Robert Winnicki: Podsumowanie czterolecia, cz. 2


Robert Winnicki. Fot. Prawy.pl
Robert Winnicki. Fot. Prawy.pl

Kilka tygodni po Walnym Zjeździe Młodzieży Wszechpolskiej można na spokojnie zebrać myśli i spróbować choć pokrótce podsumować minione cztery lata, w których przyszło mi szefować naszemu stowarzyszeniu. Dlatego pozwalam sobie przedstawić Państwu tę mocno subiektywną i dosyć osobistą historię tych lat w pigułce. Z racji długości tekstu, podzieliłem go na trzy części, które będą publikowane w kilkudniowych odstępach.

W błocie

Wstrząs związany z katastrofą smoleńską dotknął niewątpliwie całe polskie społeczeństwo, choć w różnym stopniu i z różnymi skutkami. W ciągu kilku miesięcy po katastrofie Polska stała się teatrem walki dwóch obozów politycznych, walki rozlewającej się na całe grupy społeczne. Kulminacją były wydarzenia pod pałacem prezydenckim na Krakowskim Przedmieściu.

Czy to co się tam działo było mi obojętne? Zdecydowanie nie. Obrazy pijanego motłochu, profanującego symbole narodowe i religijne, pozostaną w pamięci pewnie do końca życia. Podobnie jak wspomnienie poczucia wstydu i upokorzenia, jakie stało się wtedy udziałem Polski i Polaków, jakie stało się również moim udziałem. Tego wstydu i upokorzenia postanowiłem nigdy nie zapomnieć, ale też zrobić wszystko, by nasz naród kiedykolwiek ponownie się w takim syfie pogrążył.

Upokarzające było nie tylko to, co się tam działo, ale również poczucie bezsilności. Co można było zrobić? Podstawowy odruch nakazywał skrzykiwać ludzi pod pałac prezydencki, podejmować działanie. Niezależnie od tego, że naprzeciw wspomnianego motłochu stawały różne grupy, niekiedy również ludzie mocno zagubieni a symbole religijne często służyły po prostu za totemy w bieżącej walce politycznej.

Pomimo tego naturalnego odruchu trzeba było zacisnąć zęby i z boku przyglądać się rozwojowi wypadków. Mieliśmy gorzką świadomość, że jeśli damy się wpisać w rozgrywkę pomiędzy PiS-em a PO, to na długie lata pogrzebiemy szansę na zbudowanie samodzielnego ideowo i mentalnie nurtu narodowego. Na który, jak się wkrótce miało okazać, istnieje duże zapotrzebowanie, zwłaszcza w młodym pokoleniu.

Z ponurego doświadczenia Krakowskiego Przedmieścia 2010 pozostał nie tylko ów wstyd. Przede wszystkim tego lata z całą jaskrawością ujrzeliśmy naród, który nie posiada żadnego sensownego przywództwa. Nikt nie chciał lub nie był w stanie zakończyć żenującego spektaklu narodowego upokorzenia. Nie tylko politycy, ale również i hierarchowie Kościoła zdezerterowali. Od dawna nie było żadnego „interrexa”, więc nie było za kim pójść tak, jak poprzednie pokolenia szły za „niekoronowanym królem Polski” – Prymasem Wyszyńskim. W wakacje 2010 roku pękł wrzód zepsucia, który narastał od początku istnienia okrągłostołowej republiki. Pękł i zaczął się rozlewać, a na powstałej fali rok później swój sukces wyborczy odniósł ruch zorganizowany wokół tego, co w Polsce najbardziej zdegenerowane – Ruch Palikota.

(Na marginesie dodam, że obserwując kolejne obchody rocznicy katastrofy smoleńskiej napisałem w 2012 r. dosyć obszerny tekst, do którego lektury zachęcam: http://narodowcy.net/10-kwietnia-nie-dla-nas/2012/04/17/ .)

Twarzą ku słońcu

W tych samych tygodniach lipca, w których Jarosław Kaczyński przegrał drugą turę wyborów prezydenckich, MW pozbywała się ostatecznie balastu starych czasów (o czym pisałem w pierwszej części podsumowania), a na Krakowskim Przedmieściu rozkręcała się spirala wojny o krzyż, doszło do wydarzenia, które zapowiadało nadchodzący przełom.

Na Radzie Naczelnej MW zdecydowaliśmy o zorganizowaniu Marszu Grunwaldzkiego – tym razem w stolicy. Powody były dwa: okrągła rocznica zwycięskiej bitwy i międzynarodowy zlot aktywistów homoseksualnych, odbywający się w tych samych dniach w Warszawie. Uznaliśmy, że trzeba nie tylko upamiętnić wielką bitwę, ale i tym dobitniej pokazać, że stolica Polaków nie przyjmie takiego spędu bez słowa komentarza. Marsz okazał się przełomowy, przede wszystkim jeśli chodzi o frekwencję. Dotychczasową praktyką było, że na manifestacje organizowane przez narodowców, przychodziła „kadrówka”, czyli de facto członkowie poszczególnych stowarzyszeń czy ugrupowań. Zazwyczaj takie wydarzenia gromadziły po kilkaset osób.

Tymczasem udało się nam osiągnąć dwie rzeczy. Po pierwsze w ciągu dwóch tygodni, dzięki wyrobionym przez poprzednie półtorej roku, albo odnowionym, kontaktom, zebraliśmy pewną pulę osób znanych w środowiskach narodowych, patriotycznych, niepodległościowych, które zapewniły imprezie określony rozgłos.

Po drugie, okazało się, że na apel odpowiedziała nie tylko „kadrówka” i na manifestację w sam środek upalnego, wakacyjnego dnia stawiło się dobrze ponad tysiąc osób. W manifestacji uczestniczyli między innymi przedstawiciele ONR-u. Kierownictwo tej organizacji niedługo potem zwróciło się z propozycją wspólnej organizacji manifestacji 11 listopada. Wzorując się na lipcowych doświadczeniach rozpoczęliśmy zbieranie Komitetu Poparcia, do którego na honorowym miejscu wszedł Związek Żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych. Dodatkową promocję zapewniła Gazeta Wyborcza i reszta michnikowego koncernu, rozpętując obłędną nagonkę „antyfaszystowską”. Tak zaczął się rodzić fenomen Marszu Niepodległości.

Maszeruj albo giń

Już po pierwszej edycji urósł on do rangi wydarzenia symbolicznego. I, jak na dotychczasowe warunki polskiej sceny społeczno-politycznej; wielkiego oraz dynamicznego. Skupił szerokie spektrum ludzi reprezentujących różne tradycje ideowo-polityczne, choć w największym stopniu – po prostu ludzi dla których wspólnym mianownikiem manifestacji są hasła suwerenności państwa i tożsamości narodu. W szeroko zakreślonych ramach imprezy tradycja obozu narodowego i polskiej idei narodowej zajmuje miejsce pierwszej wśród równych.

Przede wszystkim jednak, Marszu Niepodległości nie da się zrozumieć bez kontekstu pokoleniowego. To nie przypadek, że najbardziej widoczną, dominującą grupą podczas 11-listopadowej manifestacji są ludzie młodzi. Reprezentanci pokolenia, które ma dość tkwienia w narodowych kompleksach, w jakich Polaków starają się utrzymać lewicowo-liberalne elity.

Od początku swojego istnienia, będąc inicjatywą społeczną i pozapartyjną, 11 listopada zaczął mieć jednak wydźwięk polityczny. Dwoma najbardziej rozpoznawalnymi postaciami, jakie pojawiły się w 2010 r. na Marszu byli Rafał Ziemkiewicz i Janusz Korwin-Mikke. Ten ostatni, uskrzydlony nienajgorszym, jak na siebie, wynikiem w wyborach prezydenckich sprzed kilku miesięcy, a także liczebnością marszu, podjął próbę jego politycznej konsumpcji. Dostrzegając to, co dziś jest oczywistością – szybki wzrost szeregów organizacji narodowych i jeszcze większą popularność idei narodowej – Korwin podjął próbę wyborczego zagospodarowania tego rodzącego się potencjału. W ciągu kolejnych miesięcy wykonał kilka gestów, które miały na celu przyciągnięcie w jego szeregi narodowców. Taki był również jeden z głównych celów kongresu, jaki zwołał.

Decydując się na mozolne, ale samodzielne budowanie autentycznego ruchu społeczno-politycznego, a nie tworzonej ad hoc federacji wyborczej od sasa do lasa, odrzuciliśmy zaproszenie na kongres (jeśli kogoś interesuje moja ówczesna argumentacja, zapraszam do zapoznania się z oświadczeniem http://narodowcy.net/mlodziez-wszechpolska-odrzuca-sojusz-wyborczy-z-libertarianami/2011/03/31/ ). Korwin sromotnie przegrał w 2011, nie zdoławszy nawet zarejestrować list. Po odrzuceniu przez nas jego politycznych „amorów” zaczął rozprawiać o „narodowych socjalistach”, by w 2012 zorganizować swoją własną manifestację na trzysta osób i, sprowokowawszy nas po raz kolejny fałszywymi epitetami, zostać wyrzuconym z Komitetu Poparcia Marszu.

My, nowe pokolenie

Rozmach Marszu Niepodległości czy innych tego typu, głośnych inicjatyw, to jednak zaledwie „wisienka na torcie” systematycznej działalności narodowej. W pracy społeczno-formacyjnej prowadzonej w ramach Młodzieży Wszechpolskiej stawiałem na to, co sprawdzone – cotygodniowe spotkania kół, referaty ideowe, akcje zewnętrzne. Budowa organizacji hierarchicznej, zdyscyplinowanej, ideowej a zarazem koleżeńskiej, otwartej i potrafiącej łączyć pracę z zabawą. Jedną z nowości był nacisk, jaki w MW położyliśmy na rozwijanie współpracy ze środowiskami podzielającymi, przynajmniej częściowo, nasze wartości. Wychodząc z założenia, że każde miasto i każdy region ma swoją specyfikę, pozostawiłem strukturom lokalnym dosyć dużą swobodę w tym zakresie. Uznając, że podstawowym gwarantem tego, że działacze nie popełnią jakiegoś poważnego błędu nie jest system nakazowo-rozdzielczy i ścisłe kontrolowanie każdego ich kroku, ale cierpliwa i konsekwentna formacja. Postawienie na to, by struktury, w łączności z całą organizacją, mocno zakorzeniały się lokalnie i odnajdowały w specyfice danego miasta czy regionu, okazało się trafne.

Z kolei odejście od bieżącego rozemocjonowania i gry partyjno-wyborczej pozwoliło wyznaczyć horyzont dla „długiego marszu” oraz wypracować stabilne, serdeczne, bezinteresowne i koleżeńskie relacje w samej MW. Budowaliśmy wtedy podstawy dzisiejszego dynamicznego rozwoju i siły. W artykułach wówczas pisanych mówiłem m.in.:

„Trzeba sobie uświadomić, że stanowić będziemy, raczej nieliczną, mniejszość, stojącą wobec biernych mas zanurzonych w bieżącej konsumpcji. Nie oznacza to jednak, że musimy przegrać. Nieliczna, ale dobrze zorganizowana, walcząca o dominację w państwie i społeczeństwie mniejszość, może skutecznie wpływać na kształtowanie się oblicza narodu. Naszym zadaniem jest taką siłę budować. Zachowując pryncypialność ideową, musimy kształcić kolejne pokolenia do prowadzenia walki uwzględniającej ciągłą, nieustanną zmianę form. Zadaniem wszystkich prawych sił społecznych w Polsce jest tworzenie sieci powiązanych ze sobą ruchów, organizacji, stowarzyszeń, instytucji, najróżniejszych podmiotów zagospodarowujących jakiś wycinek rzeczywistości na naszą modłę. W przestrzeni publicznej, politycznej, kulturowej trzeba zdawać sobie sprawę z faktu, że nie dojdzie do żadnej rozstrzygającej bitwy, nie będzie żadnego momentu przesilenia, po którym będzie można stwierdzić; wygraliśmy lub ponieśliśmy klęskę. Nie, specyfika dzisiejszych czasów polega na tym, że nic nie jest do końca określone, walka trwa na wszelkich możliwych polach. Ciężko o jednoznaczną klęskę, a jednoznaczne zwycięstwo, rozumiane jako zbudowanie państwa i społeczeństwa opartego o stałe i w miarę stabilne podstawy, które sprawią, że funkcjonowanie ludzi chcących żyć według „jednego poglądu”, będzie proste i oczywiste, takie zwycięstwo nie wydaje się realne. W tej permanentnej, totalnej walce, wszechpolskie widzenie świata, wszechpolska ideowość i pragmatyzm, wszechpolska aktywność i mobilność są tymi cechami, które czynią z młodych ludzi roztropnych i pewnych żołnierzy słusznej sprawy (dla zainteresowanych całością artykułu –http://narodowcy.net/polacy-polska-mlodziez-i-mlodziez-wszechpolska-w-dobie-globalizacji/2011/06/23/ )

Zdynamizowanie działalności MW, ale i innych organizacji tworzących narodową koalicję, takich jak ONR czy NSZ, oraz powstanie szeregu inicjatyw lokalnych po 2010 roku w naturalny sposób utorowało drogę do powstania Ruchu Narodowego. Ale o tym w kolejnej części podsumowania.

Robert Winnicki
Autor jest jednym z liderów Ruchu Narodowego, honorowym prezesem Młodzieży Wszechpolskiej.

Źródło: http://prawy.pl/felieton/3143-robert-winnicki-podsumowanie-czterolecia-cz-2 , 27-05-13

Przeczytaj Cześć 1

POLISH CLUB ONLINE, 2013.05.29

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek