Andrzej Solak – Odsiecz Santa Cruz


presidiodesantacruzdeterrenateTen dzień zaczął się kiepsko dla mieszkańców Santa Cruz de Quiburi. Ciszę poranka rozdarło nagle przeraźliwe wycie atakujących Apaczów. Maleńka katolicka misja w południowej Arizonie – zaledwie 20 domów z setką mieszkańców – stała się celem najazdu barbarzyńców. Był 30 marca 1698 r., Święto Zmartwychwstania Pańskiego.

Napastników było dobre sześć setek; oprócz Apaczów również wojownicy Jano i Jacome. Prowadził ich El Capótcari, apacki wódz wsławiony w łupieżczych wyprawach. Misję zajął po krótkim oporze, zabijając pięć osób, pozostałe biorąc w niewolę. Zabudowania splądrowano, a następnie podpalono.

El Capótcari wydał następnie ucztę dla swych zabijaków. Apacze zarżnęli trzy klacze i trzy sztuki bydła, zaczęli pitrasić gulasz z mięsa i fasoli, prażyć kukurydzę. Nie zwracali uwagi na sterroryzowanych jeńców. Jeden z brańców wykorzystał okazję. Wymknął się i co sił w nogach pognał w stronę odległej o pięć mil wioski Quiburi. Wiedział, że mieszka tam jedyny człowiek, zdolny ocalić jego braci.

 

Ludzie-tygrysy

W przeciwieństwie do wielu indiańskich plemion, utrzymujących się z rolnictwa i hodowli, Apacze znani byli jako brutalni rabusie. Byli postrachem zarówno białych, jak i Indian. Słowo Apacz w języku Indian Zuni znaczy: Wróg. Biali porównywali ich do dzikich lwów, nazywali „tygrysami w ludzkim ciele”.

Zabrzmi to jak bluźnierstwo dla wielbicieli powieści Karola Maya, ale ponura rzeczywistość nie miała wiele wspólnego z romantycznymi wyobrażeniami egzaltowanego pisarza, który nigdy nie oglądał Dzikiego Zachodu. „Wyprawy wojenne” Apaczów nie były niczym innym, jak bandyckimi napadami na ludzi utrzymujących się z uczciwej pracy.

Okrucieństwo i przebiegłość Apaczów były legendarne. Sztukę zabijania doprowadzili do perfekcji. Młody Apacz, niczym starożytny Spartanin, już od dzieciństwa przygotowywał się do walki. Dzięki surowemu, wieloletniemu treningowi osiągał nadzwyczajną sprawność fizyczną, pozwalającą przetrwać w tym dzikim kraju.

Na swe wyprawy Apacze udawali się początkowo pieszo, z twarzami pomalowanymi w barwy wojenne, w liczbie od kilku do kilkuset wojowników. Ich broń stanowiły łuki, strzały, włócznie, maczugi, siekiery, noże, z czasem również strzelby. Zdobycie koni (XVII w.), masowo kradzionych hiszpańskim ranczerom, niezmiernie zwiększyło mobilność apackich band i nadało rozmachu ich łupieskim najazdom.

Ciągłe ataki Apaczów doprowadziły do wyludnienia wielu regionów Sonory i Nueva Vizcaya. Napastnicy chełpili się, że nie wymordowali wszystkich mieszkańców tych ziem tylko dlatego, że ktoś musiał hodować dla nich bydło i konie…

 

Indiańskie dzieci Korony

Do odpierania najazdów Apaczów Hiszpanie powołali specjalną formację konną zwaną „lotną kompanią” (compania volante). Wszelako efekty jej działań były mizerne. Prawdziwą ochronę pogranicza zapewniali indiańscy katolicy z narodów Opata („ukochane dzieci Korony hiszpańskiej”) i Pima. Przez dziesięciolecia te spokojne ludy, na co dzień trudniące się rolnictwem i zbieractwem, stawiały zajadły opór „tygrysom w ludzkim ciele”.

W ówczesnych relacjach Hiszpanów i Pimów nie brakowało zgrzytów. Istniała potężna presja pogańskich szamanów, chętnych do odzyskania dawnych wpływów. Zdarzały się rebelie, podpalenia kościołów, mordowanie misjonarzy i indiańskich neofitów.

Z drugiej strony sytuacji nie ułatwiała bezwzględna eksploatacja Indian przez chciwych białych ranczerów. Wprawdzie arcykatoliccy królowie Hiszpanii brali pod opiekę czerwonoskórych poddanych, jednak wielu magnatów w Nowym Świecie otwarcie lekceważyło zalecenia z dalekiego Madrytu.

 

Ojciec Kino

Na szczęście, w latach 80. XVII w. do Kraju Pimów (Pimeria Alta) przybyli jezuici z o. Euzebiuszem Franciszkiem Kino na czele. Zostali przyjęci z ogromną życzliwością, a efektem ich pracy były masowe nawrócenia. Misjonarze łagodzili konflikty, wyjednywali amnestie dla indiańskich buntowników, a równocześnie bronili tubylców przed wyzyskiem. Ich działania przyczyniły się do poprawy losu autochtonów i rozwoju gospodarczego tych ziem. Na przestrzeni lat ojciec Kino założył ponad dwadzieścia misji. W każdej wiosce, która przyjęła wiarę w Chrystusa, wznosił kościół. Oprócz głoszenia Ewangelii, ojciec Kino uczył Indian nowoczesnych metod rolnictwa, budowania systemów nawadniających, sprowadzał stada bydła i koni.

Najwaleczniejsze wśród Pimów było plemię Sobaipuri, zaś najsłynniejszym ich wodzem – Coro z wioski Quiburi. Jego wyczyny przeszły do legendy. Nie zadowalał się samym odpieraniem wrogich najazdów. Wiódł odwetowe rajdy do siedzib Apaczów, bez lęku zapuszczał się w głąb dzikich gór Chiricahua, będących matecznikiem wroga. Jednak w trakcie permanentnej, wieloletniej wojny z Apaczami Sobaipuri stanęli w obliczu całkowitej eksterminacji. Dlatego też przybycie Hiszpanów potraktowali jako wybawienie.

Serdeczna przyjaźń łącząca ojca Kino i wodza Coro dała podwaliny pod sojusz Hiszpanów i Sobaipuri. W 1697 r., na rok przed najazdem na misję Santa Cruz, ojciec Kino osobiście ochrzcił pierworodnego synka wodza Coro.

 

Sąd Boży

Uciekinier z Santa Cruz przybył do Quiburi w nader odpowiednim momencie. Coro przygotowywał właśnie wyprawę wojenną przeciw Apaczom; pod jego rozkazy ściągnęli licznie młodzi junacy z okolicznych wiosek. Na wieść o ataku na misję wódz zareagował błyskawicznie; poderwał na nogi hufiec pięciuset wojowników i ruszył z nimi na Santa Cruz.

Apacze dostrzegli nadciągającego przeciwnika i uformowali się do bitwy. Dwie indiańskie armie stanęły naprzeciw siebie gotowe do walki. Wszystko to nie spodobało się Apaczom. Specjalizowali się w grabieżczych napadach i podstępnych zasadzkach, po których dokonywali błyskawicznych ucieczek. Walna batalia nie była w ich stylu. Ich wódz El Capótcari wystąpił z propozycją, aby o wyniku starcia przesądziła walka wybranych harcowników, po dziesięciu z każdej ze stron. Coro wyraził zgodę.

Przeciw dziesięciu Sobaipuri wystąpił osobiście wódz napastników; towarzyszyło mu pięciu Apaczów i czterech sojuszników. Uczestnicy potyczki z daleka zasypali się strzałami z łuków. Zarówno Apacze, jak i Sobaipuri byli wybornymi łucznikami, jednak to ci ostatni słynęli ze zręczności w uchylaniu się od nadlatujących strzał wroga. Wojownicy El Capótcariego padali jeden po drugim. On sam jednak zwinnie unikał pocisków. Wreszcie jego przeciwnik rzucił się do walki wręcz. Obaj zwarli się i padli na ziemię. Sobaipuri chwycił za głowę wodza Apaczów i kilkakrotnie, z morderczym skutkiem, uderzył nią o kamienie…

Na ten widok w szeregi najeźdźców zawitał popłoch. Apacze i ich sojusznicy rzucili się do ucieczki. Wódz Coro wraz ze swym wojskiem natarł na nich potężnie, nie dając pardonu. Potem w pobliżu misji naliczono kolejnych pięćdziesięciu zabitych wrogów. Spekulowano, że wielu nieprzyjaciół mogło jeszcze umrzeć od ran zadanych zatrutymi strzałami.

Zwycięstwo było całkowite. Niedługo potem około trzystu Apaczów przybyło małymi grupami do Janos, El Paso i Santa Fe, prosząc o pokój.

 

Mężni i śmiali

„Pimowie są mężni i śmiali…” – pisał jezuita o. Luis Velarde. Ataki Apaczów i innych koczowników scementowały przymierze białych i czerwonych katolików. Dzięki wytężonej pracy misjonarzy, wojownicy Coro okazali się być prawdziwym zbrojnym ramieniem Kościoła. Ich topory i maczugi chroniły miejsc kultu i osad chrześcijan niczym dawne miecze krzyżowców.

"Wzrastanie", grudzień 2009

Andrzej Solak
www.krzyzowiec.prv.pl

Zrodlo: http://cristeros1.w.interia.pl/crist/rekonkwista/odsiecz_santa_cruz.htm

Zdjecie: Fragmenty fortu Santa Cruz de Terrenate, Arizona. Fot. za soaznewsx.com/ wybor wg.PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2013.01.01

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek