunkach polskich o dziennikarstwie śledczym jest nieporozumieniem. 23 marca br. „Gazeta Polska Codziennie” poinformowała, że „podczas badań ciał Przemysława Gosiewskiego, wicepremiera w rządzie PiS, oraz prof. Janusza Kurtyki, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej, biegli nie potrafili określić przyczyny ich zgonu. Mało tego, ich ustalenia są sprzeczne z ustaleniami rosyjskich patologów, potwierdzonymi później przez ówczesną minister zdrowia Ewę Kopacz oraz premiera Donalda Tuska, którzy twierdzili, że ofiary katastrofy zmarły na skutek wielonarządowych obrażeń. Tymczasem narządy wewnętrzne ekshumowanych ofiar nie zostały naruszone.”

Po takiej informacji, jeśliby istniało niezależne, a więc wolne od politycznych nacisków, dziennikarstwo śledcze, w prasie powinno zawrzeć, informacja przecież – jako podważająca wszystkie dotychczasowe ustalenia dotyczące 10 kwietnia 2010 roku – jest wybitnie przełomowa. Znalazł Pan kontynuację tego wątku na pierwszych stronach gazet niezależnych, prawicowych, nieważne jak je zresztą nazwiemy, kontestujących działania rządu i prokuratury? Nie, ale nie mogło jej być, skoro pojawiła się koncepcja wybuchów w tupolewie. Nie na miejscu byłoby więc stawianie pytania: „Czy mogła mieć miejsce eksplozja, skoro narządy wewnętrzne ofiar nie zostały naruszone?”. Spotkał się Pan z przypadkiem, gdy po wybuchu narządy wewnętrzne nie odnoszą obrażeń? Bo ja nie. Jesteśmy więc w domu: mamy kolejną odsłonę salonowej poprawności, tym razem bynajmniej nie autorstwa „Gazety Wyborczej” i Kancelarii Premiera.

Sytuacja dziennikarstwa w Polsce po 10 kwietnia 2010 roku jest, moim zdaniem, podobna do tej amerykańskiej po zamachach z 11 września 2001. Bodajże w 2006 roku mówił o tym David Boardman, redaktor naczelny „The Seattle Times” i szef amerykańskiej organizacji Investigative Reporters and Editors na konferencji w Łodzi poświęconej prawnym, ekonomicznym i profesjonalnym zagrożeniom, przed którymi stoi dziennikarstwo śledcze. Z jego analizy wynikało, że w Stanach nastąpił wówczas zanik tzw. dziennikarstwa weryfikującego na rzecz dziennikarstwa przyjmującego do wiadomości.

Czy nie przerabiamy tego i u nas? Spójrzmy chociażby na – jak to się mówi – niezależne i demaskatorskie filmy, jakie powstały po 10 kwietnia i były popularyzowane przez „Gazetę Polską”. Czy któryś z nich podał w wątpliwość Siewiernyj jako miejsce katastrofy, zanalizował rozrzut szczątków maszyny, czy porównał przebieg katastrofy z innymi przypadkami tego typu? Czy w filmach tych padają kluczowe pytania o na przykład okęcki blackout, o autentyczność wraku, albo o to jak to możliwe, że zniknął cały kokpit, a jakimś cudem odnalazł się FMS? Nie wiem jaką rolę mają pełnić te obrazy, skoro na przykład w filmie „10.04.10” zupełnie bezrefleksyjnie bierze się za dobrą monetę to co mówią „świadkowie” ze Smoleńska. Dostrzegam poza tym w większości tych produkcji jakąś miałkość, odwoływanie się głównie do emocji, by nie powiedzieć, że granie na nich. Pytanie, czy to eksploatowanie tematu na siłę prędzej czy później nie przełoży się także w kręgach wyborców PiS-u na spadek zainteresowania tematem.

 

CZESC 2.

Działanie „seryjnych samobójców”, choć może lepsze byłoby tu określenie „szwadrony śmierci”, ma na celu pozbywanie się osób, które często przez przypadek lub z racji pełnionych obowiązków dowiedziały się zbyt dużo. Być może taka właśnie była przyczyna „samobójstwa”, Grzegorza Michniewicza, który powiesił się na sznurze od odkurzacza 23 grudnia 2009 roku.

Z Julią M. Jaskólską i Piotrem Jakuckim, publicystami niezależnymi, rozmawia Free Your Mind

FYM: Wspomniałem o niebezpiecznym zajęciu, choć wydawać by się mogło, że chodzi o zwykłą lotniczą katastrofę, a nie np. poruszanie się po terenie takiej katastrofy, na którym może eksplodować paliwo i wybuchnąć pożar zagrażając potencjalnym świadkom zdarzenia (nawiasem mówiąc, Bogu dziękować, iż tej ewentualności nie brał pod uwagę „polski montażysta”, biegnąc na Siewiernyj po „upadku” – „jak ten pies ogrodnika”). Czemu zajmowanie się śledztwem smoleńskim to takie niebezpieczne zajęcie? Jak Państwo sądzą?

JMJ: Mamy do czynienia z zagadką, choć to może nie najszczęśliwsze określenie, z serii Gibraltar, zabójstwo prezydenta Kennedy’ego, czy 11 września 2001 roku. Przy wszystkich różnicach i nieporównywalności przypadków, już dziś można z dużym prawdopodobieństwem powiedzieć, że tak jak w przypadku śmierci generała Sikorskiego, tak i przy zamachu smoleńskim prawda ma najprawdopodobniej nigdy nie ujrzeć światła dziennego, a zmowy milczenia nie uda się naruszyć przez kolejne dziesięciolecia.

Warto może zatrzymać się na chwilę przy podobieństwach pomiędzy katastrofą gibraltarską, a smoleńską. W obu tych wypadkach przekonuje się nas, że miały miejsce tragiczne wypadki. Ale jeśli tak, to dlaczego Anglicy o kolejne pół wieku przedłużyli utajnienie akt dotyczących śmierci generała Sikorskiego. Czy dlatego, że jak mówił w programie Dariusza Baliszewskiego z lutego 2008 roku Antoni Chudzyński, były sekretarz ministra Tadeusza Romera, major brytyjskiego kontrwywiadu MI 6, „nigdy nie było żadnej katastrofy gibraltarskiej”? Zdaniem Chudzyńskiego w samolocie, który został wyłowiony z wód Gibraltaru, w ogóle nie było ciała generała Sikorskiego, a Naczelny Wódz i premier Rządu Polskiego na Uchodźstwie miał zostać zamordowany wcześniej w Pałacu Gubernatora. O tej i innych sprzecznościach pisze także w swoich książkach, m.in. „Zamach” i „Po zamachu” Tadeusz A. Kisielewski.

Co ponadto ma wspólnego Gibraltar ze Smoleńskiem? Otóż, w obu przypadkach wiemy, że doszło do tragedii, znamy bilans strat, ale wiemy też, że nie było tak jak się nam to przedstawia, bo przedstawiany scenariusz kłóci się z logiką i zdrowym rozsądkiem. W jednym i drugim przypadku jest całe mnóstwo dziur i niekonsekwencji w oficjalnych wersjach, sprzeczne są też relacje świadków. W przypadku 10 kwietnia jedni, jak na przykład Jacek Sasin, widzieli ciała ofiar na Siewiernym, inni, jak dajmy na to operator Sławomir Wiśniewski, nie widzieli szczątków poległych na sugerowanym miejscu zdarzenia. No i w obu przypadkach jest też podawany do publicznej wiadomości zupełnie niejasny i nieprawdopodobny przebieg „katastrofy”. Katastrofy takie się po prostu nie zdarzają.

Pyta Pan o niebezpieczeństwa związane z zajmowaniem się 10 kwietnia. Mamy tu do czynienia z potężnymi grupami interesów, zarówno tymi krajowymi – konfidenci, służby specjalne, agentura wpływu – jak i międzynarodowymi… Kto stoi na ich drodze, ten popełnia „samobójstwo”. Czy do dziś pojawił się jakiś wiarygodny świadek związany ze sprawą śmierci Lecha Kaczyńskiego i wymordowania delegacji? I Pan i ja wiemy, że nie. Ludzie się boją, a milczenie jest polisą na życie. Elementy odstraszające, myślę tu chociażby o przypadkach Grzegorza Michniewicza i Eugeniusza Wróbla, działają bardzo mocno na wyobraźnię, gdyż pokazują, jak bardzo długie ręce mają „seryjni samobójcy”.

Ponadto dziwnym trafem sprawy tego typu kończą się z reguły nie wykryciem sprawców i umorzeniami postępowań. Po tragedii był jednak jeden wyjątek, do którego nawiązał profesor Jacek Trznadel w artykule „Mój komentarz późniejszy” (kwiecień-maj-lipiec 2011 roku): „Naliczono już przez ostatni rok kilka tragicznych zgonów powiązanych w ten czy inny sposób ze sprawą smoleńską. Tylko jedno wydarzenie było całkowicie obnażone i jawne. W atmosferze politycznej „posmoleńskiej”, morderca, przeciwnik PiS-u, chcąc zamierzyć się na Jarosława Kaczyńskiego, dokonał znanego mordu w biurze łódzkim PiS-u. Użył skutecznie broni palnej, a potem noża, ale druga zaatakowana ofiara przeżyła. To morderstwo polityczne tak ewidentne i głośne, w efekcie społecznym odegrało jednak w jakimś sensie rolę maskującą, pozwalającą mniej myśleć ludziom o innych sprawach wysoce podejrzanych.” W tym konkretnym wypadku odwrócono uwagę od morderstwa dokonanym na Eugeniuszu Wróblu. Można powiedzieć, stary dobrze sprawdzono sposób: przykryć niewygodne wydarzenie innym, typu „Tomek zatruty grzybami”, „poszukiwania małej Madzi”, które lokuje się w centrum uwagi, mimo że tego typu nieszczęścia nie są odosobnione w Polsce. Społeczeństwo jednak daje się nabierać, tym bardziej gdy gra się czułych strunach, nie każdy zna przecież mechanizmy tej dezinformacji…

Rzecz jasna, pozbywanie się niewygodnych świadków nie dotyczy wyłącznie Polski. Przypomnę spalenie żywcem w rozpalonym piecu hutniczym pułkownika GRU Olega Pieńkowskiego, uznawanego za najbardziej wartościowego szpiega amerykańskiego i brytyjskiego doby zimnej wojny. Można przywołać zamordowanie w Londynie przez KGB i bułgarskie KDS dysydenta Georgi Markowa. Tu wykorzystano tzw. bułgarski parasol, zakończony wysuwaną igłą, z której po wbiciu w ciało wystrzeliwała kulka, zawierająca około pół miligrama rycyny. Najbardziej spektakularnym, w rozumieniu – odstraszającym – morderstwem było jednak otrucie byłego podpułkownika KGB/FSB Aleksandra Litwinienki polonem podanym w herbacie.

Sygnał jasny – występowanie przeciw systemowi nie popłaca.

PJ: Podobnych przykładów można wymienić więcej, nie wszystkie kończyły się eliminacją fizyczną, że wspomnę tylko porwanie w Rzymie i uwięzienie w Izraelu Mordechaja Vanunu, który wcześniej w wywiadzie dla „London Sunday Times” ujawnił światu fakt posiadania przez Tel-Awiw broni jądrowej.

Ale generalnie działanie „seryjnych samobójców”, choć może lepsze byłoby tu określenie „szwadrony śmierci”, ma na celu pozbywanie się osób, które często przez przypadek lub z racji pełnionych obowiązków dowiedziały się zbyt dużo. Być może taka właśnie była przyczyna „samobójstwa”, Grzegorza Michniewicza, który powiesił się na sznurze od odkurzacza 23 grudnia 2009 roku. Oficjalną wersję w wątpliwość podawał podczas przesłuchania kierowca Michniewicza. „Czy to bowiem zwyczajne, że w dużym domu, w którym nie brak odpowiedniego miejsca i wysokości, człowiek wiesza się niemal na klamce, jak w więziennej celi? Za drzwiami pomieszczenia zobaczyłem przewrócony odkurzacz. Po lewej stronie odkurzacza zobaczyłem Grzegorza Michniewicza w dziwnej pozycji, niby klęczącego, siedzącego jednocześnie na piętach. Wokół szyi Grzegorza Michniewicza widziałem zaciśniętą pętlę ze sznura odkurzacza, który zawiązany był na ukośnej belce w przejściu z kuchni do pokoju”- zeznał.

Przypomnę, że Michniewicz, dyrektor generalny w Kancelarii Premiera Donalda Tuska, pełnomocnik ds. ochrony informacji niejawnych i administrator danych, w latach 2000-2001 pełnomocnik ds. ochrony informacji niejawnych w Rządowym Centrum Legislacji, miał najwyższe poświadczenia bezpieczeństwa, zarówno krajowe, jak i NATO oraz Unii Europejskiej. Przez jego ręce przechodziły niemal wszystkie dokumenty kancelarii premiera, także tajne. Czy te „smoleńskie” także?

Czy zadziałały „szwadrony śmierci”? Michniewicz miał popełnić samobójstwo, mimo że wcześniej umówił się z rodziną na wspólne spędzenie Wigilii. Co więcej, prokuratorzy który przejrzeli jego domowy komputer w pliku “Moje plany” znaleźli dokładny plan zajęć na 23 grudnia. Michniewicz miał już kupiony bilet na świąteczny wyjazd do teściów, co w prokuraturze potwierdziła Paulina T., pracownica jego biura: „22 grudnia Grzegorz Michniewicz mówił, że następnego dnia będzie tylko do godz. 14, bo jedzie na święta (…). Według mnie nic, kompletnie nie wskazywało na to, że on może pozbawić się życia (…). Chcę na zakończenie dodać, że ja nie wierzę, aby on popełnił samobójstwo.”

Śledztwo, jak w większości podobnych przypadków, umorzono, w decyzji uznano, że Michniewicz powiesił się „nagle pod wpływem impulsu”. Ale jaki to mógł być impuls, skoro człowiek ten umawiał się z najbliższymi na Święta? “Z ustaleń dokonanych przez „Wprost” wynika, że wieczorem 23 grudnia Michniewicz napisał także kilka SMS-ów do swojego przełożonego, szefa kancelarii Tomasza Arabskiego. „Nie wiadomo jednak, czego dotyczyły, ani o której godzinie zostały wysłane. Minister nie odpowiedział na nasze pytania w tej sprawie” – pisał tygodnik.

Temat został szybko bardzo skutecznie wyciszony w mediach.

Postawmy następne pytanie: czy Eugeniusz Wróbel, który miał oceniać raport MAK, został pocięty piłą na kawałki, dlatego że nieopatrznie miał się podzielić opinią, że szczątki na Siewiernym nie należą do tupolewa o numerze bocznym 101?

A Dariusz Szpineta, zawodowy pilot, ekspert i prezes spółki lotniczej, który powiesił się 2 grudnia 2011 roku w łazience ośrodka wczasowego w Indiach? Wcześniej parokrotnie wypowiadał się w mediach w sprawie Smoleńska, wskazując, że lot Tu-154M był lotem wojskowym, wypowiadał się także w kwestii braku pozwolenia na wlot rządowego tupolewa w rosyjską przestrzeń powietrzną. Pisał Pan zresztą o tym w tekście pt.: „Loty specjalne”. Jeżeli rzeczywiście nie było zgody, to jakim cudem samolot mógłby znaleźć się na Siewiernym?

Kolejne zagadkowe wypadki. 6 czerwca 2011 roku w hiszpańskiej Asturii doszło do katastrofy dwóch awionetek. Pierwsza pilotowana była przez wybitego architekta Stefana Kuryłowicza, który zaprojektował, a następnie realizował projekt m.in. terminala Warszawa-Okęcie, oraz jego współpracownika Jacka Syropolskiego. W drugiej śmierć poniósł Janusz Zieniewicz, były kierownik działu łączności w PLL LOT, potem właściciel firmy Cerberis, zajmującej się zabezpieczeniami elektronicznymi, która również obsługiwała Okęcie. Jak informowała Polska Agencja Prasowa w depeszy z 7 czerwca ubiegłego roku „jedna awionetka z niewyjaśnionych przyczyn spadła na budynek na placu postojowym samolotów w Castrillon. Budynek był wtedy pusty. Druga maszyna spadła do pokrytego eukaliptusami urwiska w pobliskich górach Bayas. Znalezienie samolotu w górach było możliwe dzięki uaktywnieniu systemu lokalizacyjnego zainstalowanego w awionetce. Według mediów lokalnych, w Asturii panowała wtedy gęsta mgła i padał deszcz. Widoczność była poniżej kilometra. Z powodu niekorzystnych warunków atmosferycznych utrudniony był nawet ruch kołowy. Według rządowego komunikatu, wszystkie awionetki były bardzo dobrze wyposażone i leciały na właściwej wysokości.”

W grudniu 2010 roku podczas przesłuchania przed smoleńskim zespołem parlamentarnym pracownik kancelarii Lecha Kaczyńskiego Tomasz Szczegielniak powiedział rzecz niezmiernie interesującą, dotyczącą wydarzeń na Okęciu: “Nie widziałem tego, no, z prostego powodu, że cały czas byłem wtedy w tym hanga… w termi… na terminalu i byliśmy zajęci obsługą tych wszystkich osób, które miały towarzyszyć panu Prezydentowi.” Czy to tylko przejęzyczenie, czy faktycznie Szczegielniak był w jakimś hangarze i zajmował się obsługą jakichś osób z delegacji? Dlaczego zespół tego tropu nie podjął?

Jakoś tak się dziwnie składa, że mówiąc o Smoleńsku, wracamy do lotniska Okęcie. Co oznaczają słowa Szczegielniaka? Czy to, że pasażerów tupolewa (i być może jaka?) zgromadzono w – zburzonym po 10 kwietnia – nowym hangarze? Czy architekt Kuryłowicz zginął w katastrofie, gdyż np. znał rozkład tuneli pod Okęciem połączonych z hangarami?

Pytań jest mnóstwo. W tym kontekście dość interesująco brzmi oświadczenie generała Anatola Czabana z 10 sierpnia 2011 roku o przyczynach jego odejścia z wojska. Opisując swoje samopoczucie podkreślił: „Ludzie pytają, jak się czuję. Odpowiadam – fatalnie – tak jakbym został w ciemnym przejściu podziemnym wrzucony do szczeliny, zasypany kamieniami i jedynym moim pragnieniem jest, aby krew wypłynęła na powierzchnię i wskazała miejsce zbrodni”.

O jakiej zbrodni mówi generał? Pytanie wciąż czeka na odpowiedź.

FYM: To, że mainstreamowi dziennikarze unikają pewnych „okołosmoleńskich” tematów (np. jakimś szóstym zmysłem wiedzą, że nie należy szukać szczęścia na Okęciu), wydaje się zrozumiałe. W przeróżnych miejscach wszak bywają lub wprost zasiadają „fachowcy wojskowi”, którzy pomagają różne skomplikowane i zawodowe, i życiowe kwestie, że tak powiem, głębiej zrozumieć. Tacy wojskowi pedagodzy mogą np. podpowiedzieć (dobrodusznie, jak nauczyciel historii, taki starej, peerelowskiej daty nauczyciel – uczniowi pytającemu o Katyń): „nie interesuj się”. No ale tak wielu naukowców, tak wielu prawników, tak wielu policjantów, tak wielu urzędników np. kontrolerów NIK itd. też jakby wie, iż „nie interesuj się” ich obowiązuje.

Pytanie zatem ciśnie się na usta: a czemuż to nie wolno się interesować tak prostą sprawą, jak wylot dwóch rządowych samolotów 10 Kwietnia ze stołecznego lotniska i ich przelot w związku z prezydencką delegacją? Co w tym zainteresowaniu może być groźnego, skoro doszło li tylko do lotniczej katastrofy jednego z tychże statków powietrznych? Czy spotkali się Państwo z jakimiś irracjonalnymi wprost lękami (tudzież innymi tajemniczymi stanami), w które wpadały osoby dopytywane na okoliczność np. wylotów polskiej delegacji? Czy na Okęciu też jakby zaszły zjawiska a la UFO?”

JMJ: Tak, spotkaliśmy się z takim stanem, odnoszącym się właśnie do lotniska Okęcie. Asystent posła Antoniego Macierewicza, powiedział nam wprost w 2010 roku, że zespół nie będzie się tą kwestią zajmował. Dlaczego posłów nie interesowały przyczyny nagłego zepsucia się monitoringu, identyczny przypadek miał przecież mieć miejsce na Siewiernym, dlaczego – mimo, że zespół nie ma uprawnień śledczych, więc nie może nikomu nakazać zjawienia się na posiedzeniu – nie zaproszono na wysłuchanie osób pracujących tego dnia na lotnisku, tak cywilnym jak i wojskowym? Dziwię się temu, gdyż nawet jeśli nie udałoby się otrzymać żadnych informacji, przynajmniej w przestrzeń publiczną poszedłby jasny sygnał, że zespół rozpatruje wnikliwie każdy scenariusz, który może przybliżyć nas do prawdy o 10 kwietnia, a nie posiłkuje się głównie danymi zza wschodniej granicy, a więc z raportu MAK, które w zależności od okoliczności albo uznaje za kłamliwe, albo za wiarygodne.

Mówiliśmy już tutaj o tzw. seryjnych samobójcach. W ubiegłym roku poruszyliśmy ten temat z posłem Antonim Macierewiczem, który zaprzeczył w rozmowie z nami, że śmierć Grzegorza Michniewicza może mieć jakikolwiek związek z tzw. katastrofą smoleńską. Usłyszeliśmy natomiast, że tajemniczy zgon jeśli już, to należy łączyć z aferą hazardową. Gdzie Rzym, gdzie Krym można zapytać, ale może też przewodniczący zespołu ma o wiele bardziej dogłębną wiedzę, niż nam wszystkim się to wydaje. Być może, skoro dowiedzieliśmy się od niego też takiej ciekawej rzeczy jak ta, że dowodem na to, iż na lotnisku w Smoleńsku miała miejsce katastrofa jest rozmowa, jaką Lech Kaczyński przeprowadził z pokładu samolotu ze swoim bratem Jarosławem. Niestety dla nas, z uwagi na możliwość fałszowania, jak to miało miejsce choćby w przypadku spreparowanych rozmów telefonicznych z udziałem pasażerów samolotów porwanych 11 września 2001 roku w USA, nie może być to dowód ostateczny. Jeżeli jednak przewodniczący zespołu utrzymywał, że na Siewiernym kokpit tupolewa „był przynajmniej przez 4 godziny, są jego zdjęcia, jest nawet zdjęcie, jak jest transportowany przez helikopter, gdzieś wywożony ten kokpit, tak że to tak nie jest, że on zupełnie wyparował. Jego nie ma na miejscu tam na lotnisku, gdzie jest złożony, no, zrzucony na taką bezkształtną kupę ten wrak samolotu, części samolotu, tam kokpitu rzeczywiście nie ma. No ale gdzieś on istnieje” – to jest to naprawdę jakiś tajemniczy stan …

PJ: Na Okęciu, czy też w innych miejscach związanych z wydarzeniami 10 kwietnia, z przyczyn o których wspominaliśmy już wcześniej, panuje jak przypuszczam, z perspektywy ponad dwóch lat od tragedii grobowe milczenie. Nikt więc nie przekaże informacji i dlatego pozostaje wyłącznie tzw. biały wywiad. Między innymi dlatego też nasza książka nie będzie miała charakteru śledczego. Zresztą prześledzenie okresu rządów PiS oraz przerwanej prezydentury Lecha Kaczyńskiego w kontekście zmian geopolitycznych jest nie mniej ciekawe. Wnikliwa lektura źródeł pozwala zorientować się czyje interesy były zagrożone i kto najbardziej skorzystał na zmianie kursu Polski po 10 kwietnia.

 

CZESC 3.

Brak jakichkolwiek informacji dotyczących poranka 10 kwietnia na Okęciu jest tym bardziej zastanawiający, że z jakichś tajemniczych względów przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Czy w toku śledztwa prowadzonego przez prokuraturę wojskową, bądź cywilną lub podczas prac sejmowego zespołu smoleńskiego, ta sprawa kogoś zainteresowała? Chyba nie, inaczej coś by przeciekło do mediów. Nie mamy więc np. ani jednej relacji taksówkarza, który odwoził któregoś z członków delegacji. A rozmowy telefoniczne? Co Pan robi, gdy ktoś z Pana rodziny odlatuje, a Pan nie może go odprowadzić na lotnisko? Naturalnie, dzwoni Pan do tej osoby, by spytać, czy wszystko w porządku, czy nie ma opóźnienia w podróży. Albo osoba wybierająca się w podróż dzwoni, czy przysyła sms-a. A tu nic, brak danych na temat jakiegokolwiek nawiązywania kontaktu z najbliższymi, tak jakby te osoby rozpłynęły się we mgle.

Z Julią M. Jaskólską i Piotrem Jakuckim, publicystami niezależnymi, rozmawia Free Your Mind

FYM: Takie niezbyt ładne przysłowie powiada, że w domu powieszonego o pewnych sprawach się nie mówi. Np. o sznurze. Nie wiem jak Państwu, ale mnie się nasuwa skojarzenie właśnie z sytuacją „domu powieszonego”. Jest to o tyle dziwna sytuacja (w przypadku śledztwa smoleńskiego), że przecież do słynnej lotniczej katastrofy miało dojść na Siewiernym, a nie na Okęciu, prawda? W czymże więc leży ten gigantyczny problem, jeśli chodzi o szczegółowe odtworzenie sytuacji na tym warszawskim lotnisku?

Już pomijam w tym momencie to, że zrazu nie sposób było ustalić, o której dokładnie godzinie co wyleciało, taki widocznie był wzmożony ruch na Okęciu tamtego sobotniego ranka – jak i ustalić, „o który obiekt latający chodzi”, że się tak wyrażę. Czy chodzi o „prezydenckiego jaka”, czy może raczej o „prezydenckiego tupolewa”. I nie byle kto miał z takimi ustaleniami problemy. Przykładowo R. Grupiński (było nie było człowiek gabinetu ciemniaków i rządzącej koalicji) w programie radiowym Trójki 10 Kwietnia przed 10-tą rano powiada: „Rozmawiałem z ludźmi z kancelarii premiera. Nie było jeszcze wtedy informacji na temat tego, czy rozbił się tu-154 czy jak…” (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2011/03/komorki-milcza.html). Z kolei dansingbubek z tzw. centrum operacyjnego, dzwoniący (ponoć niedługo po 9-tej pol. czasu) do amb. J. Bahra, mającego być na pobojowisku „pokatastrofalnym”, na którym „brak oznak życia”, ma zapytywać „czy to na pewno ten samolot, czy nie ten?” (http://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/co-wiemy-jezus-maria-msz-publikuje-rozmowy-sikorskiego,214245.html)?

Na mój, niekoniecznie chłopski, ale ciemny na pewno, rozum, jakoś ciężko wyjaśnić to, iż ani w kancelarii premiera, ani w MSZ, ani w COP (http://freeyourmind.salon24.pl/294090,czas-na-nowa-narracje), ani – jak można by sądzić z wywiadu „Czerskiej Prawdy” z legendarnym B. Klichem – w MON (http://wyborcza.pl/1,111900,8951988,Szef_MON__W_dokumentach_wszystko_gra.html?as=4&startsz=x) nie wiadomo, co to za obiekty latające z warszawskiego wojskowego lotniska wyleciały z Dowódcami i Prezydentem.

Rozumiem, że gdyby tych samolotów dla delegacji prezydenckiej było z dziesięć, to można by się pogubić w takim natychmiastowym ustaleniu, kto wyleciał czym – ale przecież wylecieć miał tylko „jeden tupolew” z „całością delegacji”, czyż nie? Czy więc ktoś się w kontroli lotów zagapił (może leciała jakaś powtórka ważnego serialu w TV) i przeoczył ten jedyny wylot, czy może tych wylotów było trochę więcej niż jeden i stąd się „pokomplikowała sprawa”? No, chyba że, jak sugerują niektórzy, 10 Kwietnia wyleciał tylko dziennikarski jak-40 – ale w takim razie gdzie by się podział „prezydencki jak” i „prezydencki tupolew”, o których mówił rzecznik MSZ P. Paszkowski i dziennikarze?”

PJ: A czy w ogóle mamy pewność, że delegacja wyleciała z Okęcia? A może wyleciał z niego wyłącznie Jak-40 z dziennikarzami? Przecież jeśli spojrzymy na relacje oficjalne, to się nic nie klei. Przypomnę, że na początku nikt, z ówczesnym rzecznikiem MSZ Piotrem Paszkowskim na czele, nie wiedział, czy prezydent poleciał tupolewem, czy jakiem. My jedynie wiemy, że o 7.27 wystartował „jakiś tupolew”. I to wszystko. Nie wiadomo, kto go pilotował, kto był na pokładzie… Owszem, są nagrania z wieży, które zostały zabezpieczone na potrzeby śledztwa, ale co w nich jest też tego nie wiemy. Ciekawa informacja z tym związana jest taka, że w Internecie, myślę tu m.in. o stronie http://www.liveatc.net, uważanej za główne źródło, jeśli chodzi o dostęp do nagrań rozmów pilotów z wieżą, nie można znaleźć nagrań z wieży kontroli lotów Okęcia (międzynarodowy kod – EPWA) z interesującego nas zakresu czasowego z 10 kwietnia. Niestety, na mail wysłany do autorów strony w tej sprawie, nie doczekaliśmy się odpowiedzi… Pozostaje też otwarte pytanie, czy ze śmiercią delegacji wiąże się zgon oficera nasłuchu i kontrwywiadu Marynarki Wojennej, którego znaleziono powieszonego 2 czerwca 2011 roku w Wejherowie? Tę wiadomość ogłoszono dopiero po miesiącu, razem z informacją, że rozmowy przeprowadzane w tupolewie 10 kwietnia 2010 roku mogły być odbierane przez nasłuch tych służb.

JMJ: Ten brak jakichkolwiek informacji dotyczących poranka 10 kwietnia na Okęciu jest tym bardziej zastanawiający, że z jakichś tajemniczych względów przechodzi się nad tym do porządku dziennego. Czy w toku śledztwa prowadzonego przez prokuraturę wojskową, bądź cywilną lub podczas prac sejmowego zespołu smoleńskiego, ta sprawa kogoś zainteresowała? Chyba nie, inaczej coś by przeciekło do mediów. Nie mamy więc np. ani jednej relacji taksówkarza, który odwoził któregoś z członków delegacji. A rozmowy telefoniczne? Co Pan robi, gdy ktoś z Pana rodziny odlatuje, a Pan nie może go odprowadzić na lotnisko? Naturalnie, dzwoni Pan do tej osoby, by spytać, czy wszystko w porządku, czy nie ma opóźnienia w podróży. Albo osoba wybierająca się w podróż dzwoni, czy przysyła sms-a. A tu nic, brak danych na temat jakiegokolwiek nawiązywania kontaktu z najbliższymi, tak jakby te osoby rozpłynęły się we mgle. Bo trudno przecież przyjąć do wiadomości, że nikt się ich podróżą nie interesował, szczególnie tak ważną wizytą jak upamiętnienie pomordowanych w Katyniu. Czy ta dziwna sytuacja nie miała związku z tajemniczym komunikatem z wieczora 9 kwietnia, o którym w ostatnich wiadomościach informowały TVP1, TVP2, TVP Info? Można też go było znaleźć w telegazecie, a był podobny w treści do tego odebranego przez brytyjski kontrwywiad tuż przed zamachem nad Lockerbie. Komunikat brzmiał dokładnie tak: „Dyżurna Służba Operacji Sił Zbrojnych RP przekazała do Centrum Operacji Powietrznych w Warszawie informacje o zagrożeniu atakiem terrorystycznym jednego z samolotów Unii Europejskiej”…

PJ: … a propos: z telegazety zniknął 10 kwietnia tuż po „katastrofie”. Dlaczego nad tym komunikatem zapadła cisza, skoro mógł on by być jednym z kluczowych elementów rozwikłania smoleńskiej zagadki?

Czy spotkał się Pan z jakimiś analizami, skąd się ten komunikat wziął i którego samolotu z UE to ostrzeżenie mogło dotyczyć? Nie wiem, być może prokuratura wojskowa, analizuje ten materiał, ale dziennikarze o to nie pytają, a ta część Polaków, która wydarzeniami z 10 kwietnia 2010 roku jeszcze się interesuje – na przekór mediom i politykom, którzy robią wiele, by wywołać u opinii publicznej zmęczenie tym tematem – o tym komunikacie już pewnie nie pamięta.

Dodam może jeszcze, że wbrew niektórym opiniom informacja Dyżurnej Służby Operacji Sił Zbrojnych RP nie była utajniona. I jest to dziwne, gdyż z reguły tego typu ostrzeżenia, wychodzące od służb specjalnych, a Dyżurna Służba Operacji Sił Zbrojnych RP jako organ wykonawczy Szefa Sztabu Generalnego WP zajmuje się m.in. zapobieganiem aktom terroru i ich następstwom, są tajne. Potwierdził to zresztą w odpowiedzi na pytanie „Niezależnej Gazety Polskiej Nowe Państwo” (w tekście Leszka Misiaka pt.: „Rozdział I – ostatnie ostrzeżenia”, numer 3/2011) rzecznik prasowy SG płk Andrzej Wiatrowski. Stwierdził on, iż „przesyłane bądź otrzymywane informacje o zagrożeniu mają status dokumentów, które nie są rozpowszechniane. Nie mają one charakteru informacji publicznej.”

Dlaczego więc ten konkretny komunikat był opublikowany w mediach? Przecież do pewnego czasu można go było znaleźć za pomocą wyszukiwarki Google, czy na stronach internetowych m.in. wprost24.pl, wolnemedia.net, wolnapolska.pl, niezalezna.pl, newsweek.pl… Wielu blogerów (m.in. mailbox w styczniu 2011 roku), stawiało tezę, że komunikat został wydany specjalnie tak późno, by nie dotarł do opinii publicznej, a jedynie do zainteresowanych, by usprawiedliwił np. zmianę lotniska docelowego samolotu, czy też, z uwagi na konieczność zastosowania ochrony kontrwywiadowczej, zmianę sposobu i czasu dowozu członków delegacji i zebranie ich na przykład w hangarze. Może warto zastanowić się, czy nie był to sygnał do podjęcia jakiejś akcji, czy nie taki był cel upublicznienia komunikatu.

Istotną kwestię, dotyczącą zmian zawartości komunikatu podjął 11 lutego 2012 roku bloger Wunderman we wpisie pt.: „Klucz do zrozumienia przyczyn katastrofy smoleńskiej”, opublikowanym na Salonie24, podkreślając, że „dopiero później manipulowano jego treścią nadając mu taką formę: „… dzień przed katastrofą otrzymano ostrzeżenie o możliwości uprowadzenia statku powietrznego z lotnisk jednego z państw Unii Europejskiej”.Wobec tego twierdzono, że cała sprawa nie mogła dotyczyć katastrofy smoleńskiej. Z tego drugiego tekstu łatwo wywnioskować, że był zmieniany post factum, już po katastrofie. Zastanawia to, że taką wersję komunikatu przyjęła też Biała Księga w sprawie katastrofy smoleńskiej opracowana przez Zespół pod kier. Antoniego Macierewicza. Ale przede wszystkim zastanawia co innego – dlaczego wykrzywiono brzmienie pierwotnego komunikatu? W istotnym stopniu zmieniono jego sens?”

Właśnie, dlaczego?

JMJ: Skoro już jesteśmy przy komunikatach, to przypomnijmy jeszcze ujawniony w zeszłym roku przez Polsat News fragment nagrania z Centrum Operacji Powietrznych, z którego wynikało, że na Siewiernyj leciał także Jak-40, pilotowany przez gen. Andrzeja Błasika. Ta kwestia jednak też nie została podjęta przez media, i gdyby nie blogerzy śledczy w ogóle by nie zaistniała. A to jest przecież tylko jeden z wielu przypadków przemilczania spraw nie pasujących do wersji lansowanych przez obie strony, które za dogmat przyjęły w punkcie wyjścia tezę o tym, że delegacja poleciała jednym samolotem na obchody rocznicowe i że wszyscy zginęli na Siewiernym.

Jeżeli jednak w założonym scenariuszu do katastrofy miało dojść na Siewiernym, to wszystkich należało umieścić w jednym samolocie. Katastrofę tupolewa da się jeszcze od biedy wmówić społeczeństwu, ale już bajkę o rozbiciu dwóch samolotów – nie za bardzo…

Można spytać, czy takie wprowadzenie w błąd milionów ludzi podejmujących na co dzień racjonalne decyzje jest możliwe? Ależ oczywiście! Było to już nie raz grane. W 1938 roku radiosłuchacze w Stanach Zjednoczonych wpadli w panikę przekonani o inwazji Marsjan. Uciekali z domów, dzwonili na policję. A wszystko za sprawą sugestywnego radiowego słuchowiska na podstawie powieści science fiction autorstwa Herberta George Wellsa „Wojna światów”. Tak jak wtedy miliony uwierzyły w najazd Marsjan na Ziemię, tak w czasie mniej odległym miliony telewidzów na świecie uwierzyło w to, że w wieże WTC w Nowym Jorku 11 września 2001 roku uderzyły samoloty pilotowane przez arabskich terrorystów. Ten telewizyjny obrazek z ranka 10 kwietnia 2010 roku ze strażakiem na pobojowisku i szczątkami jakiegoś samolotu pomalowanymi w polskie barwy też widocznie musiał być bardzo sugestywny, skoro wzięli go za autentyk również ci, którzy nie wierzą w wypadek, a więc zdawałoby się są bardziej wnikliwymi obserwatorami.

FYM: Jak Państwo patrzą – już z tej perspektywy czasu – na to, co się wokół „sprawy smoleńskiej” dzieje? Czy sądzą Państwo, że „wszystko ma się już ku końcowi”, tzn. zostaniemy z alternatywą: „wypadek lub zamach na Siewiernym” i powoli „życie wróci do normy”, czy jednak nastąpi pęknięcie w tym dość grubym murze grobowego milczenia wokół tragedii? Mnie nieustannie frapuje nie tylko to, jak można (fachowo) analizować przebieg katastrofy nie dysponując materiałem dowodowym w postaci szczątków danego samolotu i dokładnych badań miejsca, ale też to, jak można mówić o dokładnym przebiegu tejże katastrofy (z takimi a takimi skutkami), nie przeprowadziwszy kompleksowych, specjalistycznych badań medyczno-sądowych dotyczących stanu zwłok ofiar. Możliwe jednak, że w sytuacji, w której, tak jak to sygnalizowałem w rozmowie z Z. Białasem (http://centralaantykomunizmu.blogspot.com/2012/05/wywiad-dla-z-biaasa-cz-ii.html), nawet prokurator generalny A. Seremet marzy już tylko o zamknięciu śledztwa, bez konieczności pozyskiwania fragmentów wraku, rejestratorów itp. drobiazgów, bez konieczności przeprowadzania dalszych (poza dotychczasowymi trzema) ekshumacji, tudzież zebrania pełnej dokumentacji – nie powinienem oczekiwać cudu.”

JMJ: Skoro pewien elektryk rzekomo udowodnił, że przeskoczył ponad dwumetrowy płot, to dlaczego nie można prowadzić śledztwa smoleńskiego i przeprowadzać symulacji dotyczących rozpadu kadłuba samolotu, gdy wrak tupolewa spoczywa na Siewiernym, a dowody są w rękach Rosjan? Dla logicznie myślącego człowieka jest to absurd, ale co to kogo obchodzi, sprawa jest upolityczniona, a w polityce dowolne obchodzenie się z prawdą jest prawie nagminne. Opieranie się na danych teoretycznych, nie uwzględniających np. stopnia zużycia elementów samolotu, powoduje ich zafałszowanie, a tym samym fałszuje obliczenie końcowe. Nie bronię tu koncepcji pancernej brzozy, gdyż nie wytrzymuje ona krytyki, chcę tylko powiedzieć, że nie można uznawać za wiarygodne obliczeń, opartych na nie zweryfikowanych danych wziętych z fabrycznej charakterystyki samolotu.

Jaką więc mamy gwarancję wiarygodności w przypadku badań prowadzonych z jednej strony przez prokuraturę, a z drugiej przez ekspertów zespołu parlamentarnego? W przypadku profesora Biniendy na potwierdzenie fachowości przywołuje się jego udział w wyjaśnianiu katastrofy promu „Columbia”. Tyle, że tam był zapis startu i przebiegu lotu do momentu katastrofy oraz parametry zachowań urządzeń pokładowych, były szczątki promu poddane badaniu i byli świadkowie. Dowodzenie mogło więc zostać przeprowadzone fachowo w oparciu o prawidłowe dane wyjściowe. Co z tego jednak miałoby wynikać w odniesieniu do badania przypadku Siewiernego?

Mówi się więc o ładunkach wybuchowych w skrzydle, wykorzystując – mam wrażenie – to, że przeciętny odbiorca nie wie np. że paliwo znajduje się w skrzydle i że gdyby doszło do wybuchu w tym miejscu to samolot zamieniłby się w jedną wielką pochodnię i nie byłoby mowy o tym, że ciała niektórych ofiar zachowałyby się bez znaczących obrażeń. Epatuje się więc publiczność, poprzez wykorzystanie argumentum ad ignorantiam, szczegółami technicznymi, niezrozumiałymi dla większości, tak by odwrócić uwagę od alogicznych, sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem elementów sytuacji, np. braku foteli, kokpitu czy braku obrażeń narządów wewnętrznych u niektórych ofiar.

Jednocześnie szeroko stosuje się argumentum ad verecundiam, czyli zamykanie ust krytykom poprzez odwoływanie się do tego, co powiedział autorytet. Najlepiej z tytułem naukowym. Profesorem był Bronisław Geremek, profesorem, zgodnie z wykładnią salonu, jest Władysław Bartoszewski, Lech Wałęsa w pojedynkę obalił komunizm, zaś Tadeusz Mazowiecki to „pierwszy niekomunistyczny premier”. I dlatego to, co mówią jest święte i nie może być kwestionowane.

Ależ to było piętnowane przez prawicę i tzw. niezależne media! A tymczasem w przypadku Smoleńska podobne chwyty erystyczne stosowane są przez obie strony. Z jednej strony mamy ekspertów typu Tomasza Hypkiego, Wojciecha Łuczaka, Tomasza Białoszewskiego. Z drugiej – Wiesława Biniendę, czy Kazimierza Nowaczyka. To przecież naukowcy, a w dodatku z amerykańskich uczelni! I nie wypada pytać nawet, czy owi naukowcy mają osiągnięcia przydatne w wyjaśnianiu okoliczności tragedii 10 kwietnia . Mają rekomendację przewodniczącego zespołu parlamentarnego i opozycji, i to ma wystarczać, a podawanie w wątpliwość trafności doboru stosowanych przez tych naukowców metod i przydatności wyników ich badań do wykrycia okoliczności śmierci poległych 10 kwietnia ma wagę nieomal zdrady stanu.

Krótko mówiąc wszystko, co nie jest zgodne z wersją o zwykłym wypadku lotniczym z jednej strony, albo z drugiej z hipotezą o wybuchach, „zamrożeniem” tupolewa na wysokości 15 czy26 metrów, jest albo ośmieszane, albo zamilczane na śmierć. Nie daj Boże mówić o maskirowce, bo dostaje się etykietkę ruskiego agenta, albo paranoika.

PJ: Spirala kłamstwa smoleńskiego będzie nakręcana dalej. Nie ma liczącego się, wpływowego środowiska, które mogłoby dać temu skuteczny odpór. Powstaną następne, nic nie wnoszące do sprawy filmy, pojawią się pewnie jakieś kolejne „ostatnie zdjęcia prezydenta”, i jakieś okolicznościowe publikacje przy okazji kolejnych rocznic, które nie będą o krok przybliżać do prawdy.

Moim zdaniem, aby ten mur milczenia i zakłamania zburzyć potrzebny byłby współczesny odpowiednik Mitrochina, Kuklińskiego oraz Reagana. Prawda o Smoleńsku pewnie spoczywa w sejfach nie tylko w Polsce, ale także w Moskwie, Berlinie, czy Waszyngtonie, i oczywiście procentuje. Słowem zważywszy układ sił w geopolityce musiałby zdarzyć się jakiś cud.

Prawo i Sprawiedliwość zapowiada, że do końca tego roku swoją pracę zakończy zespół badający katastrofę smoleńską i przedstawi pełny raport. Zespół, jak powiedział Antoni Macierewicz, kończy badania dotyczące ostatnich 6 sekund lotu Tu 154M i będziemy się mogli się zapoznać z ich wynikami jeszcze przed wakacjami. Zastawiam się, czy opozycja zdaje sobie sprawę z jaką odpowiedzialnością wiążą się tego typu deklaracje. Zwolennicy PiS, choć oczywiście nie tylko, na pewno w najlepszej wierze czekają na wyjaśnienie w jakich okolicznościach zginął prezydent i cała prawie stuosobowa polska delegacja. Na miejscu opozycji byłbym jednak zdecydowanie bardziej wstrzemięźliwy w zaciąganiu w tym przypadku kredytu zaufania społecznego.

FYM: Dlaczego, Państwa zdaniem, głos prof. J. Trznadla oraz prof. M. Dakowskiego w sprawie maskirowki smoleńskiej został przemilczany nawet przez media deklarujące się jako niezależne, a więc piszące o tym, o czym nie chcą informować media „reżimowe”? Czy zaczynamy wchodzić w etap, w którym istnieje już tylko mainstream, różnicujący się jedynie wedle kryterium politycznych sympatii/antypatii, a stosujący w istocie (zwierciadlane, dwubiegunowe) zasady selekcji i blokowania pewnych treści? Czy Państwa zdaniem pojawienie się (w polu zagadnień badawczych) teorii maskirowki na jesiennej konferencji smoleńskiej (http://www.konferencjasmolenska.pl/) stanowi już jakiś poważny przełom w całej sprawie śledztwa, czy to będzie nieznaczący epizod? A może są jakieś symptomy pękania tamy?”

PJ: Czy widzi Pan jakąkolwiek liczącą się siłę, której zależałoby na odejściu od obowiązującej narracji? Przecież w nią wpisują się zarówno media mainstreamowe, czy też jak je Pan nazywa „reżimowe” – choć polemizowałbym, czy to określenie jest właściwe – jak i te określające siebie jako niezależne. I to jest odpowiedź na Pana pytanie, dotyczące przyczyn zapisu nałożonego na m.in. profesorów Jacka Trznadla i Mirosława Dakowskiego. Przy sprawie smoleńskiej mamy tak naprawdę do czynienia z dwoma mainstreamami: rządowym z TVN i „Gazetą Wyborczą” oraz opozycyjnym z „Gazetą Polską” i „Naszym Dziennikiem” na czele, które zadziwiająco zgodnie uznają dane przedstawione przez MAK za miarodajne.

JMJ: Nie chcę być złym prorokiem, ale pojawienie się Pana publikacji „Czerwona strona Księżyca” na jesiennej konferencji poświęconej katastrofie smoleńskiej, która ma odbyć się 22 października w Warszawie, może służyć próbie zdezawuowania tej koncepcji. O tym może świadczyć fakt, że w materiałach konferencyjnych Pana materiał jest jedynym ujmującym 10 kwietnia z pozycji teorii dwóch miejsc, mimo że są także fachowe publikacje profesora Mirosława Dakowskiego, czy Krzysztofa Cierpisza, których nikt merytorycznie nie podważył. Czy nie chodzi o to, by hipotezę dwóch miejsc zdeprecjonować poprzez przypisanie jej do, przy całym szacunku dla Pana, anonimowego czyli ukrytego pod pseudonimem blogera, który nie będzie mógł wystąpić oficjalnie podczas obrad i przedstawić analizowanej przez siebie hipotezy.

Proszę też zwrócić uwagę, że tematem konferencji jest „Mechanizm zniszczenia samolotu TU-154M w Smoleńsku w dniu 10.04.2010”, a nie okoliczności śmierci prezydenta RP i delegacji katyńskiej. Czy to nie mówi za siebie?

Nie chcę jednak przez to wszystko powiedzieć, że nie warto by Pan na przykład przygotował na konferencję referatu i np. poprosił kogoś o jego przedstawienie. Było nie było wśród zadań badawczych i problemów naukowych organizatorzy konferencji wymieniają „Ocenę prawdopodobieństwa hipotezy, według której śmierć pasażerów samolotu TU-154 nastąpiła w innym miejscu niż wrakowisko pod Smoleńskiem, a samo wrakowisko i wszelkie informacje dostarczane przez stronę rosyjską są jednie inscenizacją (ros. maskirowka)”.

*    *    *

Julia-M-Jaskolska-Piotr-Jakucki-fot-jmjpj

W części czwartej m.in.:

  • resowietyzacja armii i BBN
  • dlaczego upadł rząd Jarosława Kaczyńskiego
  • smoleńska zmowa ponad podziałami
  • dlaczego polska prawica nie została zlustrowana
  • likwidacja WSI kompromituje Antoniego Macierewicza
  • koncepcja dwóch wybuchów, czyli Rosjanie zacierają ręce

Artykuły powiązane:

  1. Prywatny: Wpłaty
  2. Smoleńskie Ministerstwo Prawdy (1)
  3. Smoleńskie Ministerstwo Prawdy (2)
  4. Operacja Smoleńsk
  5. Bannery reklamowe
  6. Smoleńska maskirowka
  7. Smoleńska myślozbrodnia
  8. Co ukrywa premier Tusk
  9. Skąd Sikorski wiedział, że zawinili piloci?
  10. Kłamstwo smoleńskie triumfuje

Zrodlo: Strona Autorska – Julia M. Jaskolska & Piotr Jakucki, 22/06/2012

POLISH CLUB ONLINE, 2012.06.22

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek