Dr Tomasz Gabiś: UPADEK ZACHODU W STO LAT PO „UPADKU ZACHODU” OSWALDA SPENGLERA


ksiazki-fot-internet.jpgKulturoznawca, historyk i ekonomista, prof. dr Manfred Pohl wykładał na Uniwersytecie im. Goethego we Frankfurcie nad Menem. Do 2004 roku kierował Instytutem Historycznym Deutsche Banku a do 2005 roku  Institute for Corporate Culture Affairs tegoż banku. W 2003 roku należał do współzałożycieli organizacji Konwent dla Niemiec, skupiającej znane osobistości życia publicznego jak były prezydent Roman Herzog, Klaus von Dohnanyi, Otto Graf Lambsdorff, Hans-Olaf Henkel, Wolfgang Clement, Jutta Limbach, Erwin Teufel, Henning Voscherau. Jest autorem książki Koniec białego człowieka (Das Ende des weißen Mannes, Westkreuz-Verlag, Berlin/Bonn 2007). Dowodzi w niej, że biały człowiek, który na kilka stuleci zdominował świat politycznie i ekonomicznie, jest dziś w defensywie, już choćby z przyczyn demograficznych, i z pozycji gatunku panującego nad światem spada do statusu zagrożonej mniejszości, którą stanie się około roku 2050. Można przewidywać, że od tego mniej więcej momentu pewne istniejące wcześniej tendencje zaczną się intensyfikować, nabierać tempa i w istotny sposób kształtować sytuację społeczną. Władze przejmą imigranci i ludzie pochodzenia pozaeuropejskiego: „Kiedy dzieci, które dzisiaj w Niemczech rodzą się jako klasyczni biali bez pochodzenia imigranckiego, dotrą do kresu swojej życiowej drogi, w większości miast i regionów będą tylko mniejszością”. Europa w jej dotychczasowym kształcie przestanie istnieć, białego człowieka, wieszczy Pohl, zastąpi „Multi-Colour-Man”, to on będzie określać przyszłość Niemiec i Europy a także USA. Jak zauważyli niektórzy recenzenci książki, wizja Pohla przypomina przepowiednię Richarda  Coudenhove-Kalergiego wyrażoną już w 1925 roku w jego książce Praktyczny idealizm (Praktischer Idealismus): „Człowiek dalekiej przyszłości będzie mieszańcem. Dzisiejsze rasy i kasty padną ofiarą coraz szybszego procesu przezwyciężania przestrzeni, czasu i uprzedzeń. Eurazyjsko-negroidalna rasa przyszłości, z wyglądu podobna do staroegipskiej, zastąpi wielość narodów wielością osobowości”.

Pohla, podobnie jak Coudenhove-Kalergiego, nie przeraża perspektywa nadejścia „wielokolorowego człowieka”, on apeluje tylko, żeby już dziś na to się przygotowywać, tak aby przejście do nowej epoki dokonało się bezkonfliktowo. Należy więc, jego zdaniem, propagować i urzeczywistniać pokojowe współżycie religii, ras i narodów, budować społeczeństwo wielokulturowe. Zachód musi pozostać zachodni, nawet jeśli już nie będzie nim w sensie etnicznym. Należy starać się, aby ci, którzy posiądą Europę, przejęli wartości zachodniej cywilizacji, przyswoili sobie zasady tolerancji, państwa prawa, praw człowieka itd., a wówczas ostatni biali Europejczycy będą mogli pędzić spokojny  żywot po rządami nowych „wielokolorowych” panów.

Krytycy Pohla zarzucili mu, że jego prognozy są nazbyt optymistyczne, a po części naiwne, bowiem dlaczego zakładać, że nowi panowie nie zechcą wziąć odwetu za „kolonialny wyzysk”, o którym tyle uczy się w szkołach. W odpowiedzi na te zarzuty Pohl odpowiedział, że w historii nie ma nic pewnego, i że zdaje sobie sprawę, iż wydarzenia mogą się potoczyć w niekorzystnym dla Europejczyków kierunku. Można wiele mówić o dialogu, tolerancji i rządach prawa , ale w dniu kiedy zdobywa się  władzę, sytuacja się zmienia i pojawia się pokusa panowania nad innymi, dlatego nie ma gwarancji, że kiedy „Multi-Colour-Man” zacznie zdobywać przewagę, dojść może do uwolnienie potencjału przemocy, a wówczas biali ludzie nie mają co liczyć na łaskawość. Nie jest zatem, zdaniem Pohla, całkiem wykluczone, że kiedy zmienią się stosunki władzy, ostatni biali ludzie będą żyli w swoich „rezerwatach”, wedle zasad jakie narzucą im nowi władcy. Jest zupełnie możliwe, że historia potoczy się inaczej, i że zamiast pokojowego społeczeństwa wielokulturowego, zdominowanego przez „wielokolorowych”, czeka nas powstanie równoległych – „białych” i „kolorowych” – społeczeństw, rozkwit fundamentalizmów, walki uliczne, przestępczość, terroryzm, a w końcu coś w rodzaju wojny domowej.

W swojej książce Pohl zastanawia się ponadto, czy demokracja parlamentarna jaką dziś mamy jest właściwą formą ustrojową dla XXI wieku. Według niego, obecna demokracja jest ciężko niepełnosprawna i niezdolna do wypracowania długofalowych koncepcji społecznych oraz przeprowadzenia systemowych reform. Kiedy popadnie w kryzys, społeczeństwo może w pójść na lewo albo na prawo, nic nie jest jeszcze rozstrzygnięte, daleko jeszcze do końca historii. Pohl radzi więc, żeby większą wagę przykładać do tworzenia elit, zaś kobiety prosi, by znowu „podążały za instynktem macierzyńskim”.

Peter Scholl-Latour (ur. 1924) to jeden z najbardziej znanych niemieckich reporterów (taki niemiecki Kapuściński); karierę zaczynał w 1948 roku w „Saarbrücker Zeitung”, był korespondentem zagranicznym gazet i telewizji, zjeździł cały świat, był wszędzie tam, gdzie toczyły się wojny i wybuchały kryzysy polityczne, napisał 30 książek. Cztery lata temu opublikował książkęStrach białego człowieka (Die Angst des weißen Mannes, Propyläen Verlag, Berlin 2009), będącą połączeniem reportażu z ostatniej podróży po świecie, wspomnień, anegdot, wrażeń i refleksji nad historia i współczesnością Zachodu. Książka stanowi „podzwonne dla białego człowieka”, ale w zamyśle autora nie ma być ani patetycznym proroctwem, ani nostalgiczną skargą. „Saga zmierzchu” zaczyna się jego pobytem w Timorze Wschodnim, gdzie 500 lat temu dotarli Portugalczycy, gdzie rozpoczął się marsz białego człowieka na podbój świata. Era białego człowieka, który około 1900 roku uczynił sobie całą ziemię poddaną, osiągnęła dziś punkt końcowy, „białe panowanie nad światem” dobiega kresu. Scholl-Latoura zawsze fascynował upadek państw i imperiów, teraz przygląda się zmierzchowi Zachodu. Stawia bezlitosną diagnozę: dowodzony przez USA Zachód słabnie nawet pod względem militarnym, USA nie są w stanie zwyciężyć w małych wojnach, odnoszą, jak w Iraku, iluzoryczne zwycięstwa. Ich monopol władzy rozkrusza się, ich globalna dominacja zbliża się do końca, faktem staje się globalna wielobiegunowość.

Symbolem zmiany, daleko wykraczającej poza USA, był  wybór na prezydenta Baracka Husseina Obamy – człowieka o afrykańskich korzeniach, którego ojczyzna leży na Pacyfiku. Biała Ameryka podlega etniczno-rasowej metamorfozie, udział White Anglo-Saxon-Protestants w całej ludności USA systematycznie maleje. Wybór Obamy to wyraźny symptom głębszej światowej tendencji, jej pierwszym etapem była, wielokrotnie opisywana przez samego Scholl-Latoura, dekolonizacja. Kiedy mocarstwa kolonialne utraciły władzę, biali opuścili kolonie na całym świecie. Obecnie dawniej kolonizowane ludy przybywają do metropolii, dokonując demograficznej „infiltracji” obszarów należących od zawsze do białych.

Pozycja Zachodu systematycznie się obniża, nie-zachodni świat materialnie i duchowo wyzwala się spod jego władzy; narody uodparniają się na zachodnie formy życia społecznego, czas kiedy traktowały Zachód jako wzór do naśladowania mija. Odwracają się od niego, szukają nowych wzorców, odwołując się do własnych sił i tradycji. Linie ewolucji społecznej i politycznej zaczynają się rozwidlać, rodzą się nowe, niezależne od Zachodu, dynamiki polityczne, zmienia się stosunek do demokracji i jej wartości. Elity wielu krajów świata widzą, że zachodnie formy polityczne przeflancowane na inne narody i obszary, mogą prowadzić do katastrofy. Dochodzą do wniosku, że demokracja nie jest niezbędna dla gospodarczego rozwoju. Nie potrzebują już przestróg i moralnych napomnień ze strony Zachodu i nie będą dłużej tolerować jego mentorskich pouczeń. Powab ideologii praw człowieka rozpływa się  w oceanie zachodniej hipokryzji. Kapitalizm bez dawnych cnót, bez określonych obowiązków wobec wspólnoty i wobec Boga – kto chciałby ten model naśladować?

Białemu człowiekowi – uważa Scholl-Latour – nie tylko ucieka przewaga przemysłowa i militarna, ale brak mu też poczucia misji, ponieważ jej źródła wyschły, nie ma ochoty na przygody, wygasła w nim gotowość do poświęceń – nie istnieją już zatem czynniki ideologiczno-psychologiczne, na których zasadzały się kiedyś jego imperialne roszczenia. Zachód utracił napęd do ekspansji, jest światem, który odchodzi; dokonuje się zmiana warty, której pierwszą fazę obserwował Scholl-Latour na własne oczy od lat 50. zeszłego wieku: „Człowieka może przeszyć dreszcz grozy w obliczu perspektywy globalnej ewolucji, na końcu której majaczy koniec «białego człowieka»”. Zatem egzystencjalny lęk białego człowieka nie jest wcale irracjonalny: „Ktoś może wysunąć zastrzeżenie, że «strach białego człowieka» to produkt mojej fantazji, żyje się wszak nadal bardzo wygodnie w tym Nowym Wspaniałym Świecie, który poddał się multikulturalizmowi i multietniczności. Jestem zbyt stary, żeby doczekać chwili namacalnego zagrożenia. Jednak już przyszłe pokolenie będzie musiało się pogodzić z koniecznością bolesnego dopasowania się do podrzędnej roli w globalnej grze sił, do utraty prestiżu, i żyć z tragicznym fatum, że białych panów z dnia wczorajszego czeka powolne pogrążanie się w rezygnacji i poczucie, że nic nie znaczą”.

Na procesy opisywane przez Scholl-Latoura zwrócił też uwagę Jan Roß, redaktor lewicowo-liberalnego tygodnika „Die Zeit” w książce Co z nas zostanie? Koniec zachodniego panowania nad światem (Was bleibt von uns? Das Ende der westlichen Weltherrschaft, rowohlt, Berlin 2008). Według Rossa słabość Zachodu staje się kluczowym fenomenem naszych czasów, chodzi nie tylko władzę, ale także o głoszone przezeń takich wartości jak prawa człowieka czy świeckie państwo. Po raz pierwszy staje na porządku dnia pytanie o koniec zachodniego panowania nad światem. Pojawiają się inne modele społeczne, alternatywne wobec modelu zachodniego. Dla elit dawnego Trzeciego Świata coraz bardziej atrakcyjne stają się Chiny, ponieważ są autorytarne, antyzachodnie a jednocześnie odnoszą sukcesy.

Austriacki historyk idei i politolog, kierownik Instytutu Polityki, Religii i Antropologii na uniwersytecie w Innsbrucku Michael Ley w książce Nadciągająca rewolta (Die kommende Revolte, Wilhelm Fink Verlag, Wien 2012) pisze, że multikulturalizm jako postmodernistyczna ideologia i alternatywa wobec państwa narodowego okazał się ślepym zaułkiem społeczno-politycznym i oderwaną od rzeczywistości utopią. Oprócz dynamicznych, wykształconych, lub zdolnych do zdobycia wykształcenia, imigrantów przybywających do społeczeństw rozwiniętych, wdzierają się tam miliony imigrantów niewykwalifikowanych, aby w smutnym pejzażu europejskich suburbiów łapać ostatnie okruchy ze stołu dawnych społeczeństw dobrobytu, konkurując z już osiadłym subproletariatem o coraz szczuplejsze budżety państwa socjalnego. Strefy na obrzeżach wielkich miast stają synonimami biedy, etniczno-religijnych społeczności równoległych, socjalnych i politycznych konfliktów. Kreatorzy polityki imigracyjnej i zwolennicy „społeczeństwa wielokulturowego” nie respektowali zasady, że interesowi ekonomicznemu imigrantów zaspokajanemu dzięki możliwości osiedlenia się w danym kraju musi odpowiadać interes ekonomiczny tegoż kraju; żądanie uwzględnienia tego interesu jest czymś absolutnie prawowitym. Wybrano jednak inną, całkowicie błędną drogę, bezrefleksyjnie przyjmując miliony ludzi z innych kultur i religii, których interesy materialne są niezgodne z interesami materialnymi goszczących ich krajów.

Głównym skutkiem zmian demograficznych polegających na spadku liczby ludności, jej starzeniu się oraz napływie mas imigrantów jest wzrost poziomu społecznych sprzeczności i zagrożenie wybuchem konfliktów społecznych w wyniku erozji systemów zabezpieczenia socjalnego oraz stagnacji lub spadku dochodu narodowego. Coraz szerzej rozwierają się nożyce pomiędzy pracującymi a odbiorcami państwowych transferów socjalnych. Zarysowują się już linie konfliktu: między pokoleniami, między ludnością imigrancką a rodzimą, miedzy różnymi grupami imigrantów, między regionami, między warstwami społecznymi, między pracującymi i ludźmi zależnymi finansowo od wyników ich pracy, między tymi, którzy mają dzieci a tymi, którzy ich nie mają, między grupami politycznymi i ideologicznymi – w tym kontekście Michael Ley zwraca uwagę na stałe odradzanie się religii politycznych (ostatnią z nich były „idee przewodnie 1968 roku”), co oznacza, że potencjał totalitarny jeszcze się nie wyczerpał.

Socjalne napięcia będą rosły, walki będą się nasilać, zadłużone ponad miarę rządy nie będą w stanie rozszerzyć zasięgu państwa opiekuńczego dla zachowania pokoju społecznego, przeciwnie, będą zmuszone obciąć świadczenia socjalne, aby do reszty nie rozwścieczyć podatników. Nie do uniknięcia jest konflikt pokoleń, ponieważ na barki młodszej część ludności spadną obciążenia niezbędne do utrzymania rosnącej liczby ludzi starych, mających ponadproporcjonalny udział w liczbie ludności. Rzecz jasna, starzy będą bronić swojego stanu posiadania. Dotychczasowy system repartycji – finansowanie emerytur poprzez wpłaty pracobiorców przestaje funkcjonować, prędzej czy później młodzi wypowiedzą umowę międzypokoleniową. Aby uciec przed grożąca im na starość biedą, wielu z nich, nie tylko wysoko wykwalifikowanych, opuści kraj, co jeszcze bardziej zaostrzy konflikt.

Głębokie podziały społeczne wstrząsną, podlegającymi stopniowej erozji fundamentami tego społeczeństwa. To wszystko dzieje się w warunkach „kasynowego kapitalizmu”, kryzysu Unii Europejskiej i unii walutowej, gigantycznych zadłużeniach i bankructwach państw i banków, rosnących gospodarczych dysproporcji pomiędzy krajami i regionami. Europie grozi „zmierzch bożyszcz”, który pochłonie marzenie o nowej cywilizacji. Wszystkie partie i główne media zaciemniają, przemilczają, kamuflują problemy demograficzne i ich społeczne, ekonomiczne i cywilizacyjne skutki, chcąc za wszelką cenę podtrzymać iluzję bezpieczeństwa i dopisując tym samym jeszcze jeden rozdział do „dziejów głupoty” rządzących.

Tradycyjne partie nie chcą wziąć na siebie odpowiedzialności za błędy, które popełniły w przeszłości, trawi je wewnętrzny kryzys, nowe „populistyczne” partie szykują się do wejścia do parlamentów. Kiedy wejdą, coraz trudniej będzie wyłonić względnie stabilne większości rządowe, system coraz częściej będzie się blokował, słabe rządy nie będą zdolne do działania, nie zaplanują żadnej długofalowej polityki, nie przeprowadzą żadnych reform, spirala socjalnych i etniczno-religijnych starć, pauperyzacji, delegitymizacji systemu politycznego będzie się nakręcać, aż do rozpadu politycznego i społecznego konsensusu i pojawienia się społecznej i politycznej przemocy. Na końcu tego fatalnego procesu majaczy widmo wojny domowej, wojny bez jasnego politycznego celu, bez koncepcji, przybierającej postać serii niezliczonych konfliktów, nie prowadzących ani do zbudowania nowego konsensusu, ani do zawarcia nowej umowy społecznej.

Należy zdaniem Ley`a dążyć do przezwyciężenia ideologii multikulturalizmu. Niezbędne jest otwarte podjęcie problemów wypieranych dotąd ze świadomości. Europejczycy muszą pogrzebać romantyczne utopie i na nowo przemyśleć projekt ponowoczesnego społeczeństwa otwartego. Ich zadaniem pozostaje obrona europejskiej, uniwersalnej cywilizacji, konsekwentnie broniącej swoich wartości i żądającej ich respektowania.

Powieściopisarz, eseista, aforysta Michael Klonovsky w eseju opublikowanym w zeszłym roku na łamach czasopisma „eigentümlich frei” (lipiec 2012) zastanawia się, czy żyjemy w bezprecedensowych czasach, a jeśli tak, to co z tego wynika. Jeśli rozejrzymy się wokoło, dostrzeżemy wiele zjawisk, świadczących o tym, że nasze czasy są pod wieloma względami wyjątkowe. Faktem jest zerwanie ciągłości historycznej, tradycja nic nam nie mówi, zmienił się obraz człowieka, zmieniły problemy, ideały, wyobrażenia moralne. Nastał jakościowo inny stan świata, pojawiły się nowe formy organizacji i prowadzenia życia, których nikt sobie wcześniej nie wyobrażał. Peter Sloterdijk porównał strukturę społeczną do piany: społeczeństwa rozpadają się na komórki, które nie mogą się od siebie odseparować, a jednocześnie nie komunikują się ze sobą. Powstaje agregat mikrosfer tworzonych przez pary, domy, przedsiębiorstwa, związki, grupy; zamiast „centrystycznego delirium” (Sloterdijk) mamy delirium policentryczne.

W powieści Giuseppe di Lampedusy Lampart czytamy: „Odwieczny obyczaj wymagał, by nazajutrz po przyjeździe do Donnafugaty rodzina Salina odwiedziła klasztor Santo Spirito. Odbywano tam modły nad grobem błogosławionej Corbèry, prababki księcia, która założyła ten klasztor, wyposażyła go, prowadziła tam świątobliwy żywot i umarła jak święta”. Takie zdania – pisze Klonovsky – powoli stają się niezrozumiałe dla dzisiejszego człowieka, ponieważ znajduje się on pod totalną władzą teraźniejszości, żyje poza historią. Jednak nie powraca do bytowania w naturalnych cyklach, lecz traci zdolność do myślenia w kategoriach pokoleń, nie czuje się ogniwem w ich łańcuchu. Zerwana została łączność z wczoraj, a łączność z jutrem zależy od biograficznych przypadków. Nie myśli się o wnukach, po raz pierwszy osiągnęliśmy punkt w historii, kiedy życiowe środowisko ewentualnego wnuka jest niedostępne naszej wyobraźni.

Członkowie jakiegoś narodu albo kręgu kulturowego są dziś bardziej oddzieleni od swoich własnych przodków niż od narodów i kręgów kulturowych współczesnych, z którymi żyją w globalnej synchroniczności. Czas oddziela bardziej niż przestrzeń, która została zniesiona przez środki komunikacji. Usychają korzenie łączące człowieka z przeszłością, panuje mania nowości i aktualności, nowe zawsze równa się dobre, obojętnie w modzie czy teoriach społecznych; toczy się permanentna rewolucja. Wszystkie dawne społeczeństwa wędrowały po śladach swoich przodków, my zacieramy te ślady – a nawet zaczynamy potępiać tych, którzy je zostawili. To jest zjawisko bezprecedensowe w dziejach świata.

Era mas stała się rzeczywistością, wszyscy jesteśmy ludźmi masowymi, nikogo to nie dziwi, ponieważ wszyscy noszą egalitarny kaftan bezpieczeństwa, jesteśmy miotaną w różnych kierunkach masą bez genealogii. Nastąpił zanik  pierwiastka dynastycznego, jego relikty znajdziemy jeszcze tylko w przedsiębiorstwach rodzinnych. Nie ma już ludzi z galerią przodków, dziedzictwo przestało być pojęciem duchowo-moralnym jakim było przez tysiąclecia a jedynie czysto materialnym. Nie odczuwa się lojalności wobec wielkich zbiorowisk historycznych jak stan, klasa, lud, naród – ludzie organizują się w nietrwałe zrzeszenia interesów, przechodząc łatwo z jednej grupy do drugiej. Przestały istnieć wszystkie reprezentacyjne postaci historycznych epok: Cesarz, Papież, Mnich, Rycerz, Ziemianin, Kupiec, Marszałek, Poeta-Wieszcz. Jedyna reprezentacyjna postać naszych czasów to Dziennikarz prowadzący talk-show w telewizji.

„Idee 1789 roku” są dziś w świecie zachodnim dobrem powszechnego użytku, są jak powietrze, którym się oddycha, nawet tego nie zauważając. Odnosi się to także do większości tych, którzy określają się jako konserwatyści. Człowiek współczesny jest – niezależnie od poglądów – strukturalnie „lewicowy” tak jak kiedyś był strukturalnie „konserwatywny”. W masowej demokracji lewicowa mentalność znalazła odpowiadającą jej formę państwa.

Historycznie bezprzykładnym zjawiskiem jest powolna kolektywna rezygnacja z Boga lub z poczucia boskości – oferta transcendencji traci swój urok i wiążącą moc, na płaszczyźnie społecznej wiąże się to z tryumfalnym pochodem medycyny i państwa socjalnego, czyli eliminacją egzystencjalnych ryzyk względnie ich socjotechnicznym amortyzowaniem. Ostatnim stadium byłaby całkowita eliminacja bólu, zwłaszcza bólu duchowego zrodzonego przez głód sensu i jego poszukiwanie (włączywszy w to miłość, gniew i potrzebę transcendencji), co nastąpi wówczas, kiedy wykryje się odpowiednie miejsca w strukturze mózgu lub zidentyfikuje biochemiczne czynniki wywołujące te stany.  Na razie jednak rana sensu pozostaje otwarta, o czym świadczy rozkwit religii zastępczych jak kult demokracji i „sprawiedliwości społecznej” czy też  „zielona” Apokalipsa.

Nasza epoka, pisze Klonovsky, przyniosła wyzwolenie seksualności od prawie wszystkich konwencji i reguł moralnych, ten proces także jest absolutnym ewenementem w historii. Przeczuwając skutki, wszystkie dotychczasowe społeczeństwa stawiały bariery i hamulce chroniące przed rozpętaniem erosa; to z czym mamy do czynienia dziś jest rzeczywiście bezprecedensowe. Obserwujemy usportowienie i „oddemonizowanie” seksu, które pozbawia sferę erotyczną napięć, tajemnicy, uroku. Wyzute ze wstydu demonstrowanie seksualnych zachowań to domena nie tylko pornobiznesu, staje się udziałem całkiem zwyczajnych ludzi. We wszystkich przeszłych społeczeństwach zachowania tego typu uznawano za przejaw niedorozwoju umysłowego lub za przestępstwo.

Kobiety są coraz bardziej zainteresowane optymalizacją swojej urody, co na pierwszy rzut oka wydaje się należeć do strategii „seksualno-darwnistycznej” – zdobyć najlepszego samca dla swoich dzieci. Tymczasem dzieje się na odwrót: kobiety stają coraz atrakcyjniejsze i zarazem coraz bardziej niepłodne. Kult piękności, szczupłości, fizycznej atrakcyjności, sportowego młodzieńczego wyglądu aż do późnego wieku łączy się z feministycznym ideałem wyemancypowanej, tzn. konkurującej z mężczyznami, kobiety, przesuwającej macierzyństwo na jak najpóźniejszy moment lub w ogóle go unikającej. W istocie upiększanie kobiecego ciała, emancypacja kobiet i kobieca niepłodność to paralelne i współzależne procesy. W historii nie znajdziemy czegoś podobnego. Podobnie jak nie znajdziemy prób kwestionowania biologicznej płci człowieka, która – jak się głosi – jest socjalnie wyuczoną lub wymuszoną przez społeczeństwo rolą. Ten ekstremalny przejaw socjalnego egalitaryzmu nie jest jedynie szaloną fantazją intelektualisty, ale wszedł w stadium dojrzałej realizacji w momencie, kiedy medycy ogłosili, że są w stanie przeprowadzić „zmianę płci”. Biologiczna płeć, jak i inne dotychczasowe biologiczno-historyczne konstanty typu heteroseksualizm i macierzyństwo są relatywizowane; chce się nimi dysponować wedle swoich wyobrażeń i pragnień. I tak już się dzieje. Któż bowiem przed pięćdziesięciu latu uwierzyłby, gdyby mu powiedziano, że możemy zapładniać jajeczka poza macicą i że nawet impotencja może być dziedziczna! Mamy do czynienia ze skokiem gatunkowym.

Dzięki postępom medycyny i wzrostowi materialnego poziomu życia niemal zniesiono umieralność niemowląt, czemu towarzyszy ogromny wzrost umieralności embrionów poddawanych aborcji. To jest coś całkowicie nowego, czegoś podobnego nie było nigdy w dziejach ludzkości, żeby całe społeczeństwo, z czysto prywatnego egoizmu, wydało prenatalną wojnę następnemu pokoleniu, gdyż samo zapragnęło możliwie wygodnie i jak najdłużej żyć.

Biały człowiek przez tysiąc lat panował nad ziemią, dzisiaj wstydzi sie tego, cierpi z powodu demiurgicznego wyczerpania i popełnia zbiorowe samobójstwo na raty. To jest „kultura śmierci”, o której mówią papieże. W 1900 w Niemczech przypadało 36 urodzin na 1000 mieszkańców, dzisiaj osiem, z tego połowa to dzieci imigrantów. Ten trend objął wszystkie kraje europejskie, zwłaszcza warstwa inteligencka prawie się nie rozmnaża. Duch czasu obrócił się o 180 stopni – za objaw choroby uważa się nie kolektywną rezygnację z rozmnażania, u podłoża której leżą hedonizm, aborcja, antykoncepcja, gloryfikacja homoseksualności itd. (pozornie rekompensowane przez import ludności z innych kontynentów), lecz krytykę tego stanu rzeczy.

W zakończeniu swojego eseju Klonovsky pisze o nowym pokoleniu żyjącym po ostatniej technologicznej rewolucji, „usieciowionym”, bezustannie podłączonym do aparatów technicznych, spędzającym czas w wirtualnym świecie. Dorasta pokolenie absolutnie nie-metafizyczne, bezreligijne, ślepe i głuche na sztukę, jakby jakiś nowy gatunek; otwiera się przepaść pomiędzy epokami, historia ulega rozerwaniu, jakbyśmy byli świadkami dryfu kontynentów. Nie jest przeto bezzasadne przypuszczenie, że żyjemy wśród zjawisk nie mających precedensów w dziejach świata. Ale, oznajmia Klonovsky, na pytanie, co z tego wynika, nie mam zamiaru odpowiadać. Pragnąłby jednak postawić pytanie  przeciwne: co się, być może nigdy, nie zmieni? „Zawsze będzie  świecić słońce, drzewa będą rosnąć a kobiety rodzić dzieci”, odpowiedział na to pytanie Adolf Hitler, pardon, to był Mao Tse-tung. Aż tak bezprecedensowy, żeby nam wolno było cytować jednego a drugiego już nie, to nie będzie nawet ten nowy, nie mający precedensów, stan świata. Bez diabła rodzaj ludzki, choćby się nie wiadomo jak bardzo usieciowił, tak szybko się nie obejdzie.

W książce Pogarda do tego, co własne. Przyczyny i przebieg kulturalnej samonienawiści w Europie (Die Verachtung des Eigenen. Ursachen und Verlauf des kulturellen Selbsthasses in Europa, Verlag Edition Antaios, Schnellroda 2012) filozof kultury Frank Lisson usiłuje dociec przyczyn nienawiści elit europejskich do własnych tradycji kulturalnych, konstatując, że Zachód (Abendland) nie upada, ale już dawno stał się zjawiskiem historycznym. Droga rozwojowa kultury Zachodu była wyjątkowa – wewnętrzne rozdarcie Europejczyka wynikające z heterogeniczności składników kultury europejskiej (Grecja-Rzym, chrześcijaństwo, rodzime pogaństwo) było źródłem jego wiecznego niepokoju, niezgody z samym sobą, ciągłego poszukiwania historycznych korzeni, ojczyzny i tożsamości, walki wewnętrznej, dystansu wobec natury i samego siebie, permanentnego napięcia pomiędzy naturą, duszą i duchem. To rozdarcie stanowiło jednocześnie motor jego kreatywności i aktywizmu, było źródłem nieomal maniakalnego pędu Europejczyków ku odkryciom i poznaniu zarówno świata zewnętrznego, jak i samych siebie, gnało ich po całym  świecie, by go eksplorować i brać w posiadanie. Rezultatem było panowanie Europy nad światem (1750-1950).

Kultura Zachodu była zawsze agresywna i ekspansywna, ale z drugiej strony pełna zwątpienia w samą siebie; autokrytycyzm i sceptycyzm były jej nieodłącznymi składnikami, tyle tylko, że kiedyś stanowiły element całej struktury mentalno-duchowej Europejczyków. Ponieważ po katastrofie wojny trzydziestoletniej 1914-1945 Europejczycy utracili możliwość kierowania agresji i ekspansji na zewnątrz, a zarazem cechy „charakteru europejskiego” nie uległy zmianie, przeto kultura europejska stała się autoagresywna, jej zwątpienie w samą siebie niejako usamodzielniło się, wyemancypowało, uległo absolutyzacji – własne wartości i tradycje neguje ona z żarliwością z jaką kiedyś w nie wierzyła, dawne wysoko wyrobione poczucie wyższości wobec Innego zamienia się w równie zdecydowane i stanowcze samoponiżenie i samonienawiść, na korzenie się przed Innym. Faustyczny pęd, który kazał Europejczykom podbijać świat, zmienił tylko wektor, skierowując się dziś przeciwko samej Europie. Elity europejskie, twierdzi Lisson, nie mogą już „niszczyć” zewnętrznych wrogów, dlatego wybierają samozniszczenie, radykalnie uciekając od własnej historii i zapraszając serdecznie do Europy  masy innych ras, religii i cywilizacji, aby zaludniły nasz kontynent, co zakończy ostatecznie historię Europy.
Na koniec powróćmy do tego, od którego wszystko się zaczęło, do Oswalda Spenglera, autora słynnego traktatu Upadek Zachodu. Frank Lisson jest autorem książki o nim zatytułowanej Oswald Spengler – filozof losu (Oswald Spengler. Philosoph des Schicksals, Verlag Edition Antaios, Schnellroda 2005). Kiedy pierwszy tom dzieła wyszedł w 1918 roku zyskał ogromną popularność, gdyż doskonale trafiał w nastrój epoki, jaki nastał po końcu monarchii, po upadku dawnych elit, po rzeczywistym zmierzchu starego świata. Poczucie pustki i duchowe cierpienie wkradały się, niczym skrycie operujący wrogowie, w dusze milionów. Dlatego ludzie sięgali po Upadek Zachodu z nadzieją, że dowiedzą się, co się z nimi stało.

Wiele z tego, co opisywał Spengler: rozwój wielkich miast, prasy masowej, zmiany świadomości, stosunków władzy i kulturalnej hegemonii, jest dzisiaj codziennością i traktowane jest jako „osiągnięcie” przez nikogo publicznie nie kwestionowane. Prognozy Spenglera mogą być odczuwane jako zagrożenie tylko przez tych ludzi, których socjalizacja i etyczne wychowanie przebiegało pod niebem tradycyjnych, „przednowoczesnych” pojęć moralnych a takich ludzi już nie ma. Ich etyka uchodzi za zacofaną i jest potępiana. Nowy świat z nowymi wartościami wszedł na miejsce starego. W nim trzeba się zadomowić.
Zasługa Spenglera polega na otwarciu spojrzenia na nowe krajobrazy, przygotowaniu na nową rzeczywistość. Skłania on nas do stawiania pytań: jak dalece człowiek jest jedynie więźniem historii, jedynie organem ducha czasu i świata? Czy wolność pojedynczego człowieka wystarcza, by ciągle na nowo stwarzać sobie nowe stany kultury? Czy można tak skorygować stosunki społeczne, aby umożliwiły człowiekowi życie w oparciu o doświadczenia, które niosła historia? Czy takie zjawiska jak debilne programy telewizyjne lub spadek poziomu wykształcenia są czymś nieuniknionym, co fatalistycznie musimy zaakceptować, czy też skutkami konkretnej polityki robionej przez ludzi? Czy wszystko jest kwestią stosunków władzy, elit? W tych pytaniach wolność i konieczność są ze sobą ściśle związane.

Po zmierzchu starych tradycyjnych norm i wartości każdy sam jest odpowiedzialny za stan swojej kultury; w warunkach do niczego niezobowiązującego pluralizmu społeczeństwa masowego każdy tworzy swoją własną kulturę, każdy jest mikrokosmosem, który swoim postępowaniem udowadnia, ile tkwi w nim kultury, ile charakteru, ile rasy. Niczym oswojone zwierzę zostawione samo na wolności w lesie, szukamy znanych miejsc, tego, do czego się przyzwyczailiśmy, jednak nie ma nikogo, kto nam zaofiaruje bezpieczeństwo, nikogo, kto to samo odczuwa, myśli i pragnie. Każdy zamieszkuje zamknięty świat, w którym się urządził jak w małym, o wiele za ciasnym, domku letniskowym, mogącym być tylko propozycją w szerokim asortymencie możliwości, próby wydostania się z wewnętrznej przestrzeni mikrosfery kończą się niepowodzeniem.

Już nie ma całego „My”, nie ma całego „Ja”, pomiędzy tymi dwoma siłami, dwoma polami napięć hipernowoczesnego człowieka, jednostka posuwa się po omacku jak wzdłuż ciemnego korytarza, którego końca wprawdzie nie można dostrzec, ale który wymusza kierunek posuwania się naprzód. Kultura nie jest kwestią otoczenia, w którym się urodziliśmy, lecz kwestią postawy, instynktu jak powiedziałby Spengler. Kulturę tworzy ten – i tak było zawsze – kto nie chce być za pan brat z tym, co przychodzi z dołu, podlizując mu się prymitywnie i obiecując przynależność pod warunkiem, że podąży za hasłami dnia i modnymi poglądami. Kultura jest nadawaniem formy, w tym leży jej istota, jej moc. Jesteśmy dziedzicami tej mocy, której nikt nie może już, lub nie chce, użyć na większą skalę. Ale nosimy w sobie jeszcze jej śladowe elementy, historia ofiarowuje nam pewne wskazówki, jak można kształtować własne życie. Skazani jesteśmy na niepewność i wieczne niezdecydowanie, ponieważ ciągle jeszcze stoimy pomiędzy epokami, pomiędzy przeciwstawnymi siłami, pomiędzy przeszłością i przyszłością; być może nigdy nie istniał większy rozziew, głębsza wrogość pomiędzy Wczoraj a Jutrem niż dziś. Ten konflikt codziennie na nas wpływa, czujemy, że oba światy nas przyciągają, oba mają nad nami władzę, oba tworzą naszą rzeczywistość. Także i dziś, podobnie jak Spengler, jesteśmy – pisze Lisson – świadkami potężnych walk i przemieszczeń prowadzących z jednego stadium rozwoju do drugiego, i tak wielki jest, powiada Nietzsche, „czar tych walk, że, kto je ogląda, także musi przystąpić do walki”!

I na sam koniec, osobista refleksja. Cytuje się często zdanie Spenglera z książki Człowiek i technika, że „optymizm jest tchórzostwem”, jednak dzisiaj, w obliczu „upadku Zachodu” lub nawet „końca Zachodu”, powinna nam przyświecać dewiza „Pesymizm jest tchórzostwem!”

Tadeusz Gabiś
www.tomaszgabis.pl

Pierwodruk: „Opcja na prawo”, 2013 nr 2.

Za: http://www.tomaszgabis.pl/?p=1286 , 07.01.2013

POLISH CLUB ONLINE, 2013.07.13

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek