Ewa Polak-Pałkiewicz: „W skarbcu wszystkich nieszczęść”. W przeddzień rocznicy śmierci Zbigniewa Herberta (Część 1)


Dobrze jest, kiedy z poetami spoufalają się czytelnicy ich wierszy. Ich bezinteresowna miłość nigdy nie owocuje zawiścią ani podłością.

Źle, gdy do spoufalenia dochodzi ze strony ludzi, dla których nie poezja jest najważniejsza, ale torowanie przez sztukę drogi ideom i poglądom, które są wygodne dla władzy, komuś akurat pilnie potrzebne. Wielcy poeci w szponach małych ludzi od urabiania „opinii ogółu” to chleb codzienny wszystkich systemów, które ze sztuki próbowały czynić narzędzie polityczne.

Maksymilian Gierymski - Krajobraz
Maksymilian Gierymski – Krajobraz

Zbigniew Herbert nigdy nie dał się do tego stada zagnać. Swoją niezależną postawą twórcy i Polaka, który nie waha się osądzać czynów zdrajców, który nie wypiera się historii własnego narodu i własnej kulturowej tożsamości, bardzo się narażał. Nawet nie zazdrośnikom, choć tych w literackim światku nie brakuje. Ale mieć talent i mieć charakter – to nie rokuje dobrze.

Gdyby choć trochę kulał jego język, gdyby nie był tak dobrze wykształcony! A tu nic, tylko czysty, wysoki ton. Swobodne nurkowanie przez dzieła klasyków, którzy po wojnie zostali wyklęci, a ich księgi zatrzaśnięte głucho. Gdyby nie czuł się tak  znakomicie wśród dawnych malarzy, architektów i rzeźbiarzy, którym poświęcał swoje eseje. Gdyby tak trzeźwo nie rozeznawał, ze spokojem greckiego stoika i odwagą rzymskiego wojownika, w jaki sposób wlewa się cienki, łaskoczący, niekończący się strumyk trucizny fałszu do ucha narodu, który z racji swej kultury i swej nieuleczalnej skłonności do upominania się o wolność, nawet za cenę życia, został skazany na los tego, kto w butnej Europie ma „tylko sprzątać”. Gdyby nie tłumaczono go na tyle języków, gdyby nie znajdował wszędzie tylu przyjaciół – dzięki swej awanturniczej żyłce podbijania wciąż nowych terytoriów, na które wstępował dzięki jedynej przepustce: zachwytowi. Młodzieńczemu, świeżemu, bezinteresownemu oszołomieniu, jakie budziły w nim nadmorskie krajobrazy, stateczne stare miasta, perłowy piasek w miejscu dawnych ruin i niedościła historia zawarta w wygrzanych przez słońce kamieniach. Gdyby nie szedł wciąż za swoim marzeniem o wolności tworzenia zdobytej dzięki Prawdzie, odwadze i pięknu… Gdyby nie był tak szalony, żeby wszystko stawiać na jedną kartę…Lub gdyby był właśnie bardziej szalony i postanowił sprzedawać po kawałku samego siebie… Za tłuste napiwki rzucane przez dygnitarską elitę dbającą o to, by zasłużyć na panegiryk, na zgrabny komplement z ust podstarzałych poetów, którym wciąż podsuwało się lustra i cmokało nad uchem, ach, jacy są przystojni w tych wdzięcznych pozach – układając poemat na cześć Stalina, stali i hutników, lub pisząc  o miłości. A jeśli  ktoś miał odwagę spojrzeć w oczy bestii, to gwałtownie brzydł, czerniał, zostawał „wrogiem ludu”, „agentem Watykanu”, „nienawistnikiem”, „zoologicznym antykomunistą”, lub po prostu – „chorym psychicznie”…

Diagnoza wyskakiwała na końcu,  niczym bilet po naciśnięciu wprawnym ruchem serii guzików w automacie. A przecież próbowano, do licha, nie jeden raz, zrobić z niego maskotkę. Talent? Owszem, czemu nie. Chce mówić o tym, co ważne? Dobrze, ale w małych nakładach. I niech się przyjaźni z odpowiednimi ludźmi. Nasi mają dobry wpływ. Alkohol dokona reszty. A tu, mechanizm, dobrze opracowany i świeżo naoliwiony,  zaciął się. Dalej ani rusz. Najpierw nieodpowiedzialny wywiad w „Hańbie domowej” Jacka Trznadla, że udział późniejszych „autorytetów moralnych” w stalinizmie nie nadaje się do gładkiego przełknięcia, niczym nadpsuty kwaszony ogórek na zagryzkę, bo latami się rozkłada i nadal śmierdzi. Potem upubliczniona kłótnia z Miłoszem o Związek Sowiecki i AK, wreszcie niepojęta odmowa pojednania z Adamem Michnikiem, z którym niegdyś się przyjaźnił.

Już sama ta lista grzechów śmiertelnych może zatrważać. A jeszcze pomniejsze wpadki, podpisanie apelu krakowskiej „Arki” (dziś: „Arcana”) o dekomunizację elit rządzących II Rzeczypospolitą w 1992, obrona pułkownika Ryszarda Kuklińskiego. Wielki poeta, choć chory i w sumie nieobecny na pierwszych stronach gazet, często rezydujący poza krajem, okazał się niebezpieczny jak dobrze ukryty ładunek wybuchowy, do którego przyłożono lont i już zaczął się snuć groźny syczący dymek. Wszyscy wokół, zamiast uciekać, zatrzymali się, zapatrzyli…Był rok 1998. Literacki Parnas wrzał z oburzenia. ”Miał być przecież subtelnym, wyrafinowanym, śródziemnomorskim poetą, olimpijczykiem, klasykiem od Akropolu, Minotaura i Krety, antycznych bogów. Miał szybować wysoko, a nie zniżać się do mazowieckiej ziemi”, mówił Marek Nowakowski w książce Joanny Siedleckiej „Pan od poezji”, która ukazała się w 2000 roku. ”Jakim prawem – oburzano się – właził w nie swoje parafie? Wypadał z roli, która dla niego przeznaczono (…) znów więc, choć w innej formie, wróciło znane, stare hasło – pisarze do piór”.

„Wielki Herbert, zredukowany do publicystyki, malał w żenujący sposób”, pisał zupełnie serio Jacek Bocheński, elegancki i wyważony pan, niedawny prezes polskiego PEN Clubu, który miał takie pretensje o „Hańbę domową”. („Rzucała się w oczy obsesyjna i bezwzględna, lecz zupełnie płaska jednostronność analizy”, komentował wypowiedź Herberta w tomie Jacka Trznadla). Ażeby rozwikłać tę ponurą, może nawet tragiczną zagadkę kolegi po piórze, który nie umiał trzymać języka za zębami, dorzucał jeszcze: „Otóż myślę, że Herbert, urodzony wyznawca tak – tak, nie – nie, chciał być na starość wieszczem tego zdołowanego moralnie i miotającego obelgi ludu”. Cóż, żadne to odkrycie, tak – tak, nie – nie, zawsze i wszędzie boli.„Nic w tym nie ma sensu, wszystko budzi zgrozę, ale cały ten wir sprzecznych jadów szaleje naprawdę w duszy stłamszonego – nie waham się powiedzieć – ludu, no, niech będzie w duszy części ludu”, tak arbiter elegantiarum światka literackiej Warszawy wyjaśniał maluczkim „osobliwą postać publicystyczną” Zbigniewa Herberta („Z Herbertem w labiryntach”, „G.W.” 3-4 marca 2001). Zbigniew Herbert nie żył już od trzech lat.  Wypowiedź J. Bocheńskiego o ubrudzeniu delikatnych rączek twórcy o światowej sławie, ubrudzeniu przez nieokrzesany żywioł polskiego ludu, jest niezmiernie ostrożna, w porównaniu z tym, na co pozwalali sobie wobec Herberta inni, jeszcze za jego życia. Wszędzie pobrzękiwały, niby zgorszone, niby współczujące, w istocie szyderczo wyszczerzone ku publiczności, w nadziei na jej odwrócenie się plecami od poety, hasełka, o alkoholizmie i o chorobie umysłu, jako  przyczynie niepoczytalnego ataku na uświęconą hierarchię wielkości nobilitowanych przez PRL – i cały politycznie poprawny Zachód.

Jan Stanisławski - Obłok
Jan Stanisławski – Obłok

Poeta był niepoprawny, nie chciał milczeć. Od wczesnej młodości zbuntowany wobec fałszywych kryteriów. Wychował go bowiem Lwów: katolicki dom, porządna polska szkoła, rówieśnicy z AK i sztuka.

tworzenia harmonii, nie pogodzona z próbami obezwładniania myśli, jakiejkolwiek proweniencji. Ciekawe, jak daleko posuną się specjaliści od chorób  przynoszących zaburzenia umysłu, żeby wyjaśnić nam nasze własne pomyłki w odbiorze sztuki? Cóż, wytykanie sobie nawzajem wariactwa. na przykład przez polityków, stało się dziścomme il faut. Więc i ten przypadek  będzie zapewne w politycznie poprawnej historii literatury uznany za trywialny.

Niewątpliwie, pierwszy, naprawdę liczący się sygnał w tej sprawie pochodził od osoby najbliższej, Katarzyny Herbertowej, z którą ogromny wywiad  na temat męża i wspólnego ich życia wywołał tak wiele dyskusji. Wtedy, w 2000 roku, czytało się go ze ściśniętym gardłem, że można aż tak…Że można sprzedać tak wiele. Dziś, jest to historyczny dokument, poruszający portret samej bohaterki.  Osoby, która mówi bez skrępowania, bowiem wreszcie jest ktoś, kto chce wysłuchać jej historii. Wysłuchać opowieści  tej, która dotąd nie istniała, która wychodzi z cienia. Która ponadto, prawdopodobnie w najlepszej wierze, osaczona środowiskowo, po swojemu  próbowała bronić męża, który nie chciał, jak twierdzi, być aż tak jednoznaczny, w głębi duszy czuł inaczej…Chciał, ale nie mógł. Nie był już sobą, czyli maskotką salonu. Jakoś rozbrajająco brzmią, poczynione na marginesie opowieści najbliższej towarzyszki życia poety, uwagi dotyczące jej możliwości recepcji twórczości i postawy Zbigniewa Herberta: „Może to nie jest na miarę takiej duszyczki, jak moja…”, „A ja wciąż byłam dość niedojrzałą emocjonalnie osobą, może nie dorastałam  intelektualnie do tego poziomu, który miały inne fascynacje…” ” „I teraz ja – taki jest los wdowy – próbuję coś jeszcze dosztukować…” I wreszcie – „Miałam w życiu tylko jedną rolę – żeby go zrozumieć.”

Ale jak zrozumieć kogoś, kogo zrozumieć się nie da? Do końca nie pogodzony z ludźmi, którym zarzuca kłamstwo, choć przecież „tyle dla niego zrobili”… Prawie już bezwładny fizycznie, a spragniony zachłannie, by wszystko  dobrze wiedzieć, widzieć i czuć, wciąż niecierpliwie domagający się nowego kubka życia, kolejnego haustu Polski. Gdy tu śmierć puka –  przykucie do łóżka, brak głosu – on wybiera się jeszcze do Wenecji, planuje nową książkę, występuje w filmie dokumentalnym, którego nie można wyemitować w publicznej TV, bo mamy „transformację”, czyli pełny liberalizm. Pod pseudonimem publikuje w prasie uznanej przez przyjaciół za wyklętą, bo katolicką, pod nazwiskiem w „Tygodniku Solidarność”, który przecież się nie liczy, i gdzie pozwala sobie na takie ekstrawagancje jak wychwalanie „Powściągliwości i Pracy”, którą opuścili zawczasu wszyscy zdrowi i normalni na umyśle. Wysyła petycje w sprawie Czeczenii… Nie tylko żona, ale wiele osób bardziej znanych i zasłużonych, zaczęło się poważnie zastanawiać, dlaczegóż to nagle tak słabuje umysł Wielkiego Poety.

Jakub Karpiński spointował ten wściekły atak żalu nad niedowładem psychicznym Herberta najkrócej:

„Boże, tak, być takim wariatem, jak Herbert. Wszystko bym dał. Jak bardzo nam ich potrzeba…” ( „Pan od poezji”).

Historia życia Zbigniewa Herberta, który nie poddał się, bo do końca miał w sercu Lwów, którego nazwano największym z Orląt lwowskich, dopisała epilog do „Przesłania Pana Cogito”, wiersza z końca lat 70. ,podchwyconego przez Polaków, jak strzała w locie, którą przechowuje się w swojej kieszeni na sercu na wszelki wypadek, bo dobrze  mieć przy sobie taką broń. Broń polszczyzny i broń prawdy.

..idź wyprostowany

wśród tych co na kolanach

wśród odwróconych plecami i obalonych w proch 

Te słowa zna się na pamięć i powtarza się, właśnie wtedy, gdy najbardziej ranią wybory ludzi bez twarzy, dokonywane za nas i w naszym imieniu, gdy prawdziwych polityków zastępują gorliwie gazety i ich felietoniści oraz telewizja, bo to one z takim entuzjazmem wydają dziś wyroki, one dyktują podpisy pod międzynarodowymi decyzjami, one wyznaczają traktaty, nową walutę i ogłaszają point de reveries..

Przesłanie z tamtej już strony jest jasne: „bądź odważny”, „strzeż się oschłości serca”, „czuwaj”, „powtarzaj stare zaklęcia ludzkości”, „powtarzaj: zostałem powołany – czyż nie było lepszych”, „Bądź wierny Idź”. Poeta młodego pokolenia Wojciech Wencel opublikował w 2001 roku, w nieistniejącym już„Głosie”, „List do Zbigniewa Herberta”, który kończy się następująco:

Fortynbras zmaga się z cieniem Hamleta

a raczej z gwiazdą co błyszczy na niebie

wyprostowany wędruje poeta

po swoim placu w lokalu na piętrze 

 

do Ciebie piszę ten list z głębi lądu

choć zdałeś pióro i jesteś nieżywy

teraz gdy dzwon bije w mieście popiołów

i leżysz nagi pod krzakiem tarniny 

 

więc – z rzeczy pierwszych – due ene rabe

tak się nazywa już cała miejscowość

wśród nocnej ciszy skradają się stare

demony chcące nas chwycić za słowo

 

szepczą do ucha: due rabe ene

posłuchaj bratku – nie ma pierwszych rzeczy

bo nie ma prawdy – zanoszą się śmiechem

grzęznąc stopami w niezbyt twardej ziemi

 

jak dawniej płyną na ludzkich językach

wśród chwiejnych łodyg cień z cieniem rozmawia

mówią o Tobie: podobno miał bzika

ach jakże piękne te wiersze o pawiach

 

słodkie zaklęcia: Europa, Europa

kariera w partii skończona wykładem

czaszki wciąż leżą w glinianych okopach

w krainie ostów: ene due rabe

*   *   *
cdn.

Ewa Polak-Pałkiewicz

Źródło: http://ewapolak-palkiewicz.pl/w-skarbcu-wszystkich-nieszczesc/ – 08.07.2013

Artykuł pani Ewy Polak-Pałkiewicz podzielony został przez redakcje PCO na trzy części ze wzgldów technicznych. Kolejny odcinek już w krótce. wg

POLISH CLUB ONLINE, 2013.07.10

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek