Krzysztof Zielke: Czy Polska się obroni?


George Friedman, związany z amerykańskimi Republikanami założyciel ośrodka analitycznego Stratfor, zaszokował w zeszłym miesiącu Polaków, stwierdzając, że Polska ma się bronić przez trzy miesiące sama. Wywołało to złośliwe komentarze, że przy obecnym stanie naszej armii nie damy rady się bronić dłużej niż przez trzy godziny.

Wątpliwości Amerykanów, czy Polska podejmuje wystarczający wysiłek na rzecz własnego bezpieczeństwa, potwierdził Zbigniew Brzeziński, związany z demokratyczną administracją Baracka Obamy. Brzeziński powiedział, że nasze bezpieczeństwo zależy od tego, czy Polska będzie zdolna do efektywnej i niezależnej samoobrony przez „krótki czas”, potrzebny, aby sojusznicy znajdujący się pod międzynarodową presją opinii publicznej wymogli kolektywną odpowiedź NATO. Niezależnie od tego, czy na wsparcie sojuszników mielibyśmy czekać trzy miesiące, czy „krótki czas”, wypowiedzi Amerykanów podważają założenia Strategii obronności RP z 2009 r., w której według ekspertów nie przewiduje się samodzielnej obrony kraju w razie braku wsparcia ze strony sojuszników.

Plany obrony Polski

Od początku lat 90. amerykańskie plany obrony Polski zakładały, że głównym zagrożeniem dla Polski jest Rosja. Według tych planów celem rosyjskich sił uderzających z terytorium Białorusi miało być zajęcie Warszawy i instalacja nowego rządu polskiego. Choć Polska weszła do NATO w 1999 r., to decyzję o stworzeniu planu obrony naszego kraju podjęto dopiero dziesięć lat później. W odpowiedzi Rosja z Białorusią przeprowadziły we wrześniu 2009 r. największe od końca zimnej wojny gry wojenne pod kryptonimem Zapad-2009. W scenariuszu manewrów Zachód-2009 13-tysięczne wojska rosyjsko-białoruskie, po stłumieniu powstania mniejszości polskiej w Grodnie na Białorusi oraz odparciu wojsk NATO i polskich, przeszły do działań ofensywnych z terytorium Białorusi i obwodu kaliningradzkiego, przeprowadzając m.in. lądowania na brzegach potencjalnego agresora, czyli Polski.

Według depesz ujawnionych przez Wikileaks, NATO miało pod koniec 2010 r. zaakceptować plany obrony Polski i krajów bałtyckich pod kryptonimem „Eagle Guardian” („Strażnik orła”). Zgodnie z tym planem w przypadku agresji na Polskę NATO zamierza rzucić do walki dziewięć dywizji. „Z tego cztery polskie, pozostałe to jednostki krajów zachodnich, wśród nich brytyjskie, niemieckie i amerykańskie. Zostaną przerzucone wszystkimi możliwymi drogami: lądową, kolejową, na pokładach samolotów i morską. Wytypowano już porty, które mają przyjmować duże jednostki desantowe. Wśród polskich najistotniejsze jest Świnoujście” – informowała „Gazeta Wyborcza”.

Jeśli jednak do czasu lądowania aliantów Polska miałaby się bronić sama, to zwraca uwagę złe rozmieszczenie wojsk lądowych na terenie kraju. Niewiele się ono zmieniło od czasów PRL, kiedy to ludowe Wojsko Polskie przygotowywało się razem z Armią Sowiecką do ataku na Zachód. Jak 20 lat temu większość polskich sił, czyli dwie spośród trzech dywizji ogólnowojskowych, znajduje się przy samej granicy z Niemcami: 11. Lubuska Dywizja Kawalerii Pancernej w Żaganiu, 12. Dywizja Zmechanizowana w Szczecinie. W zasadzie między obwodem kaliningradzkim a Warszawą stacjonuje jedynie 16. Pomorska Dywizja Zmechanizowana z dowództwem w Elblągu. W składzie tej dywizji znajdują się jedyne siły zagradzające drogę na Warszawę ze wschodu. 1. Warszawska Brygada Pancerna jest rozmieszczona przy granicy z Ukrainą (Chełm i Zamość) i w Wesołej na przedpolu Warszawy, a tylko jej jedna część składowa w Siedlcach przy granicy z Białorusią. Z oficjalnych danych wynika, że na północny wschód od Warszawy nie stacjonują żadne większe oddziały. Co więcej, Polska, która według planu NATO miała wystawić cztery dywizje, ma ich w zasadzie tylko trzy.

Armia w zapaści

W ciągu 20 lat polska armia zmniejszyła się z 400 tys. do 100 tys. Skala redukcji naszych sił zbrojnych była większa niż u sąsiadów. Według badań dr. Przemysława Żurawskiego vel Grajewskiego, publikowanych w książce „Bezpieczeństwo międzynarodowe. Wymiar militarny”, możliwości mobilizacyjne Polski są jednymi z najniższych w Europie. Rezerwistów przeszkolonych w latach 2005–2010 było tylko 2,3 tys. „Polska, mająca 38,4 mln ludności, byłaby zdolna wystawić dziś ok. 102 tys. żołnierzy, co daje odsetek obywateli mobilizowanych do obrony państwa na wypadek wojny wynoszący zaledwie 0,27” – pisze Żurawski. Niższy wskaźnik mają jedynie Czechy i Luksemburg.

Dziesięciotysięczne Narodowe Siły Rezerwy nie zmieniają tej sytuacji, ponieważ ludzie ci służą do wypełniania etatów w regularnych siłach zbrojnych, opróżnionych przez odchodzących ze służby żołnierzy. W latach 2010–2011 zwolniło się ok. 13 tys. wojskowych. W tym roku odejdzie kolejne 5 tys. Jak zauważa Żurawski, „przy średniej dla państw naszego kręgu cywilizacyjnego wynoszącej 1,66 proc., planowana wojenna wydolność mobilizacyjna Polski jest sześciokrotnie niższa od przeciętnej w tej grupie krajów!”. I tak w Rosji armia liczy ok. 1 mln żołnierzy, ale rezerwy przeszkolonej w latach 2005–2010 jest 2 mln. Przy 140 mln ludności daje to wskaźnik 2,16 proc. (ogółem Rosja ma 20 mln rezerwistów).

Co gorsza, struktura naszych sił zbrojnych jest wręcz groteskowa. Żurawski podkreśla: „Utrzymuje się bowiem przewaga liczebna dowódców (oficerów i podoficerów) nad żołnierzami w stosunku 1,66:1, co miało sens w armii poborowej, gotowej do wchłonięcia rzeszy rezerwistów, nie ma jednak uzasadnienia w wojsku zawodowym o niskiej zdolności mobilizacji dodatkowych sił. Tak więc mamy więcej wodzów niż Indian”. W efekcie decyzji rządu Tuska z 5 sierpnia 2008 r. o rezygnacji z poboru, zamiast armii obronnej zdecydowaliśmy na budowę zawodowej armii ekspedycyjnej. Niemal dokładnie w czasie rosyjskiej inwazji na Gruzję, kiedy stało się jasne, że konflikt zbrojny w Europie jest znów możliwy i kiedy należało powrócić do egzekwowania poboru, rząd Tuska oficjalnie go zniósł i zmniejszył wydatki zbrojeniowe wprowadzone przez PiS.

Dziś nie realizuje się też koncepcji armii ekspedycyjnej. Rząd PO, który strategię obrony kraju oparł na gwarancjach sojuszniczych, jednocześnie demonstracyjnie zerwał solidarność z USA, wycofując polskie wojska z Iraku bez konsultacji z aliantami. Jak uważa Żurawski, „zaczęliśmy budować wojsko ekspedycyjne, jednocześnie informując, że z misji się wycofujemy. Nie wiadomo, po co jest polska armia. Polska, mimo oficjalnie 100-tysięcznej armii, jest w stanie do obrony kraju wystawić ok. 30 tys. żołnierzy liniowych. Taką siłą można bronić niewielkiego obszaru”.

Wielkie zbrojenia

Wobec tych wieloletnich zaniedbań można mieć wątpliwości, czy nawet wielki program zbrojeniowy zaproponowany przez premiera Donalda Tuska w „drugim exposé” sprawi, że Wojsko Polskie zwiększy swoje możliwości obrony i współdziałania z sojusznikami. Tym bardziej że 10 mld zł na zbrojenia w latach 2013–2014 to żadna zmiana. Budżet na rok 2012 zakładał wydatki na modernizację techniczną na poziomie ok. 5,5 mld zł. Znacznie ciekawsza jest natomiast druga podana przez premiera kwota: do 2020 r. wydatki miałyby wynieść 100 mld zł – biorąc pod uwagę średnią roczną, oznaczałoby to dwukrotny wzrost! To największa pozycja w obietnicach inwestycyjnych Tuska szacowanych na 700–800 mld zł.

Wszystko wskazuje na to, że Donald Tusk zdecydował się ustąpić zarówno prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu optującemu za programem modernizacji obrony powietrznej, zwanym szumnie polską tarczą antyrakietową, jak i lobby „pancernemu” w Ministerstwie Obrony Narodowej. Zarówno budowa transporterów opancerzonych lansowana przez MON, jak i prezydencka tarcza antyrakietowa mają być realizowane w Bumarze. Jak sugeruje „Rzeczpospolita”, programy warte kilkanaście miliardów złotych każdy mogą być „opłacaną przez polskiego podatnika »finansową tarczą« chroniącą niewydolny Bumar przed upadkiem”.

Nie wiadomo jednak, czy wyposażenie polskiej armii w nowe śmigłowce, okręty i kołowe transportery Rosomak zwiększy siłę bojową naszych sił zbrojnych. Jak zauważył już w 2009 r. Grzegorz Kwaśniak, ekspert ds. wojskowych, z powodu braku żołnierzy w Wojsku Polskim „nie ma kto jeździć na czołgach i samochodach, a na strzelnicach nie ma kto strzelać. Natomiast dowództwa i sztaby pełne są dowódców wojskowych, którzy produkują tysiące dokumentów”. Dlatego może należałoby rozważyć przywrócenie poboru lub inny sposób na wpuszczenie świeżej krwi do armii wojskowych urzędników, np. przez odtworzenie wojsk obrony terytorialnej. Przydałoby się też przesunąć nasze wojska z granicy zachodniej na wschodnią. Najważniejsze jest jednak zapewnienie zdolności do przyjęcia wsparcia ze strony sojuszników. Żeby odbudować solidarność z Amerykanami, nie potrzeba dziś udziału w dalekich misjach. Wystarczy, żebyśmy zademonstrowali gotowość do obrony własnego kraju.

Krzysztof Zielke

Za: Publikacje "Gazety Polskiej" (26.10.2012) BIBULA pismo niezalezne (2012-10-26)

Zdjecie: W drodze na zmiane warty – fot. wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2012.10.26

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek