Tomasz Gabiś – PRZEGLĄD NIEMIECKI – XX


headerPowieściopisarz, eseista, aforysta, dziennikarz, felietonista Michael Klonovsky urodził się w 1962 roku w Schlema (Erzgebirge, Rudawy), dorastał w Berlinie (Wschodnim). Wyuczył się zawodu murarza. Po zrobieniu matury imał się różnych zajęć był m.in. operatorem wózków widłowych, dozorcą stadionu sportowego i korektorem w gazecie „Der Morgen”, organie prasowym Liberalno-Demokratycznej Partii Niemiec (enerdowski odpowiednik polskiego Stronnictwa Demokratycznego). W 1989 roku zaczął pracować jako dziennikarz, publikując m.in. serię artykułów na temat łamania praw człowieka przez wymiar sprawiedliwości NRD i państwową służbę bezpieczeństwa. W 1991 roku (razem z Janem von Flockem) opublikował swoją pierwszą książkę Obozy Stalina w Niemczech 1945-50. Dokumentacja. Relacje świadków. W 1992 przeniósł się do Monachium i związał z tygodnikiem „Focus”. Wchodzi w skład redakcji pisma i na jego na łamach zamieszcza swoje felietony, komentarze i glosy. Jest ojcem czworga dzieci; w 2008 ożenił się (ponownie) z izraelską pianistką Eleną Gurevich.

W 1995 roku wydał utwory autystycznego pisarza Birgera Sellina. Napisał Jakie wino do jakiej kobiety? Poradnik niepoprawny politycznie (2001), książki biograficzne o Champollionie (Kod Ramzesa, 2001) i o Puccinim (Ból piękna, 2008). W 2006 roku w serii wydawnictwa dtv „Mała filozofia pasji” opublikował zbiór esejów Jazda na rowerze, cieszący się dużą popularnością wśród niemieckich amatorów kolarskich wędrówek. Pisze w nich m.in. o erotyce górskich serpentyn. Wielokilometrowe jazdy na rowerze są dla niego medytacją w ruchu, ale medytacją, podczas której o niczym się nie myśli.

W 2007 roku dla wydawnictwa Reclam wybrał, zredagował i opracował tom aforyzmów Nicolása Gómeza Dávili. To właśnie Gomez Davila patronuje jego własnemu zbiorowi aforyzmów Każda strona jest niewłaściwa. Aforyzmy i myśli aforyzmopodobne wydanemu w 2008 roku przez konserwatywno-libertariańską oficynę wydawniczą  Lichtschlag Buchverlag. Nie wiadomo, czy Gómez Dávila zgodziłby z jego przypuszczeniem, iż istnieje jakiś tajemniczy związek pomiędzy aforyzmem a afrodyzjakiem. Krytycy uważają, że Klonovsky dla puenty zrobi wszystko, i że do niego mogłaby się odnosić opinia z Doriana  Gray`a  „You would sacrifice anybody for the sake of an epigram”.

Sceptyk, konserwatywno-libertariański dandys, chadzający własnymi drogami i przemykający pomiędzy frontami, „outsider z establishmentu” („parytetowy konserwatysta” jak ironicznie nazywają go ludzie z antysystemowej prawicy niemieckiej), który zdobył sobie „wolność błazna”. Łączy w sobie „patos dystansu”, humor, elegancję, także elegancję stylu, ironię i autoironię – dla dziennikarzy, do których sam się zalicza, zawsze ma w zanadrzu mniej lub bardziej łagodną drwinę. Nie należy do żadnej partii ani do żadnego kościoła. Pytany o preferencje wyborcze, odpowiada: „nie posiadam”. Wie, że życie jest po prostu zbyt krótkie „aby móc się urządzić w rzeczywistości”, czuje nieuchronną tymczasowość, przejściowość, prowizoryczność wszystkich własnych rozważań, traktuje je jako szukanie po omacku, próbowanie, nigdy niezakończony intelektualny rekonesans.

Jego wyobrażenie o polityce: trup w piątym akcie. Nawołuje, żeby nie mieć uprzedzeń do uprzedzeń. Pocałowałby w rękę Bacha albo Velázqueza, aby okazać im swą miłość i cześć. Jako doświadczony „wschodniak” podejrzewa, że „ojczyzna jest tam, gdzie cię szpiclują”. Ale ojczyzna to także „słodka, niezaspokojona tęsknota” i „udział w święcie głupców”.Ten epikurejczyk z zasadami, reakcyjny hedonista, nie kryje swojej głębokiej odrazy do abstynentów. Wyznaje: „Przy białym rodzimym winie jestem patriotą”; „Jeszcze nigdy nie wsiadłem na rower, aby wieczorem nie zniweczyć tzw. efektu treningowego porządną libacją”. Ulubiony napój do ulubionej piosenki: Quilceda Creek Cabernet Sauvignon przy dźwiękach „Karma Police” w wykonaniu Radiohead.

W 2009 roku Lichtschlag Buchverlag opublikował zbiór jego mikroesejów, portretów i impresji pod tytułem Wartości, dla których warto żyć, entuzjastycznie przywitany przez Petera Sloterdijka, który zapewne lubi Klonovsky`ego także i za to, że ten nie przepuści żadnej okazji do wbicia szpili jego wrogowi, „Wielkiemu Muftiemu Teorii Krytycznej”, Jürgenowi Habermasowi. Przedmiotem jego refleksji są filmy, wino, książki, orgazmy, maniery, opera, muzyka fortepianowa, dzieci, jazda na rowerze, nierówność, cześć dla kobiet, wykształcenie, języki, religia, Niemcy, buty na szpilkach, malarstwo, gastronomia, milczenie, hotele, samotność, liryka, garnitury, chwile szczęścia, zmysł historyczny. Klonovsky bardzo mocno podkreśla, że jest mężczyzną, zatem naturalnie przyjmuje perspektywę męską, niekiedy zdecydowanie męską, co w dzisiejszych czasach należy – dla uniknięcia nieporozumień – wyraźnie zaznaczyć. Świadom jest tego, że bieg świata zagraża istnieniu niektórych drogich mu wartości, stąd niekiedy polemiczny ton, który jednak „szybko się ulatnia i za którym nie skrywa się tęsknota za starymi dobrymi czasami, w które autor nie wierzy tak samo jak nie wierzy w niepokalane poczęcie”.
Autor chce – jak sam deklaruje – odpowiedzieć na pytanie jak i po co warto żyć, warto w całkiem codziennym, niepatetycznym sensie. Wie, że jego odpowiedzi nie zadowolą wszystkich, a nawet większości, dlatego z góry uprzedza, że mowa jest o jego własnych wartościach życiowych. Nie dąży do stworzenia jakiejś obiektywnej hierarchii aksjologicznej, nie posługuje się żadną ogólną zasadą porządkującą to, co w życiu cenne, chodzi mu raczej o, by tak rzec, aksjologiczne ułamki i fragmenty, krótkie mowy w obronie wartości nadających życiu barwę i smak.

W zeszłym roku Klonovsky opublikował Nekrolog bohatera, namiętną obronę mężczyzny, którego wartości – wśród nich bezustanna gotowość opieki, obrony, poświęcenia się dla kobiety – są niszczone przez walec „genderyzmu”, powodującego podwójny regres, albowiem proces karłowacenia mężczyzn wywołuje analogiczny proces karłowacenie kobiet. Ideologia genderyzmu to zdaniem Klonovsky`ego ideologia narodów wymierających, przejaw dekadencji, ale dekadencji lichej, szarej, bez blasku, nie mającej w sobie żadnej wielkości.

Współczesny zachodni mężczyzna to człowiek wyczerpany egzystencjalnie, bez ojczyzny, bezdomny, bez woli władzy, tak „liberalny”, że nie przychodzi mu do głowy nic, co byłoby warte obrony. Dał się zre(e)dukować do rodzaju nijakiego, problemy chce rozwiązywać gadaniem, nie zna ani trybu orzekającego, ani rozkazującego a jedynie przypuszczający. Jest całkowicie odporny na każdy rodzaj patosu, choć kiedy się wzruszy, płacze ukradkiem. Na bóle ma tabletki, najważniejsze jest dlań bezpieczeństwo, na przyjęciach najchętniej rozmawia o zabezpieczeniu na starość, jest Bytem-ku-Emeryturze (Dasein-zur-Rente). Ale drzemie w nim jeszcze resztka wstydu za to, czym się stał w społeczeństwie starzejącym się, sfeminizowanym, płaczliwym, sterowanym przez historyczne poczucie winy, hołdującym równości i androgyniczności.

Chce się za pomocą terapii – indywidualnej i społeczno-kulturalnej – wykorzenić wszystko co męskie. Silna płeć? To było dawno temu! Większość współczesnych mężczyzn to lękliwe i chronicznie niepewne samych siebie emocjonalne kaleki. Feministyczna propaganda i praktyka poczyniła tu spustoszenia, przy których wyrąb lasów tropikalnych jawi się jako drobne wykroczenie. Forsowane przez feministki parytety płciowe, oznaczające promowanie przeciętności, to zjawisko ze sfery luksusu, żąda się parytetu tam, gdzie nic nie ma do stracenia, a dużo do zyskania; nikt nie postuluje parytetu kobiet przy wywożeniu śmieci, w górnictwie, w oddziałach do usuwania skutków katastrof lub w oddziałach w Afganistanie. Co ciekawe, zwraca uwagę Klonovsky, w zarządach i gremiach kierowniczych partii politycznych, jest procentowo więcej kobiet niż kobiecych członków partii. Zatem jak zwykle nie chodzi o „sprawiedliwość”, ale o przywileje.

Pisarz apeluje do mężczyzn, żeby – wbrew propagandzie feministycznej – nie wyrzekali się cnoty rycerskości. Jeśli np. parytety płciowe prowadzą do tego, że mniej zdolna kobieta (tzw. kobieta parytetowa) zabiera posadę mężczyźnie to są to straty uboczne feminizmu, ogromnie irytujące dla tego kogo dotykają, jednak prawdziwa szkoda powstałyby dopiero wówczas, gdyby mężczyzna naprawdę wdał się w wojnę płci, to znaczy traktował kobiety dokładnie tak jak innych mężczyzn, ponieważ wówczas nastąpiłoby rzeczywiście odczarowanie świata.

Mężczyzna, który się szanuje, nie konkuruje z kobietą, daje jej pierwszeństwo, chyba że chce ona uczynić coś, na czym może sobie skręcić kark; wtedy powie: pardon, moja droga, lepiej będzie, jak ja to zrobię. Nie wolno nam – apeluje pisarz – dopuścić do tego, aby feministkom i lesbokratkom udało się stworzyć świat, w którym nie będzie już stref, gdzie można by wielbić i czcić kobiety. Odnotujmy na koniec deklarację Klonowsky`ego, że w swoich krótkich komentarzach i glosach nie będzie odnosił się do działalności pań z kręgów politycznych, noszących nie tylko nazwisko męża, ale i ojca np. Katrin Göring-Eckardt, Sandy Meyer-Wölden, Silvana Koch-Mehrin, Anni Friesinger-Postma, Sigrid Skarpelis-Sperk. I nie z powodu uprzedzeń, lecz  po prostu dlatego, że ich nazwiska zajmują zbyt dużo miejsca w tekście. Szansę na ponowne znalezienie się w jego tekstach ma natomiast Veronika Kiekheben-Schmidt-Winterstein, która powróciła do Winterstein, natomiast na pewno nie zmieści się Sabine Leutheusser-Schnarrenberger.

Klonovsky jest autorem powieści Kraina cudów (2003), w której jedni widzą współczesny satyryczny Entwicklungsroman, inni powieść łotrzykowską; jej bohater żyjący w NRD zaludnionej przez całą menażerię ludzkich typów, przeżywa zjednoczenie Niemiec, i zamiast wytęsknionej przez siebie wolności, poznaje nowe ograniczenia i musi przypatrywać się z bliska jak wyprzedaje się wszystkie święte dla niego rzeczy. Są w Niemczech wielbiciele powieści, którzy uważają, iż  jest najlepszą z tych, które niemieccy literaci stworzyli po 1989 roku, a w każdym razie najlepszą o przełomie politycznym, o upadku dawnego świata oraz okcydentalizacji czy raczej westernizacji bohatera, który spod kurateli enerdowskich funkcjonariuszy partyjnych dostaje się pod opiekę „erefenowskich dziwek moralno-ideologicznych”.

Republika Federalna Niemiec to według Klonovsky`ego kraj, gdzie odmiennie myślący i nieprzestrzegający poprawności politycznej łatwo mogą trafić na medialny stos, gdzie  pragnienie zachowania własnej kultury piętnuje się jako rasizm, kraj socjologicznego okultyzmu, zalany lewicowo-alternatywnym kiczem, z wszechobecnym moralnym szantażem: kto dobrze zarabia ma się tak podle czuć, żeby bez szemrania oddawał pieniądze na „cele społeczne”, kto ma białą skórę, ma się tak podle czuć wobec ludzi z Trzeciego Świata, żeby witał ich u siebie niczego w zamian nie wymagając, kto jest Niemcem ten musi tak czy tak zadośćuczynić tysiącowi lat swojej historii będącej jednym wielkim pasmem szaleństwa i zbrodni.

Klonowsky atakuje panujący w RFN polityczno-duchowy klimat; niezmierzony konformizm i zakłamanie jej klasy polityczno-medialnej jest stałym celem jego złośliwych wypadów – znany jest jako znakomity polemista, mający zawsze na podorędziu ciętą ripostę. Nie ogranicza się do defensywy, nie żebrze pokornie o zrozumienie, ale z otwartą przyłbicą rusza do ataku. Nie daje pardonu klasyfikując swoich przeciwników jako podstępnych konformistów, niewolniczych oportunistów, inkwizytorskie charaktery, denuncjatorów i durniów. Nie znosi zwłaszcza beneficjentów układów pozujących na buntowników, terrorystów cnoty wspinających się wysoko po drabinie moralności, ale nigdy nie rezygnujących z fruktów, jakie daje władza i pozycja socjalna, kamuflujących się umiejętnie za fasadami załganego zatroskania i oburzenia. Przestrzega, aby nie mylić krytycznego, niepokornego myślenia z uleganiem lewicowemu duchowi czasu, pomaga rozpoznawać „antyfaszystowskie gierki” tych, którzy płynąc na fali, uważają szczerze swoją robotę za wywrotową i zaangażowaną.

Odbici w (lekko skrzywionym) zwierciadle jego artykułów i felietonów homines bundesrepublikanensis, zwłaszcza ci z elity polityczno-medialno-kulturalnej, forsują we wszystkich kwestiach jedną, obowiązująca linię, jeden pogląd czy to będzie rezygnacja z energii jądrowej, czy peany na cześć mistrzostw świata w piłce nożnej kobiet, żadnego rezonansu w postaci sprzeciwu. Każdy klepie tu niczym mantrę: przyszłość jest kobieca i zielona, „prawicowe” jest be, papież jest niedzisiejszy, islam należy do Niemiec, wszyscy ludzie są równi, żadna kultura nie góruje nad innymi, różnice płciowe to społeczny konstrukt, narodowi socjaliści byli gorsi niż komuniści, przemoc nie rozwiązuje żadnych problemów, przestępczość ma społeczne przyczyny etc. etc. Najgorsze w narzucanej przez nich politycznej poprawności, jest to, że wszystko staje się tak okropnie nudne. Dla człowieka szczęśliwą okolicznością jest możliwość konfrontacji z innymi poglądami, odczucia obcego sobie myślenia; kiedy myślenie staje się poprawne i jednolite wówczas ta szansa intelektualnej konfrontacji z „innym” przepada.

Patronem współczesnej polityczno-medialnej elity niemieckiej mógłby być, zdaniem  Klonovsky`ego, Diederich Heßling, bohater powieści Poddany Henryka Manna, roi się  w niej bowiem od nosicieli poddańczej mentalności, takich jak pewien członek „Socjaldemokratycznych miłośników golfa”, który po tym jak najwyższe czynniki polityczne potępiły książkę Thilo Sarrrazina Niemcy wykańczają się same, natychmiast oświadczył wszem i wobec, że już nie zagra z autorem w golfa. Erefenowski poddany zanim uderzy czy napluje, zawsze najpierw wysonduje, jakie są realne stosunki władzy. Kiedy ci na górze wstawiają kogoś do odstrzału, nawet ci z drugiego szeregu okazują odwagę, jak tylko prasa centralna da sygnał do rozpoczęcia nagonki na wrogów, prasa regionalna też śmiało się przyłączy do polowania. Współcześni niemieccy „Untertanen” demonstrują odwagę wobec tych, którzy nie mogą już się bronić – martwi narodowi socjaliści, generacja wojenna, Kościół katolicki, korporacje studenckie, konserwatywny tygodnik o niewielkim nakładzie, mikroskopijne ugrupowanie polityczne, wszyscy łamiący poprawność polityczną. Zawsze są gotowi „oczyszczać” zbiorowość z elementów nieprawomyślnych i kopać leżących, okazując przy tym niezmiennie wyśmienite samopoczucie moralne. Jeśli ktoś koniecznie chciałby szukać w Niemczech przykładów „osobowości autorytarnej” opisanej przez Adorna, to właśnie wśród nich.

Odnosząc się do kampanii przeciwko działaczowi CDU, który chciał zostać ministrem kultury w Turyngii, jednak nie został, ponieważ lewicowi denuncjatorzy wyciągnęli mu, że pisał kiedyś dla konserwatywnego czasopisma (zamieścił tam akurat rzeczy w sumie błahe i politycznie poczciwe, ale nieważne było co pisał, wystarczyło gdzie pisał), Klonowsky stwierdził, że przypadek ten jest kuriozalny – w RFN bowiem dawni sympatycy terroryzmu i fani lewicowych masowych morderców dochodzą aż do stanowisk rządowych a donosiciele Stasi zasiadają w parlamentach. Natomiast za obrzydliwy może go uznać tylko ten,  kto żywi nabożny stosunek do wolności, demokracji, pluralizmu i tego typu rzeczy. Ja – oświadczył Klonovsky –  z nabożnym szacunkiem odnoszę się jedynie do Bacha, Pucciniego i Velázqueza, i mam gdzieś, kto jest w Turyngii ministrem kultury.

W Niemczech powtarza się stale, że należy wyciągnąć lekcję z przeszłości, czyli z ideologii i praktyki politycznej Trzeciej Rzeszy. Klonovsky w stu procentach się z tym zgadza. Dlatego  przyzwoity człowiek nie bierze udziału w takich konformistycznych imprezach jak „powstanie przyzwoitych” (Aufstand der Anständigen) – ogólnoniemiecka akcja zainicjowana  swego czasu przez kanclerza Schroedera po podłożeniu ognia pod synagogę w Düsseldorfie. Trzecia Rzesza uczy, aby trzymać się z daleka od tego typu politycznych rytuałów i innych masówek organizowanych przez czynniki państwowe i koncesjonowane „siły społeczne” w ramach zinstytucjonalizowanego antyfaszyzmu. Za propagandowymi kampaniami i medialnymi nagonkami na „prawicowych odchyleńców”, za konformizmem politycznej poprawności i pokrewnymi zjawiskami życia polityczno-medialnego współczesnych Niemiec kryje się dokładnie taka sama mentalność, takie same postawy, jakie były psychologiczną podstawą reżimu narodowosocjalistycznego. Dlatego tak trafny w odniesieniu do współczesnej klasy polityczno-medialnej RFN, która nie ustaje w odważnym potępianiu konformistów III Rzeszy, jest cytowany przez Klonovsky`ego aforyzm Gómeza Dávili: „Miniony konformizm jest zgorszeniem dla panującego konformizmu”. Urzędujących oportunistów wprost dławi oburzenie na dawnych oportunistów.

Klonovsky jest realistą, wie że konformizm to stan naturalny społeczeństwa, zaś ci wychowani w atmosferze jak najbardziej słusznego potępienia zbrodni i nieprawości reżimu narodowosocjalistycznego szukają gorączkowo – wszak prawdziwi narodowi socjaliści już nie żyją – kogoś żywego, jakiegoś „zastępczego nazisty”, wobec którego mogą okazywać taką samą odrazę, wstręt i pogardę, jaką, gdyby żyli w latach 1933-45, okazywaliby – o tym są święcie przekonani – prawdziwym narodowym socjalistom. Oczywiście martwy alien z Braunau jako szatan dla ateistów, jako zeświecczony Belzebub nadal stoi w centrum erefenowskiej teologii politycznej, ale martwi narodowi socjaliści nie są im specjalnie przydatni, trzeba znaleźć kogoś żywego w teraźniejszości, kogo można zdiabolizować, nienawidzić go i nim pogardzać. Znajdują więc konserwatywno-narodową prawicę i innych wyłamujących się z reżimu poprawności politycznej.

W wywiadzie udzielonym kilka lat temu konserwatywnemu tygodnikowi „Junge Freiheit” Klonovsky pocieszał  redaktorów, że ktoś musi być diabłem, wspólnota musi kimś pogardzać, czuć do niego odrazę, zwalczać, po to władza prowadzi nasilającą się „walkę przeciwko prawicy”; zostaliście obłożeni klątwa, ale popatrzcie na to pozytywnie: odgrywacie ważna rolę, jesteście wrogiem, którego funkcją jest stabilizowanie wspólnoty, zapewniacie jedność  republiki w większym stopniu niż Urząd Ochrony Konstytucji. Po to, żeby zapewnić jednym przynależność, trzeba innych wykluczyć, w RFN padło na prawicę. Nie należy mieć złudzeń: tak się to  od wieków w różnych kostiumach i dekoracjach  rozgrywa.

Klonovsky lubi się powoływać nie tylko na Henryka Manna, którego analizy „charakteru narodowego” odnosi do współczesnych homines bundesrepublikanensis, ale i na jego brata Tomasza, zwłaszcza na Rozważania człowieka apolitycznego, z których cytuje m.in.: „najdostojniejsze pojęcia ludzkości jak prawda, sprawiedliwość, wolność nurza się w politycznym rynsztoku, nadużywa, plami, oszpeca, hańbi, fałszuje”. Dokładnie jak dziś w RFN. Inny cytat z Manna: „Sprawiedliwości się nie żąda, ją się praktykuje, w innym  wypadku staje się nazwą zawiści i pożądliwości i nie jest cnotą”. A co dopiero „sprawiedliwość społeczna”, której istnienie – jak wywodzi Klonovsky – zakłada się na mocy dowodu ontologicznego: jeśli istnieje pojęcie „sprawiedliwości społecznej”, to musi też istnieć coś o nazwie „sprawiedliwość społeczna”. Zanegować dzisiaj „sprawiedliwość społeczną” jako cel państwa to w oczach „oświeconych” i „krytycznych” tyle co przed wiekami zanegować  boskości Chrystusa. „Sprawiedliwość społeczna” jest pustym sloganem należącym do standardowego słownika każdej grupy interesów żądającej redystrybucji zasobów,  finansowych korzyści lub innych materialnych przywilejów.

Hasło „sprawiedliwości społecznej” jest jednym z elementów łączących dawną NRD i dzisiejsze, zjednoczone Niemcy, które są rezultatem konwergencji ustrojów i obyczajów politycznych obu państw niemieckich. W opublikowanym w 2010 roku w „Focusie”  tekście „Na drodze do NRD 2.0” Klonovsky pisał: „Dokładnie w rok po upadku muru berlińskiego,  znajomy z Berlina Wschodniego, handlujący wtedy konserwami, jakie zostały po NRD, powiedział mi: «Ciągle gadają o tym, kiedy dojdziemy do poziomu Zachodu. Powinni raczej zastanowić się nad tym, kiedy Zachód dobije do naszego poziomu». Cóż za zdumiewająca przenikliwość. W każdym razie mnożą się oznaki, że Niemiecka Republika Federalna czyni niemałe wysiłki, aby stać się socjalistycznym państwem à la NRD”. Wprawdzie bez muru, ale pomysły, żeby specjalnym podatkiem obłożyć wyjeżdżających na stałe z Niemiec już się pojawiły.

W jednym z wywiadów Klonovsky powiedział: „Pochodzę z NRD, czyli z przyszłości”. Oto np. prezydent składa wieniec w miejscu, gdzie stracono zamachowców 20 lipca 1944 roku i wzywa przy okazji do walki z „prawicowym ekstremizmem” w tym samym momencie, kiedy policja musi go chronić przed awanturującymi się „lewicowymi ekstremistami”. Taki rozziew pomiędzy słowami a rzeczywistością był typowy dla propagandy NRD. Odbiór książki Thilo Sarazzina ujawnił, że pomiędzy polityczno-medialną kastą a zwykłymi „ludźmi w tym kraju” zieje przepaść niczym w realnym socjalizmie. Podobny dyletantyzm co działacze SED prezentują posłowie: co najwyżej kilkunastu z nich rozumie cokolwiek z gospodarki. Odpowiednikiem enerdowskiego Frontu Narodowego jest erefenowski „konsensus demokratów” – oba „walczą z prawicą” i z „faszyzmem”. Ta konwergencja ideologiczno-polityczna NRD i RFN widoczna jest, zdaniem Klonovsky`ego, nawet w sposobie mówienia i zachowania. Taki Franz Josef Strauss czy Helmut Schmidt ze swoim habitusem i retoryką nie pasowaliby do NRD, natomiast Merkel, Sigmar Gabriel (SPD), Claudia Roth (Zieloni) mówią i zachowują się tak, że mieszkańcy byłego NRD mają poczucie jakby znaleźli się w swoim dawnym państwie.

Funkcjonariusze i donosiciele Stasi nie są już na szczęście centralnie zorganizowani i nie dyżurują przy urządzeniach podsłuchowych, ale po prostu zasiadają w parlamentach. Podobnie jak w NRD w RFN są miliony ludzi, których nie reprezentuje żadna partia. Krytykuje się partię komunistyczną, że nigdy nie przyznała, iż jej program może być błędny. A przecież nikt nigdy nie słyszał, żeby uczyniła to którakolwiek z partii erefenowskich. Erefenowscy politycy, zauważa Klonovsky, podobnie jak sekretarze SED, deklarują swoje rządy jako bezalternatywne; miliardy dla banków bezalternatywne, „dalsze pogłębianie integracji europejskiej” (czyt. wprowadzanie najdzikszego centralizmu w historii kontynentu) – bezalternatywne, miliardy dla Grecji – bezalternatywne etc. Nie ma żadnych – oprócz kosmetycznych – różnic pomiędzy partiami, ponieważ nie istnieją w Niemczech partie antysocjalistyczne, wolnościowe, konserwatywne, patriotyczne. Parlamentarna opozycja polityczna de facto nie istnieje, najbardziej fundamentalne kwestie dla państwa i narodu jak zniesienie marki niemieckiej lub traktat z Maastricht nigdy nie zostały poddane pod referendum – hasła „odważmy się na więcej demokracji” tutaj jakoś nie odważono się zrealizować. Gdzie nie spojrzeć, wszędzie roi się od socjalistów, którzy niezależnie od przynależności partyjnej, prowadzą taka samą politykę: polityka rodzinna – socjalistyczna, polityka edukacyjna – socjalistyczna, polityka socjalna, polityka integracyjna – nigdzie najmniejszego choćby śladu mieszczańskiego, konserwatywnego, prawicowego podejścia do rzeczy, a o tym wszystkim relacjonują dziennikarze, którzy w przygniatającej większości preferują Czerwonych i Zielonych.

Klonovsky podaje charakterystyczny dla stosunków panujących w Niemczech przykład z  Chemnitz, gdzie w ośrodku szkolenia zawodowego zamalowano obraz ścienny, przedstawiający panoramę miasta. Jego twórca Benjamin Zschoke pracował na pół etatu w biurze klubu radnych konserwatywno-patriotycznego Ruchu Obywatelskiego Pro Chemnitz.  Likwidacji obrazu zażądała radna Petra Zais (Zieloni), ponieważ w szkołach nie można pokazywać sztuki „ludzi, którzy odrzucają nasz wolnościowy porządek”. O tym, że należy walczyć o „wolnościowy porządek” pani Zais nauczyła się już przed upadkiem muru – przez siedem lat wykładała ekonomię w okręgowej szkole partyjnej w Mittweida. Nie musiała dokonywać żadnych istotnych przewartościowań ideowych – po prostu z partii komunistycznej (SED) przeszła do Zielonych i jak gdyby nigdy nic kontynuuje rozpoczętą w NRD „walkę z faszyzmem”.

Rzecz jasna, konkluduje Klonovsky, Republika Federalna jest łagodną perwersją realno-socjalistycznej NRD i bardzo daleko jej do panujących tam stosunków, nie zmienia to jednak faktu, że zjednoczone Niemcy mają fatalną skłonność do socjalizmu i zaburzony stosunek do wolności. Jeśli za 20 lat spojrzymy w przeszłość, to z pewnością zobaczymy wydarzenia, które dzisiaj wydają nam się polityczną fantastyką. Autor Krainy cudów nie byłby sobą, gdyby do swojej pesymistycznej diagnozy zjednoczenia Niemiec nie dodał szczypty optymizmu. Mianowicie enerdowski dziennik telewizyjny „Aktuelle Kamera” trwał aż pół godziny, natomiast erefenowki („Tagesschau”) tylko 15 minut. W tej dziedzinie nastąpiła więc wyraźna poprawa w porównaniu do NRD.

Klonovsky, choć nie należy do żadnego Kościoła ani do żadnego związku wyznaniowego, uważa się za człowieka religijnego: „religijność to ów siódmy zmysł, którym człowiek doznaje swojej kruchości i osamotnienia. Przetrwa ona wszystkich bogów”. Jakże  bezmyślnym i tępym trzeba być, pisze Klonovsky, żeby demonstrujące światu swoje pępki globalne celebrytki typu Lady Gaga czy Kate Moss, nazywać „ikonami”. Ikona jest oknem, otwartym na obecność tego, co boskie, („ikony” to też okna tyle, że zabite gwoździami); promieniuje z niej światło, którego źródło umieszczone jest „po tamtej stronie”; nie musi się być wierzącym, aby w obliczu tych cudownych obrazów odczuwać bojaźń i oddawać im cześć.

Ze wszystkich konfesji najbliższy mu jest Kościół katolicki: „Właściwie to Kościół katolicki nigdy mnie specjalnie nie interesował, ale kiedy przyglądam się składowi jego przeciwników i rejestruję «krytyczne» skrzeczenie, które towarzyszyło wizycie papieża, nie mogę się powstrzymać przed podziwem dla kurii. Ten kto ściąga na siebie gniew tych ludzi, musi wiele rzeczy robić właściwie. Choć być może określenie «przeciwnik» jest nieco na wyrost. Przeciwnikami Kościoła byli wszak tacy mężowie jak cesarz Fryderyk Barbarossa, Henryk VIII, Luter, Kalwin, Wolter, Robespierre, Napoleon, Bismarck, Nietzsche czy Stalin; instytucja, która takich wrogów przetrzymała, tylko umiarkowanie musi się bać Claudii Roth i Volkera Becka. Zwłaszcza, że wynurzenia niekatolików o moralnych poglądach papieża są mnie więcej tak samo znaczące, jakby papież wypowiadał się na temat metod treningowych AC Milan” (…) „Papież, rozbrzmiewa zewsząd, jest reakcjonistą. Ależ to fantastyczne! To jest przynajmniej oryginalne! Jak wielu reakcjonistów zna przeciętny Niemiec? Reakcjonista to interesująca osoba, a przecież nasi Modernińscy rzekomo tak pragną wielości i różnorodności!” Na antypapieskich demonstracjach noszono transparenty z napisem „Nie oddawać władzy dogmatom!” To wołają ci, co są pod pełną władza dogmatów, tyle tylko, że swoje własne dogmaty uważają oni za „naukowe prawdy”.

Komuś może się wydawać chrześcijaństwo śmieszne i bezsensowne, ale zamiast chrześcijaństwa mamy tak śmieszne i niedorzeczne religie jak religia sprawiedliwości społecznej, ekologiczna ewangelia Zielonych itp. Aktualne religie zastępcze są dość bezsensowne, ponieważ ich wyznawcom wydaje się, że nie wierzą, ale wiedzą; ich zdolność dawania pocieszanie jest bliska zeru, ich obietnice są skąpe, rytuały bez blasku, świątynie bez tajemnicy i jakiegokolwiek czaru; to już oryginał, to czego są zastępstwem, jest o wiele bardziej godny szacunku.
Zaciekłość krytyki papieża przez nowoczesną inkwizycję tłumaczy Klonovsky po pierwsze tym, że jest absolutnie bezpieczna, po drugie tym, że Benedykt XVI odmawia poddania się panującemu duchowi czasu z jego indywidualizmem sterowanym przez rozrywkę i oddaleniem od transcendencji. W okresie „zmierzchu Zachodu” Kościół katolicki jest ostatnim bastionem oporu przeciwko kulturowemu relatywizmowi i urawniłowce. Ten pradawny think-tank, gmach reguł i zasad wbija się niczym oścień we współczesność, trwając uparcie przy swojej ekskluzywności. Już choćby za to lubię katolicyzm, wyznaje Klonovsky. I chwali papieża: „W dzisiejszych czasach to papież jest, niejako z urzędu, prawdziwym nonkonformistą i wolnomyślicielem. Ma czelność oskarżać nasze najlepsze ze wszystkich społeczeństwo o chciwość, kult konsumpcji, duchową pustkę i wyrzeczenie się tradycji, i wieścić mu, że na tym świecie nie można zostać zbawionym”.

I na koniec przytoczmy cytat z Wartości, dla których warto żyć: „Dopóki ludzie uprawiają winorośl i oliwki, uczą się języków, czytają książki i wiersze, budują rakiety kosmiczne, przy pierwszym promieniu słońca wystawiają stoły na ulice; dopóki biją dzwony, to tu to tam pośród emerytów wychyną dzieci, gdzieś ktoś gra na fortepianie Bacha i kobiety robią makijaż przed lustrem zanim wyjdą z domu, nic nie jest stracone”. A tak w ogóle: „Po co się denerwować? Wszak głupcy i tak zwyciężą”.

Tomasz Gabiś

Pierwodruk:  „Arcana” nr 106-107, 2012.

Za: Tomasz Gabis – blog autorski, 01.02.13

POLISH CLUB ONLINE, 2013.01.06

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek