Ewa Polak-Pałkiewicz: Gdy zniżamy loty… (część III)


Przeczytaj:  Część 1.    Część 2. 

Zadania Polski po abdykacji papieża Benedykta XVI

Żeby prawidłowo odpowiedzieć na pytanie, jaka jest natura obecnej władzy – a w związku z tym, jakie są nasze zadania jako katolików, wynikające z polskiego poglądu na świat – warto wrócić do sporu między Polską a Zakonem Krzyżackim.

O co właściwie toczyła się ta sprawa i dlaczego istota konfliktu sprzed sześciu stuleci jest nadal godną uwagi sprawą, choć tamte potęgi już dawno nie istnieją?

Moralnie obowiązującym stanem rzeczy w ówczesnym świecie chrześcijańskim była teoria imperialistyczna Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Swoistą emanacją tej teorii, w wymiarze politycznym, militarnym i ekonomicznym, było państwo Zakonu Krzyżackiego. Krzyżacy byli obecni na kilku strategicznych obszarach Europy. Cesarstwo cieszyło się w stosunkach z papiestwem klauzurą najwyższego uprzywilejowania. Papiestwo uznawało ingerencję cesarstwa w życie i integralność innych państw katolickich za brachium saeculare, służące Kościołowi. Najwyższa w świecie chrześcijańskim władza była zatem władzą podwójną: cesarsko-papieską. Co do Krzyżaków, nie było w zasadzie w Watykanie wątpliwości, że są w pełni oddani Kościołowi, bo kto mógł być bardziej oddany niż ci, którzy nawracają pogan?

Jozef Mehoffer, Chrystus Frasobliwy, projekt witraza do katedry na Wawelu, 1909
Jozef Mehoffer, Chrystus Frasobliwy, projekt witraza do katedry na Wawelu, 1909

Czy sytuacja dziś nie jest poniekąd podobna? Choć żyjemy w zupełnie odmiennym ustroju politycznym, co więcej, system prawny w państwach europejskich uległ całkowitej przebudowie za sprawą zmiany znaczenia wielu kluczowych pojęć i słów oraz z uwagi na rozciągnięcie się kryteriów moralnych poza obszar wyznaczany przez prawo naturalne i Ewangelię. Wiele pojęć, którymi od zarania dziejów posługiwały się narody chrześcijańskiej Europy, utraciło swój pierwotny sens. W naszym języku są słowa, których prawdziwego znaczenia już nie rozumiemy. W miejsce zasad moralnych, o których obowiązywaniu przypominał Kościół, powszechnie przyjmuje się tzw. moralność sytuacyjną. Relatywizm ma wielkie wzięcie, bo dzięki niemu można nie odczuwać niepokoju sumienia. Skoro nie ma zrozumiałych dla wszystkich norm moralnych nie może też być opartego o nie prawa. Wszystko w polityce — zarówno światowej jak tej, która uprawia się w Polsce — jest dziś kwestią umowy, kompromisu i dogadania się.

Co łączy nas z tamtą Europą? Unia Europejska i inne organizmy ponadpaństwowe respektowane są — co do genezy i co do natury — przez Kościół. Prawa człowieka uzyskały status uniwersalnej płaszczyzny odniesienia. O prawach Bożych wspomina się rzadko; zwykle przywołuje się je jako cytat z odległej przeszłości (przedsoborowej, a więc z czasów zamierzchłych). Prawa człowieka plus modernistyczna teologia, z której wypreparowano wszystkie dogmaty, stanowią podstawę nowej humanistycznej religii, która z umysłów współczesnych Europejczyków i Amerykanów wypiera z wielkim powodzeniem wiarę i chrześcijański światopogląd.

Paul Claudel w swoim Dzienniku (pod datą 10 czerwca 1911 roku) przypomina pewien zapomniany historyczny epizod z okresu Rewolucji Francuskiej:

W roku 1793 zaledwie zbudowany okręt „Prawa Człowieka”, wychodząc z portu Audierne, natychmiast został zatopiony przez Anglików. Załoga — 600 ludzi — utonęła; ciała ich wyrzucone na brzeg pogrzebano w piasku. Niedawno burza rozmyła wydmę, piszczele i czaszki w nieładzie sześciuset ludzi znów zaściełają ziemię. Prawa Człowieka!

Państwa katolickie, z wpisanym w swoje konstytucje poddaniem się rządzących pod władzę Boską, nie istnieją. Nie ma już niemal na świecie krajów, których konstytucja bazowałaby na religii chrześcijańskiej. Ostatnie konkordaty, w których państwo uznaje religię katolicką za obowiązującą, zmienione zostały jeszcze w latach 70. ubiegłego wieku. Jakie są te dzisiejsze konstytucje? W jaki sposób mówi się w nich o Bogu? Preambuły Konstytucji UE i Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej to przykłady, że Bóg, zdaniem ich twórców, jest nie wiadomo kim. Ta niejasność nie jest jednak niczym przypadkowym. Czy ten przykład może nam dopomóc w odpowiedzi na pytanie, jakie jest faktyczne pochodzenie obecnej władzy polityczno-gospodarczej na świecie? Według katolickich analityków związanych z Tradycją Kościoła jest ona wspierana zarówno przez siły rewolucyjne Nowej Lewicy, jak i ideologów nurtu tzw. Nowej Prawicy. W wizjach tych ostatnich — nawiązujących do rozmaitych tradycji ezoterycznych, m.in. hinduskiej, islamskiej czy starogermańskiej — pojawia się osoba, która ma pełnić funkcję instancji stanowiącej ład i regulującej życie społeczne. Ten „Król świata” stoi ponad papieżem i cesarzem, ale nie jest to bynajmniej Chrystus…

Błąd rozumowania

Wróćmy do Krzyżaków i XV-wiecznej Europy. Krzyżacy w swojej polityce ekspansjonizmu terytorialnego i eksterminacji ludności jeszcze nie ochrzczonej, a stawiającej im opór, kierowali się zasadą, że ziemia pogan nie należy do jej mieszkańców, tylko do cesarza. Uznawali się za prawowitych władców pogańskich krain, a ich formalne podporządkowanie władzy cesarza niemieckiego dawało im nieograniczone możliwości wobec „niewiernych” — lub tych, którzy się ich władzy przeciwstawią. Sprzeciw, niezgoda i opór wobec zasady, na którą się powoływali, to był właśnie przypadek Polski. Sytuacja była jednak niezmiernie trudna i delikatna, bowiem, jak podkreśla prof. Koneczny, „wywody o cesarskich nadaniach były pod względem prawniczym nienaganne i zupełnie logiczne” w granicach przyjętej zasady podstawowej. (Dzisiejsze prawo unijne, prawo międzynarodowe, choć nie odwołuje się do chrześcijańskich norm, również uznawane jest de facto przez Kościół; zawarte w nim sprzeczności nie stały się najwyraźniej sygnałem alarmowym, że cały ten system nie służy dobru wspólnemu).

W XV wieku Polacy jednak wiedzieli, że Kościół, „jako kierownik sumienia zbiorowego, jako interpretator dobra i zła” (Feliks Koneczny), nie może kierować się ślepym formalizmem, samą tylko literą prawa. Polscy uczeni i teologowie dostrzegli jaskrawą różnicę pomiędzy duchem Ewangelii a bizantynizmem ustroju niemieckiego, który kształtował politykę Kościoła. I tę różnicę Polska epoki jagiellońskiej postanowiła ukazać i wyzyskać na swoją korzyść. Trzeba było tylko ją unaocznić w sposób jasny i precyzyjny, nie pozostawiający miejsca na wątpliwości, oraz przedstawić jako uzasadnienie naszego stanowiska: radykalnego sprzeciwu wobec praktyk państwa krzyżackiego — państwa w średniowiecznej Europie bardzo popularnego. Wszystko to wymagało od naszych przedstawicieli stąpania bez trwogi po rozżarzonych węglach…

Profesor Feliks Koneczny przypomina:

Gdy dwie armie zmierzały pod Grunwald, sympatie Europy nie były po naszej stronie. (…) W armii krzyżackiej dopatrywano się obrońców krzyża i chrześcijańskiego ładu w Europie, tym bardziej, że pamflety krzyżackie (…) robiły swoje.

Objawienia św. Brygidy Szwedzkiej (1303–1373), w których m.in. znajdowała się zapowiedź całkowitej klęski, jaką poniesie Zakon Krzyżacki z uwagi na okrucieństwa, których dopuszczał się wobec pogan, nie były jeszcze szerzej znane.

Krzyż w zjednoczonej Europie — obrona a rebours

Czy czegoś nam to nie przypomina? Czy dziś nie mamy do czynienia z analogiczną sytuacją? Przecież niemal powszechnie uznano za „obrońcę krzyża” w Europie amerykańskiego prawnika Josepha H. H. Weilera, który reprezentował Włochy – wsparte przez dziesięć krajów europejskich – w Trybunale Praw Człowieka, w rozprawie apelacyjnej o prawo do obecności krzyża w szkole. Dlaczego chrześcijanie nie dostrzegli sprytnie zastawionej pułapki i sprzeczności w rozumowaniu, jakie przy tej okazji zostało przeprowadzone?

Wyrok został uznany za triumf chrześcijaństwa nad forsowanym w Europie laicyzmem1.

Jozef Mehoffer, Sancta Virgo, projekt witraza do katedry na Wawelu, 1909
Jozef Mehoffer, Sancta Virgo, projekt witraza do katedry na Wawelu, 1909

Na jakiej podstawie? I w imię czego autor tej apelacji został okrzyknięty mianem obrońcy symbolu naszej wiary? Krzyż był jedynie pretekstem, narzędziem. Cała rzekoma obrona na tym tylko polegała, że sytuując krzyż wśród symboli innych religii, występowano w obronie nowego systemu moralnego — pluralizmu. Nie tylko więc nie była to obrona krzyża, ale atak na krzyż bardziej wyrafinowany, niż bezpośrednie działanie. W ten sposób bowiem święty symbol naszej wiary został faktycznie zdeprecjonowany i znieważony przez Trybunał Praw Człowieka; żonglując argumentami prawnymi uznano, że jest to taki sam symbol religijny jak wszystkie inne…

Żeby zrozumieć, czym jest współczesne prawo, trzeba zatrzymać się przy znaczeniu słów. Aż do lat 60. ubiegłego wieku Kościół nauczał (i wierni katolicy na całym świecie przyjmowali) , że jest jedna tylko religia prawdziwa i w niej jedynie może zaistnieć wolność człowieka. Wolność pojawia się w relacji człowieka do prawdy. Człowiek znajduje wolność przez kontakt z Tym, który go stworzył. Wtedy dopiero człowiek uzyskuje także godność. Ten, kto odrzuca prawdę, traci godność. Tam gdzie nie ma prawdy, nie może też być prawdziwej wolności, pojawia się anarchia, swawola. Państwa europejskie przez wiele wieków respektowały religię katolicką jako jedyną prawdziwą — gwaranta nie tylko wolności, ale wszelkiego społecznego ładu. Siła polityczna państw epoki średniowiecza była związana z ich odniesieniem do prawdy. Nad władcą świeckim był papież. Nad prawem świeckim — prawo Boże. Oczywiście cała historia Europy pełna jest odstępstw od tej reguły, która jednak — właśnie jako reguła nadrzędna — była powszechnie (aż do czasów reformacji) uznawana. Gdy pojawiała się jakaś szczelina w spójności tej zasady z praktyką polityczną — jak w przypadku cesarstwa niemieckiego i Krzyżaków — musiała pojawić się także reakcja na nią. Odwoływano się do Kościoła, by rozsądził spór. Ponieważ Kościół stał na straży moralnego ładu całego świata, zajmował stanowisko. Wyjątki od powszechnej praktyki respektowania decyzji Kościoła, opartych o jego niezmienną naukę, jako ostoi ładu społecznego zaczynały stopniowo ten ład rozszczelniać i coraz skuteczniej niszczyć. Za sprawą Marcina Lutra rozpoczęła się rewolucja protestancka, w ślad za nią — francuska; z drugiej zaś strony torowała sobie drogę w umysłach elity europejskiej uwodzicielska, atrakcyjna dla władców i całkowicie amoralna doktryna Machiavellego.

Przyczyna dzisiejszego powszechnego odejścia od norm moralnych w praktyce politycznej jest natury metafizycznej, jak przypomniał prof. Romano Amerio, „bowiem z chwilą, gdy ulegnie przyćmieniu pojęcie Boga, bądź zostaje ono odrzucone, załamuje się cały system wartości”. Dziś próbuje się nas skusić do życia łatwego, które ma być pasmem przyjemności, atakując zasady moralne, mnożąc stany i wzory zepsucia, zasiewając wątpliwości co do katolickiej prawdy.

Klasyczne dogmaty Kościoła formułowane były zawsze jasno i precyzyjnie. Umysł ludzki nie musiał traktować ich jako łamigłówki czy zagadki do rozwiązania, zasupłanej na sto węzłów (co nie znaczy, że w ciągu wieków, jakie upływały od ich ustanowienia, dogmaty nie były coraz lepiej rozumiane i coraz gruntowniej zgłębiane). A tak niestety bywa z niejasnymi, dwuznacznymi i płynnymi formułami, za pomocą których niektórzy ludzie Kościoła próbują dziś wyrażać — coraz mniej klarowne, pełne odniesień do psychologii i socjologii, coraz bardziej „poprawne politycznie” i „osobiste” — nauczanie. Otwiera się w ten sposób nieskończone pole do nadużyć i interpretacji. A „każda interpretacja ma wartość względną” — przypomina Romano Amerio…

Nietrudno zauważyć, że dzisiejszy Kościół jest „teologiczną, doktrynalną i moralną wieżą Babel”, którą można porównać do „mieszaniny prawdy i fałszu, dobra i zła, piękna i brzydoty, absolutu i względności, bytu i niebytu, (…) mieszaniny będącej wynikiem wyrzeczenia się definiowania, a więc również nauczania” — jak ujął to trafnie ks. Dawid Pagliarani FSSPX. Dziś widać aż nazbyt jaskrawo, że epoka Dignitatis humanae (dekretu o wolności religijnej II Soboru Watykańskiego) oznacza zmianę, która odtąd — niczym rozpędzona lawina śnieżna — zagarnia coraz to nowe obszary, powodując, że nikt nie jest się w stanie przeciwstawić nieładowi moralnemu — bo nie tylko państwo i prawo, ale Kościół wyrzeka się jednoznacznego osądzania zła. (Przykład świeżej daty: obozy dla „źle myślących” w Holandii…). Pytanie, jakie ciśnie się wobec tego wszystkiego, brzmi: Wobec kogo powinni wystąpić Polacy, którzy walczą o prawdę np. w kwestii katastrofy smoleńskiej? Gdzie jest ten trybunał ponadpaństwowej sprawiedliwości? I czyim byliby w tej kwestii przedstawicielem?

Maryja, czyli Niezmienność Prawdy

Czy naszych rodaków — tych reprezentujących obecny układ władzy, grupy uprzywilejowane przez system polityczny oparty o wpisaną w niego strukturalnie korupcję, i tych, których nazywa się lemingami, bo są bezwładni wobec manipulacji — określilibyśmy w szczerości serca mianem „biednych grzeszników”? Jeśli nie, to dlaczego? A samych siebie? Jak właściwie odpowiadamy na wyrażaną w Lourdes i w Fatimie prośbę Maryi o modlitwę i ofiarę w intencji „nawrócenia biednych grzeszników”? Czy nie jedynie gniewem, pretensją, złorzeczeniem i rozpaczą?

W oceanie pychy, w którym tonie świat, który wykreślił Boże prawa ze wszystkich aktów prawnych i nie chce przyznać się do swego Stwórcy — tylko pokora może nas ocalić. A ona nie jest często spotykaną cnotą — także tam, gdzie próbuje się w wymiarze publicznym walczyć o prawdę. Widać jasno, jak konieczny jest dziś powrót ludzkich umysłów do twierdzenia, że istnieje absolutna prawda, którą wyrażają nigdy oficjalnie nie odwołane dogmaty wiary katolickiej. One nie wymagają żadnej interpretacji i są niezmienne. Ten powrót jest możliwy tylko dzięki prostemu aktowi pokory, na wzór tego, jaki uczyniła Maryja w czasie Zwiastowania.

Tylko najpokorniejsza postawa wobec Boga ma znaczenie w Jego oczach. Taka jak postawa Maryi. Postawa pokory wynika z przyjęcia prawdy i prowadzi zarazem do jej głębi. Maryja nie rości sobie żadnych „praw”. Niczego nie oczekuje. Wie, że Bogu nie można stawiać warunków. Chce tylko służyć. Wie, że służyć Bogu można tylko z absolutnym zaufaniem i z całkowitym oddaniem. Cokolwiek On postanowi, to musi być przyjęte. Pytania dlaczego? nie są potrzebne. Nie są na miejscu. Jeżeli Ona pyta, to tylko: Jak mi się to stanie? Z Bogiem się nie dyskutuje, skoro jest się tylko dlatego, że On tak chciał. Pyta się jedynie o Jego wolę. Pełnienie Jego woli uszczęśliwia, nawet jeżeli po drodze ma się serce przebite sztyletem boleści.

Święty Jan Maria Vianney mówił:

Nasze modlitwy nabierają zupełnie innego wymiaru, kiedy je przedstawiamy Bogu przez pośrednictwo Maryi, ponieważ Ona jest jedynym stworzeniem, które nigdy nie obraziło Boga. Spośród wszystkich ludzi tylko Najświętsza Maryja Panna wypełniła do końca przykazanie «Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną» oraz przykazanie doskonałej miłości Boga. Dlatego wszystko, o co Syn prosi Ojca, zostaje Mu udzielone. Podobnie wszystko, o co Ona prosi swego Syna, zostaje Jej udzielone.

Józef Mehoffer, Archanioł Michał, karton do polichromii Skarbca katedry na Wawelu, 1901.
Józef Mehoffer, Archanioł Michał, karton do polichromii Skarbca katedry na Wawelu, 1901.

Oto wzorzec dla nas dziś. Nie ma i nie będzie innego. Maryja sama wkłada nam do ręki broń, ratunek dla nas w chwili ostatecznego zmagania z siłami kłamstwa i podstępu. Różaniec to łódź ratunkowa, dlatego że dzięki niemu w naszych umysłach może ocaleć obraz prawdziwego Boga. Dzięki tej prostej modlitwie uchronimy w naszych duszach wszystko to, co powinniśmy wiedzieć o Bogu, by móc Mu ufać. Oraz nie dać się zwieść Jego karykaturze, Jego fałszerzowi. Temu, który chce Go udawać. Maryja, która jest Mistrzynią w szkole mądrości, uczy nas też, że Ona sama nas ochroni. Ma wystarczającą władzę. Jest Królową nieba i ziemi. Nie potrzebujemy niczego i nikogo innego.

„Wejrzał Pan na uniżenie Służebnicy swojej…”. Przywołajmy wspomnienia lata 1920 roku — procesje pokutne i modlitwy w całej Warszawie. Nieustający różaniec, jedna za drugą nowenny… A przy tym jak najstaranniejsze przygotowania bojowe do decydującej bitwy z Armią Czerwoną. Powszechna mobilizacja. Oddawanie kosztowności, obrączek małżeńskich, koni, nawet pościeli na bandaże i butów dla walczących. Zaangażowanie wszystkich stanów. Pokorna modlitwa władz państwowych i wojskowych. Matka Boska Łaskawa była wtedy naprawdę czczona w stolicy Polski jako jej Patronka. Pani Jasnogórska jako nasza Królowa. Wiedzieliśmy — bo byliśmy pewni swojej wiary — dokąd mamy się udać przed konfrontacją z potęgą zła. Do Niej, by pomogła odparować ten straszliwy cios.

Upaść na kolana, całkowicie uniżyć się przed Bogiem — to jedyna postawa stosowna dla wierzących. Także polityków. Współczesny przewrót w umysłach, który rozpoczął się od rewolucji protestanckiej, przez francuską i bolszewicką, może dziś zebrać żniwo w postaci ostatecznego odłączenia od źródła prawdy, które znajduje się w dogmatach wiary katolickiej — także u ludzi wierzących. Bo gdy uzna się, że ludzie mogą sami („tymi rękami”) osiągnąć to, do czego dążyli zawsze wzywając Boga (doskonałe poznanie, idealne rozwiązanie spraw politycznych, zaprowadzenie najlepszego systemu społecznego, powszechny pokój, zlikwidowanie głodu, epidemii, zapanowanie nad klęskami żywiołowymi dzięki technice itd.) przez wykreowanie słów — pojęć, które już nie opisują Boga, ale zastępczą rzeczywistość — łatwo można dojść do wniosku, że ten, kto nad takim szczęśliwym światem zapanuje jako jego formalny, polityczny władca, to jest właśnie bóg… Książę tego świata, innego nie potrzebujemy… Wtedy, gdy zostanie zaproponowany ów idealny ład na ziemi — prawa człowieka odniosą całkowity triumf . A ci, którzy tym ładem będą zarządzać, osiągną szczyt swoich dążeń — „boskość”, absolut, nirwanę, całkowitą władzę… I dozgonną miłość wszystkich poddanych.

Można i należy zastanawiać się, czym faktycznie są zapisy prawne we współczesnych konstytucjach państw, w których nie ma żadnego odniesienia do prawdziwego Boga. Czym są wobec faktu, że istnieje Królestwo Maryi, którym zgodnie z Jej wolą jesteśmy my, Polska?2.

Teoria pozytywna

Wszystko się zmieniło od czasów średniowiecza. Ale istota naszego dzisiejszego zadania dla Europy jest taka sama jak wówczas, gdy Europa była cywilizacyjnie sparaliżowana cezaropapizmem. Profesor Koneczny pisał:

Tylko wynalezienie nowej formy dla kultury zachodniej, tylko jakaś polska pozytywna teoria mogła nas wykształcić na naród w całym znaczeniu tego wyrazu, pogodzić z samym sobą i uczynić zdatnymi do czynów dziejowych. Owoc bytu — to kultura czynu. A ta wymaga zgodności myśli ze słowem, słowa z czynami, czynów z wewnętrznym przeświadczeniem.

Zmagaliśmy się z przemocą i z ograniczaniem rozwoju ekonomicznego naszego kraju, bo Zakon Krzyżacki uniemożliwiał nam dostęp do morza, mimo że, jak przypomina Feliks Koneczny,

szlachta i miasta pruskie, były po naszej stronie (już w roku 1410), bo z Polską wiązały je interesy ekonomiczne.

Tymczasem Zakon Krzyżacki stał się doskonale prosperującą „instytucją zapomogową” szlachty niemieckiej. Dawał utrzymanie i otwierał karierę wojskową młodszym synom możnych rodów, pozbawionym dziedzictwa w systemie senioratu. Dziś podobną do niego rolę pełnią (także wobec Watykanu) państwowe banki oraz korzystne — z punktu widzenia jednej tylko strony — porozumienia gospodarcze (np. rurociągi naftowe). Feliks Koneczny przypomina:

Istota państwa krzyżackiego polegała na tym, że zajęcie niemieckiego rycerza-rabusia zorganizowało się w nim na wielką skalę, korporacyjnie3.

Papiestwo na przełomie XIV i XV wieku nie reagowało na nasze postulaty jednorazowo, radykalnym zwrotem w polityce wobec Krzyżaków. Polacy musieli być cierpliwi, nie działać pospiesznie, nerwowo. Przeciwnik był silny, doskonale zorganizowany, przewidujący.

Odsunięcie się Kościoła od teorii imperializmu chrześcijańskiego nie nastąpiło nagle i wymagało również pracy pokoleń. Zaczęło się to (o ile w takich kwestiach można podawać ścisłe daty) w roku 1320 (pierwszy proces kanoniczny przeciw Zakonowi), a dokonało dopiero 1424 roku (ostateczne potępienie o. Falkenberga przez Marcina V).

Obie walczące strony zostały wezwane przez papieża przed forum soboru, zgromadzenie osób najbardziej kompetentnych do rozpatrywania sytuacji Kościoła i zagrożeń świata chrześcijańskiego.

Cesarz Zygmunt Luksemburczyk był wówczas największym wrogiem Polski, a większość europejskich biskupów, uczonych, prawników sympatyzowała z Zakonem; kwiat rycerstwa Europy widział w nim ucieleśnienie swoich ideałów.

Polacy pozostali w Konstancji przez trzy lata. Tyle czasu było potrzeba, by Ojcowie soborowi mogli w całej pełni przyswoić sobie i przedyskutować jak najstaranniej traktat scholastyczny De potestate papae et imperatoris respectu infidelium, którego autorem był Paweł Włodkowic z Brudzenia, rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, kanonik i kustosz katedry. Feliks Koneczny uważa go za genialnego odkrywcę dwóch zasadniczych prawd, które miały rozbić dotychczasową formę ustroju europejskiego. Pierwsza z nich głosi, że te same prawa, które mają zastosowanie wobec chrześcijan muszą być respektowane wobec pogan. Druga — że wiary nie wolno nikomu narzucać siłą.

Czyż Maryja nie potwierdziła osobiście słuszności tej zasady? Ukazując się na innym kontynencie, w Meksyku… W kraju odkrytym przez Hiszpanów sto lat po zakończeniu soboru w Konstancji. I wkrótce krwawo przez nich podbitym — a następnie niemal bezskutecznie ewangelizowanym, bowiem przemoc, jaką Europejczycy przynieśli temu krajowi (bynajmniej nie nastawionemu pokojowo do innych nacji czy plemion!), budziła skrajną nieufność wobec chrześcijaństwa. Maryja ukazała się w cudownym Wizerunku, który przemówił do Indian z ogromną siłą i nadzwyczajną precyzją, przedstawiając im całą Ewangelię — i przekonując, że to Ona jest Matką prawdziwego Boga. Było to w 1531 roku, na obrzeżach dawnej stolicy Azteków, dzisiejszego Meksyku. W miejscu zwanym Tepeyac, dziś Guadalupe.

Indianie, ujrzawszy Jej obraz, w jednej chwili stali się chrześcijanami. Od tej chwili prześcigali się z Hiszpanami w gorliwości religijnej.

Przeciw pewnej mentalności

Rewolucyjność tez przedstawionych przez Pawła Włodkowica w ówczesnym świecie można zrozumieć, gdy weźmie się pod uwagę, jak mocno były ugruntowane w pewnej części średniowiecznej Europy imperialistyczne obyczaje. Niemieckie hasło ausrotten oznaczające eksterminację ludów czy narodów, które sprzeciwiały się ich zasadom, było zadomowione w mentalności Zachodu. Nie gorszyło. Wynajęty przez Krzyżaków pamflecista, o. Falkenberg, mógł bez zmrużenia oka głosić nawet podczas soboru, jak relacjonuje prof. Koneczny:

(…) nie może być większej zasługi wobec chrześcijaństwa jak walczyć z Polakami; dla obrony porządku chrześcijańskiego wolno zabić bez grzechu każdego Polaka, dostojnikom zaś polskim i królowi należą się szubienice.

Józef Mehoffer, Anioł, projekt polichromii do katedry w Płocku, 1903.
Józef Mehoffer, Anioł, projekt polichromii
do katedry w Płocku, 1903.

Takiej mentalności stawili czoła Polacy. Nie zamierzali nikogo przepraszać, że żyją. Nie twierdzili, że proszą tylko o mały azyl, skromną enklawę, w której pozwolono by im pozostać, a oni nie będą się nikomu naprzykrzać.

Przedstawiciele Polski jagiellońskiej udowodnili, że chrześcijaństwo nie daje pozwolenia na taki błąd myślowy. A tolerowanie go przez Kościół doprowadzi niezawodnie do herezji.

Opinia Zachodu musiała ugiąć się przed argumentacją Polaków. (Przypomnijmy, że w Konstancji sprawy polskiej broniło również ośmiu włoskich prawników). Zakon już nigdy nie odzyskał dawnej popularności, co nie znaczy jednak, że Krzyżacy natychmiast zaczęli opuszczać nasze terytorium. Przeciwnie, by doprowadzić do całkowitego militarnego zwycięstwa potrzebny był jeszcze sojusz z sąsiadami. W Czechach rozpoczynał się akurat narodowy ruch przeciwko Niemcom. Czesi także wojowali z systemem imperialistycznym, nazywając jednak swoją wojnę – jakże mylnie! – „wojną z całą nacją niemiecką”. Nie byli jednak wyposażeni w teorie polityczne, nie zajmowali się refleksją, obalali to, co było dla nich szkodliwe; zdolność do generalizacji, do wyrażania sądów, które trafnie i głęboko ujmowały sytuację ogólną, była polską specjalnością4.

Dlaczego Maryja chciała być Królową naszego narodu? Gdyby oskarżenia pod adresem Polski o sprzymierzanie się z innowiercami (husytami), by pokonać cesarstwo niemieckie, miały jakiś sens, to czym są ślady po husyckich cięciach na twarzy Pani Jasnogórskiej, pochodzące właśnie z XV wieku, z czasu wojen husyckich? Czyż nie są one największym zaprzeczeniem tego pomówienia? Czy Jej pocięty szablą Wizerunek, do którego garną się wciąż miliony Polaków, nie jest najlepszą obroną przed kłamcami — i przed wszelkim kłamstwem? Dlatego tak go się nienawidzi…

A jednak Polacy nie przyłączyli się do krucjat przeciwko husytom. Umysły Polaków nie były w stanie nagiąć się do zasady przeciwnej wobec tej, że nawracanie siłą to żadne nawracanie.

Święty sobór i papież uznali pogląd polski za chrześcijański punkt widzenia. Poza krótkim epizodem Kawalerów Dobrzyńskich, byliśmy mu wierni w praktyce życia. Śmierć św. Wojciecha była jej symbolem, chrzest Litwy wielkim triumfem i poświadczeniem5.

Nagroda za wierność czy jałmużna losu?

Tym, co dziś najbardziej nam w Polsce przeszkadza, jest niemożność wyrażenia w działaniu — ale także w słowie, w intelektualnie bezbłędnych teoretycznych diagnozach sytuacji — naszych, do końca zweryfikowanych, przeświadczeń. A także brak instytucjonalnej płaszczyzny działania.

Bo cóż mogłoby być dzisiejszym odpowiednikiem zgromadzenia soborowego w niemieckim mieście Konstancji? (Przypomnijmy — oprócz kilkuset hierarchów przybyło tam pięć tysięcy przedstawicieli świata nauki z trzydziestu sześciu uniwersytetów). Czy dla Polaków pamiętających wybór Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową w 1978 roku fakt ów nie był właśnie niezaprzeczalnym dniem wielkiego triumfu nad naszym wrogiem — komunizmem, a zarazem ukoronowaniem marzeń o ziszczonej, na naszych oczach, nadziei o wypełnieniu się sprawiedliwości dziejowej wobec Polski? Tak, to miał być ten oczekiwany długo prezent Opatrzności, który ma wynagrodzić wszelkie ofiary i cierpienia w przeszłości poniesione i wciąż trwające… Gdy jednak patrzymy dziś na sytuację naszego kraju – i sytuację Kościoła – czy nie powinniśmy raczej przyznać racji przestrodze starego historyka przed upraszczającymi ocenami?

Feliks Koneczny pisał w 1910 roku:

Powszechnie mniema się, jakoby pokonanie Zakonu było dziełem kilku miesięcy, podczas, gdy owa «wielka wojna» trwała całych 30 lat, bo zaczęła się już w roku 1406, skończyła dopiero 31 grudnia 1435 (pokój brzeski). Całe pokolenie…

Józef Brandt, Wyjazd z Wilanowa Jana III Sobieskiego z Marysieńką, 1897.
Józef Brandt, Wyjazd z Wilanowa
Jana III Sobieskiego z Marysieńką, 1897.

Niedługo minie 100 lat od polskiego zwycięstwa nad bolszewikami, a zarazem blisko 250 lat zmagania się duchowego na naszej ziemi z wpływami kultury rosyjskiej, następnie tej przesiąkniętej ideologią komunistyczną, która zaczęła przenikać przez nasze granice jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym, oraz zarażonej agnostycyzmem i ateizmem kultury Zachodu, wyrosłej na heglizmie. 250 lat walki duchowej i politycznej — czym się zakończą? Jak zaowocują? To praca niejednego polskiego pokolenia. A dziś gołym okiem widać, że do zakończenia tych zmagań, do zwycięstwa jest daleko. O wiele dalej niż przed rokiem 1978… Dlaczego?

Tak powszechne stało się odwoływanie się do pluralizmu zamiast do prawdy, nawet w niektórych pobożnych skądinąd mediach. Gremialnie zapomina się, że nie ma wielu równorzędnych prawd — jest jedna prawda. Prawda Objawienia i Tradycji katolickiej. Ona jest perłą, która naprawdę dużo kosztuje. Nie da się jej zdobyć na targowisku. Dziś, gdy tzw. niezależne czy prawicowe media licytują się, które z nich będzie lepiej wypadać w obronie pluralizmu — utożsamianego niekiedy mylnie z samym prawem do wypowiadania się — a który przecież jest niczym innym, w sferze moralnej i rozumowej, jak zanegowaniem istnienia Boga, prawdy najwyższej, niektóre media katolickie (a może większość nich) jakby tracą głos. Więźnie im w gardle, zasycha… Łatwo jest bronić pluralizmu — po to by mógł wybrzmieć głos liberalno-konserwatywny, jaki jest teraz w modzie — trudniej bronić istoty rzeczy, sedna, jedyności, niepowtarzalności. Jedynego celu wszystkiego, co istnieje.

W wyniku rewolucji Kościół nie został całkowicie zniszczony, lecz ukazano mu miejsce w szeregu — w dialogu ze światem, z innymi „kościołami”, z innymi religiami… Religia katolicka o tyle ma prawo egzystencji wśród innych religii, fałszywych kultów lub systemów filozoficznych — o ile podejmuje dialog ze Starym Testamentem lub z całą współczesną kulturą, opartą o ideologie lewicowe i prawicowe. Prawda o jedyności religii katolickiej to wstyd, zgorszenie. Taką atmosferę stworzył terror powszechnej miłości, braterstwa, fałszywego ekumenizmu, w którym istotniejsze staje się to, co łączy różne wierzenia, niż to, co dzieli. Jak ogromna to obraza Boga, jak niesłychany fałsz! Łączą — pozornie — rzeczy marginalne, trzeciorzędne, nieistotne — i dziś tylko one stają się tematem na forum publicznym. Różnice okazują się czymś nie do wypowiedzenia. (Autocenzura stała się najpowszechniejszą w Polsce chorobą i dotyka przede wszystkim tzw. osoby publiczne). Gdyby się je jednak ukazało, prawda zostałaby odkryta. Zajaśniałaby jak słońce. Jak Matka Boża z Guadelupe na kontynencie, który spływał krwią chrześcijan i pogan, bo zapomniano, że Bóg jest jednocześnie i Prawdą, i Miłością.

Ale ukazania Prawdy — choćby przez przypominanie treści dogmatów wiary — nikt nie chce. Uważa się powszechnie, że celem życia jest dobre życie. Trzeba jakoś przeżyć, trzeba się utrzymać i nie zostać rozdziobanym za mówienie rzeczy niepopularnych i gorszących.

Deus vicit

Feliks Koneczny przestrzega, że gdy w społeczeństwie nie rodzi się świadomość polityczna oparta o niepodważalne zasady myślenia, nie do obalenia w świetle nauki Kościoła, dążenia narodu nie mogą prowadzić do celu. Nie ma szans zaistnieć to, co nazywa on kulturą czynu. Jakże brakuje nam dziś takich świadomych dążeń. Politycy, nawet ci z opozycji, nie chcą przyjąć do wiadomości, że samą tylko polityką nie zainspirują nikogo do wielkich czynów.

Józef Brandt, Czarniecki pod Koldyngą, 1870.
Józef Brandt, Czarniecki pod Koldyngą, 1870.

Potrzebna jest Polsce, jak wtedy, w pierwszej połowie XV wieku, głęboka myśl polityczna: odkrywcza, porywająca, inspirująca. Ukazująca szerokie horyzonty, odwołująca się do potęgi wolnego ludzkiego umysłu i ducha. Wolnego jednak tylko dzięki prawdzie. Myśl wnosząca do obrazu świata coś nowego, ożywczego. Nasza dzisiejsza trudność polega na tym, że nawet nasi faworyci, ci, na których stawiamy, których podziwiamy za odwagę i konsekwencję, tak bardzo pochłonięci są polityczną grą, że niewielu Polaków potrafi utożsamić się z ich programami i z ich stylem walki. To właśnie budzi smutek i apatię w Polsce. Brakuje ludzi, których wysokie aspiracje, zrozumienie sytuacji i umiejętność gry politycznej, postawa moralna i szlachetność dążeń idą w parze z pokorą wobec prawdy. Takich jak Zygmunt August, który potrafił powiedzieć do Polaków: „Nie jestem królem waszych sumień”, wskazując na prawdziwego ich władcę — Boga; takich jak Jan III Sobieski z jego „Venimus, vidimus, Deus vicit”. W akcie Unii Horodelskiej z 1413 roku znalazło się miejsce na słowa niezwykle patetyczne, a przecież wyrażające rzeczywistość umowy politycznej: „Miłość stanowi prawa, rządzi królestwami, kładzie podwaliny pod miasta, a kto nią wzgardzi, straci wszystko…”.

A może istotnie to, czego doświadczamy, to kara wychowawcza, gdy zawiodły wszelkie inne środki i sumienia stają się harde? Bóg jako Ojciec jest genialnym pedagogiem…

Czy możemy dziś w Polsce godzić się na to, by majestat Boga, który tyle razy ratował nas w naszej historii, był obrażany przez dopuszczenie herezji i bluźnierczych eksperymentów liturgicznych? I czy nie powinniśmy pokutować także za grzechy innych, o co Maryja prosiła i w Lourdes i w Fatimie?

Procesje pokutne i publiczne modlitwy w 1920 roku zostały wysłuchane. Bóg obdarzył nas zwycięstwem.

Nie możemy szarpać się z przeciwnikiem silniejszym od nas na oczach gawiedzi. Nie możemy jako chrześcijanie bezpośrednio konfrontować się ze złem, bo będziemy tylko śmieszni. (Nie powinniśmy też na antenie radiowej, czy w studio telewizyjnym, przyjmować fałszywych socjotechnicznych reguł gry i, zapominając o zasadach ewangelicznych, „rzucać w twarz” antagonistom politycznym, „jacy oni naprawdę są” — źli i głupi…).

Ten, kto w konfrontacji z duchowym złem liczy na siebie, zawsze przegra, bo Bóg nie znosi pychy. Musimy działać tak, jak zawsze uczył Kościół. Przez modlitwę i pokorę. Przez pośrednika, który jest silniejszy niż my.

Silniejszy od świeckich jest kapłan.

Silniejsza od kapłana jest Maryja.

Ona, jak każda matka, jest Wielką Realistką. Doskonale wie, czego potrzebują Jej dzieci i jak są słabe. Chce nam pomagać, chce czynić to, co tylko można dobrego uczynić dla swoich dzieci. Nie chce nas zostawiać w potrzebie. Jest naszą Pośredniczką u Boga. Wobec Niej zło duchowe jest bezsilne.

W czasach, wobec których najbardziej adekwatne wydaje się określenie „czasy ostateczne”, warto przypominać te wydarzenia z naszej historii, które pozwalały Polsce być bytem dojrzałym i określonym. „Walka przeciw Zachodowi w zakonie Rycerzy Krzyżowych” była zarazem „walką o Zachód, o prawdziwą treść jego kultury, w ideowym uzasadnieniu postawy wobec Zakonu”, a przy okazji „wytwarzaniem wartości własnych: odrębnych form współżycia międzynarodowego w rzeczpospolitej narodów i współżycia społecznego w demokracji stanowej”, jak ujmuje to Tymon Terlecki. Wszystko to oparte było o gruntowne rozeznanie naszej sytuacji wśród innych państw kontynentu i odniesione do nauki Kościoła.

Co byśmy zdziałali, gdybyśmy w czasie sporu z Krzyżakami i oszczerstw, jakich padliśmy ofiarą jako państwo katolickie, wciąż tylko narzekali, pomstowali i lamentowali? Okazaliśmy się jednak zdolni do czynu. Dziś także stoimy przed takim wyzwaniem. Ale w tym wszystkim, co będziemy czynić, powinniśmy być tacy jak Maryja. Mieć taki stosunek do ludzi opozycji i do ludzi władzy, do wrogów i do politycznych przyjaciół, jaki Ona mogłaby mieć — jaki ma.

Polska dziś nie może pozostać bezczynna. Musimy, mając rozeznanie zagrożeń duchowych (być może lepsze niż inne społeczeństwa na kontynencie, z uwagi na naszą historię i wierność Kościołowi), apelować do następcy Benedykta XVI o poświęcenie Rosji Jej Niepokalanemu Sercu. Powinniśmy też usilnie prosić Ojca Świętego o ustanowienie dogmatu o Maryi jako Wszechpośredniczce łask. Do tego zobowiązuje nas Ona jako Królowa Korony Polskiej.

Mamy obowiązek okazać Jej wdzięczność za to, że pomimo nawałnic i nienawiści, jaka nas otaczała, Polska jest krajem ludzi wierzących.

Musimy tę prośbę uzasadnić. Musimy wykonać pracę intelektualną, by to uczynić. W tym celu sięgnąć należy do zdrowej, nieobciążonej modernizmem teologii maryjnej. Mamy w naszym Kościele ogromne bogactwo tradycyjnej mariologii, która dziś niestety została zarzucona na rzecz ujęć ekumenicznych.

To wszystko musimy czynić tak, jak nasi rodacy w XV wieku wobec świata. Potrafili oni uzasadnić, że nasze zaangażowanie w spór z Krzyżakami, których powiększane ogniem i mieczem państwo zagrażało chrześcijańskiej Europie, nie jest kwestią naszego uporu i ignorancji. Nie jest naszym wymysłem. Paweł Włodkowic wyraził wówczas

jedną z najbardziej istotnych, najgłębszych, ciągle żywych prawd kultury chrześcijańskiej. Jeśli w procesie norymberskim uznano wojnę napastniczą za przestępstwo karane przez prawo międzynarodowe, jest to pierwsze — po iluż wiekach, po ilu wojnach, napaściach i zaborach — urzeczywistnienie, jakże jeszcze niepełne i nieszczere, wielkiej idei Włodkowica6.

W XV wieku Polska została wysłuchana. Zwyciężyła Prawda. Zwyciężyła Maryja. Podobnie było w 1920 roku. Dziś to zwycięstwo także nastąpi — o ile nie cofniemy się z kierunku działań, jaki wyznacza nam nasza historia i nasza wiara.

* * *
Wszystkie cytaty z Feliksa Konecznego pochodzą z książki Z dziejów Polski, Lublin 2002, rozdział „Teoria Grunwaldu”.

Ewa Polak-Palkiewicz

1. „Rzeczpospolita” z 26 i 27 marca 2011 roku [↩]
2. Nie tylko Polska jest nazywana królestwem Maryi; na przykład w 1916 roku na prośbę króla Ludwika III papież Benedykt XV uroczyście zawierzył Matce Bożej Królestwo Bawarii. [↩]
3. Trzeba dodać, że członkami Zakonu Krzyżackiego byli nie tylko niemieccy rycerze. [↩]
4. W przyszłości ta słabość myśli Czech okazała się przyczyną ich mocniejszego jeszcze przykucia do Rzeszy niemieckiej i wpadnięcia w objęcia groźnej herezji, husytyzmu. „Jan Hus głosił, że papież nie może być zwierzchnikiem Kościoła oraz że osoba piastująca urząd (duchowny czy świecki) traci władzę popadłszy w grzech śmiertelny, aż do oczyszczenia się z grzechu” (F. Koneczny). Uczony dodawał, że wojny domowe wywołane przez herezje Husa nie prowadziły do ukształtowania się nowego ustroju społecznego, tylko do eskalacji religijnych prześladowań. [↩]
5. T. Terlecki, Polska a Zachód. Próba syntezy, Londyn 1947. [↩]
6. Tak pisał Tymon Terlecki w 1947 roku. Niestety od tego czasu prawo międzynarodowe stało się jednym z narzędzi deprawacji sumień; zabijanie nienarodzonych i starców jest dziś przez nie gwarantowane jako „prawo człowieka” [↩]

Zrodlo: http://ewapolak-palkiewicz.pl/gdy-znizamy-loty-dokonczenie/, 11.02.2013

Przeczytaj rownież:   Część 1.    Część 2.

Polecamy stronę autorską Ewy Polak – Pałkiewiczhttp://ewapolak-palkiewicz.pl/

POLISH CLUB ONLINE, 2013.04.07

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek