Prof. Jacek Trznadel: Fałszowanie historii (Arcana, nr 3, 1995 r.)


Prof Jacek Trznadel - Fot za korwin-mikke-plWbrew oczekiwaniom może, nie zamierzyłem tu wyliczenia faktów, z jakimi styka się wychowawca w dziedzinie historii, ale kilka myśli ogólnych, które później przy wyliczaniu mogą się przydać. Historia narodu oznacza gromadzenie doświadczeń i wyciąganie wniosków z pracy pokoleń nad społecznym dobrem, rozwojem i utrwalaniem wolno­ści, czy mówiąc dziś skrótowo — demokracji, a także z pracy nad umacnianiem siły i suwerenności państwa. Oznacza pielęgnowanie narodowej i społecznej tożsamości. Bo naród także może cierpieć na rozpad osobowości, jak jednostka. Czynniki składające się na historię narodową i społeczną tożsamość narodu w różny, ale ciągły sposób przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Wróćmy do porównania narodu z jednostką ludzką. Jednostka ludzka popadająca w całkowitą lub choćby częściową amnezję ulega zakłóceniu tożsamości, a jej kon­takty z innymi stają się nieprawidłowe. Podobnie, zagrożeniem dla życia narodowego staje się odcięcie od wiedzy historycznej o narodzie lub — tej wiedzy zafałszowanie.

Można na to spojrzeć także od strony nowo­czesnej nauki o informacji. Im wszechstronniejsza informacja, tym większa szansa prawidłowego, a więc określonego wolnością wyboru postępowania w jakiejś sytuacji.

Polscy romantycy, którzy znaleźli się w sytuacji pozbawienia Polski niepodległego bytu państwowego, dobrze rozumieli znaczenie polskiej hi­storii. Wiedzieli, że naród zniewolony od zewnątrz, może jeszcze zachować wolność wewnętrzną, duchową, jeśli nie utraci swojej historii. Dlatego następnym etapem po zniewoleniu zewnętrznym bywa pozbawianie naro­du jego świadomości historycznej. Pisał Norwid w szkicu Znicestwienie narodu: „fałszujący historię ze złą intencją mają tę piękną stronę, iż świadczą o dwóch prawdach […] oni wierzą, iż historia jest siłą, i oni wiedzą, że historię nie tylko stanowią wiarygodne zbiorowiska nagich faktów, ale i pojęcia, jakie naród o własnej wyrabia historii”.

Nauka historii polskiej była w tym samym stopniu zakazana pod zaborem rosyjskim, co w czasie okupacji niemieckiej ostatniej wojny. Z kalendarzy zniknęły daty mające związek z historycznym życiem narodu, zniknęły podręczniki historii i książki pisarzy mające największe zna­czenie dla utrwalenia świadomości historycznej. Wiem coś o tym, bo wtedy zacząłem pobierać nauki tutaj w mieście Krakowie, na Prądniku stanowiącym jego peryferie. Metody działania okupantów komunistycz­nych już od 1939 roku we Lwowie i po wojnie w całej Polsce były bardziej perfidne. Ich celem nie było samo zwalczanie nauczania polskiej historii, a tylko uczynienie z niej pustej, martwej fasady, czyli jak określała to nauka Stalina: polskość miała być zewnętrzną formą socjalizmu. Napisy na tej fasadzie natomiast miały być sfałszowane.

Praktyki były zresztą często podobne do praktyk nazistów, jak usuwanie książek z bibliotek, tematów z nauczania i czasopism, a nawet zacieranie dat historycznych: zakazy świąt, jak 3 Maja czy 11 Listopada, z wprowadzeniem na to miejsce dat fantomatycznych. Fantomatycznych, bo często nie odpowiadało im żadne wydarzenie historyczne, jak ten lubelski manifest PKWN naprawdę zakotwiczony w Moskwie, a nie w Chełmie i Lublinie. Ale perfidia polegała na czym innym: na interpretacji narzucanej na fakty historyczne, które były odmieniane i fałszowane. Nie mówiąc o tym, że przemilczanie jednych faktów oznacza automatycznie fałszowanie innych. I jeśli społeczeństwo potrafiło wychodzić z niektórych potyczek o prawdę obronną ręką: np. nie za wiele osób było skłonnych uwierzyć w Katyń jako zbrodnię niemiecką, o tyle udało się wsączyć wiele jadu w przedstawienie samotnej i tragicznej walki Powstania Warszawskiego czy zafałszować zasadniczo dzieje drugiej Rzeczpospolitej, przedstawiane jako rządy polskich faszystów, przez tych co właśnie polskimi faszystami byli, a także przygarniali do siebie najskrajniejsze i nielegalne przed wojną odłamy ONR-u i Falangi [podkreślenie autora]. Ale fałszowanie historii nie dotyczyło tylko dziejów najnowszych. Pierwszą Rzeczpospolitą utrwalono w pamięci kilku szkolnych pokoleń przede wszystkim jako ustrój wyzysku chłopa i anarchii szlachty, jedyna i wyjątkowa w Europie demokracja szlachecka podlegała tylko szkalowaniu.

Wiadomo, że po utracie świadomości historycznej spójnią społeczną i narodową pozostaje tylko język, choć język sam nie gwarantuje przekazywania zdobyczy więzi historycznych i społecznych. Zaborcy dziewiętnastowieczni wiedzieli coś o tym wprowadzając język rosyjski do biur i do szkół, pokazywała to polska literatura. Ale znów — po ostatniej wojnie taktyką komunizmu nie była rusyfikacja językowa, ich taktyką było to, co niedługo potem George Orwell nazwał „nowomową”. Było to wtargnięcie do języka publicznego, do szkół, a często i do domu, języka bez treści i znaczenia, języka samozaprzeczającego sobie. Najtrafniej — aż dziw jak to się zgadza i z naszym doświadczeniem — ujął to Orwell w dewizie nowomowy: „Prawda jest fałszem, fałsz jest prawdą”. Utrata historyczności i skostnienie języka w żargon propagandowy nie oddziaływały jednak tylko w sensie doraźnym. Jeśli przyjąć, że w tym czasie ostatnich pięćdziesięciu lat skończyły szkołę co najmniej trzy odrębne pokolenia, że urodzeni w roku 1945 mają dzisiaj lat pięćdziesiąt, oznacza to, że przeważająca większość naszego społeczeństwa przeszła przez szkołę utraty historii i języka (fałszu i nowomowy).

Nie chodzi tylko o historyczność, chodzi o autentyczność oceny i kształtowania międzyspołecznych więzi, zdolności jednostki do życia społecznego i politycznego w wymiarze autentycznym. Spłaszczone kryteria oceny, społeczeństwo zmienione w licznych kręgach w bezmyślny tłum — oto plon tych lat niewątpliwy, skoro nawet intelektualiści przyznają często, jak trudno im samym wyzwalać się sfałszowanych faktów, schematów myślenia i oceny. Brak historii wytwarza całkowitą dezorientację w postawach obywatelskich.

Ale mam poczucie, że w tej, także i mojej, drodze przez bezdroża były fakty, które przyczyniały się do kształtowania jakiegoś wewnętrznego jądra, które przygłuszone dało po chwili znać o sobie. Nie miałem w szkole okupacyjnej historii, ale spędzałem niejedną godzinę jako jedenastoletni lektor Pisma Świętego, po którego przysyłał do naszej klasy ksiądz katecheta. Historia święta to też mityczna historia. A w domu ojciec przynosił już podręczniki gimnazjalne historii. Nasz nauczyciel często w czasie lekcji cerował skarpetki, ale ja dźwigałem ciężkie kilogramy zeszytów z wypracowaniami kolegów z polskiego do domu, gdzie je poprawiałem. Dziwne to były czasy. I dziwne to były czasy po wojnie w moim liceum, gdzie historii najnowszej nie mieliśmy, ale koledzy ze Lwowa potrafili postawić się wobec instruktorów wychowania społeczno-politycznego, jak mój kolega z ławki po lewej stronie, który zapytał: „A jak wyglądało torturowanie patriotów we Lwowie przez NKWD?” Młody podchorąży wyszedł wtedy z klasy i nigdy już do niej nie wrócił. Nie umiał replikować.

Mówię o tym, żeby wprowadzić jakieś realia do tej suchej wypowiedzi. Bo niedawno w prowincjonalnej gazecie ukazał się artykulik przysłany mi anonimowo umowo i podpisany anonimowo, obie czynności wykonane zapewne jedną i tą samą ręką. Pisze się tam, dosłownie, skracam tylko trochę dla zwięzłości: „Jeśli chodzi o rozliczenia z PRL, przychodzi mi do głowy pytanie, do jakich gimnazjów Trznadel chodził? Sam o tym nie mówi. Może dlatego, bo oni [prawicowcy] nie chcą się chwalić, że szkoły robili w czasach PRL… zawsze mogą powiedzieć, że w ramach walki z ustrojem do szkoły chodzili co trzeci dzień”. Powiem: jeśli moje pokolenie nie zapadło się ostatecznie, to dlatego, że większość moich profesorów gimnazjalnych i licealnych, to była jeszcze przedwojenna kadra. Zgadałem się kiedyś z Czesławem Miłoszem: — A na maturze mieliśmy tę samą polonistkę. — Niemożliwe. — Powiedziałem nazwisko. Zdziwił się. Tyle że jako nauczycielka w Wilnie była młoda, a mnie uczyła bardzo już starsza pani. Moim ostatnim wychowawcą maturalnym był cichociemny, łacinnik, a w latach wojny szef Kedywów AK na prowincji. Chodził w battledressie. Nie wiedziałem nawet, że zaraz po podpisaniu nam świadectwa maturalnego, został aresztowany na długich siedem lat. Późniejsze pokolenia nie miały i takiego szczęścia. A po odzyskaniu formalnej niepodległości, nad którą kiwamy głowami, ujrzeliśmy się ograbieni ze świadomości historycznej, tej zakorzenionej w odruchach, a nie w wykutych na egzamin datach. Tyczy to i nauczycieli. To wszystko musi być odzyskane.

Na zakończenie słowo o tym, jak inne narody widzą nas z zewnątrz. Naszą historię. Widzą ją często przez pryzmat komunistycznej, często sowieckiej dezinformacji rozpowszechnianej przez lewicowców na Zachodzie. Mój długoletni pobyt w uczelni Sorbony przekonał mnie, że nawet naukowcy często widzieli polską drugą Rzeczpospolitą jako państwo faszystowskie, a jeśli faszystowskie, to podobne Niemcom Hitlera. Dziwić się, że część opinii przypisuje Polakom stworzenie Auschwitzlager? Na egzaminie końca studiów pytana przeze mnie francuska studentka w ogóle nic wiedziała, że istniały w dwudziestoleciu niepodległe państwa bałtyckie, „Przecież to Rosja” — powiedziała. Ale mój kolega, profesor Sorbony, uważał, że Polska nie miała literatury renesansowej, bo jeżeli Rosja jej nie miała, to jak mogła ją mieć Polska? Bywa jeszcze gorzej. Świeżo wydana na Zachodzie poważna książka amerykańskiego historyka Tony Judta, historyka antylewicowego — widzi właściwie historię krajów Europy Wschodniej, w tym Polski, jako historię komunistów. Bo tylko to na Zachód wiarygodnie docierało. Prześladowania to procesy moskiewskie, procesy komunistów Węgier, Rumunii, Czechosłowacji po ostatniej wojnie. O Polsce pisze autor, że podobno w Polsce zginęło po wojnie 400 osób (zapewne komunistów). Unicestwienie polskiej demokracji, państwa podziemnego, proces Szesnastu, to w ogóle prawie nie istnieje.

Otóż komuniści starali się o tworzenie historii na eksport, popierali tłumaczenia pewnych książek, dawali stypendia. Kto o to dzisiaj zadba? Ale jeśli nie zadba nikt, to czy Zachód będzie patrzył przychylnie na historię Polski faszystowskiej lub komunistycznej? Autorzy, którzy mają na Zachodzie trochę inny pogląd, są zresztą zwalczani przez określone lobby lewicowe. To jest poważna sprawa.

Nadrabianie tych braków jest zadaniem palącym i może postępować równocześnie na wielu polach: szkoła, popularyzacja, opracowania częściowe i monograficzne, ujęcia ogólne. Jeśli powstaną syntezy, można będzie je przetłumaczyć. Naród, który zna swoją historię, posiada inną motywację wyborów wartości, tworzy autentyczne społeczeństwo obywatelskie. W więzi z całą historią, ucząc się na błędach i osiągnięciach.

Jacek Trznadel — historyk literatury, pisarz, profesor Instytutu Badań Literackich PAN. Nakładem Arcanów publikuje obecnie zbiór nowel o tematyce katyńskiej. www.jacektrznadel.pl

Tekst był opublikowany w 3 numerze Arcanów w 1995 r

Za: PORTAL.ARCANA.PL, 31-08-2012

POLISH CLUB ONLINE, 2012.09.30

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek