Andrzej Solak: Cristiada – w obronie wolności i wiary


www.krzyzowiec.prv.pl

„Viva Cristo Rey! – Niech żyje Chrystus Król!” – ten okrzyk rozbrzmiał jako zawołanie bojowe po raz pierwszy w 1873 r. Wznieśli go powstańcy indiańscy walczący z rządem liberałów uciskającym ówczesny Meksyk.

Z czasem słowa te, często wymawiane szeptem, stały się pozdrowieniem wiernych Kościoła żyjących w ucisku; otwierały i zamykały zebrania katolickich konspiratorów; dźwięczały z siłą gromu w trakcie demonstracji ulicznych i na polach bitew. W miejscach kaźni, rzucane wprost w twarz oprawcom, zastępowały pożegnalne przemowy na progu Wieczności. Ze szczególną mocą powtarzały je tysiące ust w latach 1926-1929, podczas Wojny Chrystusowej (Guerra Cristera), zwanej też Cristiadą (od połączenia słów cristeros – chrystusowcy oraz cruzada – krucjata).

W tym samym czasie, kiedy cristeros – męczennicy i żołnierze Chrystusa Króla – umierali z Imieniem swego Pana na ustach, w Meksyku dało się słyszeć inne zawołanie. Pojawiło się niczym złowrogi grzmot, dobitnie podkreślając charakter toczących się zmagań. Oto żołnierze wojsk federalnych, wierni słudzy swego prezydenta zwanego „Antychrystem”, szli do ataku z okrzykiem: „Viva el Demonio!”. Nie po raz pierwszy i nie ostatni w historii siły pragnące zdławić Kościół, programowo odwołujące się do ateizmu, wzywały w sukurs moce ciemności.

Cień z północy

Jak to możliwe, że Meksyk, kraj w ogromnej większości katolicki, stał się areną prześladowań antykościelnych?

Po ogłoszeniu niepodległości (1821) w życiu politycznym tego kraju coraz potężniejszą rolę odgrywały stronnictwa liberalne, zapatrzone we wzorce Rewolucji Francuskiej, mocno akcentujące swój „antyklerykalizm”, znajdujące intelektualne zaplecze w masonerii.

Pierwsze loże wolnomularskie powstały w Meksyku w XVIII w., jeszcze pod władzą hiszpańską. Zjednoczyły się one w 1813 r., nawiązując kontakty z masonerią północnoamerykańską. Pierwszy poseł Stanów Zjednoczonych w niepodległym już Meksyku, J. R. Poinsett aktywnie uczestniczył w zakładaniu lóż rytu York, które miały wywierać wpływ na meksykańską klasę polityczną zgodnie z oczekiwaniami Waszyngtonu.

Wolnomularze amerykańscy odegrali wielką rolę w agresji USA na Meksyk. Do masonerii należeli m.in. przywódcy tzw. rewolucji teksaskiej (1835-1836) – S. Houston, J. Bowie D. Crockett, a także prezydent Stanów Zjednoczonych J. Polk, sprawca inwazji na Meksyk i zagarnięcia połowy jego terytorium (1846-1848). Szczególnie ten ostatni konflikt stał się okazją do prześladowań na tle religijnym. W wielu zdobytych miejscowościach Meksyku żołnierze amerykańscy dopuścili się niszczenia świątyń katolickich i obiektów kultu oraz zbrodni na ludności cywilnej. Dowodem, że ówczesne zmagania miały również charakter religijny jest głośna sprawa Batalionu Świętego Patryka.

Krzyżowcy świętego Patryka

W amerykańskich siłach zbrojnych służyło wielu katolików – głównie imigrantów z Europy. Z powodu swej religii byli w wojsku poddawani regularnym szykanom. Wielu nie chciało walczyć przeciw swym współwyznawcom z Meksyku. Niesprawiedliwy charakter tej wojny oraz doniesienia o profanacjach dokonanych przez Amerykanów wzbudzały oczywisty konflikt sumienia. Część żołnierzy postanowiła zareagować czynnie, dezerterując i przechodząc na stronę meksykańską. Uczyniło tak aż 1.000 irlandzkich katolików (tj. co piąty spośród przedstawicieli tej nacji służących w amerykańskim wojsku), ponadto 445 imigrantów z państw niemieckich i 457 żołnierzy reprezentujących inne narodowości.

Tablica ku pamięci Irlandczyka Jon Patrick Riley i jego Bataliony św. Patrika. Fot. WikiComm.
Tablica ku pamięci Irlandczyka Jon Patrick Riley i jego Bataliony św. Patrika. Fot. WikiComm.

Szczególny rozgłos zdobył sierżant Jon Patrick Riley, Irlandczyk. Dosłużył się on u Meksykanów stopnia majora, stojąc na czele ochotniczego batalionu katolickiego. Formacja przyjęła nazwę El Batallón de San Patricio – Batalion Świętego Patryka. Przez jej szeregi przewinęło się ponad 500 żołnierzy – Irlandczyków, Amerykanów, Meksykanów, Anglików, Szkotów, przybyszów z państw niemieckich, z Francji, Włoch, Kanady, Hiszpańskiej Florydy, również kilku Polaków.

San Patricios zasłynęli męstwem pod Monterrey, Bueba Vista, Cerro Gordo, Churubusco… W razie dostania się do niewoli amerykańskiej ich los był straszny. „Szczęśliwców” czekała chłosta (50 razów kijem) oraz wypalenie rozgrzanym żelazem litery D (Deserter) na policzku; innych wtrącono do więzienia. Jednak aż pięćdziesięciu schwytanych żołnierzy Batalionu skazano na śmierć i powieszono.

Egzekucja trzydziestu z nich, dokonana 10 września 1847 r. pod Chapultepec, nosiła znamiona swoistego mrocznego rytuału. Oczekujący na śmierć skazańcy stali u stóp lasu szubienic z pętlami na szyjach, smażąc się przez długie godziny w słońcu. Czekali na finał szturmu Amerykanów na twierdzę Chapultepec, dawną siedzibę azteckich władców i hiszpańskich wicekrólów, teraz zaś ostatni punkt oporu Meksykanów na drodze do stolicy ich kraju. Sygnałem do egzekucji był moment wywieszenia amerykańskiej flagi na wieży zdobytego zamku.

Zbiorowa egzekucja trzydziestu katolików w swoisty i niepowtarzalny sposób „uświetniła” sukces amerykańskiego oręża. Była niczym ofiara dziękczynna złożona na ołtarzu krwawego bóstwa.

Meksykański Robespierre

Meksykańscy wierni Kościoła doznawali ucisku również ze strony własnych polityków, zwłaszcza coraz silniejszych liberałów, których elity przywódcze zyskały formację w masońskich lożach. W latach 40. i 50. doszło na tym tle do kilku powstań i buntów zdesperowanych katolików.

Prawdziwy kataklizm zapoczątkowała „reforma” ogłoszona przez prezydenta Benito Juareza, lidera liberałów i masona, zwanego „meksykańskim Robespierre’m”. Receptą Juareza na uzdrowienie ekonomicznej zapaści kraju było zagrabienie własności kościelnej. Ponadto zamierzał on doprowadzić do zamknięcia katolickiego uniwersytetu, kasaty większości zakonów oraz do wypędzenia z Meksyku jezuitów (na punkcie których rewolucjoniści, masoni i liberałowie w wielu krajach mieli prawdziwą obsesję).

„Reforma” Juareza uderzała nie tylko w Kościół, ale również w interesy indiańskiego chłopstwa. W kraju zapanowało wzburzenie. Ostry kryzys polityczny doprowadził do wybuchu wojny domowej, w którą włączyły się obce mocarstwa. Dramatyczny konflikt rozdarł ówczesny Meksyk. Liberałowie prezydenta Juareza uzyskali pomoc Stanów Zjednoczonych. Kościół i wspierające go stronnictwo konserwatystów opowiedzieli się po stronie cesarza Maksymiliana Habsburga, posiłkowanego przez Austrię i Francję. W krwawej wojnie (1861-1867), która pochłonęła blisko sto pięćdziesiąt tysięcy ofiar, Juarez i liberałowie odnieśli zwycięstwo. Trzeba przyznać, że choć w następnych latach „meksykański Robespierre” nie cofał się przed srogim represjonowaniem swych przeciwników politycznych, to jednak nieco złagodził antykościelny kurs.

„Viva Cristo Rey!” – odsłona pierwsza

Następca Juareza, prezydent Sebastian Lerdo de Tejeda, próbował powrócić na drogę represji. Nie oglądając się nawet na zapisy w liberalnej Konstytucji wprowadził szereg restrykcji, m.in. znacjonalizował majątek kościelny, zlikwidował szkolnictwo katolickie i wypędził z kraju setki zakonników i zakonnic. Obrany przez niego kurs na konfrontację doprowadził do kolejnego rozlewu krwi.

W 1873 r. chwycili za broń indiańscy chłopi w Sierra Gorda i Bajio. To wtedy po raz pierwszy rozbrzmiał okrzyk: „Viva Cristo Rey!”. Bunty krwawo stłumiono, ale bojowe zawołanie powstańców mocno utkwiło w świadomości wiernych. W przyszłości miało ono wstrząsnąć fundamentami laickiego państwa.

Katolicy zyskali chwilę wytchnienia w czasach dyktatury generała Porfirio Diaza (1876-1911). Choć Diaz również wywodził się z kręgów liberalnych i należał do wolnomularstwa, a rządy swe sprawował twardą ręką, za jego czasów doszło do pewnej normalizacji stosunków między państwem a Kościołem. Niektóre antykatolickie edykty odwołano; inne wciąż obowiązywały na papierze, jednak nie były egzekwowane. Na ziemię meksykańską powróciły zakony, w miarę swobodnie rozwijały się katolickie stowarzyszenia i szkoły.

Upiory Rewolucji

Lata koszmaru powróciły podczas Rewolucji Meksykańskiej (1910-1917). Kłótnie polityków z kilku obozów doprowadziły do straszliwej wojny domowej. Frakcje rewolucjonistów walczące zażarcie o władzę prześcigały się w okrucieństwie i bezwzględności. Setki tysięcy ludzi zabito, a jeszcze większą liczbę zepchnięto na skraj nędzy.

Odżyły upiory prześladowań religijnych. Celowała w nich zwłaszcza frakcja tzw. „konstytucjonalistów” dowodzona przez generałów Carranzę iObregona, a także łupieżcze watahy Pancha Villi.

W ciągu zaledwie roku w Meksyku zamordowano 160 księży, wielu uwięziono. Świątynie były systematycznie bezczeszczone, dewastowane i łupione. Stale ograniczano liczbę legalnie działających księży (jeden miał przypadać na kilka tysięcy wiernych). Kościoły, o ile udało się im przetrwać furię rewolucjonistów, mogły być otwarte jedynie kilka godzin w ciągu doby. Systematycznie likwidowano szkolnictwo katolickie. W poszczególnych stanach władze posuwały nawet do zakazywania bicia w dzwony kościelne, wygłaszania kazań, udzielania chrztów czy odprawiania Mszy za zmarłych. Tematem publicznej debaty w Kongresie Konstytucyjnym był projekt (ostatecznie zarzucony) wprowadzenia urzędowego zakazu spowiedzi.

Ogłoszona w 1917 r. (nomen omen w dwusetną rocznicę powstania masonerii) Konstytucja Meksyku odbierała Kościołowi osobowość prawną. Organizacje i stowarzyszenia religijne zostały zdelegalizowane. Zakony ulegały kasacie, tysiące ojców, braci i sióstr zakonnych skazano na wypędzenie z kraju. Oficjalnie zniesiono szkoły wyznaniowe (których w Meksyku wciąż było ok. 2.000). Działalność Kościoła miała zostać poddana totalnej kontroli państwa (które uzurpowało sobie prawo do decydowania o liczbie kapłanów w poszczególnych parafiach). W Konstytucji znalazł się też zapis zabraniający pod grozą surowych kar krytyki rządu i urzędników. Rzymskie czasopismo „La Civilta Cattolica”nazwała Konstytucję meksykańską „kodeksem nowoczesnego prześladowania religijnego”.

Szczęśliwie dla Kościoła, rewolucjoniści nie mieli czasu i możliwości wprowadzenia tych postanowień w życie. W bezpardonowej walce o władzę mordowali swych prawdziwych i wyimaginowanych oponentów, również wczorajszych zwolenników. Przypominali stado zarażonych wścieklizną wilków, zagryzających się nawzajem w bezrozumnym amoku. Rewolucja Meksykańska wygasła, pozostawiając po sobie niezliczone groby i ogrom zniszczeń; wcześniej jednak pożarła większość swoich dzieci.

Pragnienie wyciągnięcia kraju z chaosu zadeklarował generał Alvaro Obregon. Gdy objął prezydenckie rządy (1920-1924) ludzie Kościoła spodziewali się najgorszego. Wszak Obregon, mason i aktywista frakcji „konstytucjonalistów”, znany był wcześniej z wielu zbrodni oraz nienawiści do Kościoła. Jednak teraz, jako prezydent długo starał się maskować swe prawdziwe oblicze; na razie pozował na rzecznika porozumienia narodowego.

Ostateczną rozprawę z Kościołem miał podjąć zausznik Obregona i jego następca na stanowisku prezydenta (konstytucja Meksyku nie przewidywała możliwości reelekcji), nazwiskiem Calles. O tym, co czekało meksykańskich katolików pod jego rządami, świadczyły jego przydomki. Plutarco Elias Calles z dumą określał się mianem „meksykańskiego Nerona” i „Antychrysta”.

Wojna z Antychrystem

Zrazu mówili o sobie: obrońcy (defensores), wyzwoliciele (libertadores), ci z ludu (populares). Wróg nadał im miano chrystusowców (cristeros).

Ta ostatnia nazwa miała być zjadliwym szyderstwem, aktem pogardliwej stygmatyzacji, obnażającym ich wsteczne poglądy i religijny fanatyzm. A oni przyjęli ją z czcią, niczym najwyższe odznaczenie, bo rzeczywiście najpełniej oddawała sens ich walki. Bili się przecież z Imieniem Chrystusa Króla na ustach. Na swych sztandarach mieli postać Matki Bożej z Guadalupe. Szli do walki, zabijali i sami ginęli z modlitwą na ustach, niczym dawni krzyżowcy. A chwycili za broń dlatego, że w ich ojczyźnie rządy objął Antychryst.

Znaki

Alvaro Obregon, Prezydent Meksyku 1920-1924. Fot. WikiComm.
Alvaro Obregon, Prezydent Meksyku 1920-1924. Fot. WikiComm.

Nadejście Antychrysta zapowiadało wiele znaków. Wprawdzie straszliwą Rewolucję Meksykańską (1910-1917) uznano już za zakończoną, a urzędujący prezydent Alvaro Obregon oficjalnie zapowiadał pojednanie z Kościołem, jednak w powietrzu wciąż unosiły się opary krwi.

Na ulicach szalał terror „antyklerykalnych” bojówek inspirowanych przez masonerię. 13 maja 1921 roku, w czwartą rocznicę rozpoczęcia objawień w Fatimie, potworny wybuch wstrząsnął katedrą w Morelli. Bomba podłożona przez „nieznanych sprawców” zabiła ponad stu wiernych zgromadzonych na Mszy św. Inne eksplozje zdemolowały rezydencje arcybiskupów Ciudad de Mexico i Guadalajary. 14 listopada tego roku kolejna „machina piekielna” eksplodowała przed cudownym obrazem Matki Bożej w Bazylice w Guadalupe.

Wszystko to stanowiło zapowiedź krwawych prześladowań, choć ostatni z zamachów, paradoksalnie, stał się znakiem nadziei – bomba terrorystów w niewytłumaczalny sposób nie zdołała uszkodzić cudownego wizerunku.

Brutalna i krwawa wojna prowadzona przeciw Kościołowi przy pomocy skrytobójców wkrótce przestała wystarczać ukrytym w cieniu władcom marionetek. Prezydent Obregon, mimo maski oświeconego rzecznika pojednania, zaczął dokręcać śrubę represji. Kiedy tylko delegat apostolski biskup Ernest Filippi wziął udział w odsłonięciu pomnika Chrystusa Króla, Alvaro Obregon oskarżył biskupa o „przestępstwo przeciw Republice”, wypędził go z kraju i zerwał stosunki dyplomatyczne z Watykanem. W 1924 r. Obregon przekazał insygnia prezydenckie swemu najbliższemu współpracownikowi, nazwiskiem Plurarco Elias Calles. Pod rządami Callesa Meksyk miał ponownie spłynąć krwią.

„Turek” z loży Helios

Calles szczerze nienawidził Kościoła katolickiego. Nazywano go „Turkiem” („El Turco”), choć w rzeczywistości jego przodkowie byli Żydami sefardyjskimi przybyłymi do Meksyku pod koniec XVIII wieku. Calles miał mętny życiorys, w młodości podejrzewano go o malwersacje i próby wyłudzeń. Potem rzucił się w wir polityki. Członkostwo w masonerii (loża Helios) otwarło mu drogę do kariery wśród liberalnych rewolucjonistów. Oficjalnie deklarował się jako ateista, choć jego zapowiedzi zniszczenia Kościoła miały w sobie swoisty apokaliptyczny mistycyzm. Zdobył złowrogą sławę jako El Anticristo – Antychryst.

Calles jako prezydent miał praktycznie nieograniczoną władzę. Zrazu próbował uderzyć w katolików przy pomocy inspirowanych przez władze „wystąpień obywatelskich”. Przekazał 50 drukarni państwowych aktywistom Federacion Anticlerical Mexicana, by zalewali kraj antykościelnymi paszkwilami. Usiłował doprowadzić do rozłamu w Kościele, wszelako promowany przez niego schizmatycki Apostolski Kościół Katolicki Meksyku zdołał przyciągnąć zaledwie 15 księży (na 4.000 ogółem). W 1925 r. próba zajęcia przez tych odszczepieńców świątyni katolickiej La Soledad w Ciudad de Mexico zakończyła się krwawym dramatem – zabito siedmiu protestujących katolików.

W następnym roku Calles uznał, że nadszedł czas ostatecznej konfrontacji. Ogłosił, że wchodzą w życie martwe dotąd zapisy konstytucji z 1917 r. Od tej chwili uroczystości kościelne mogły odbywać się tylko wewnątrz świątyń. Zakazano nauki religii we wszystkich typach szkół. Cały majątek kościelny (łącznie ze świątyniami) stał się własnością państwa. Szereg kościołów zamknięto, a przy tej okazji doszło do licznych aktów profanacji. Skasowano zakony. Wszyscy duchowni-cudzoziemcy podlegali natychmiastowemu wydaleniu z granic kraju. Kapłan „winny” pojawienia się w sutannie poza murami kościoła narażał się na grzywnę w wysokości 500 pesos. Kary grzywny przewidziane były również dla osób używających słowa „Bóg” w miejscu publicznym (łącznie z tradycyjnym pożegnaniem Adiós! – Z Bogiem!). Księżom ośmielającym się krytykować rząd groziło do 5 lat więzienia.

„Prawo Callesa” wywołało falę dodatkowych restrykcji ze strony władz poszczególnych stanów, które poczęły regulować odgórnie liczbę księży na swoim terenie. Władze stanu Chiapas zezwoliły łaskawie, by 1 kapłan przypadał na 60 tysięcy obywateli. Władze stanu  Vera Cruz przelicytowały ów dekret, redukując u siebie liczbę księży w proporcjach 1 na 100 tysięcy ludności. Na tym tle wrażenie robiła „tolerancyjna” polityka władz stanu Michoacan, które wyraziły zgodę, by 1 kapłan obsługiwał „zaledwie” 33 tysiące owieczek…

Jak obrazowo określił to minister spraw wewnętrznych w rządzie Callesa, generał Sixto Adalberto Tejeda Olivares, władze uchwyciły Kościół za gardło i teraz go zaduszą.

Viva Cristo Rey!

W kraju zawrzało od protestów. Dwa miliony katolików podpisało petycję do władz; niestety, została odrzucona przez Kongres. Doszło do szeregu demonstracji ulicznych. Organizacje katolickie (z Krajową Ligą Obrony Wolności Religijnej na czele) rzuciły hasło bojkotu kin, teatrów, prasy, środków komunikacji państwowej i sklepów tytoniowych; w ten sposób dochody sektora publicznego zostały poważnie uszczuplone. Jednak prawdziwym wstrząsem dla narodu był swoisty „strajk” duchowieństwa, polegający na wstrzymaniu się od udzielania posług religijnych w świątyniach.

3 sierpnia 1926 r. w Guadalajarze czterystu uzbrojonych katolików zabarykadowało się w miejscowym kościele. Skapitulowali przed wojskiem po zaciętej bitwie, dopiero gdy wyczerpała się im amunicja. To pierwsze starcie zbrojne pochłonęło 18 zabitych i 40 rannych.

Siły bezpieczeństwa uderzyły na następne kościoły. Stawiających opór parafian bito, polewano wodą z hydrantów i coraz częściej zabijano. Jeden z takich dramatów miał miejsce 14 sierpnia 1926 roku w wiosce Chalchihuites w stanie Zacatecas. Agenci policji rozstrzelali tam księdza Luisa Batiza Sainza (dziś błogosławionego), opiekuna lokalnego oddziału Akcji Katolickiej Młodzieży Meksykańskiej oraz trzech jego najbliższych współpracowników. Cała czwórka zaprezentowała wspaniałą postawę w obliczu śmierci, wznosząc dawny okrzyk XIX-wiecznych powstańców indiańskich z Sierra Gorda i Bajio:

– Viva Cristo Rey! – Niech żyje Chrystus Król!

Już wkrótce te słowa powtórzą tysiące mężnych.

Cristiada

cristeros6Wieści o wypadkach w Guadalajarze i Chalchihuites rozprzestrzeniały się jak błyskawica. Wkrótce wybuchło szereg powstań lokalnych – najpierw w środkowo-zachodnim Meksyku, potem na obszarze całego kraju. Szczególnie żywo zareagowała wieś. Chłopi samorzutnie formowali piesze i konne oddziały partyzanckie, początkowo uzbrojone jedynie w broń myśliwską, rewolwery i maczety, które wszakże okazały się groźnym przeciwnikiem dla sił reżimowych. Coraz potężniej rozbrzmiewał okrzyk:

– Viva Cristo Rey!

Spontaniczne wystąpienia lokalne stanowiły zaskoczenie zarówno dla władz, jak i opozycji. Dopiero po kilku tygodniach Krajowa Liga Obrony Wolności Religijnej przystąpiła do organizowania ogólnokrajowego zrywu. Termin wybuchu insurekcji wyznaczono na 1 stycznia 1927 roku. W tym dniu ogłoszony został manifest Do Narodu (A la Nacion), w którym przepowiedziano „godzinę zwycięstwa należącą do Boga”. Nadszedł czas cristeros i ich świętej wojny – Cristiady.

Szeregi powstańców gwałtownie rosły. W 1927 r. ich liczba sięgała dwudziestu trzech tysięcy. Dwa lata później doszła już do pięćdziesięciu tysięcy (wobec osiemdziesięciu tysięcy żołnierzy armii rządowej). Szli do walki pod sztandarami z Najświętszym Sercem Jezusa i Matką Bożą z Guadalupe.

Cristeros brakowało dosłownie wszystkiego – broni, wyposażenia, wyszkolenia wojskowego. Wkrótce w ich dowództwie pojawił się fachowiec wysokiej klasy, choć zarazem człowiek o dość mętnej przeszłości. To Enrique Gorostieta – generał armii meksykańskiej, weteran wojny rewolucyjnej, liberał i wolnomularz. W szeregi cristeros pchnęła go… chciwość. Powstańcy potrzebowali profesjonalnego sztabowca, a Gorostieta zgodził się walczyć przeciw swym masońskim braciom jako najemnik, za okrągłą sumkę 3000 pesos w złocie miesięcznie. Jednak dla Gorostiety ten krok okazał się pierwszym na drodze do nawrócenia. Żarliwa wiara jego podkomendnych idących na śmierć bez lęku, miała dlań nieodpartą, przyciągającą moc. W 1929 r. generał Gorostieta poległ bohatersko za sprawę, którą w liście do przyjaciela nazwał „świętą”.

Anioły i demony

Wojna w Meksyku przybierała na sile. Rząd nie mogąc sobie poradzić ze stale potężniejącą partyzantką, jął stosować taktykę „dekoncentracji”. Polegała ona na deportowaniu ludności cywilnej danego obszaru do obozów koncentracyjnych, oraz na tworzeniu na wyludnionym w ten sposób terenie stref wolnego ostrzału, w których wojsko zabijało każdą napotkaną żywą istotę.

Władze walczyły z Kościołem odwołując się nie tylko do ateizmu. Wspierano również rozwój sekt protestanckich. Odnotowano także przypadki odwoływania się do sił demonicznych. Wojska rządowe przeprowadzały akcje pacyfikacyjne przy wtórze skandowanego hasła: „Viva el Demonio!”. Tomas Garrido Canabal, gubernator stanu Tabasco, szczególnie zapiekły w nienawiści do Kościoła, nadał swym synom imiona: Szatan, Lucyfer i Lenin. Pewien pułkownik wojsk reżimowych wzięty do niewoli przez cristeros i skazany na śmierć, w chwili egzekucji wzniósł okrzyk: „Niech żyje wielki diabeł!”

Z drugiej strony żołnierze Callesa raz po raz raportowali przerażeni o niezwykłych zjawiskach, jakich mieli być świadkami na polach bitew. W ich opowieściach stale pojawiały się postacie Niewiasty na białym koniu bądź mężczyzny (identyfikowanego ze św. Jakubem Apostołem Starszym) na szarosiwym rumaku, unoszące się wysoko nad chmurami, nad głowami cristeros

Przyjaciele i wrogowie

Cristeros walczyli w niemal całkowitym osamotnieniu. Prześladowania katolików w Meksyku kilkakrotnie potępił papież Pius XI, jednak odzew na arenie międzynarodowej był niemal żaden. Jedynie Irlandia zdecydowała się zerwać stosunki dyplomatyczne z reżimem Callesa.

Biskupi Kościoła meksykańskiego (z których większość przebywała na wygnaniu w USA) starali się alarmować światową opinię publiczną w sprawie represji antyreligijnych w ich ojczystym kraju, wszakże równocześnie większość z nich dystansowała się od zbrojnego „buntu” cristeros.

Z kolei El Anticristo uzyskał wsparcie administracji amerykańskiej. Ta pospieszyła z dostawami uzbrojenia (broni ręcznej, karabinów maszynowych i samolotów), równocześnie zamykając granicę dla ewentualnych szlaków zaopatrzenia dla powstańców. Kiedy w 1929 r. część armii Callesa zbuntowała się, wówczas lotnictwo amerykańskie zbombardowało pozycje rebeliantów.

Waszyngton wspierał mordercze rządy Callesa, jednak wieści o prześladowaniach religijnych w Meksyku wzbudziły niepokój u wielu Amerykanów. Wreszcie w 1935 r. senator William Borah ze stanu Idaho wystąpił z rezolucją, domagając się wdrożenia śledztwa w tej sprawie. Inicjatywę poparło 242 członków Izby Reprezentantów. Niestety, ówczesny prezydent Franklin Delano Roosevelt, mimo ponawianych petycji ze strony wielu stowarzyszeń (m.in. Rycerzy Kolumba), zachował w tej sprawie znaczącą obojętność. Nie od rzeczy jest przypomnieć, że Roosevelt posiadał wysoki, 32-gi stopień wtajemniczenia w masonerii rytu szkockiego. Rząd Callesa wspierały wszystkie ryty wolnomularstwa północnoamerykańskiego, również organizacje paramasońskie, jak YMCA i Ku Klux Klan, a także szereg wspólnot protestanckich.

Pokój i zdrada

W 1929 r. rząd, nie mogąc uporać się z powstaniem, zdecydował się na rozmowy z Episkopatem. Zawarto porozumienie o przywróceniu swobody kultu. Biskupi wezwali cristeros do przerwania walki. Powstańcy złożyli broń i rozeszli się do domów.

Niestety, był to jedynie wybieg zdradzieckich władz. Siły bezpieczeństwa wznowiły terror, mordując tysiące byłych cristeros. Wiernych zabijano na ulicach i w murach świątyń. Rząd zadekretował, że zgodzi się na posługę jedynie 333 kapłanów w całym kraju (Meksyk liczył wówczas 16 milionów mieszkańców). W szkołach wprowadzono tzw. wychowanie socjalistyczne, w ramach którego zwalczano „przesądy religijne”. Ogłoszono koniec ery chrześcijańskiej wprowadzając nowy, pogański kalendarz, pełen tak interesujących świąt, jak np. masońskie Święto Cyrkla i Kompasu.

Episkopat sprzeciwiał się ponownemu powstaniu, mimo to garść desperatów (ok. 7.500) poderwała się do walki. Ich Guerilla (Partyzantka) czy też La Segunda (Druga – tj. Druga Cristiada) przez długie lata będzie prowadziła okrutną walkę z wrogiem.

Rządy antykościelnych fanatyków zrujnowały Meksyk. Liczbę zabitych w walkach i represjach na tle religijnym w latach 20. i 30. szacowano rozmaicie, najczęściej na 70-100 tysięcy, choć pojawiały się też informacje nawet o 250 tysiącach ofiar.

W końcu na szczytach władz doszło do przetasowań. W 1935 r. frakcja Callesa została usunięta z rządu, a on sam wypędzony z kraju. Trzy lata później odwołano prześladowania Kościoła. Masowy krwawy terror ustał, choć przed wspólnotą katolicką były jeszcze długie dziesięciolecia rozmaitych szykan. Większość katolickich guerilleros złożyła broń, chociaż najwytrwalsi bili się aż do 1941 roku. Meksyk zaczynał leczyć bolesne rany.

Duchy i sępy

Plutarco Elias Calles po pewnym czasie pogodził się z władzami i powrócił do kraju. Nie zdołał już odzyskać władzy, mimo że przez parę lat brylował na salonach stolicy. Ponoć zainteresował się spirytyzmem. On – kiedyś wojujący ateusz – zabawiał się teraz wywoływaniem duchów, potwierdzając tym znaną zasadę, że człowiek, który nie wierzy w Boga, gotów jest uwierzyć we wszystko. Widać przeczucie nadchodzącej śmierci wywołało w nim zrozumiałe zaciekawienie tym, co czeka go po drugiej stronie Wielkiej Tajemnicy.

El Anticristo żył ze świadomością, że nie zdołał zniszczyć Kościoła. W kręgach, w których obracał się „Turek”, nie było słychać płaczu i żałobnych śpiewów nad dziesiątkami tysięcy mogił, jakie pozostały po jego rządach. Jednak każdego dnia musiał wysłuchiwać dobiegającego z oddali bicia dzwonów. Ich dźwięk uświadamiał mu stale klęskę jego apokaliptycznej misji, wdzierał się w sumienie nie pozwalając zapomnieć o popełnionych potwornościach, o nieuchronnym dniu zapłaty.

Zmarł 19 października 1945 roku w Ciudad de Mexico. Świadkowie zapamiętali, że tego dnia nad miastem unosiło się ogromne stado sępów.

 Andrzej Solak

„Egzorcysta” kwiecień 2013
http://www.polwen.pl/img/ostatnia_8.jpg http://miesiecznikegzorcysta.pl/

Źródło: http://cristeros1.w.interia.pl/crist/rekonkwista/cristiadawobronie.htm

POLISH CLUB ONLINE, 2013.07.05

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek