Jadwiga Teodorowska: Z serii agentura wsrod Polonii nowojorskiej


Polish - Slavic Federal Credit Union New York, photo polpatriot-salon24.plWspomnienia z książki księdza Longina Tołczyka

Dziś Pan Jerzy Myssura pojawia się wśród ludzi pragnących oczyszczenia Centrum i Unii Kredytowej z wrogich polskiej sprawie elementów. Przypomnijmy sobie jak go zapamiętał z działań na rzecz Centrum i Unii Kredytowej ich założyciel – ksiądz Longin Tołczyk w swej książce pt. „W obronie Polonii”:

Znajdujemy w książce w 7-miu miejscach obszerne informacje o Panu Myssurze, który wówczas starał się bardzo szkodzić wszelkim działaniom księdza Tołczyka. W wielu innych miejscach wspomina ksiądz Tołczyk o ludziach torpedujących jego pracę na rzecz Polonii. Czy skrywa się wśród tych anonimowych wrogów również to nazwisko? To już na zawsze pozostanie tajemnicą, gdyż księdza Tołczyka już o to nie zapytamy.

Po raz pierwszy wymienia ksiądz Tołczyk Pana Myssurę na stronie 151. Nowo utworzone Centrum było wówczas pod obstrzałem wrogów zewnętrznych, którzy nie chcieli silnej i opiekuńczej wobec Polaków organizacji. Wówczas to część zatrudnionych przez Centrum studentów i pracowników opłacanych z funduszy programu CETA walczyła przeciwko Centrum tak jak to robią tylko wrogowie. Ksiądz Tołczyk tak o tym mówi: „Wroga atmosfera stawała się coraz bardziej uciążliwa. Dochodzenia przeciwko Centrum wydawały się nie mieć końca. Nagonkę na nas podsycały kłamliwe artykuły w pisemku „Tydzień”, wydawanym przez Jerzego Myssurę, którego później organizacja „Wolna Polska” i KPA zdemaskowały, jako reżymowego agenta. Rozpętana przez naszych wrogów kampania zmuszała nas na marnowanie czasu na odpowiadanie na oszczerstwa i donosy. Rozgorzała wojna, trwająca aż po rok 1979-ty”. Ksiądz Tołczyk rozwijał przy Centrum różne programy, gdyż wiedział, że można na bazie tego otrzymać z miasta pokaźne środki finansowe. Ksiądz tworzył podwaliny biblioteki, teatr, zespoły taneczne, śpiewacze, kluby sportowe, młodzieżowe, organizował wspólne święta dla ludzi samotnych i opuszczonych, kursy języka angielskiego, prelekcje na temat praw emigranta, prawa małżeńskiego, wyjaśnianie różnic między prawodawstwem polskim a amerykańskim, prelekcje dotyczące różnych wydarzeń historycznych w rocznice tych wydarzeń, wyświetlanie filmów i przeźroczy, organizowanie wycieczek krajoznawczych, organizowanie wystaw dla polskich artystów (malarstwo, rzeźba, szkło artystyczne, ikony, karykatura) rozgrywki szachowe.

Co traciło Centrum poprzez krecią wrogą robotę niektórych z Polaków? Za przykład niech posłuży wypowiedź samego księdza Tołczyka ze strony 173. – Mówi tam ksiądz, że ta różnoraka działalność Centrum, jako placówki kulturalnej otwartej każdego dnia tygodnia by służyć Polakom „miała stworzyć podstawy do wniosku o fundusze na działalność kulturalną. Rada Artystyczna Stanu Nowy Jork przyznawała, co roku poważne sumy na ten cel. Wystarczy tu wspomnieć, że np. w roku 1976 przyznano 15 milionów dolarów różnym grupom etnicznym. W roku 1983 suma ta wzrosła do 32 i pół miliona, a w roku 1984 aż do 40 milionów dolarów. Z tych ogromnych kwot ani centa nie otrzymali Polacy! (dla orientacji w cenach – w tym czasie np. obiad kosztował 50 centów) Całkowitą winę ponosi obecny zarząd Centrum. Wielu pracowników, widząc zdradziecką akcję zarządu w stosunku do mojej osoby, odchodziło nie chcąc brać udziału w tym haniebnym postępowaniu. Biblioteka zaginęła, działalność kulturalna zamarła… Władze przyznające fundusze obserwują każdą organizację i jeśli widzą, że ich działalność nie spełnia określonych zadań dla społecznego dobra, to pomijają ją przy rozdziale dotacji”.

Na stronie 189 ksiądz Tołczyk wymienia nazwiska zbuntowanych pracowników Centrum, którzy zorganizowali demonstrację przeciw księdzu, gdyż ksiądz walczył z nimi by nie marnotrawili przyznanych Centrum pieniędzy; „A co to księdzu szkoda rządowych pieniędzy?” (str. 187) Ksiądz Tołczyk pod koniec swej książki pisze o nich z wyrozumiałością. Mimo iż go bardzo skrzywdzili a także osłabili Centrum, to jednak ksiądz z perspektywy czasu postrzega ich, jako ofiary skaptowane podstępnie, być może przekupstwem przez ludzi reżymu. Uważa, że reżym posłużył się tymi ludźmi.

W czasie tych bezprzykładnych ataków na księdza Tołczyka zjawili się u niego agenci FBI i ostrzegli ksiedza przed pewnymi nazwiskami. Na stronie 190 ksiądz Tołczyk relacjonuje rozmowę z FBI: „Znamy ich dobrze. To są ludzie przysłani. Obawiamy się ,że Ojciec będzie miał z nimi poważne kłopoty. Proszę być ostrożnym”. Odpowiedziałem, że przecież Centrum niesie pomoc wszystkim i jest instytucją społeczną, a nie organizacją polityczną, więc nie widzę powodu by tych ludzi się bać. Wyraziłem także do nich żal, że nie poinformowali mnie o tym przedtem, zanim ich do pracy przyjąłem. Mogli przecież mnie uprzedzić. Na to jeden z nich odrzekł, że im łatwiej jest tych ludzi obserwować, kiedy są w jednym miejscu…Dla ścisłości pragnę dodać, że nazwiska tych ludzi nie figurują wśród demonstrantów, choć byli sprawcami, to jednak w czasie tej demonstracji pełnili rolę „aniołów stróżów”. Czyli że byli niewidoczni, „czuwali”, czyli szczuli z ukrycia.

Druga wzmianka o Panu Myssurze znajduje się na stronie 191.Ksiądz Tołczyk pisze: „Nie zdecydowano się nawet na zwołanie specjalnego zebrania członków Centrum, które mogłoby spór jakoś rozstrzygnąć. Odwlekano podjęcie jakichkolwiek kroków od marca aż do sierpnia. Musiałem pracować w absolutnie nieznośnych warunkach. Zbuntowani pracownicy pozostawali nadal w pracy, ale zajmowali się głównie pisaniem donosów. Najwięcej paszkwili pisał i drukował w swoim pisemku „Tydzień” Jerzy Myssura ..Sytuacja stała się żenująca i trudna do opanowania. Miasto wstrzymało fundusze na żywność dla programu seniorów oraz płacenie rachunków i poborów dla pracowników. Ryzykując pokrywałem wiele wydatków z własnych funduszy i z funduszy Centrum. Nastąpiła kontrola z trzech różnych szczebli, która trwała długo i przetrząsnęła nawet moje prywatne rachunki. Nad Centrum nadciągnęły wówczas prawdziwie ciemne chmury… Komisja Obywatelska, która została powołana celem wykazania prawdy wobec Polonii… stwierdziła to samo co i kontrolerzy z trzech szczebli administracyjnych. Stwierdzono, bowiem, że w Centrum nie było żadnych nadużyć, poza tzw. konfliktem interesów, polegającym na tym, że byłem jednocześnie właścicielem domu, w którym Centrum wynajmowało lokal. Dom został, więc natychmiast sprzedany, aby ten konflikt interesów usunąć. Rezultat, dzięki Bogu, był taki, że przywrócono nam wstrzymane fundusze i obdarzono Centrum nowymi programami. Tymczasem jednak wojna toczyła się dalej”.

Czyli wynika z tego wyraźnie, że prowadzili tę wojnę wciąż ci sami mąciciele, o których wspomniał ksiądz Tołczyk wcześniej. Użyto kolejnych pracowników by atakować działalność założyciela Centrum (str. 192) Osobami tymi „grali” jak kartami agenci, działający w drugim szeregu, niewidoczni, używający tych często nieświadomych ludzi dla swych podstępnych celów.

Trzecia informacja o Panu Myssurze znajduje się na stronie 212. Czytamy tam: „Powierzono wtedy opiekę domową nad chorymi tylko 37 wybranym organizacjom, w tej liczbie i naszemu Centrum. Trzeba tu przypomnieć, że powierzenie nam tego programu, było sporym zaskoczeniem szczególnie dla naszych wrogów. Dopiero przecież w 1979 roku udało się nam oczyścić dobre imię Centrum po licznych oszkalowaniach, zarówno przez obcych jak i przez swoich, które spowodowały całą serię dochodzeń ze strony władz. Próbowano, więc oskarżyć mnie, że kradłem czeki zasiłków Social Security pewnemu starcowi Walterowi Wytwickiemu, o czym spory artykuł wysmarował Jerzy Myssura w swoim piśmie „Tydzień”. Tu warto dodać, że zarówno Myssura jak i jego pismo od dawna zniknęli z nowojorskiego firmamentu, mimo że „Tydzień” był wykładany na stolikach w poczekalni reżymowego konsulatu”.

Na stronie 227 czytamy: że w maju 1981 roku nowi władcy Centrum zajęli się „opracowaniem pisma zwalniającego mnie ze stanowiska dyrektora programu etnicznego, zwolniono mnie także ze stanowiska dyrektora wykonawczego Centrum, a nawet usunięto mnie z członkowstwa tej organizacji, którą sam założyłem… Szykując ostateczny atak na mnie, usiłowano znaleźć zasłonę dymną w postaci władz miejskich. Wysłano, więc do władz nowy donos, odgrzebując dawno rozstrzygniętą sprawę tzw. konfliktu interesów… Donos wywarł jednak taki skutek, że rzeczywiście sprawa była raz jeszcze badana. Stwierdzono, że wszystko było zgodne z prawem, a kontrolerzy oświadczyli, że jest im przykro, ale muszą badać każdy donos…” Nie pada tu nazwisko Pana Myssury, ale jak to wcześniej ksiądz dwukrotnie zaznaczył, że w pisaniu donosów wiódł prym właśnie ów Pan.

I dalej na stronie 229 czytamy: „Z braku, więc jakiegokolwiek pisma od władz miejskich musiano uciec się do sfabrykowania „protokołu” z zebrania z dnia 22 maja 1981 roku podpisanego przez Pana Jerzego Pańcewicza i przez Mieczysława Przybyłowskiego jako prezesa Centrum… na podstawie, którego wyrzuca się założyciela Centrum i dyrektora wykonawczego, pozbawiając go nawet członkostwa”. Oczywiście postarano się o to, by ksiądz Tołczyk nie był obecny na tym zebraniu, aby nie mógł się do zarzutów ustosunkować.

Na stronie 230 czytamy: „Żądano ode mnie, abym powstrzymał się od jakichkolwiek komentarzy czy publicznych wypowiedzi odnośnie któregokolwiek z dyrektorów lub urzędników Centrum. W tym celu prowadzono jawny podsłuch, szczególnie podczas obiadów. Robił to z ramienia zarządu były Paulin, kolega O. Zembrzuskiego, Tadeusz Chabrowski.

Bardzo interesujący jest cały rozdział 25-ty zatytułowany „Stosunek PRL do mnie i do Centrum” (strony 266-277) w którym ksiądz Tołczyk opowiada o swoich nieprzyjemnych doświadczeniach z agentami komunistycznego reżymu węszącymi i kopiącymi przysłowiowe dołki pod każdym szlachetnym działaniem na rzecz Polonii na amerykańskiej ziemi jak i w kraju.

„Każdy Polak wie dobrze, że wszystkie organizacje, instytucje, kluby, czy stowarzyszenia, mają swoich „aniołów-stróży” delegowanych przez reżym. Dotyczy to nie tylko instytucji krajowych, Nadzór poza granicami kraju prowadzony jest z nie mniejszą gorliwością.

Centrum było w owym czasie jedyną instytucją społeczną na terenie Stanów Zjednoczonych prowadzącą programy subsydiowane przez władze amerykańskie i choćby z tego względu, było obiektem szczególnego zainteresowania reżymowych organów bezpieczeństwa.Ich metody działania poznałem jeszcze w czasie studiów w Seminarium Duchownym, a później w parafiach w kraju, gdzie pracowałem. Jednak w Polsce łatwiej było odizolować się od tych ingerencji i wpływów. Natomiast tutaj, w Ameryce, gdzie ultra-demokratyczne przepisy zabraniają najmniejszych nawet przejawów dyskryminacji, szczególnie w działalności społecznej subsydiowanej przez władze, nie sposób odizolować się od wtyczek, garnących się do zarządu lub do pracy w Centrum.

Przez 10 lat nie sprawiało mi to specjalnych trudności w zarządzie, gdyż nawet, jeśli trafiła nam się osoba podejrzana o działalność na rzecz reżymu, to zdziałać wiele nie mogła. Przyznaję, że pod tym względem rządziłem zdecydowanie i stanowczo, dzięki czemu stworzyłem trwałe podstawy dla Centrum i Unii Kredytowej.Pierwsze poważne trudności powstały dopiero wtedy, kiedy organizując realizację programu CETA musiałem w ciągu 2 dni przyjąć do pracy 36 osób. Gdybym nie angażował tych ludzi natychmiast, to fundusze CETA zostałyby przeznaczone na inny cel lub dla jakiejś innej instytucji. W podobny sposób musiałem szybko zatrudnić ponad 20 studentów z kraju, nowoprzybyłych, wśród których reżym komunistyczny mógł mi z łatwością wcisnąć kilka swoich wtyczek. Zdawałem sobie z tego sprawę, ale byłem spokojny, gdyż ci ludzie nie mieli żadnych szans na zaprowadzenie swoich porządków w Centrum, a tym bardziej nie mogli oni zmienić moich przekonań i stylu pracy. Co nie znaczy, że nie usiłowali działać. Wichrzyli, gdzie mogli, wciągając do swej akcji niewinnych i niezorientowanych pracowników.. Nie mam najmniejszej wątpliwości, że to właśnie ci „aniołowie-stróże” wyprowadzili na ulicę grupę pracowników, z obelżywymi i kłamliwymi hasłami, atakując głównie moją osobę, a nawet cały zarząd Centrum.

Wyznaję tu przed Bogiem i ludźmi, że w ciągu prawie dziesięcioletniej kadencji zarząd Centrum i Unii Kredytowej wiernie służył idei niepodległościowej. W tym czasie Centrum nie było od nikogo zależne, a służyło jedynie Sprawie Bożej poprzez pomoc bliźniemu i z całym oddaniem sprawie polskości.Jednak system panujący obecnie w naszym kraju stawia sobie za cel, aby wszystko i wszyscy, Polacy w kraju i na obczyźnie, a szczególnie wszelkie organizacje i instytucje polskie, były przez ten reżym kontrolowane i sterowane. Szukały więc władze PRL dróg i sposobów, aby ten cel osiągnąć także i w stosunku do Centrum, choćby i z uwagi na to, że Centrum i Unia Kredytowa dysponowały juz milionami dolarów na swoją działalność.

Czwarta wzmianka o Panu Myssurze, z której można wywnioskować że był to człowiek wtedy o olbrzymich wpływach w komunistycznych strukturach PRL w Nowym Jorku (str.267). Jedną z pierwszych akcji wymierzonych przeciwko mnie i Centrum było założenie przez reżymową agenturę pisemka pod nazwą „Tydzień”, które specjalizowało się w bezceremonialnych atakach na wszystkich, kto dla reżymu był tutaj niewygodny. Jadowite i bezczelne ataki na mnie nie dawały jednak rezultatów. Reżym postanowił więc zmienić taktykę. Jerzy Myssura, wraz ze swym pisemkiem „Tydzień” zniknął nagle z nowojorskiego horyzontu, a konsulat zmienił postępowanie wobec członków zarządu Centrum i Unii Kredytowej. Wiadomo było, że do tej pory nie chciano udzielać im wiz wjazdowych do Polski. Nagle worek pękł i wizy posypały się nie tylko dla tych, którzy przyjechali tu na wizytę i pozostawali „nielegalnie”, lecz nawet dla tych członków zarządu, którzy uzyskali tutaj azyl polityczny.

I znów, mnie to nie dziwiło. Wiedziałem dobrze, ze jest to po prostu nowa próba pozyskania sobie ludzi z zarządu, zdobycia wpływu na nich, a przez to – zdobycie możliwości sterowania Centrum. Kilkuletnia walka wytoczona przez właścicieli agencji, organizacje oraz pracowników i studentów przeciwko zarządowi i mojej osobie spodziewanych wyników nie dała. Nie udało się oskarżyć mnie o nadużycia i pozbyć się w ten sposób, więc powoli skaptowano członków zarządu Centrum i Unii Kredytowej i przy ich pomocy przeprowadzono skuteczną penetrację naszych instytucji.

„Aniołowie-stróże” nie ograniczają się do obserwowania działalności wewnątrz danej organizacji. Ich zadaniem jest objęcie pod „opiekę”, tj. urobieniem i pozyskiwaniem dla siebie jednostek, które wykazują własną inicjatywę w jakiejś dziedzinie i działają na własną rękę. Jeśli działalność takich osób w jakimkolwiek stopniu dotyczy spraw interesujących reżym, to natychmiast znajdują się życzliwi „aniołowie-stróże”. Wciągają w swoje macki wpierw bardzo delikatnie oferując pomoc na początku zupełnie niewinną. Później zdradzają się kim są, oferując załatwianie paszportów na wyjazd do USA dla rodziny, lub oferując przedstawicielstwo Banku PeKaO, czy jakieś inne udogodnienia, aż do bezcłowego przewozu różnych atrakcyjnych towarów do kraju, aby umożliwić dodatkowe dochody w półlegalnym handelku, włącznie. Konsekwencją są już systematyczne kontakty z funkcjonariuszami PRL na terenie USA, prowadzące często do współpracy o charakterze szpiegowskim”.

Piąta wzmianka na temat Pana Myssury znajduje się na stronie 331. –Ksiądz Tołczyk opowiada tam o problemach Unii Kredytowej tuż po jej utworzeniu, kiedy to Pan Myssura szukał okazji by znaleźć choćby najmniejsze potknięcie w ramach organizacji. Ksiądz Tołczyk tak pisze: „Unia Kredytowa nie mogła w tym pierwszym okresie zatrudniać własnych pracowników, z tej prostej przyczyny, że nie miała na ten cel ani grosza. Nie było żadnego wyjścia z tej sytuacji, jak tylko korzystać z pomocy Centrum. Unia Kredytowa była organizacją powołaną do życia przez Centrum i jako instytucja wyższej użyteczności publicznej, nie nastawiona na dochód, lecz służąca społeczeństwu, miała moralne prawo do korzystania z pomocy swej macierzystej organizacji. Jednak Centrum również nie miało własnych środków, lecz dysponowało funduszami na różne programy społeczne, w ramach umów zawieranych z władzami. Oddelegowanie choćby jednego pracownika Centrum do Unii Kredytowej stanowiło swego rodzaju „nieformalność”. Niestety, nasi wrogowie nic innego nie robili, tylko czyhali na okazję. Jednym z najzacieklejszych przeciwników Centrum był Jerzy Myssura, który ziejąc nienawiścią, polował na każde potknięcie się, aby je natychmiast wykorzystać w swoim pisemku „Tydzień”. Żywot tego pisemka nie trwał na szczęście długo, ale już 9 października 1977 roku pojawił się w nim artykuł pt. „Tołczyk powinien odejść”…Nie troska o miejskie fundusze, wykorzystywane i w tym przypadku do maksimum dla dobra naszej grupy etnicznej przecież, lecz chęć złośliwego szkodzenia Centrum, naszej Unii Kredytowej a i całej Polonii była prawdziwą przyczyną tego ataku. Wrogowie pragnęli za wszelką cenę zburzyć wszystko to, co z takim trudem i uporem budowałem. Każdy przecież wie, ile miasto wydaje pieniędzy na najrozmaitsze zupełnie niepotrzebne rzeczy. A w tym przypadku wykorzystanie możliwości zgodne było z celami i potrzebami naszej organizacji, a służyło całemu społeczeństwu na Greenpoincie i ratowania tej polskiej dzielnicy od upadku. O tym wrogowie doskonale wiedzieli. Tylko ta ich nieludzka, piekielna zazdrość. Jeśli sukces nie jest ich dziełem, to niech się to dzieło zmarnuje. Jeśli oni nie korzystają z tego sukcesu, to niech inni też nie korzystają. Taki jest ich tok myślenia, czy raczej ich bezmyślnej działalności. A na nieszczęście wśród Polonii brak na tyle odważnych, by ludzi typu „Myssura” z polonijnego środowiska odizolować, usunąć, by nie przeszkadzali innym w tworzeniu wspólnego dobra”.

Jest to szósta wzmianka o Panu Myssurze (str. 332). Ksiądz Tołczyk tworzy tu nowe pojęcie „ludzie typu Myssura” na określenie ludzi szkodzącym interesom Polonii. Ksiądz Tołczyk pisze tam dalej: „Na efekt tego oszczerczego i kłamliwego dla naszej sprawy artykułu długo czekać nie trzeba było. Wkrótce też otrzymaliśmy pismo od władz, zarzucające nam (w powołaniu się na artykuł w „Tygodniu”), że zatrudniamy Irenę Slewin oraz ks. Altmajera w Unii Kredytowej, mimo iż są pracownikami w programie CETA, co stanowi złamanie warunków tej umowy. Zmusiło nas to do szukania pomocy wśród przedstawicieli świata amerykańskiego, by przez najwyższe władze programu CETA zmusić władze lokalne do przeklasyfikowania kilku pracowników w taki sposób, by mogli legalnie pracować w Unii Kredytowej. Zdołaliśmy to uzyskać, ale zanim do tego doszło, atak Myssury na łamach „Tygodnia” pozbawił Unię Kredytową na kilka tygodni wszystkich pracowników wyszkolonych przez p. Kotsa. Odszedł też ten wielki patriota ukraiński, bez którego pomocy Unia Kredytowa nie powstałaby w ogóle”. Jest to siódma wzmianka o Panu Jerzym Myssurze. „W kilka dni po paszkwilu Myssury otrzymałem od niego list: „Drogi Księże: „Miałem wielką przyjemność pracować z księdzem, ale jak prawdopodobnie księdzu mówiłem, w roku 1975 przeżyłem ciężką chorobę i zawał serca, dlatego muszę unikać sytuacji, która może być przyczyną zwiększenia ciśnienia krwi. Pracowałem dla Polsko – Słowiańskiej społeczności z całkowitym poświęceniem i starałem się spełniać jak najlepiej mogłem i umiałem moje obowiązki z całkowitą odpowiedzialnością. Lecz atmosfera stworzona przez pismo „Tydzień”, bezpodstawne oskarżenia odnośnie mojej osoby przez malkontentów i ludzi, którzy rozbijają życie społeczne, nie pozwala mi nadal pracować dla Centrum i dlatego łaskawie proszę przyjąć moją rezygnację”.

Smutne to ale i prawdziwe. Dwóch ludzi, Jerzy Myssura i Jan Stachurski, zdołali zaszkodzić Centrum, Unii Kredytowej i całej Polonii, jednym tylko, złośliwym atakiem. Niestety, to nie był jedyny atak wrogów na nas… Dwuosobowy personel młodej Unii Kredytowej stał się już niewystarczający, a tu trzeba było jeszcze zajmować się obroną przed atakami wrogów. Po ukazaniu się owego, oszczerczego artykułu w „Tygodniu” Myssury odszedł ze stanowiska skarbnika ksiądz Emil Altmajer”.

Tylko tyle, czy aż tyle, uzbierało się wspomnień księdza Longina Tołczyka na temat jednej osoby – Pana Jerzego Myssury.

Ksiądz Tołczyk to nie tylko kapłan i Polak, to wielki patriota i społecznik. To działacz, altruista, operatywny i kreatywny organizator wielu przedsięwzięć na rzecz polskiej społeczności. Skrzywdzony niezasłużenie i oczerniany przez dziesięciolecia.

Ówczesny „Nowy Dziennik” – medialne, prasowe guru, nie szczędził mu oszczerstw, nie dając mu żadnej możliwości wypowiedzieć się we własnej obronie. Książka „W obronie Polonii” została napisana i wydana przez księdza własnym sumptem, by zapoznać nas z prawdą historyczną. Nie miał innej możliwości, by przekazać ludziom tę prawdę. O tym, co działo się na tym polu bitwy, jakim stało się i Centrum i Unia Kredytowa społeczeństwo dowiadywało się wyłącznie z informacji preparowanych przez agenturę. Te informacje mijały się z prawdą na każdym kroku. Stąd tyle dezorientacji w polonijnym środowisku, gdyż karmione ono było kłamstwami, pomówieniami, plotkami, żeby przeciętny uczciwy człowiek machnął ręka i nie chciał mieć z tym wszystkim nic wspólnego. O nic innego agenturze nie chodziło. Skonfliktować ludzi, zdyskredytować wszelkie działania księdza na rzecz rozwoju tych 2 organizacji, wniknąć w struktury tych organizacji, albo przynajmniej znaleźć mocnego haka na ludzi tam pracujących, mając całą gamę esbeckich przynęt i wyuczoną do perfekcji umiejętność złotoustego judzenia i podżegania ludzi przeciw sobie.

Tak pisze ksiądz na zakończenie swej książki: „Spotka mnie największe zadośćuczynienie, jeśli po przeczytaniu tej książki jakiś procent czytelników podejmie się społecznego działania. Niechaj ludzie dobrej woli staną w szeregach walczących „W Obronie Polonii” jak ja, nie słowem, lecz czynem, i nie zważając na przykrości, jakie ich niechybnie spotkają.

Prawda zawsze zwycięży, bo jest większa od kłamstwa”(str. 497). Przypomnijmy w tym miejscu anegdotę o Prawdzie i Kłamstwie.

Pewnego razu przechadzała się Prawda koło krystalicznego jeziorka. Zapragnęła zakosztować w nim kąpieli. Zdjęła swe szaty, położyła je na brzegu i poszła zażyć ożywczej kąpieli. Przechodziło tamtędy również Kłamstwo. Zobaczywszy porzucone na brzegu szaty Prawdy, natychmiast w nie przebrało się, zostawiając w tym miejscu swoje ubranie. W pierwszej chwili Prawda była przerażona, gdy uświadomiła sobie, że nie ma się, w co ubrać. Nawet przez chwilę przemknęła jej po głowie myśl, by ubrać się w to, co znalazła na brzegu. Ale już po chwili powiedziała do siebie: „skoro jestem Prawdą, mogę przecież być nawet naga. I tak oto widzimy wędrującą po świecie nagą Prawdę i Kłamstwo ubrane w szaty Prawdy.

Jadwiga Teodorowska

Zrodlo: Salon24.pl – Polpatriot blog – 13.11.2012

Przeczytaj rowniez:

POLISH CLUB ONLINE, 2012.11.14

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek