Mirosław Kokoszkiewicz: Bękarty okrągłego stołu


Pamiętajmy, że zanim Lizut został za swoje „zasługi” rzucony na odcinek rozrywki musiał się nieźle dla Salonu napracować.

Image 5-23-13 at 6.04 PMIII RP wytworzyła podobnie jak PRL pewien swoisty system uzależniania całych grup ludzi od swoich funkcjonariuszy tworzących tak zwany Salon. Doglądali oni ścieżek karier w bardzo wielu dziedzinach naszego życia. Przez całe lata dzięki opanowaniu mediów to właśnie salon decydował, kto ma być „autorytetem”, celebrytą, ekspertem w dowolnej dziedzinie. Marchewką były przeróżne nagrody, statuetki, promocje twórczości i sama możliwość pojawiania się w charakterze gadających głów na ekranach naszych telewizorów. Zaroiło się od różnych salonowych kamerdynerów czy kelnerów w całej gamie programów, w których nawet o sprawach ważnych dyskutowali przybierając postawę krynic mądrości, przeróżni usłużni komedianci nazywani artystami.

Tak to już jest, że aby marchewka smakowała musi w tej metodzie istnieć i skutecznie działać również kij. Tym kijem było zawsze etykietowanie krnąbrnych takimi słowami pałkami, jak antysemita, nacjonalista, szowinista, ksenofob, homofob, faszysta oraz spychanie ich w kompletny niebyt medialny bądź za pomocą nagonek wywierano takie naciski, że „zbuntowany” delikwent czy delikwentka tracili zajmowane stanowiska, pracę i często nie mieli możliwości zarabiania na chleb.

Istnieje jednak pewna grupa ludzi, która działa na Salon jak przysłowiowa czerwona płachta na byka i atakowana jest z nieukrywaną furią i nienawiścią. Chodzi o takie osoby, które to całe salonowe towarzystwo wzajemnej adoracji mają dokładnie gdzieś i nijak nie da się ich zmusić do ugięcia kolan i padnięcia na nie przed postkomuszą arystokracją.

Chodzi o takie osoby, które salonowi niczego nie zawdzięczają, a odnoszone przez nich sukcesy osiągane dzięki wyjątkowym zdolnościom i umiejętnościom są nie do zakwestionowania, podważenia czy zniszczenia przez tę sforę mieniącą się samozwańczo „elitą”.

Pierwszym przykładem takiej osoby, której salon mówiąc kolokwialnie, może skoczyć jest Agnieszka Radwańska. Jej niezależność finansowa i cała jej kariera to talent, ciężki trening, piękna gra i nic na to nie poradzi cała ta salonowa sfora doprowadzona do furii tym, że nasza Isia publicznie deklaruje swoją wiarę w Boga, a zamiast zgłosić akces do sekty „pancernej brzozy” oddaje hołd prezydenckiej parze i poległym pod Smoleńskiej zaś za kłamliwie oszczerstwa mówi dziennikarzom pewnej telewizyjnej stacji krótkie żołnierskie WON.

Cóż na to może Salon? Nic. Jedynie cieszyć się skrycie, kiedy izraelska dzicz zgromadzona na korcie nazwie ją „katolicką k…ą”, albo oddelegować do jej obszczekiwania i obszczywania takiego salonowego ratlerka jak Mikołaj Lizut, który powie:

-„ Myślę, że tutaj jest jakieś drugie dno. W wielu wywiadach, zarówno Agnieszka Radwańska jak i jej tata, bardzo podkreślali kontekst polityczny. To jest rzeczywiście “Agnieszka Smoleńska”. Ona lokuje się właśnie w obrębie ludu smoleńskiego. Ja bym to czytał w tym kontekście, ponieważ ojciec Rydzyk nie lubi TVN-u, bo to jest siedlisko szatana. Być może chodzi o ten komunikat.”

Po tej wypowiedzi Lizuta posypały się po prawej stronie sceny politycznej głosy oburzenia, ale jednocześnie ich autora przypisano do działu dziennikarstwa zajmującego się rozrywką zapominając o jego „zasługach”.

I tu wypada przypomnieć drugą osobę, która od lat wywołuje wśród „elit” wściekłość i toczenie piany.

Mam tu na myśli Jana Kobylańskiego, wielkiego polskiego patriotę i byłego więźnia Pawiaka oraz obozów koncentracyjnych Mauthausen-Gusen, Dachau, Gross-Rosen i Auschwitz-Birkenau.

Człowiek ten dzięki swoim zdolnościom i talentom nie tylko odniósł wielki sukces finansowy i biznesowy, ale dokładnie 20 lat temu zaczął jednoczyć Polonię zakładając Unię Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej (USOPAŁ).  To właśnie Jan Kobylański nie wahał się by ujawnić haniebne zachowania i przekręty takich polskich pseudo-dyplomatów na stanowiskach ambasadorów jak Jarosław Gugała I Ryszard Sznepf.

I teraz wróćmy do specjalisty od bezradnego szarpania za nogawki niepokornych, czyli Lizuta. To właśnie on, dziennikarz Gazety Wyborczej, kilka lat temu został wydelegowany do Buenos Aires i Montevideo gdzie posługując się zmienionym imieniem i nazwiskiem i podając się za studenta zainteresowanego życiem Polonii próbował wkupić się w łaski Jana Kobylańskiego i zdobyć cokolwiek, co mogłoby skompromitować tego wielkiego Polaka.

Lizut został szybko zdemaskowany, lecz mimo to starym polskim zwyczajem Jan Kobylański udzielił mu gościny w swoim domu, nakarmił, napoił, a nawet dał „studentowi uniwersytetu na Czerskiej” kieszonkowe na drogę powrotną.

W dowód wdzięczności Lizut po powrocie napisał jeden z najbardziej haniebnych tekstów pełen kłamstw i pomówień, zatytułowany „Podwójne życie Don Juana”, który zapoczątkował wielką nagonkę salonowych burków na polskiego patriotę.

Posunął się nawet do zakwestionowania obozowej przeszłości Jana Kobylańskiego publikując w Gazecie Wyborczej kopię zaświadczenia o pobycie w Auschwitz gdzie figuruje Janusz, a nie Jan Kobylański oraz różniąca się o 4 lata data urodzin, co miał dowodzić fałszerstwa. Cały widz polegał na tym, że Lizut celowo nie opublikował wpisu na odwrocie dokumentu gdzie znajdowała się urzędowa korekta daty urodzenia z 21.7.1919 na 21.7.1923. Oczywiście nie wspomniał także Lizut o tym, że imieniem Jan (Juan), prezes Kobylański zaczął posługiwać się dopiero po wojnie emigrując do Ameryki Południowej.

Ale to jeszcze nie wszystko. Skoro bezczelnie zakwestionowano obozową martyrologię polskiego patrioty, to czemu nie pójść za ciosem i nie wsadzić ofiary w buty nazisty. Oto popis podłej manipulacji i insynuacji Lizuta:

„Po wojnie Kobylański trafił do Austrii, potem do Włoch, błyskawicznie dorobił się wielkich pieniędzy. W 1952 r. wyjechał do Paragwaju. Nie ma na to dowodów, ale wszystko wskazuje, że za pomocą siatki Odessa, wspomagającej ucieczkę z Europy nazistów i ich współpracowników. W tym czasie rządził krwawy dyktator gen. Alfredo Stroessner, który udzielał schronienia nazistowskim zbrodniarzom wojennym”.

Oto, do czego może posunąć się w poczuciu bezkarności człowiek kompletnie pozbawiony jakichkolwiek zasad i hamulców. Pomijam już kuriozalny zwrot „nie ma dowodów, ale wszystko na to wskazuje”. Wystarczy zajrzeć do pierwszej lepszej encyklopedii by stwierdzić, że Lizut posłużył się jednym z najbardziej prymitywnych kłamstw, które w każdym normalnym kraju wyrzuciłyby takiego kłamliwego pismaka na bruk.

On po prostu przyspieszył bieg historii i aby dostosować ją do własnego łgarstwa przesunął zamach stanu Stroessnera, który miał miejsce w 1954 roku o dwa lata wstecz, czyli w rok 1952, kiedy to Jan Kobylański przyjechał do Paragwaju.

Oglądając tego salonowego cyngla w telewizji czy słuchając w radiu pamiętajmy, że zanim Lizut został za swoje „zasługi” rzucony na odcinek rozrywki musiał się nieźle dla Salonu napracować.

To tylko dwa przykłady tego, do czego zdolne są samozwańcze „elity”, czyli okupujące nas bękarty okrągłego stołu, ale nie ma lepszej metody na ich demaskowanie jak podawanie takich właśnie przykładów.

Źródła:

Artykuł opublikowany w ogólnopolskim tygodniku Warszawska Gazeta

Polecam moją nową książkę, „Polacy, już czas” ozdobioną rysunkami śp. Arkadiusza „Gaspara” Gacparskiego, jak i poprzednią, „Jak zabijano Polskę”.
Sprzedaż: www.polskaksiegarnianarodowa.pl, United Express, Warszawa, ul. Marii Konopnickiej 6

Mirosław Kokoszkiewicz

Za: 78. Informacje USOPAŁ 23.05.2013, (V.13.543)

POLISH CLUB ONLINE, 2013.05.23

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek