Łukasz Karpiel: "Nowe rozdanie" w polskiej polityce


5asowCzy w niedługim czasie będziemy mieli do czynienia z mniejszym lub większym trzęsieniem ziemi w polskiej polityce? Od jakiegoś czasu, można odnieść wrażenie, że pewne przetasowanie na scenie politycznej stanie się faktem już wkrótce.  Zmiany w równym stopniu będą dotyczyć zarówno lewej jak i prawej strony.

Wybory z 2011 r. wprowadziły do polskiego parlamentu pięć partii politycznych. Nowym ugrupowaniem był Ruch Palikota  – politycy tej formacji szli do wyborów pod sztandarami agresywnego antyklerykalizmu, głosząc potrzebę rewolucyjnych zmian światopoglądowych. Artykułowali także potrzebę liberalizacji i odbiurokratyzowania gospodarki, zwłaszcza na płaszczyźnie funkcjonowania małych i średnich przedsiębiorstw. Z czasem jednak te hasła zostały prawie całkowicie wyparte przez coraz radykalniejszą lewacką narrację.

Wyniki wyborów nie przyniosły zmiany koalicji rządowej. Pozostałe partie, które dostały się do parlamentu nie zmieniły w większym stopniu swoich zdobyczy procentowych przekładających się na mandaty. Do Sejmu nie dostali się frondyści z PJN i tym samym rozpoczął się ich powolny marsz ku całkowitej marginalizacji na scenie politycznej.

 

Ludowy jarmark rozmaitości wszelkich

W ostatnim czasie nazwa PJN znów pojawiła się w medialnych przekazach. Stało się to za sprawą pomysłu nowego szefa PSL  Janusza Piechocińskiego. Wybór „odwiecznego kontrkandydata” na fotel prezesa był jedną z największych sensacji pogrążonego w stagnacji polskiego życia politycznego. Wkrótce po elekcji Piechocińskiego pojawiły się pytania o dalsze funkcjonowanie koalicji rządowej. Oczywiście Donald Tusk nie musiał się zbytnio obawiać hamletowskich gestów, które wykonywał nowy prezes. Miał bowiem w zanadrzu potencjalnych koalicjantów: wyposzczone na opozycyjnym wikcie SLD i przebierającego nogami Palikota.

Piechociński, mimo pozostawania w koalicji z PO, podejmuje działania mające podnieść – i tak już wysoką – relewantność ludowców. Partia ta była brana pod uwagę jako współkoalicjant przez większość partii będących w sejmie. Tego typu deklaracje nie padły ze strony RP. Jednak nie można wykluczyć, że w sytuacji w której RP zmuszony byłby szukać koalicjanta np. po zwycięskich wyborach zwróci się w stronę PSL. Wejście RP do Sejmu i wynik SLD poważnie ograniczyły zdolność ludowców do szantażu politycznego. PO może skorzystać bowiem z oferty współpracy przedstawionej przez kluby lewicowe. Piechociński złożył deklarację iż będzie podejmował działania na rzecz zbliżenia się ze środowiskiem Radia Maryja i TV Trwam. Transferem, mającym uwiarygodnić te słowa było wejście posła Solidarnej Polski Andrzeja Dąbrowskiego w szeregi PSL. Z ust Piechocińskiego padły także słowa o planach stworzenia „nowej szerszej formacji prawicowej” w ramach PSL. Temu miałaby służyć współpraca, także zaproponowana przez Piechocińskiego, z PJN i SP. PSL przystąpić ma do „budowy partii chadeckiej”.

Partie zawiasowe – jak PSL – które funkcjonują w centrum układu lewica-prawica lokują się pomiędzy dużymi partiami politycznymi. Ich potencjał koalicyjny będzie wielki, szczególnie wtedy, gdy są partnerem godnym zaakceptowania zarówno przez lewicę, jak i prawicę. Rola tych partii może wzrosnąć nawet do takich rozmiarów, bo są zdolne do swobodnego przesuwania się z koalicji centroprawicowych do centrolewicowych. Mogą więc tworzyć koalicje, a także je obalać. Na polskiej scenie politycznej właśnie PSL jest najlepszą ilustracją tej kategorii partii politycznej. Moim zdaniem ta nowa narracja – budowania szerokiej formacji – służy zaprezentowaniu się PSL jako możliwego koalicjanta PIS. Piechociński antycypując porażkę PO, pragnie jednocześnie zapewnić trwanie ludowców u steru władzy. Jak pokazuje historia tej partii jej zdolności koalicyjne są praktycznie nieograniczone. Obraz ten stanie się jeszcze bardziej klarowny, gdy przyjrzymy się często dość egzotycznym sojuszom zawieranym przez ludowców w samorządach. Współrządzenie Polską ramię w ramie ze spadkobiercami komunistycznych zbrodni nie wyklucza przyszłego układu koalicyjnego z PiS. Dla partii Kaczyńskiego może to być po prostu koniecznością, jeśli zamierzałby on sięgnąć po władzę.

Sprawa ta jednak nie jest do końca oczywista. PiS mimo deklaracji, być może wcale nie planuje zdobyć władzy. Pozostawanie w silnej opozycji wydaje się być wygodną i komfortową sytuacją. Lokowanie się na pozycji ostrego i konsekwentnego krytyka rządu, połączone ze stabilnym poparciem i otrzymywaną dotacją budżetową mogą być wcale nęcącą perspektywą. Jest to tym bardziej zgodne z interesem partii Kaczyńskiego, że objęcie władzy w czasie kryzysu, wygeneruje arcytrudną sytuację dla jego partii już na stracie. Antyplatformerskie paliwo wyczerpie się bardzo szybko, a jeśli nie przyjdzie koniunktura gospodarcza, to perspektywy dalszego sprawowania władzy nie będą optymistyczne. Hegemonia PiS na prawicy w obecnej sytuacji wydaje się nienaruszona. Wejście do rządu, wraz np. z PSL, zmieni diametralnie położenie tej partii.

 

Narodowcy na start

Swoje aspiracje do odegrania istotnej roli w polskim życiu politycznym zgłaszają także inne środowiska prawicowe. Powstały wokół Marszu Niepodległości ruch oparty o ONR i Młodzież Wszechpolską wzniecił gniew i furię lewicowego salonu. Dziennikarze tej proweniencji dopuszczali się permanentnej manipulacji, pokazując narodowców jako tych, którzy chcieliby „podpalić Polskę”. Przemilczali fakt, że „obalenie republiki” miało dotyczyć zerwania z okrągłostołowym modelem państwa, w którym rozrost patologii przekroczył już dawno dopuszczalny poziom. Swój atak na tworzący się ruch przypuścili także mieniący się konserwatywnymi (najprawdziwszymi z prawdziwych w swoim mniemaniu) publicyści. Ci, którzy w pochwalnych słowach wypowiadali się o podpisanym porozumieniu z patriarchą Cyrylem, nie zważając na rzeczywistą rolę jaką w imperium Putina pełni cerkiew, z nieskrywaną satysfakcją uderzyli w narodowców. Deklarowane przekształcenie ruchu narodowego w partię polityczną jak na razie pozostaje zawieszone w próżni. Być może trwa sondowanie opinii publicznej, na okoliczność przyjęcia przez nią takiego ruchu. Robert Winnicki, szef MW, miał swoje pięć minut w mediach i efektywnie je wykorzystał. Warto zauważyć, że Winnicki przedstawia się coraz częściej nie tylko jako narodowiec ale i jako katolik – tradycjonalista. Salonowe media nie mogły nie zauważyć tworzącego się dobrego klimatu dla ruchu narodowego i katolickiego. Takie ugrupowanie byłoby dla istniejącego układu niezwykle niebezpieczne.

Narodowiec (jeszcze?) i były szef LPR Roman Giertych, przez wielu skazywany na polityczny niebyt, zdaje się wracać i coraz częściej, choć nie wprost, zgłasza swe polityczne aspiracje. Pojawiły się plotki o możliwym jego kandydowaniu z list PO do Parlamentu Europejskiego. Z jednej strony wywołało to oburzenie salonowej lemingozy, która widzi w Giertychu spełnienie swoich najczarniejszych, tudzież najbrunatniejszych koszmarów, z drugiej rozpoczął się delikatny i subtelny proces „szlifowania diamencika”. Zadania tego podjął się m.in. sam Jacek Żakowski, który tymi niemal pieszczotliwymi słowami określił Romana Giertycha. Można się domyślać, czemu ma to służyć. Wiele wskazuje na to, że zaplanowano powstanie „reglamentowanego” ruchu narodowego, na którego czele miałby stanąć Giertych, oczywiście oszlifowany i obrobiony w szlifierni Jacka Żakowskiego. Warto tu wspomnieć o nieskrywanej sympatii jaką darzą się panowie Giertych i Sikorski. Minister obrony narodowej patrząc na pogłębiającą się frustrację Donalda Tuska, któremu władza ciąży w sposób co raz bardziej widoczny, nie może nie zadać sobie pytania – co dalej? Nie ma on raczej szans na objęcie władzy w PO, jego pisowska przeszłość dla establishmentu partyjnego jest wciąż niewybaczalna, zatem ewentualna porażka platformy w wyborach może położyć się cieniem na dalszej karierze Sikorskiego. Powstanie nowego ugrupowania mogłoby być dla niego szansą.  Jedną z przesłanek świadczących o możliwości budowy nowego, akceptowanego przez salon ruchu, są słowa naczelnego „GW” Adama Michnika o „dobrych endekach”. Ta refleksja stanowić może kolejną, po wypowiedziach Żakowskiego, próbę oswajania ruchu narodowego i nadawania mu „cywilizowanego” kształtu.

Ruch panuje również na rynku medialnym. Po ostatecznym rozwiązaniu sprawy tygodnika „Uważam Rze” przez Hajdarowicza sytuacja zdawała się klarowna. Magazyn powinien dryfować szybko i pewnie w stronę salonowego bełkotu. Obecnie ewidentnie widać jednak, choćby po tematach poruszanych na łamach tygodnika, że sprawa jest rozwojowa. W ostatnich numerach czytelnik znajdzie zarówno krytykę WOŚP, promocję Caritasu, jak i sporo tekstów atakujących rząd Tuska. Czyżby tygodnik miał być medialnym przedłużeniem jednej z nowopowstałych formacji, a wyniki sprzedaży miałyby pokazać, czy istnieje szansa na wbicie się w binarny układ PO-PiS?

 

Dryf ku katastrofie

W obecnej sytuacji żadna z partii nie jest zainteresowana wcześniejszymi wyborami. Rachunek ewentualnych strat i zysków byłby dla nich bardzo niekorzystny. Może się to jednak zmienić w sytuacji mocnego „tąpnięcia” w sferze gospodarczej. Teraźniejszość przypomina gotowanie żaby w zimnej wodzie – nie ma ona świadomości zbliżającego się końca. Woda podgrzewa się w sposób powolny, czego receptory żaby nie rejestrują, jednak efekt jest nieunikniony. Dawkowanie społeczeństwu kolejnych „złych wiadomości” podlanych propagandą sukcesu wylewającą się z mediów przynosi zamierzony skutek. Nadmierny optymizm płynący z licznych i jakże ważnych inicjatyw tj. marsze w obronie Trwam, czy Marsz Niepodległości, są en mass zbyt nieliczne by zmusić sprawujących władzę do zrezygnowania. Co nie przekreśla ich znaczenia formacyjnego i organizacyjnego. Przegrana PO w wyborach może postawić poważny znak zapytania dla jej dalszego funkcjonowania. Jedynym spoiwem trzymającym tę partię w całości jest bowiem udział w sprawowaniu władzy. Także poparcie grup interesu jest tym faktem warunkowane. Tutaj pojawia się więc szansa dla „nowych twarzy”. Rzeczywistość może zmusić PiS do przyjęcia władzy. Wtedy konieczność szukania koalicjanta – wariant pełnego zwycięstwa a la Orban nie wydaje się realny – otworzy drogę np. platformy PSL, o której była już mowa.

 

Lewicowe bóle głowy

W obecnej kadencji Sejmu zasiadają w nim dwie partie proweniencji lewicowej. O prymat i rząd dusz po lewej stronie walczą RP i SLD. Z ust ich liderów padło wiele cierpkich słów pod adresem politycznych adwersarzy mających „serce po lewej stronie”. Trwalszym bytem politycznym wydaje się jednak postkomunistyczne SLD, silne strukturami, doświadczeniem i terenowymi działaczami. Partia Palikota na wszystkich tych polach wyraźnie ustępuje postkomunistom. Antyklerykalizm i skrajnie świecka narracja prezentowana przez to ugrupowanie nie wystarczy by odgrywać znaczącą role na scenie politycznej. Nie pomniejsza to jednak relewancji tej partii. O potencjalną koalicję z RP śmiało może się pokusić zarówno PO, jak i SLD, oraz paradoksalnie także PSL. Deklaracje o chadeckości tej partii traktowałbym wyłącznie w kategoriach marketingu politycznego i taktycznego zwrotu. Jednak również na lewicy nie wykluczona jest jakaś forma „nowego otwarcia”. Traktowany jak panaceum na wszelkie lewicowe bolączki Aleksander Kwaśniewski nie ma obecnie zbyt dobrej prasy. „Gazeta Wyborcza” w ciągu ostatniego czasu opublikowała dwa krytyczne i demaskatorskie w swojej wymowie artykuły poświęcone byłem prezydentowi. Opinia publiczna dowiedziała się z nich o niejasnych powiązaniach Kwaśniewskiego z Janem Kulczykiem oraz o doradczej działalności ex prezydenta prowadzonej w Kazachstanie. Kwaśniewski zasiada bowiem w Międzynarodowej Niezależnej Grupie Doradczej przy prezydencie Kazachstanu Nursułtanie Nazarbajewie i pobiera z tego tytułu wynagrodzenie. Rządzący byłą republiką Nazarbajew dał się poznać światu jako krwawy dyktator. Oczywiście, ten zaskakujący atak „Wyborczej” można traktować jako typową wojnę w rodzinie. Artykuły te, mogą służyć wczesnemu rozbrojeniu bomb, które mogłyby być zdetonowane przez przeciwników politycznych Kwaśniewskiego, gdyby zdecydował się on na powrót do polityki. Kwaśniewski wraz z Markiem Siwcem, który odszedł z SLD oraz Januszem Palikotem mogliby stanowić zaczątek nowego ugrupowania, zdolnego rzucić wezwanie SLD.

Rekompozycja sceny politycznej wydaje się być możliwa. Na obecnym etapie trwa sondowanie nastrojów społecznych. Od wyników tego rozpoznania, a także od decyzji wyborczych będzie zależeć jej  przyszły kształt. Nie można przejść obojętnie obok tych prób. Świadczą one bez wątpienia o istnieniu w Polsce sił zmierzających, do rozpoczęcia operacji „nowego rozdania”. Zbyt dużo następujących po sobie splotów wydarzeń nastąpiło w ostatnim czasie, by był to przypadek. Zmiany nadchodzą. Pytanie jak szybko będziemy ich świadkami.

Łukasz Karpiel

Zrodlo: PCh24.pl, 25 stycznia 2013

POLISH CLUB ONLINE, 2013.01.26

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek