Po Wimbledonie – Co dalej z polskim tenisem?


Agnieszka Radwańska / Jerzy Janowicz. Fot. tennisworldusa.org
Agnieszka Radwańska / Jerzy Janowicz. Fot. tennisworldusa.org

Odnieśliśmy wielki sukces. Nie tylko największy w dziejach polskiego tenisa, ale także – biorąc pod uwagę popularność tej dyscypliny na świecie – jeden z największych w dziejach polskiego sportu. Byliśmy tym krajem, który wprowadził najwięcej swoich reprezentantów do singlowych półfinałów Wimbledonu.

Rodzi się pytanie, czy zdołamy wykorzystać te sukcesy dla rozwoju polskiego tenisa, bo wolno przecież mieć nadzieję, że jeszcze przez kilka lat zarówno Agnieszka Radwańska (a może i jej siostra Urszula), oraz Jerzy Janowicz będą grali na poziomie światowej czołówki, tak jak to się kiedyś udało z sukcesami Adama Małysza, czy też raczej je zmarnujemy, jak to się dzieje z triumfami Justyny Kowalczyk?

Niestety, ale czarno to widzę.

Różnica między wpływem sukcesów Małysza i Kowalczyk na rozwój w Polsce dyscyplin, które reprezentują nie tkwi bowiem w ich popularności (polskie skoki narciarskie przed Małyszem, to także była ultraniszowa dyscyplina sportu), ale przede wszystkim w czasie, w których oboje swoje największe triumfy odnosili lub odnoszą.

To nie przypadek, że na pokoleniu Janowicza i Urszuli Radwańskiej kończy się grupa tych polskich tenisistów, którzy już w czasach juniorskich odnosili sukcesy, dochodząc do finałów Wielkich Szlemów lub nawet je wygrywając. Za nimi jest teraz prawie kompletna pustka.

To nie przypadek także, że pierwszym komentarzem jakiegoś senatora PO na wyniki Janowicza i Radwańskiej była radość, że oni te sukcesy osiągnęli tak jak powinni, sami, bez żadnej pomocy państwa. Tymczasem rodzice nawet najzdolniejszych dzieci sami nie wybudują kortów tenisowych ani tras narciarskich. I w olbrzymiej większości sportowych potęg świata w tych dyscyplinach to władza na różnych szczeblach taki rozwój wspiera, widząc w tym nie tylko przyszły sukces wizerunkowy państwa, ale i inwestycję w sprawność fizyczną i zdrowie obywateli. Przecież na 10 osób zaczynających grę w tenisa lub bieganie na nartach, 9 będzie to przez całe swoje życie robiło amatorsko.

Oczywiście, w taki rozwój, tym razem głównie ze względów marketingowych, angażuje się na świecie także prywatny kapitał. Ale w Polsce – powiedzmy to sobie otwarcie – ten kapitał w swojej największej skali już albo nie jest polski, albo nawet będąc polskim, wyrósł na przekrętach i rabunku i tym się w dalszym ciągu przede wszystkim zajmuje. Raczej trudno więc, aby w pierwszym przypadku świadomie i na dużą skalę zajmował się wspieraniem sportowej konkurencji dla kraju swojego pochodzenia, albo w drugim nadmiernie ryzykował, eksponując swój podejrzany wizerunek.

Wyjątki w rodzaju popierającej produkcję polskich, uzdolnionych juniorów do Bundesligi „T-Mobile”, czy „Atlasa”, od lat wspierającego np. „Gazetę Polską”, tylko potwierdzają regułę o której piszę.

W Polsce zostaje więc państwo, które w swoich strukturach obecnej władzy jest dokładnie takie, jak ten „polski biznes”, o którym wcześniej pisałem. Czyli, jeśli już powstanie kort lub trasa narciarska, to tylko po to, aby najpierw ktoś o budowie decydujący oraz budujący mogli się nakraść, a potem aby właściciel, dzierżawca lub prowadzący kort mogli jak najwięcej zarobić. No, a po to, aby mogli zarobić jak najwięcej, takich kortów lub tras narciarskich nie może powstać za dużo. Tak działają polscy zwolennicy „wolnego rynku” i to w każdej dziedzinie.

Znakomitą ilustracją wszystkiego, o czym piszę, są losy kortów, jakie od lat próbują, namawiając do współudziału władze miasta, zbudować w Krakowie Radwańscy. Nie mają żadnych szans, bo próbują to zrobić na zasadzie uczciwego podziału kosztów i zysków, a rządzący Krakowem chcą od Radwańskich pieniędzy i reklamy, zachowując prawo do większości zysków. Brak zgody kwitują ofertą lokalizacji inwestycji pod Krakowem, gdzieś w chwastach, gdy tymczasem w centrum miasta niszczeją stare korty.

A tak przy okazji. Widzieliście może gdzieś w swojej okolicy nowe, powstałe w ciągu kilku ostatnich lat korty? Przecież Radwańska duże sukcesy odnosi już 5 lat. O trasach narciarskich litościwie nie będę pisał. I nie dotyczy to małych miast i miasteczek, ale nawet tych miast największych. I czy wiecie, ile kosztuje godzina obecności na takim korcie, nie mówiąc już o wynajęciu jakiegokolwiek trenera dla dzieciaka?

Sportu od polityki nie da się oddzielić, co najbardziej dobitnie potwierdzają ci wszyscy, którzy zarzekają się że państwa na sportowe fanaberie nie stać, choć stać je na dopłacanie 6 milionów do koncertu Madonny, marnotrawienie i rabunek miliardów przy okazji publicznych inwestycji, itd., itp. Za pieniądze zmarnowane na koncert eksgwiadzy  popu na zagraniczne turnieje można by wysłać plejadę najzdolniejszych juniorów. Co by się dało zrobić za kasę, utopioną w budowę „Orlików”, aż przykro myśleć.

Ale oczywiście te same władze są pierwsze, aby się obfotografowywać w blasku tych samych sportowych gwiazd, którym najczęściej utrudniają życie, jak tylko mogą, patrz chociażby nieustająca wojna „zaprzyjaźnionych” i „publicznych” mediów z Agnieszką Radwańską.

Czyżby i w tym wypadku jedyne co pozostaje, to czekać na ruch sondaży?

impertynator
karlin.salon24.pl

Źródło:  http://karlin.salon24.pl/519333,po-wimbledonie-co-dalej-z-polskim-tenisem . 7.07.2013

POLISH CLUB ONLINE, 2013.07.07

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek