Magdalena Ziętek: Neokolonializm w natarciu (4)


Przeczytaj:       CZESC 1      *      CZESC 2    *     CZĘŚĆ 3


Potsdam_conference_1945-6W ostatniej części artykułu chciałabym postawić pytanie o to, jak Polska powinna bronić się przed kolonizacją własnej pamięci, jak również pamięci europejskiej przez państwo niemieckie. Częściowej odpowiedzi na to pytanie udzieliła już Ewa Thompson w wielokrotnie cytowanym przeze mnie artykule „Postmodernizm, pamięć, logocentryzm” (w: „(Nie)Obecność. Pominięcia i przemilczenia w narracjach XX wieku”, red. Hanna Gosk, Bożena Karwowska, Warszawa 2008, s. 37 – 53). Thompson słusznie wskazała w nim, że Polska jest zbyt słaba, żeby przeciwstawić Niemcom swoją własną narrację i nadać jej światowy rozgłos. Wysiłek Polski powinien więc przede wszystkim koncentrować się na podważaniu zasad metodologicznych postmodernistycznej polityki pamięci, której hołdują Niemcy. Przyjrzyjmy się bliżej, co to oznacza w tym konkretnym przypadku, czyli sprawie „Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie”.

Jak już przywoływałam za Ewą Thompson, postmodernistyczny paradygmat polityki pamięci zakłada celowe podnoszenie wybranych faktów do rangi wydarzeń. Na procedurę kreowania wydarzeń składają się m.in. zakładanie muzeów, organizowanie imprez, wydawanie publikacji czy też nakręcanie filmów poświęconych tym wydarzeniom. Planowana wystawa „Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie” również ma stanowić środek, za pomocą którego fakt przesiedlenia Niemców zostanie wykreowany na jedno z najważniejszych wydarzeń XX wieku (który przez autorów koncepcji Fundacji został nazwany „wiekiem wypędzeń”). Przeciwstawienie się temu projektowi na płaszczyźnie postmodernistycznego paradygmatu wymagałoby, by Polska stworzyła swoją własną fundację oraz muzeum. Jak mogłyby wyglądać główne założenia takiego kontrprojektu? Na pewno musiałby on przedstawiać Polaków jako naród, który doznał olbrzymich cierpień z powodu wypędzeń i innych prześladowań ze strony Niemców i Rosjan, a także Austriaków. Projekt ten powinien przedstawić okres zaborów, odzyskanie niepodległości, rewizjonizm niemiecki i sowiecki po I WŚ oraz II WŚ ze wszelkimi szczegółami ukazującymi gehennę Polaków. Należałoby także pokazać prześladowania Polaków w Związku Radzieckim, jak również szykanowanie polskiej mniejszości narodowej w Niemczech po I WŚ. Projekt powinien także uwzględnić sytuację Polski po II WŚ, czyli przymusową emigrację części polskich elit, jak również polityczne, naukowe i gospodarcze marginalizowanie Polski przez narzucone nam siłą władze komunistyczne. Należałoby także przedstawić grabież mienia narodowego przez zagraniczne koncerny po 1989r, jak również postępującą deindustrializacji Polski, czego skutkiem jest masowa emigracja młodych Polaków: bo czyż bowiem nie jest tak, że uzależnianie całych narodów od lichwy i (unijnej) technokratycznej oligarchii nie stanowi nowoczesnej metody ich wyniszczania? Należałoby także przypomnieć o niechlubnej roli niemieckiej mniejszości w Polsce, która bardzo chętnie uczestniczyła w zbrodniach przeciwko Polakom. Oczywiście nie wolno by zapomnieć o losach polskiej społeczności żydowskiej, prześladowanej przez państwa zaborcze, i ostatecznie „zlikwidowanej” w ramach Holokaustu. Tak na marginesie, byłaby to dobra okazja do przypomnienia Niemcom historii obozów koncentracyjnych w Sobiborze, Treblince i Bełżcu. Należałoby także przypomnieć list polskich biskupów do niemieckich, który był wyrazem gotowości ze strony Polaków do przebaczenia i pojednania. Należałoby również wspomnieć o tym, że Polacy, jako naród katolicki, zawsze stali na stanowisku, że budowanie lepszej przyszłości może dokonać się tylko w oparciu o Dekalog, a najlepszym sposobem na uniknięcie przemocy we wzajemnych stosunkach jest przestrzeganie przede wszystkim dwóch przykazań: nie zabijaj i nie kradnij. Taki projekt powinien zostać odpowiednio nagłośniony, najlepiej, poprzez nadanie mu światowego rozgłosu.

Niestety, stworzenie takiego ośrodka wymaga olbrzymich środków finansowych, odpowiedniej infrastruktury instytucjonalnej, jak również dysponowania odpowiednimi kanałami wpływu w celu oddziaływania na światową opinię publiczną. W przypadku Polski, żaden z tych warunków nie jest spełniony. Mówiąc słowami Ewy Thompson, Polska jest więc zbyt słaba, by podnieść swoją historię do rangi światowego wydarzenia. Na gruncie paradygmatu postmodernistycznego nie jesteśmy więc w stanie przeciwstawić się Niemcom, gdyż nie dysponujemy potrzebną do tego siłą. Na gruncie tego paradygmatu jesteśmy praktycznie skazani na neokolonialną zależność od niemieckiego hegemona.

Ewa Thompson analizuje związek między neokolonializmem a postmodernistyczną koncepcją pamięci. Wskazuje na to, że koncepcja ta jest wygodna dla silniejszych, którzy za pomocą skonstruowania nowej europejskiej czy nawet światowej kultury pamięci mogą w łatwy sposób spacyfikować słabszych. Thompson pisze:

„Postmodernizm ofiarowuje nam namiastkę pamięci europejskiej opartą na „wydarzeniach” , skonstruowanych przez prominentów, prestiżowe uniwersytety i wydawnictwa. Usatysfakcjonowane byłyby nią z pewnością te kraje, które nie mają żadnego interesu w rewizji swojej historycznej opowieści. Nie można jednak wymagać, aby taką pamięć zaakceptowały narody „drugiej” Europy; Europy Środkowej. Dla nich byłaby to sytuacja klasycznie kolonialna: zaakceptować schemat, w tworzenie którego nie uczestniczyły, w dodatku schemat zaproponowany przez byłego hegemona”.

Thompson krytykuje postmodernistyczną koncepcję pamięci za to, że „takie założenia usuwają pamięć polską z europejskiej oraz implikują, iż dyskursem rządzą siła i władza, a nie argumenty i fakty”. Thompson zadaje uzasadnione pytanie o to, czy polscy młodsi entuzjaści postmodernistycznych teorii zdają sobie sprawę z tego, że ich atrakcyjność dla zachodnich Europejczyków wynika z większego zorientowania zachodnich dyskursów społecznych na siłę i władzę? Przyjęcie przesłanki anty-logocentryzmu sprawia bowiem, że dialog jest możliwy tylko w kręgu wspólnych i egoistycznych interesów, a dbanie o interesy grupowe staje się sprawą centralną.

Thompson pisze dalej: „Przyjęcie zasady, że ludzkie tożsamości są w stanie nieustannego konstruowania i że nie wykazują elementów stałych, prowadzi w praktyce do uwzględnienia interesów tylko tych najsilniejszych. Silni, którzy dotarli ze swoim dyskursem do światowej publiczności, „mają rację”, a słabi, którzy nie dotarli, „są w błędzie”, nawet jeśli mają fakty po swojej stronie. To, co dla polskich naukowców jest oczywiste (na przykład branie pod uwagę zarówno dobrze jak i słabo znanych faktów przy ocenie jakiegokolwiek zjawiska), już dawno przestało być oczywiste dla naukowców niemieckich. Liczą się wydarzenia, a nie fakty, w tym sensie, w jakim używa tych słów Dietze. Oczywiście zawsze zostaną jakieś resztki logocentryzmu, np. poczucie niemieckiej dumy narodowej z posiadania bogatej historii (bo Niemcy to nie tylko Holokaust). Można jednak logocentryzm zminimalizować, sięgać do niego tylko sporadycznie i to ukradkiem, udając, że się tego nie robi.”

Zdaniem Thompson osłabienie zależności kolonialnych będzie możliwe tylko wtedy, kiedy odrzucona zostanie koncepcja postmodernistyczna na rzecz logocentrycznej. Logocentryzm zakłada, „iż istnieją hierarchie ważności, do których można się odwołać w dyskusji”. Jej zdaniem, „bez takich hierarchii projekty transformacji europejskiej pamięci narażone są na różnego rodzaju wynaturzenia„. Takim wynaturzeniem dla Thompson jest „narracja uniwersalizująca polską niższość”. „(…) konstrukcja teoretyczna proponowana Polsce, została zbudowana na podstawie znajomości pamięci niemieckiej, a nie polskiej. Tego rodzaju dyskurs nie prowadzi do wypracowania „pamięci europejskiej”, a jedynie kontynuuje kolonizujące postawy uczonych krajów silniejszych w stosunku do krajów słabszych”.

Jej zdaniem, bez odwoływania się do logocentrycznego pojęcia sprawiedliwości nie da się włączyć w pamięć ogólnoeuropejską narracji, „które dotychczas nie dotarły do pamięci niemieckiej. Jeżeli słabsi pozostaną słabszymi, jeżeli ich narracja nie zostanie podparta niezwykłym talentem narratorskim, niezwykłym sukcesem gospodarczym czy innym spektakularnym osiągnięciem (co anuluje ich „słabszość”), bez logocentryzmu nie ma ona szansy przedostania się do tej „rekonstrukcji przeszłości” i pozostanie ona przywilejem silniejszych”. I dalej: „Jeżeli prawda wyłania się jedynie z przekształcenia faktów w wydarzenia, to Polacy nie mają materialnych środków na to przekształcenie. Jeśli jednak wyjdziemy z założenia, że logocentryzm coś znaczy i że wartości oparte na metafizyce (jakkolwiek niejasno określonej) stanowią motor naszej działalności, możemy liczyć na środki, potrzebne na wprowadzenie polskiej pamięci na scenę europejską”.

Rozszerzenie dyskusji o pamięci europejskiej o element polskiej pamięci wymaga zdaniem Thompson przemyślenia od nowa teoretycznych założeń i przesłanek naukowego dyskursu.

Ponieważ Polska jeszcze nie odrzuciła koncepcji logocentrycznej, powinna wreszcie zacząć aktywnie ją promować. Nie sposób poruszyć w ramach tego opracowania nawet w powierzchowny sposób kwestii możliwości promowania logocentrycznej koncepcji pamięci oraz zwalczania tej postmodernistycznej. Z konieczności muszę skoncentrować się na zaledwie kilku wybranych kwestiach.

Pierwsza sprawa dotyczy jednej z najważniejszych cech charakterystycznych postmodernistycznej koncepcji pamięci czyli koncentrowania się przez narratorów pamięci na subiektywnych przeżyciach członków określonej grupy. W tym konkretnym przypadku chodzi o cierpienie niemieckich przesiedleńców. Takie postawienie sprawy związane jest z epistemologicznymi i ontologicznymi założeniami postmodernizmu, a konkretnie odrzuceniem przezeń przed-oświeceniowej czyli arystotelesowskiej koncepcji rozumu. Przypomnijmy, koncepcja ta zakłada istnienie obiektywnej miary prawdy i dobra, za pomocą której można oceniać zachowanie ludzkie. Odrzucając logocentryzm, postmodernizm przyjmuje kartezjańską koncepcję rozumu, która charakteryzuje się silnym subiektywizmem. Kartezjanizm koncentruje się na podmiocie poznania i działania, czyli jego przeżyciach i doznaniach.

Jak już wspomniałam, w tym konkretnym przypadku, autorzy koncepcji Fundacji koncentrują się na cierpieniu Niemców. Takie postawienie sprawy umożliwia autorom postawienie znaku równości między przesiedlaniami Niemców a Holokaustem Żydów czy też zbrodniami dokonanymi przez Niemców na Polakach. Bo czyż można powiedzieć, że cierpienie Niemców było mniejsze od cierpienia Żydów czy Polaków? Oczywiście nie. Poruszając się na płaszczyźnie subiektywnych przeżyć nie można przecież dokonywać wartościowania, że czyjeś cierpienie było „lepsze” lub „gorsze”. Thompson ma więc rację, kiedy wskazuje na to, że „z projektu „nowej europejskiej pamięci” licytacja cierpień ma być wykluczona, a przypominanie, że „winy” Polski i Rosji, czy Polski i Niemiec, są niewspółmierne, wydaje się czymś niewłaściwym, czymś, co potwierdza niezdolność polonocentrycznych naukowców do wzniesienia się ponad podziały narodowe (i właśnie dlatego krytycy niemieccy wyręczają tu Polaków i proponują im nowy model pamięci).” Thompson oczywiście krytycznie ocenia takie postawienie sprawy.

Kiedy więc zostaną odrzucone „hierarchie ważności, do których można się odwołać w dyskusji„, absolutyzacji ulegają subiektywne oceny danych zjawisk, a tym samym subiektywne doznania i przeżycia. Z dyskursu znikają takie pojęcia jak zbrodnia i kara, wina i konieczność jej odpokutowania. Subiektywne cierpienie staje się miarą absolutną, za pomocą której dokonywana jest ocena uczynków innych ludzi. Na płaszczyźnie paradygmatu postmodernistycznego silniejszy pociąga do odpowiedzialności słabszego: nie istnieje bowiem żadna obiektywna miara, za pomocą której można by dokonać oceny czynów silniejszego.

Koncentrowanie się na indywidualnym cierpieniu Niemców prowadzi do zacieranie się wszelkich obiektywnych różnic między takimi wydarzeniami jak przesiedlenia Niemców oraz np. realizacją Generalnego Planu Wschód albo Operacji Reinhardt. W tym miejscu chciałabym zastrzec, że podobnie jak wielu innych krytyków niemieckiej polityki pamięci dotyczącej „wypędzeń”, nie neguję faktu cierpienia Niemców. Neguję natomiast odrzucenie przez koncepcję postmodernistyczną klasycznej etyki personalistycznej, która stanowi podstawę cywilizacji łacińskiej. Koncepcja ta zakłada, że każda jednostka ponosi moralną odpowiedzialność za własne czyny, i że zbrodnia domaga się kary. Z punktu widzenia klasycznej koncepcji etyki stawianie znaku równości między przesiedleniem Niemców a Holokaustem jest posunięciem absolutnie karygodnym. Z jednej strony mamy bowiem rasistowską politykę III Rzeszy, której celem było całościowe albo częściowe wyniszczenie całych narodów w celu poprawienia jakości życia niemieckich panów. Z drugiej, karę za rozpętanie prawdziwego piekła. Karę, której celem nie było wyniszczenie Niemców jako narodu, tylko likwidacja słusznie znienawidzonych Prus. Można dyskutować o tym, czy była to kara sprawiedliwa, ale nie o tym, czy była to kara. A właśnie to podważają autorzy koncepcji prac Fundacji twierdząc, że „wypędzenie” Niemców było dokładnie takim samym bezprawiem jak Holokaust. Co to oznacza? Że kat, wymierzający karę mordercy, sam jest stylizowany na mordercę. A to podważa najgłębsze fundamenty każdego porządku prawnego.

Ktoś mógłby zarzucić, że była to kara zbiorowa, a etyka klasyczna odrzuca winę zbiorową. W przypadku Niemców, sprawa jednak jest prostsza, niż w wielu innych przypadkach. Naród niemiecki bardzo aktywnie popierał reżim Hitlera i przez długie lata czerpał z niego bardzo wymierne korzyści materialne. Jak pisał Götz Aly w książce „Hitlers Volksstaat. Raub, Rassenkrieg und nationaler Sozialismus” (Państwo narodowe Hitlera. Grabież, wojna rasowa i narodowy socjalizm), szerokie masy niemieckiego społeczeństwa korzystały z grabieży popełnianych przez Niemców na narodach podbitych. Opór przed przyjmowaniem takich korzyści był wśród niemieckiej społeczności praktycznie żaden. Wojna cieszyła się poparciem „niemieckiej wspólnoty narodowej” (deutsche Volksgemeinschaft), a przemoc, grabież i używanie robotników przymusowych były przez nią chętnie akceptowane. Warto jeszcze raz przypomnieć, że napaść na Polskę była traktowana przez Niemców jako coś wręcz oczywistego. Uważali ją za słuszne obalenie rzekomo niesprawiedliwego porządku wersalskiego, który ustanowił „sezonowe państwo polskie”.

Jak już wspomniałam, w kontekście zbrodni popełnionych przez Niemców można co najwyżej postawić pytanie, czy poniesiona przez nich kara była sprawiedliwa. Likwidacja powszechnie znienawidzonego państwa pruskiego dotknęła bowiem tylko część niemieckiego społeczeństwa. Na marginesie warto przypomnieć, że w koncepcji prac Fundacji aspekt pruski został KOMPLETNIE przemilczany. Niemcom Prusy przestały już się kojarzyć z militaryzmem, a Bismarck czczony jest za swoje „pionierstwo” na polu reform socjalnych. Można również postawić pytanie, czy kara nie była jednak zbyt słaba, i czy nie należało dokonać trwałego rozbicia państwa niemieckiego na wiele małych państewek? W obliczu popełnionych przez niego zbrodni, takie pytanie nie jest pozbawione podstaw. Nie zamierzam udzielać tutaj odpowiedzi na te pytania. Moim celem było pokazanie, że uznanie, że „wypędzenie” Niemców było bezprawiem, oznacza jawne odrzucenie całego porządku opartego na postanowieniach poczdamskich, jak również zacieranie różnic między niemieckimi zbrodniami, a karą, którą ponieśli. Podsumowując ten wątek warto przytoczyć te oto słowa Stefana Bratkowskiego:

„W dotychczasowej historii nowożytnej, w parusetletniej historii jej wojen, były państwa pokonane; tym razem pokonanym było państwo-zbrodniarz. Układ poczdamski nie był układem pokojowym, był wyrokiem. Można o nim dyskutować na różne sposoby, krytykować, zgłaszać do niego najróżniejsze pretensje – choćby Polacy, którzy walczyli po stronie aliantów czwartą co do liczebności armią, większą niż francuska, mogliby zgłaszać pretensje o swą nieobecność przy stole – ale był to wyrok, który zapadł i który strona ukarana musiała uznać. Po drugiej wojnie to nie my, Polacy, przesunęliśmy granice. Zrobili to alianci, żeby raz na zawsze zlikwidować Prusy, zarodek agresji i zbrodni. Jeśli spadkobiercy strony ukaranej, Bogu ducha winni, przyzwoici, ludzie dobrej woli, nie chcą go uznać, to znaczy, że wchodzą w rolę tamtej strony wojującej i podtrzymują stan wojny, chcąc ją prowadzić dalej środkami pokojowymi. Innej interpretacji poza arystotelesowską nie ma, przy najdowcipniejszych nawet wykrętach i najpiękniejszych deklaracjach”. (S. Bratkowski, Kim chcą być Niemcy, Warszawa 2006, s. 62)

Warto przyjrzeć się także kwestii koncepcji praw człowieka, na którą powołują się autorzy koncepcji prac Fundacji. Na gruncie postmodernizmu koncepcja praw człowieka najzwyczajniej w świecie przeradza się w prawo dżungli. Dlaczego? Silniejszy ubiera po prostu swoje interesy w szatkę praw człowieka i zmusza słabszych to przestrzegania jego rzekomych praw. Tak też jest w tym przypadku. Autorzy koncepcji prac Fundacji obwieścili światu, że „wypędzenie” Niemców było niezgodne z prawami człowieka, i każdy kto będzie to kwestionował, zostanie uznany za „barbarzyńcę”, który nie szanuje praw człowieka. Jakakolwiek dyskusja jest wykluczona; z „barbarzyńcami” w końcu się nie dyskutuje, tylko „cywilizuje”… Na gruncie paradygmatu postmodernistycznego koncepcja praw człowieka służy zabezpieczaniu swoich własnych interesów, a jej podstawą jest siła. Z punktu widzenia koncepcji logocentrycznej jest to nihilizm prawny. Aby mówić o prawach, należy bowiem wskazać ich źródło. Nie wystarczy twierdzić, że się ma „prawo”, tylko dlatego, że pewne wydarzenie odczuwa się jako „krzywdę”. Taka właśnie postawa, która zresztą coraz bardziej się upowszechnia, powiązana jest z postmodernistycznym subiektywizmem. Na gruncie postmodernizmu każde subiektywne odczucie krzywdy od razu stylizowane jest na rzekomą niesprawiedliwość.

Na zakończenie chciałabym poruszyć jeszcze jedną kwestię. Zastanawiam się, na jakiej podstawie Niemcy przypisują sobie prawo przemawiania w imieniu ofiar innych wypędzeń, w tym, swoich własnych ofiar. Czy zwrócili się w tej kwestii do wszystkich europejskich narodów i spytali ich o odpowiednie pozwolenie? Nic nie wskazuje, żeby coś takiego miało miejsce. Inne narody oczywiście nie mają tu nic do powiedzenia, i jeśli ktoś publicznie wyrazi swoje niezadowolenie, zostanie wbity w ziemie przez niemieckich przedstawicieli Wyższej Cywilizacji jako rzekomy „nacjonalista”, który nie chce podjąć trudu „europejskiego pojednania”. Niemcy oczywiście sami przypisali sobie prawo do przemawiania w imieniu ofiar wszystkich wypędzeń, do czego nie mają absolutnie żadnej legitymacji: moralnej, prawnej jak też i politycznej. Dzięki przyjęciu pozycji reprezentanta wszystkich wypędzonych, Niemcy mogą dokonać odpowiedniej relatywizacji swoich własnych zbrodni. Na gruncie paradygmatu postmodernistycznego takie postawienie sprawy jest też jak najbardziej „zrozumiałe”: w końcu chodzi o skonstruowanie takiej kultury pamięci, która najlepiej odpowiada interesom Niemców.

Podsumowując powyższe rozważania należy stwierdzić, że nie ma większego sensu prowadzenie „wojny partyzanckiej” przeciwko pracom Fundacji Ucieczka, Wypędzenie, Pojednanie. Należy natomiast przypuścić zmasowany atak na metodologiczne podstawy tej koncepcji. Należy wykazać nihilizm prawny i moralny, który kryje się za szczytnymi ideami i hasłami prezentowanymi w koncepcji prac Fundacji. Oczywiście, Niemcy mają prawo upamiętnić tamte wydarzenia, ale nie mają prawa do tego, by narzucać innym pogląd, że było to bezprawie, w dodatku takie samo jak Holokaust. Jeśli będą się przy tym nadal upierali, należy głośno mówić o tym, że w ten sposób podważają postanowienia poczdamskie i tym samym znajdują się w stanie wojny z resztą świata.

Jedno jest pewne: mamy tu do czynienia z przejawem wojny cywilizacyjnej o kształt przyszłej Europy. Jeśli zwycięży aktualna narracja Niemiec, będzie to cywilizacji oparta na sile, przemocy i kłamstwie, w której zależność peryferii od centrum zostanie definitywnie zapieczętowana.

Polska powinna stanąć do walki o obronę logocentryzmu, któremu do tej pory byłą wierna. I z czego może być dumna. Na przekór tym, którzy pilnie potrzebują konstruktywistycznych „sztuczek”, żeby zrobić z siebie kogoś, kim się nie było, i ciągle nie jest.

Magdalena Ziętek

Zrodlo: http://magdalenazietek.blogspot.com/2013/04/neokolonializm-w-natarciu-4.html, 4.09.2013

Zdjecie: Premier Winston Churchill, President Harry Truman i Generalissimus Jozef Stalin – Poczdam 25 lispca 1945. Fot. Wikimedia Commons / Wybor zdjecia – wg/PCO

Polecamy blog autorski dr Magdaleny Zietek  W służbie orthos lógos

POLISH CLUB ONLINE, 2013.04.09

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek