Myśl Polska: Byliśmy sygnałem ostrzegawczym – rozmowa z Bohdanem Porębą, reżyserem


Bohdan Poreba rezyser foto za Mysl PolskaUkazała się pierwsza poważna monografia Zjednoczenia Patriotycznego „Grunwald” autorstwa Przemysława Gasztolda-Senia. Jak Pan ocenia tę publikację?

– Praca ta nosi tytuł: „Koncesjonowany nacjonalizm” . Cóż, „nacjonalizm”, czyli prąd i ruch umysłowy i polityczny zgodnie z nauką kościoła, europejską cywilizacją łacińską i całą tradycją narodową stawiający naród ponad państwo i władze, co jest sprzeczne z duchem cywilizacji bizantyńskiej i turańskiej, nie ma szczęścia. Jego narodotwórczy charakter najlepiej doceniali najeźdźcy i okupanci, wywodzący się z powyżej wymienionych dwóch cywilizacji. Dlatego narodowcy ponieśli największe ofiary zarówno ze strony okupanta niemieckiego jak i sowieckiego. A także UB, nie wiadomo dlaczego dziś zwanego rodzimym. O nacjonalizm byli oskarżani nie tylko „żołnierze wyklęci”, ale także Gomułka i Kardynał Stefan Wyszyński. Stopniowo słowo „nacjonalizm” ze szczytnego umiłowania narodu, stalinowcy usiłowali zepchnąć do porównań z faszyzmem, a dzisiaj ci stalinowcy, którzy wspięli się na plecach polskiej i narodowej „Solidarności’ do okrągłego stołu, a więc do władzy, usiłują się dopatrzeć w nacjonalizmie koneksji z bolszewizmem, którego byli wyznawcami aż do 1956 roku i 1968, w którym ja widzę pierwszą dekomunizację personalną, która zdruzgotała struktury NKWD w Polsce.

Nie przypisuję Panu Gasztoldowi powyższych tendencji. Jednak sam fakt, iż jego praca była pisana w konkursie prac magisterskich imienia głównego ideologa KOR Jana Józefa Lipskiego, świadczy, że jest to praca pisana na zamówienie zgodne z poprawnością polityczną, co w dalszym ciągu postaram się udowodnić. Książka budzi szacunek benedyktyńską pracowitością włożoną w zbieranie materiałów. Cóż kiedy służą one z góry założonej tezie. Teza ta głosi, że wszystko co się działo przed „Solidarnością” musi być potępione a wszystko co z nią było związane podlega totalnej obronie. Kiedy Pan Gasztold do mnie się zgłosił, ucieszyłem się, że znalazł się młody człowiek, który chce się narazić podejmując temat do którego stosunek – bez możliwości obrony, urobili z jednej strony Haerst prasy „solidarnościowej” Adam Michnik, z drugiej jego ideowy przyjaciel Mieczysław Rakowski. A więc jeden z głównych opozycjonistów z antynarodowego i antykatolickiego skrzydła, z drugiej naczelny redaktor, nie dawno jeszcze partyjnego organu „Polityka”, a niebawem I sekretarz PZPR. A więc dostaliśmy się w kleszcze z jednej strony ateistycznej opozycji z drugiej strony rządzącej partii, w której przewagę, mieli wychowankowie międzynarodówek. Autorzy tego uderzenia w „Grunwald” nie zawahali się dla odebrania nam wiarygodności, oskarżyć nas, że jesteśmy komunistyczną i ubecką jaczejką. Atak był tak zmasowany, że nikt się nie zastanawiał, iż wśród założycieli był dowódca okręgu AK, najwybitniejszy pilot II wojny światowej, założyciel Żydowskiego Związku Wojskowego, złożonego z polskich oficerów i podoficerów, związek, który stanowił połowę bojowców warszawskiego getta, wreszcie, założyciel Kosynierów podczas obrony Warszawy w 1939. Ja jeden byłem członkiem PZPR – kiedy do niej wstępowałem moja deklaracja trzykrotnie ginęła – tak mnie tam nie chciano w moim środowisku, dopuścić. I wszyscy poza mną byli wieloletnimi więźniami UB niektórzy z wyrokami śmierci. Dlatego mieliśmy święte prawo do manifestacji dla uczczenia ofiar. I do wywieszenia portretów sądowych katów – w tym Stefana Michnika. Czuliśmy zresztą za sobą wielki autorytet Prymasa, Kardynała Wyszyńskiego, który parę tygodni wcześniej nawoływał z Jasnej Góry: pamiętajcie, by nie dołączyli się ci, którzy są gdzieś podwiązani, którzy mają nie polskie interesy na myśli! Pamiętajcie, że „Solidarność musi być polska!” Może gdyby nie zachłyśniecie się – przecież sterowaną przez władze, polską „pierestrojką”, prorocza przestroga Prymasa a skromnie dodam i nasze sygnały były wysłuchane, może inaczej potoczyłyby się losy Polski. Może za okrągłym stołem znalazłoby się miejsce dla patriotów z obu stron, nie tylko wychowanków międzynarodówek. Michnik powiedział w USA, że okrągły stół uratował demokrację w Polsce a alternatywą było narodowe, katolickie państwo Polaków. Nam wtedy chodziło o to, by Polska nie dostała się w ręce wypróbowanych internacjonałów.

Kiedy Pan Gasztold znalazł się u mnie, odkryłem się przed nim całkowicie. Dałem mu wszelkie materiały i kontakty. Starałem się możliwie szczerze przedstawić nasze motywacje. Pan Gasztold nie zdradził się ani jednym słowem z odwrotnością swoich poglądów. Nie doszło pomiędzy nami do żadnych polemik. Dlatego liczyłem, ze powstanie książka obiektywna. Kiedy jednak w tygodniku, który uważam za jedyny w Polsce – godny czytania, który pochłaniam od deki do deski od pierwszego numeru, a mówię o „Uważam Rze”, przeczytałem recenzję zachłystującą się książką Pana Gasztolda, i kiedy zobaczyłem młodzieńczą buzię autora tej recenzji, redaktora Piotra Zychowicza, tego samego, który w swojej „alternatywnej” historycznie książce „Pakt Ribbentrop – Beck” podsuwa nam propozycję alternatywę sojuszu z Hitlerem w 1939 roku, zrozumiałem, że dzielą nas nie tylko różnice wyborów, ale cała epoka. Dla mnie punktami odniesienia będzie przedwojenna Polska, którą pamiętam z perspektywy pięciolatka, ale który od urodzenia słyszał od Ojca, żołnierza Legionów Piłsudskiego, oficera i akowca, że Polska i Jej niepodległość są dla Polaka najważniejszą po Bogu wartością. Kiedy ocierało się w rodzinnym Wilnie co krok o relikwie po romantykach, jako dziecko widziało się, że ta odzyskana z takimi ofiarami, wywalczona, wymodlona, wyśniona Polska jest napadnięta z dwóch stron i jest pozostawiona sama sobie przez wiarołomnych sojuszników, kiedy pamięta się do dziś smród szuwaksu unoszący się z sowieckich mundurów, kiedy było się wyrzuconym z mieszkania w którym zamieszkał szaulis litewski biorący udział w rozstrzeliwaniach Polaków i Żydów, ale także pamięta się zapach i pieśni z partyzanckiego ogniska w majątku mojego wuja pod Wilnem. Kiedy obserwowało się zakończenie wojny na stacji w Białymstoku z repatrianckiego wagonu a potem przeżywało się stalinizm w wykonaniu przede wszystkim mniejszości, która podjęła się w imieniu Stalina pacyfikacji i wynarodowienia nas, to inaczej niż mogą sobie polemiści ze mną wyobrazić, przyjmuje się słowa Władysława Gomułki z placu, na którym byłem wraz z dwustu tysiącami Polaków, a które wieszczyły inną Polskę. A za słowami szły fakty: zwalniani z więzień akowcy, odsyłani sowieccy doradcy, rewizje podręczników historii, pierwsze sądy nad oprawcami z UB. Zwłaszcza, gdy pamiętało się, że generał Stanisław Tatar i jego towarzysze byli torturowani w celu uczynienia z nich świadków w planowanym procesie nacjonalisty – Gomułki, który miał zakończyć się jak z Raikiem i Slanskim w państwach ościennych wyrokiem śmierci. Oskarżenie o nacjonalizm opierało się na fakcie, iż Gomułka obsadził wysokie stanowiska w armii oficerami z AK i z armii polskiej na Zachodzie – takich jak Tatar, Kirchmayer, Skibiński, Skalski, Kuropieska. Człowiek wychowany jak ja nie patrzy na takie fakty z punktu widzenia idei, związanej z narzuconym nam nie tylko przez Stalina ale także Roosevelta i Churchilla systemem (nasz los decydował się jeszcze podczas podziału świata w Teheranie, podobnie, jak dzisiejszy na Malcie). I nikt wtedy nie przewidywał, że za trzydzieści trzy lata CIA i KGB dojdą do porozumienia i rozwiążą ZSRR a Wałęsa przeskoczy mur Stoczni po to, by jej dziś nie było. Toteż kiedy większość Polaków przeżywała chwile triumfu nad komunizmem, ja i moi koledzy z „Grunwaldu” widzieliśmy grozę powrotu tegoż komunizmu w jego najgorszej, przedgomułkowskiej postaci. Ludzie tak wychowani jak ja, nie przykładają do wszystkich zjawisk miarki ideologicznej, tylko punkt widzenia państwowca. Inaczej też widzą historię: nie jako wyuczone formuły, ale przez własne trzewia, krew i mózgi, bowiem wiedzą, że my wszyscy, chcemy czy nie chcemy, jesteśmy codziennie, zarówno przedmiotem jak i podmiotem historii. Jest rzeczą charakterystyczną, że nikt z beneficjentów solidarnościowego zwycięstwa nie kwapił się do powrotu do polskiej państwowości zaatakowanej przez Hitlera i Stalina, ale wymyślano miast troski o ciągłość państwowości, trzecie czy czwarte Rzeczpospolite! Dlatego, ja, autor „Daleka jest droga”, jedynego dotąd polskiego filmu o armii na Zachodzie, za który zapłaciłem w 1963 roku sześciu laty bezrobocia – gen. Maczek miał wtedy odebrane polskie obywatelstwo, a to był film o jego żołnierzach, ja autor „Hubala”, „Polonii Restituta” i „Katastrofy w Gibraltarze” będę dla moich polemistów czymś w rodzaju agenta, a prawdziwi agenci hulający bezkarnie po Polsce od pierwszych chwil „transformacji”, będą dla nich rycerzami bez skazy. Bo podnieśli rękę na komunizm w Polsce, który kiedyś wielu z nich z zapałem tworzyło. Ciekawe, że moich polemistów nie dziwi moje trwające przez ćwierćwiecze, wymuszone milczenie w kinematografii? Czyżby cierpiała ona na nadmiar filmów patriotycznych? A przecież wykonawcy tego wyroku cywilnej śmierci nie ukrywali przede mną, że to kara za „Grunwald”.

Czy według Pana jest jeszcze jakiś materiał źródłowy, który pozwoliłby pełniej opisać fakty związane z dziejami „Grunwaldu”?

– Udostępniliśmy Panu Gasztoldowi wszystkie posiadane materiały. Także Instytutowi Hoovera w USA. Duża część materiałów jednak zaginęła podczas wtargnięcia „nieznanych sprawców” do naszego lokalu. Ich łupem stała się dokumentacja oraz ufundowany przez warszawskich hutników sztandar.

Co pana najbardziej zdenerwowało przy lekturze tej książki?

– Brak obiektywizmu. Widzę go przede wszystkim w insynuowaniu rozłamu w „Grunwaldzie”. Żadnego rozłamu nie było. Była zastosowana wobec nas metoda prowokacji, polegająca na tym, że po usunięciu przez Walny Zjazd Zdzisława Ciesiołkiewicza, człowieka, jak się okazało, z tajnych służb, który po pijanemu zgubił torbę z naszymi personaliami, natychmiast utworzył się nowy „Grunwald”, co zresztą od razu podniosła do potęgi redakcja „Polityki”, ta sama zresztą, która oskarżyła nas, że jesteśmy komunistyczną jaczejką. Gasztold cytuje zresztą wypowiedź Daniela Passenta, iż redakcja czyniła tak z lęku o pojawienie się i rozplenienie organizacji „nacjonalistycznej”, co w języku „Polityki oznaczało „patriotycznej”.

Ciekawe, że Ciesiołkiewicz, który po usunięciu go wytoczył proces przeciw „Grunwaldowi” o rzekomo należne mu pieniądze, przychodził ze świadkami przeciw nam z redakcji „Polityki”. Zresztą podczas procesu okazało się, że nie byliśmy pierwszą organizacją w której Ciesiołkiewicz próbował dokonać wyłudzenia. Ciekawe, że to właśnie Ciesiołkiewicz jeszcze za swej legalnej działalności dawał pożywkę naszym wrogom po chamsku i brutalnie atakując narodowość żydowską, podczas gdy nas interesowała walka ze stalinowcami.

Drugim argumentem na nieobiektywność ocen jest wyraźna satysfakcja Gasztolda z faktu, iż Stanisław Skalski i Zygmunt Janke odeszli z organizacji. Czyżby autor podejrzewał tych bohaterów polskiego narodu o chwiejność poglądów lub miałkość charakterów? Odeszli oni nie z powodu zmiany oceny „Grunwaldu”, a z powodu rozrób powodowanych przez grupkę Ciesiołkiewicza, która niewątpliwie czyniła wszystko, by kompromitować naszą organizację. Nie wiem na co wobec nas liczyły służby. Władze nigdy nie zajęły jasnego wobec nas stanowiska. Pamiętajmy, że większość w nich wcale nie wyznawała naszych poglądów. Zresztą Gasztold, obok pewnych insynuacji, omawia jednak i szereg dokumentów, świadczących o inwigilowaniu nas. Dziś myślę, że wobec planów polskiej „pierestrojki” i okrągłego stołu, stawaliśmy się coraz bardziej zawadą. Jak zresztą wszyscy patrioci.

Czy z perspektywy czasu dostrzega Pan błędy w działaniu „Grunwaldu”? Może Pan sam ma poczucie popełnienia takich błędów?

– „Grunwald” powstawał „w biegu”. Spontanicznie. Większość z nas nie znała się na początku. Nie mogła w tak newralgicznym czasie powstać organizacja kryształowo czysta, nie kontrolowana. Była to z założenia organizacja pluralistyczna światopoglądowo. To zaleta ale i niebezpieczeństwo. Tak zwany „rozłam” w „Grunwaldzie” to metoda stosowana i dzisiaj. Kto śledzi w internecie sprawę organizacji Polski Konwent Narodowy, dostrzeże tę samą manipulację mnożenia bytów, dla odebrania wiarygodności sile, mogącej potencjalnie zagrozić kiedyś establishmentowi. Dlaczego dysydenci nie zakładają swojej organizacji pod inną nazwą? Tak samo dyskredytowano i „Grunwald”. Jestem człowiekiem z natury otwartym w stosunku do ludzi. Czasem łatwowiernym. Na tym tle na pewno popełniłem nie jeden błąd.

Apogeum aktywności i znaczenia „Grunwaldu” to rok 1981, potem było już gorzej. Czy zgodzi się Pan z tezą, że chroniczne konflikty wewnętrzne, coraz niższy poziom liderów, skrajności, sprawiły, że w momencie przełomu, w roku 1989 praktycznie nie istnieliście?

– Na to pytanie już częściowo odpowiedziałem. Konflikty wewnętrzne były kierowane z zewnątrz. Poziom liderów nie obniżał się, odwrotnie: bezprzykładny atak z zewnątrz hartował podstawową kadrę, która zresztą w swym trzonie nie zmieniała się. Skrajności starałem się wygaszać. Nie jestem, mimo przyprawianej mi gęby, typem brutalnego watażki ani nawiedzonym ekstremistą. Starałem się, by nasza walka o otwarcie oczu Polakom, odbywała się w granicach ogólnoludzkiej kultury. A że nie dotrwaliśmy do przełomu? To że w ogóle trwaliśmy to cud Boży. Byliśmy najbardziej, najbrudniej, po goebbelsowsku rozjeżdżaną organizacją w Polsce! Dodajmy do tego włamanie do siedziby. Dalsze trwanie było niepodobieństwem.

Co w takim razie uznaje pan za największe osiągnięcie „Grunwaldu?

– To że istniał. Byliśmy sygnałem ostrzegawczym na drodze planowanej utraty suwerenności, dążeniami międzynarodówek, z którymi KOR był ściśle powiązany, gdzie odbywały się szkolenia przed skokiem na Polskę, a które od początku miały plan rozmycia polskiej państwowości w obcych strukturach. Może to była zemsta za 1956 rok i 1968? Dlaczego po zwycięstwie nie przystąpiono do zmiany państwa, tylko do jego likwidacji. Nawet nie w białych rękawiczkach. Jeżeli chodzi o to na czym nam najbardziej zależało: polską świadomość, czas pracuje dla nas. To, że niejeden z nas zapłacił za przynależność do „ Grunwaldu” cenę utraty pracy, zdrowia, czy ostracyzmu środowiskowego, wpisywaliśmy od początku w koszty naszej walki.

Rozmawiał: Jan Engelgard

Mysl Polska, Nr 39-40 (23-30.09.2012)

Za: http://sol.myslpolska.pl/2012/09/bylismy-sygnalem-ostrzegawczym-–-rozmowa-z-bohdanem-poreba-rezyserem/

POLISH CLUB ONLINE, 2012.09.20

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek