Jan Engelgard: Komu potrzebna jest Unia… / Julia M. Jaskolska: PRZECIW NARODOM


Donald Tusk - Unia Europejska - spotkanie szefow - za gov-plZakończony fiaskiem szczyt Unii Europejskiej uzmysłowił wszystkim, jak krucha jest tzw. integracja europejska i jak ważne są interesy narodowe poszczególnych państw.

Nasi doktrynalni „Europejczycy” leją krokodyle łzy i biadają nad upadkiem „europejskiej solidarności”, ale rzeczywistość jest brutalna. Mimo uprawianej od lat integracyjnej propagandy, mimo napinania muskułów przez Komisję Europejską – zasadnicze decyzje podejmują szefowie rządów poszczególnych państw, a eurokraci muszą gonić za nimi po korytarzach brukselskiej siedziby UE. I tak było i tym razem. W rolach głównych – brytyjski premier David Cameron i kanclerz Angela Merkel. W roli  drugoplanowej – prezydent Francji Francois Hollande, w rolach trzecioplanowych – Donald Tusk i reszta szefów rządów.

Rząd Donalda Tuska ubrał się w stój wzorcowego „Europejczyka”. Sam premier oraz jego ministrowe (np. Radosław Sikorski) nawołują usilnie do „pogłębienia integracji”, „wzmocnienia instytucji europejskich”, „rezygnacji z narodowych egoizmów”.  Wszyscy niby przyklaskują, wznoszą za nas toasty, przyznają nagrody – ale kiedy przyjdzie godzina podejmowania decyzji, kierują się właśnie „narodowymi egoizmami”. To dowód na to, że Europa, mimo wszystko, jest nadal zbiorowiskiem suwerennych państw narodowych, w których zawsze bardziej znacząca jest sytuacja wewnętrzna niż mityczna „europejska solidarność”. I to jest wiadomość dobra – bo wolę taką sytuację, kiedy wiadomo kto i dlaczego podejmuje taką a nie inną decyzję, niż sytuacja, w której decydowały by „ponadnarodowe elity”.

Donald Tusk wybierając koalicję przeciwko Niemcom i Wielkiej Brytanii miał swoje racje. Te racje to owe mityczne 300 mld złotych obiecane narodowi. Ponoć jesteśmy największym beneficjentem tych „unijnych” pieniędzy. Być może, choć w tym rachunku jest pewien fałsz. Nie mówi się polskiej opinii publicznej, że nasza składka przez czas trwania agendy wynosi ponad 100 mld złotych (25,5 mld euro), a wliczywszy inne koszty związane z pozyskiwaniem tych funduszy, zostanie „na czysto” może 150-170 mld złotych. Dobre i to, ale chyba lepiej mówić prawdę. Jedno jest natomiast pewne – dotychczasowy model integracji, a co za tym idzie model finansowania UE – powoli się kończy.

Jan Engelgard

Fot. premier.gov.pl

Zrodlo: http://sol.myslpolska.pl/2012/11/komu-potrzebna-jest-unia%E2%80%A6/ , 25 listopada 2012

 

*   *   *

Dla przypomnienia artykul Julii M. Jaskolskiej napisany znacznie wczesniej bedacy ostrzezeniem, ktorym I tak nikt z politykow sprawujacych wladze w Polsce sie nie przejal, a co gorzej jak sie pozniej od czasu do czasu dowiadywalismy politycy nie czytali dokumentow wagi panstwowej zanim je zaakceptowali czy to w sejmnie czy tez wlasnorecznym podpisem. (wg/PCO)

Projekt eurokonstytucji jest sprzeczny z nauczaniem Ojca Świętego na temat praw narodów

PRZECIW NARODOM

Wbrew temu, co wmawiają Polakom eurofanatycy, chętnie powołujący się na papieskie nauczanie, Unia Europejska nie ma nic wspólnego z Europą Ojczyzn, o jakiej mówi Ojciec Święty Jan Paweł II. UE jest na prostej drodze do przekształcenia się w superpaństwo, w którym prawa narodów – przedmiot troski Papieża – nie mają szansy na realizację. I to w nieodległej przyszłości – w roku 2009, od kiedy ma wejść w życie konstytucja Unii Europejskiej.

    W ogłoszonym na szczycie unijnym w Porto Carras koło greckich Salonik, przygotowanym przez Prezydium Konwentu Europejskiego pod kierownictwem byłego prezydenta Francji, socjalisty Valerego Giscarda d’Estainga, projekcie dokumentu nie ma odniesienia do Boga, do korzeni chrześcijańskich Europy. Jest natomiast wyraźna zapowiedź ograniczenia suwerenności państw narodowych. Projekt ów, co znamienne, powstał z pogwałceniem wszelkich zasad demokracji. "Projekt konstytucji jest sprzeczny z wszystkimi zasadami demokracji. Chcemy nowego projektu, który pochodziłby ze znaczniej bardziej reprezentatywnego konwentu, demokratycznego w zawartości i demokratycznego z punktu proceduralnego" –  napisali we wspólnym stanowisku europejscy uniosceptycy na forum Konwentu. Okazuje się bowiem, że państwa kandydackie miały tylko status obserwatorów, nie mając w praktyce nic do powiedzenia na temat projektu eurokonstytucji, zupełnie jakby ich miała ona nie dotyczyć. W Konwencie nie znaleźli się też członkowie, którzy reprezentowaliby połowę mieszkańców Francji, którzy odrzucili traktat z Maastricht, i połowę mieszkańców Irlandii, którzy opowiedzieli się przeciw traktatowi z Nicei, jakby prawo unijne było nie dla nich. Czyli już na etapie tworzenia konstytucji Unii wiadomo, że będzie ona prawem narzuconym. Mimo że preambuła eurokonstytucji tak pięknie się zaczyna: "Nasza Konstytucja zwie się demokracją, ponieważ władza znajduje się w rękach całego narodu, a nie mniejszości" (Tukidydes II, 37).

Testament Marksa i Engelsa Lewica, pewna swego w referendum, chwilę szczerości zafundowała nam na łamach "Trybuny" jeszcze przed głoso-waniem, nie pozostawiając złudzeń do jakiej "Europy" wchodzimy: "Nie byłoby UE bez Rewolucji Francuskiej wymie-rzonej przecież także w Kościół. Jej trwały dorobek to m.in. stworzenie podwalin społeczeństwa obywatelskiego, rozdział Kościoła i państwa. Choć dziś nie wypada wspominać o Karolu Marksie i Fryderyku Engelsie, to wiele z przed-stawionych w ‚Manifeście’ postulatów (…) jest opisem dzisiejszej Europy. Łącznie z zastępowaniem rodziny swobod-nymi związkami. (…) Unia jest w sporej części lewicowa, co słusznie zauważają nasi zaściankowi narodowcy powołujący się na wartości chrześcijańskie". (Krzysztof Pilawski, "Spadek po Morusie", "Trybuna", 4.06.2003 r.).

Obłudnie brzmią na tym tle zapewnienia Kwaśniewskiego, Huebner i Cimoszewicza o dobrej woli zamieszczenia odwołania do chrześcijaństwa w konstytucji UE. Nie można tego inaczej tłumaczyć, jak próbą uśpienia czujności katolickiej większości w Polsce, by nie domagała się rozstrzygnięcia w referendum, czy Polska przyjmie czy odrzuci konstytucję europejską, doraźnie zaś dbaniem o pozory, chęcią utrzymania resztek poparcia społecznego.

Zamiast Dekalogu

Co do tego, do jakiego "dziedzictwa" przywiązani są eurokraci, nie ma złudzeń już od grudnia 2000 roku, kiedy to na szczycie unijnym w Nicei został przyjęty i podpisany przez premierów rządów wszystkich państw UE tekst Karty Praw Podstawowych. Dokument rok później został uznany przez Parlament Europejski za podstawę prawa tworzonego przez tę instytucję. Karta miała zebrać "wspólną część podstawowych praw obywatelskich, które w tej czy innej formie są wpisane do konstytucji i innych aktów prawnych państw członkowskich UE, aby stworzyć spójny zestaw norm dla tworzenia przyszłego prawa UE".

    Mimo nacisków organizacji kościelnych i niektórych państw UE w ogłoszonej Karcie nie ma choćby najbardziej ogólnikowego odniesienia do religii, nie mówiąc o odwołaniu do chrześcijańskich korzeni Europy. Ostatecznie zdecy-dowano się jedynie na różne zapisy w różnych wersjach językowych Karty – np. w wersjach francuskiej i angielskiej występuje odwołanie do dziedzictwa "duchowego i moralnego" Unii, natomiast w wersji niemieckiej – do "duchowo-religijnego i moralnego". "Dziedzictwo duchowo-moralne" bez wskazania na chrześcijaństwo, Boga osobowego, prawo naturalne – znaczy wszystko i nic. Czy można się było jednak czegokolwiek innego spodziewać po projekcie konstytucji UE, tworzonym przez tych samych socjalistów, którzy przygotowali Kartę Praw Podstawowych?

Tabula rasa

Włoski historyk mediewista Franco Cardini, autor wielu prac z dziejów Kościoła, w wypowiedzi dla Radia Watykańskiego zwrócił uwagę na oczywistość, że "nowe instytucje i organizacje na ogół szukają związków z przeszłością, co w przypadku konstytucji objawia się w preambule mówiącej o źródłach ich tradycji. (…) Dlaczego Europejczycy XXI wieku uznali, że nie jest im potrzebna tego rodzaju legitymizacja?" Obecne brzmienie preambuły do przyszłej konstytucji europejskiej profesor Cardini celnie określił jako "tabula rasa". "Ideologia przyćmiła historię! Jeśli spojrzy się obiektywnie na historię Europy, nie sposób nie przyznać, że chrześcijaństwo wniosło specyficzny wkład w ukształtowanie jej kultury i humanizmu. Czyż szkoły i uniwersytety, które zadecydowały o jej wielkości, nie narodziły się przy klasztorach i biskupstwach?" – wyraził dezaprobatę dla preambuły projektu konstytucji UE ks. abp Jean-Louis Tauran, sekretarz Stolicy Apostolskiej ds. stosunków z państwami.

Członkowie Konwentu Europejskiego próbowali tłumaczyć brak wzmianki o chrześcijańskich korzeniach Europy koniecznością uwzględnienia także judaizmu i islamu, co jest oczywistym wykrętem. Twórców konstytucji europejskiej nie stać na odwagę powiedzenia wprost, że nie życzą sobie invocatio Dei w konstytucji, wolą stosować rozmaite zabiegi ideologiczne. Przykładem jest postawa przewodniczącego Konwentu, czemu w osobliwy sposób dała wyraz "Polityka": "Przewodzący pracom Giscard d’Estaing rozegrał rzecz mistrzowsko: z tekstu preambuły zniknęło to, co budziło najżywszą kontrowersję. Metoda była taka: trzeba najpierw powrzucać jak najwięcej odniesień – a to do oświecenia, a to do Greków i Rzymian – by w końcu je usunąć, powodując wrażenie ustępstwa, gestu dobrej woli wobec rzeczników wartości chrześcijańskich." ("Preambuła z Tukidydesem", Adam Szostkiewicz, 21 czerwca). W istocie, było to rzeczywiście tylko "wyrażenie ustępstwa". Można by tu oczywiście użyć przesadnej interpretacji, że katalog wartości zawarty w art. 2 projektu konstytucji UE, obejmujący "szacunek dla godności człowieka, wolność, demokrację, równość, państwo prawa i szacunek dla praw człowieka", wychodzi naprzeciw nauce społecznej Kościoła, znajduje odzwierciedlenie w chrześcijańskiej antropologii itd., itp. Pojawia się tu jednak pytanie o fundament godności ludzkiej, o podstawy powszechnej obowiązywalności praw człowieka, słowem, o absolutny punkt odniesienia niezależny od ludzkiej woli. Fakt stworzenia człowieka przez Boga na swój obraz i podobieństwo (vulgo: jakość dziecka Bożego każdego bez wyjątku człowieka) przesądza o jego godności, o tym, że człowiek i jego dobro powinno być zawsze celem, a nie środkiem działania. Natomiast podstawą powszechności praw człowieka i obywatela może być tylko Dekalog, przekazany przez Boga człowiekowi. Brak tych absolutnych odniesień relatywizuje prawa człowieka, czyni je podatnymi na dowolne interpretowanie, nie wykluczając w konsekwencji ich łamania.


Model sowiecki

O ile Konradowi Adenauerowi chodziło o utworzenie "wspólnoty chrześcijańskich państw europejskich" (zob. ks. prof. Czesław Bartnik, "Fenomen Europy", Radom 2001), o tyle twórcy Wspólnoty w jej obecnym kształcie – zmierzają do zmontowania superpaństwa odżegnującego się od chrześcijaństwa. Polityka Adenauera wywodziła się z koncepcji antysowieckich i antytotalitarnych, tu na odwrót – próbuje się powrócić do tradycji Związku Sowieckiego. Z treści projektu konstytucji UE przedstawionego w Salonikach należy wnosić, że porównania UE do ZSRS poczynione przez Włodzimierza Bukowskiego nie są przesadzone. Projekt Konstytucji zakłada centralizację i ujednolicenie gospodarki, a zamiast wolnego ryku – dotacje, subwencje, koncesje, kontrole itp. W projekcie wiele uwagi poświęca się zamysłom tworzenia europejskich sił zbrojnych oraz polityki zagranicznej Unii Europejskiej. Unia miałaby być nowym państwem ponadnarodowym, z własnym parlamentem i w przyszłości europrezydentem – głową superpaństwa. Artykuł 1-15 projektu konstytucji europejskiej zaleca "obowiązek lojalności państw członkowskich wobec UE", co oznacza ni mniej, ni więcej podporządkowanie Niemcom i Francji. Uwzględniając stosowne proporcje, coś na kształt państw satelickich Związku Sowieckiego.

Suwerenem superpaństwo

Scenariusz taki wygląda na prawdopodobny z uwagi na uwzględnioną w projekcie konstytucji reformę instytucji unijnych, obliczoną na ograniczenie suwerenności państw narodowych. Jak pisze John Laughland w "Zatrutych źródłach Unii Europejskiej": "Według podglądów kolportowanych przez europejskich federalistów, proroków rządu światowego, jak również technokratycznych liberałów, naród jest zbyt małą i anachroniczną formą społecznego porządku, by móc sprostać wyzwaniom współczesnego świata i jego gospodarki. Niewielu z nich ma po prostu odwagę przyznać, że zlikwidują państwa narodowe.".

Na podstawie ustaleń z Nicei z 2000 r. decyzje zapadały w Unii w dosyć zawikłany sposób, jednak Polska miała szanse stać się jednym z bardziej liczących się krajów w Unii. Liczba głosów przypadająca danemu krajowi nie byłaby proporcjonalna do liczby ludności. Według systemu z Nicei, Polska dysponowałaby 27 głosami przy 29 głosach dwa razy większych Niemiec.

Obecnie proponowane zmiany, jak zapewnia szef Konwentu Giscard d’Estainge, mają tryb podejmowania decyzji w UE uprościć i zdemokratyzować. I tak od 2009 roku każda decyzja w Unii, która zapadnie większością głosów krajów reprezentujących przynajmniej 60 proc. ludności UE, będzie obowiązującym prawem we Wspólnocie. Do zablokowania natomiast każdej decyzji wystarczająca będzie wola państw mających w Unii 40 proc. ludności. W takim układzie Niemcy czy Francja będą mogły (będą potrzebowały tylko zawarcia doraźnego sojuszu z którymś z państw członkowskich), zablokować niekorzystne dla siebie decyzje.

Upomnijmy się o swoje

Artykuł 1-10 projektu eurokonstytucji mówi wyraźnie, że: "Konstytucja i prawo przyjęte przez instytucje Unii w sprawach dotyczących kompetencji im przekazanych będą miały prymat nad prawem Państw Członkowskich". Wobec tego, że prawo unijne ma być nadrzędne wobec prawa państw członkowskich Unii, powinniśmy rozstrzygnąć w referendum o przyjęciu konstytucji Unii Europejskiej przez Polskę.

Już dziś musimy się jednak liczyć z oporem postkomunistów, którzy korzystając z faktu, że nie jest ono obligatoryjne (zdania w Konwencie Europejskim odnośnie do trybu ratyfikowania konstytucji przez kraje UE są podzielone), zrobią wszystko, by zadecydować ponad naszymi głowami. Miller, czując pismo nosem, już dziś mówi, że "trzeba się bardzo poważnie zastanowić, czy jest szansa, aby ewentualne referendum nad traktatem konstytucyjnym mogło się powieść. Mam w tej sprawie duże wątpliwości i prawdopodobnie trzeba będzie pójść prostszą drogą – drogą parlamentarną, która upoważnia prezydenta do ratyfikacji" (Sygnały Dnia, 23.06.2002). Referendum konstytucyjne może rzeczywiście się "nie powieść". Tu już nie uda się postkomunistom wmówić społeczeństwu, że idzie ramię w ramię z Kościołem. Tym bardziej więc warto się o nie upomnieć.

Julia M. Jaskólska

Za: email AM z 24 listopada 2012

POLISH CLUB ONLINE, 2012.11.25

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek