Wierzyć się nie chce, że jest to wywiad z profesorem prawa, adwokatem, a wcześniej ambasadorem III RP na Litwie.


Jan Widacki: byłem „kwintesencją Układu”

Prof. Jan Widacki. Fot. Onet.pl
Prof. Jan Widacki. Fot. Onet.pl

„Mechanizmy IV RP mogą być w każdej chwili uruchomione i użyte przeciw każdemu” – mówi Jan Widacki, jeden z najsłynniejszych polskich adwokatów. W rozmowie z Onetem odsłania kulisy procesu, którym żyła cała Polska, a w którym on zasiadł na ławie oskarżonych.

Michał Radziechowski: Panie Profesorze, czym się pan tak naraził?

Prof. Jan Widacki: Zeznający w moim procesie świadek Janusz Kaczmarek mówił, że na licznych nieformalnych odprawach, które odbywały się u prezesa, a później premiera Jarosława Kaczyńskiego, byłem nazywany „kwintesencją układu”.

Czuje się pan ofiarą spisku?

– Czegoś gorszego. Gdyby to był spisek, można by zaangażowane osoby wskazać imiennie i poprzez wyroki sądowe pozbawić ich wpływu na życie publiczne i wymiar sprawiedliwości. Mój proces ujawnia kondycję moralną różnych funkcjonariuszy państwowych. Gdy stało się jasne, że dla szefa szefów ktoś jest „kwintesencją układu” – ruszyła cała sfora.

Tak łatwo nimi kierować?

– Sfora ruszyła, żeby się podlizać, żeby awansować, żeby uzyskać pochwałę. To nie był spisek grupy ludzi, tylko mechanizm. Taki mechanizm może być w każdej chwili uruchomiony przeciwko każdemu.

Kiedy dowiedział się pan, że montują coś przeciwko panu?

– Z początkiem kwietnia 2006 roku. Wróciłem z nart w Alpach. Broniłem wtedy Zbigniewa Siemiątkowskiego. Miałem z nim jechać na przesłuchanie do Poznania. W domu otworzyłem wezwanie od białostockiej prokuratury. Zaczęli wydzwaniać dziennikarze…

O co pytali?

– Czy to prawda, że jestem podejrzany o współdziałanie z mafią. W TVN24 leciał pasek z informacją, że mam mieć postawiony zarzut.

Został pan Janem W.?

– Byłem wymieniany z nazwiska, bo formalnie nie byłem jeszcze podejrzany, więc nie dotyczył mnie stosowny zapis prawa prasowego. Informowano również, że w tej sprawie mają postawione zarzuty osoby związane z mafią pruszkowską.

Jak się pan czuł?

– Do opinii publicznej dociera o mnie taki przekaz, że na ławie oskarżonych zasiądzie jakiś facet związany z mafią pruszkowską. Jak się czułem? Jestem na ogół dość odporny, ale to było przeżycie. Moje dotychczasowe, że tak powiem, związki z mafią pruszkowską były następujące: W Nowym Sączu był sądzony Mirosław Danielak…

„Malizna”.

– Tak. Został skazany za podżeganie do zabójstwa. Apelacja miała się odbyć w Krakowie. Żona Danielaka szukała w Krakowie karnisty, który by reprezentował jej męża na tym procesie. Jako adwokat miałem niezłą renomę i dużo różnych klientów, których broniłem w wielu poważnych sprawach, także w licznych sprawach o zabójstwo. I tak zostałem obrońcą Danielaka. To był mój jedyny kontakt z ludźmi związanymi z Pruszkowem.

Ryzykowny, jak widać.

– Sprawy Pruszkowa – karne i cywilne  – prowadziło wielu adwokatów. Nie można nam z tego powodu czynić zarzutu. Od tego jest adwokat.

Przyjeżdża pan do Białegostoku. Czego się dowiaduje?

– Na miejscu okazuje się, że podżegałem do fałszywych zeznań Sławomira Ratajczyka – kryminalistę siedzącego w więzieniu w Białymstoku. Rzeczywiście raz byłem u tego człowieka.

Po co?

– Ten facet najpierw wydzwaniał i wysyłał SMS-y do innego obrońcy Danielaka – mecenasa Duziaka, z Warszawy. Twierdził, że ma ważne informacje, istotne dla sprawy „Malizny”. Mecenas Duziak powiadomił o tym Danielakową i przekazał podany mu numer telefonu. Nie wiedział, że to komórka z kryminału. Potem okazało się, że Ratajczyk ma w celi trzy telefony komórkowe.

To możliwe?

– Ratajczyk był konfidentem. Zdaje się, że każdy telefon dostał od innej służby. Tego nikt nie wyjaśnił.

Nikt nie próbował?

– Tam działy się ciekawsze rzeczy, których nikt nie próbował wyjaśnić, albo próbował nieudolnie. W każdym razie Danielakowa prosiła mnie, żebym pojechał do Ratajczyka i spytał, co on tam ma za informacje. Na miejscu okazało się, ze żadnych ważnych informacji nie ma. Siedział tam z jakimś świadkiem koronnym, o którym opowiadał, że był nakłaniany do składania zeznań obciążających Danielaka. Potem się śmiał, że Danielaka skazali niesłusznie. Całość brzmiała mniej więcej tak, że jeden kryminalista mówił drugiemu kryminaliście coś, o czym nie wiadomo skąd wiedział. Nie miało to żadnej wartości procesowej, jednak jako adwokat miałem obowiązek sprawdzić i ten trop.

Co Ratajczyk zeznaje w śledztwie?

– Że nakłaniałem go do fałszywych zeznań na korzyść Danielaka. Wcześniej wysyła list do posła Zbigniewa Wassermana, gdzie sugeruje to samo.

Sugeruje, czy stwierdza to wprost?

– Sugeruje. Pisze, że dużo by mógł powiedzieć, a w ogóle prosi, żeby go skontaktować z obrońcami Marka Dochnala. Potem okazało się, że jest z nimi w stałym kontakcie; że jest przez nich wynagradzany i że dostaje paczki. Wreszcie odwiedza go w areszcie niejaka Dorota Kania – tak zwana dziennikarka śledcza z „Gazety Polskiej”. Zostawia mu kopię swojego artykułu. Zeznanie Ratajczyka pokrywa się później z treścią tego tekstu. Ciekawe, że wizyta Kani w areszcie nie jest odnotowana. Mało tego, Kania chwaliła się, że nagrała rozmowę z Ratajczykiem, a wiadomo, że do aresztu nie wolno wnosić sprzętu nagrywającego. Ktokolwiek był w areszcie, wie, ile formalności trzeba spełnić, żeby dotrzeć do osadzonego. Jej udało się przeniknąć mury bez żadnego śladu w papierach. Kolejna tajemnica: list Ratajczyka wychodzi z oddziału dla niebezpiecznych osadzonych bez żadnego odnotowania w ewidencji. Czyli jest to jakiś gryps. Kto go przenosi – nie wiem. List dociera do sejmu, również nieodnotowany w żadnej ewidencji. Listy, które przychodzą do posłów, są na ogół sprawdzane przez BOR, a po tym nie ma śladu w żadnych dokumentach. Nie wiadomo, jak wyszedł z aresztu i jak dotarł do Wassermana. Wiadomo tylko, że Wasserman jedną kopię daje Dorocie Kani, drugą wręcza obrońcom Dochnala. Obrońcy Dochnala kontaktują się już bezpośrednio z Ratajczykiem, przysyłają mu paczki i pośredniczą między Ratajczykiem a ministrem Kaczmarkiem. Żeby było zabawniej, Ratajczyk przyznał później, że w prawdzie on ten list pisał, ale – jak się wyraził – nie on był jego autorem. Czyli – zgodnie z jego wersją – list był podyktowany. Tak mówił na rozprawie. W jaki sposób ten list wyszedł i jak doszedł – nie wiemy.

Próbowano ustalić?

– Przesłuchiwano mnóstwo ludzi i nic nie ustalono. Nawiasem mówiąc – nie do końca wiadomo, czy ten list adresowany był bezpośrednio do Wassremana, bo zaczyna się od formuły „Szanowny Panie”. Nie miał koperty. Powstaje też pytanie, dlaczego Wasserman, jeśli wynikało z tego listu, że popełniłem przestępstwo, nie przekazał go prokuraturze tylko obrońcom Dochnala i Dorocie Kani. Funkcjonariusz publiczny nie dopełnił dość istotnego obowiązku.

Po co obrońcom Dochnala był Ratajczyk?

– Ratajczyk sugerował, że ma jakieś ważne informacje. Jakie on mógł mieć ważne wiadomości na temat Dochnala, albo mnie, gdy siedział już parę lat w kryminale i się nudził? Wymyślał sobie różne atrakcyjne zajęcia, równocześnie będąc konfidentem. Brał pieniądze od służb i od obrońców Dochnala, co jest udokumentowane. Zeznawał, co chciała jedna i druga strona.

Kiedy Ratajczyk zmienił zeznania?

– Po zmianie władzy wszystko odwołał. Powiedział, że był nakłaniany do obciążających mnie zeznań. Mówił, że obiecywano mu wznowienie postępowania w jego sprawie.

Gdyby PiS nie stracił władzy i gdyby wywiązali się ze zobowiązań złożonych Ratajczykowi, on nie odwołałby zeznań. Wyszło inaczej, więc się zdenerwował. Jedna z prawdopodobnych wersji użycia Ratajczyka jest taka, że wynaleziono kryminalistę, którego w bardzo prosty sposób nakłoniono do napisania listu, który mu podyktowano.

Co to znaczy „w prosty sposób”?

– Na wolności nie zdajemy sobie sprawy z tego, jaką wartość mają w więzieniu nieraz bardzo drobne przysługi. To, czy cela jest od podwórka czy od ulicy ma życiowe znaczenie dla kogoś, kto ma w niej spędzić długi czas. Czy np. to nie jest poddasze, gdzie jak słońce przygrzeje to się wściec można. To są dla osadzonych życiowe sprawy. Wielu sędziów, którzy orzekają w oparciu o zeznania różnych kryminalistów, również niestety nie zdaje sobie sprawy, jak łatwo kupić od kryminalisty dowolne zeznania za takie właśnie drobne przysługi.

Ratajczyk nie wskazał nakłaniających?

– Nie. Twierdził, że się boi. Dawał tylko do zrozumienia. Twierdził, że odwiedzali go posłowie z komisji śledczej ds. PKN Orlen. Sąd tego nie ustalił, bo nie mógł prowadzić śledztwa obok sprawy.

Obiecywano mu coś jeszcze?

– On odsiadywał wyrok 25 lat więzienia za podwójne morderstwo i gwałt na dziecku. Bał się. Powiedział później w sądzie „Nie chodzi o to że ktoś mnie tam powiesi. Jak będą chcieli, to mnie tak urządzą, że się sam powieszę”. Twierdził, że obiecywano mu nadzwyczajne złagodzenie kary. W sądzie powiedział, że był gotów podpisać pakt z samym diabłem. Jego nieszczęście polegało na tym, że pisowcy stracili władzę i się nie wywiązali. Bardzo się wtedy zdenerwował i zaczął pisać po redakcjach. Napisał do „Newsweeka” i do „Nie”, że opowie, jak było, tylko że on gdy już pisze,  lubi coś z tego mieć. Obie redakcje nie podjęły negocjacji. W czasie tych zmagań został przeniesiony z kryminału w Białymstoku poza rejon – do Strzelc Opolskich. Jak twierdzi, został tam pobity z sugestią, żeby się nie ważył zmieniać zeznań. W tej sprawie było prowadzone śledztwo, ale zostało umorzone,

Już po zmianie władzy?

– Tak. Rzecz zdumiewająca; on miał status takiego więźnia specjalnej troski. Ponieważ popełnił zbrodnie na dziecku, był szczególnie zagrożony, a dochodziło do tego zagrożenie ze strony tych, których obciążył w innych procesach. Dlatego nie był uznany za niebezpiecznego, ale był na oddziale dla niebezpiecznych, w celi monitorowanej. I tu nagle, niby dla jego bezpieczeństwa, przewożą go do Strzelc Opolskich, gdzie w ogóle nie ma takiego oddziału. Wątek jego przeniesienia nie został wyjaśniony. Było śledztwo, ale zostało umorzone.

Nic nie dało się ustalić?

– Strażnicy twierdzili, że go nie pobili, on twierdził to, co twierdził. Słowo przeciw słowu.

Siedzi nadal w Strzelcach?

– Wrócił do Białegostoku. Więzienie jest monitorowane. Ciekawe, że w archiwum można odszukać wszystkie taśmy ze wszystkich lat, zginęła tylko kaseta z nagraniem mojej wizyty u Ratajczyka.

Miał pan nakłaniać do fałszywych zeznań również Marka Dochnala.

– Po paru miesiącach prokurator zorientował się, że oskarżenie oparte na zeznaniach Ratajczyka jest słabe, więc znaleźli mi jeszcze dwa zarzuty.

Nakłanianie Dochnala do fałszywych zeznań i wynoszenie grypsów.

– Zaczęło się od tego, że występowałem w pewnej sprawie gospodarczej w Katowicach, po jednej stronie z adwokatem Kucińskim z Warszawy. Później dowiedziałem się, że Kuciński jest obrońcą Dochnala, który miał wtedy dwóch obrońców – Kucińskiego i Kruszyńskiego. Kuciński był obrońcą w procesie karnym, a Kruszyński poza reprezentowaniem Dochnala w sądzie, był również jego pełnomocnikiem przed sejmową komisją śledczą w sprawie Orlenu. Pierwszego kwietnia ukazał się na pierwszej stronie „Gazety Wyborczej” artykuł, w którym podano treść maili Dochnala. Wydało mi się dziwne, że takie szczegóły ze śledztwa wyciekły do gazety. Podejrzewałem żart primaaprilisowy. Spytałem o to Kucińskiego. Potwierdził, że był przeciek. Tyle rozmawialiśmy o sprawie. Na przesłuchaniu Dochnala przed komisją śledczą jeden z posłów spytał, czy ktoś naciskał na jego pełnomocnika. Dochnal odpowiedział, że ja i rozpoczęła się wielka awantura. Znów zaczęli dzwonić dziennikarze. W pierwszej chwili nie wiedziałem, o co chodzi – w telewizji wypowiadał się Kuciński, odmawiając komentarzy i zasłaniając się tajemnicą adwokacką. Z kolei Kruszyński opowiadał w „Wiadomościach”, że nie zna szczegółów, ale wie, że rozmawiałem o sprawie z Kucińskim. Zadzwonił do mnie Kuciński. Nagrałem go. Pytam, o co chodzi, on odpowiada, że sam nie może zrozumieć, że to jakiś fałsz… Ja mówię: „panie, napisz pan oświadczenie jak było. Rozumiem, że jest panu niezręcznie powiedzieć: mój klient kłamie. Niech pan wypowie pełnomocnictwo, no trudno”.

Nie wypowiedział.

– Nie chciał, bo obydwaj mieli obiecane po dużej nagrodzie za wyciągniecie Dochnala z pierdla. Stąd np. ich apel do sądu o uchylenie aresztu – poza wszelką procedurą. Chcieli go  wyciągnąć za wszelką cenę, także za moją. Kuciński napisał w mojej sprawie oświadczenie. Opisał w nim, co było przedmiotem naszej rozmowy i zaprzeczył oskarżeniu. Jeden egzemplarz miał wysłać do Komisji Śledczej, ale nie posłał. Otrzymałem go tylko ja. Drugi egzemplarz próbował zdeponować w warszawskiej radzie adwokackiej. Żal mu było nagrody. Zachowywał się dwuznacznie, bo z Kruszyńskim kłócili się o taktykę obrończą.

Kruszyński jako pełnomocnik Dochnala nie tylko przed sądem, ale również przed komisją miał nad Kucińskim przewagę. Kombinował z tą komisją, że jak Dochnal obciąży Kwaśniewskiego i innych, to mu uchylą areszt. Kuciński wystraszył się, że tamten załatwi wyciągniecie Dochnala za pośrednictwem komisji śledczej.

Pan żartuje. Rywalizowali ze sobą, kto pierwszy wyciągnie Dochnala?

– Mieli obiecaną nagrodę.

Dla tego, kto pierwszy?

– To nie było dla mnie jasne. Dla nich też chyba nie o końca. Niemniej rywalizowali, Kuciński mówił, że Dochnal nie powinien przed komisją śledczą nic zeznawać. Kruszyński z kolei słusznie uważał, że jak Dochnal nic nie będzie gadał, to też nic przed komisją nie ugra. Być może Kuciński argumentując powołał się na rozmowę ze mną. Być może powiedział, że ja też uważam, że Dochnal nie powinien zeznawać. Tak mogło być. Jak było – nie wiem. Dochnal będąc w areszcie mógł nie wiedzieć, co kombinują jego obrońcy i nie wiedzieć, że jest manipulowany. To wynika z jego zeznań przed sądem.

W sprawie rzekomego wywierania nacisku na Kucińskiego byłem przesłuchiwany przez prokuraturę w Łodzi, która prowadziła sprawę Dochnala. Umorzyli ten wątek. Prokuratura białostocka wygrzebała go i włączyła do sprawy. Dążyli do tego, żeby wzmocnić wątek Ratajczyka. Szukali różnych moich klientów, którzy dostali dożywocie. Liczyli, że któryś będzie niezadowolony i coś im powie.

Co konkretnie miał pan wymuszać na Dochnalu?

– Żeby w swoich zeznaniach nie obciążał Kulczyka. Nie trzymało się to kupy, bo Kulczyk i Dochnal w ogóle się nie znali. Nie robili nigdy żadnych interesów. Dla Kulczyka Dochnal był hochsztaplerem grasującym na obrzeżach wielkiego biznesu. Nigdy się nie spotkali. Dochnal nie miał nic do powiedzenia na temat Kulczyka.

Czyli nie mógł go obciążyć?

– Przed komisją gadał coś o tajnych kontach, coś tam pieprzył, ale w sądzie w mojej sprawie mówił, że dla niego rzecz jest jasna – ktoś chciał jednym śrutem ustrzelić dwie kaczki – mnie i jego przy okazji. Skarżył się jeszcze na swoich obrońców, że obydwaj byli agentami.

Czy w tej sprawie prokurator Anna Malczyk z Białegostoku jeździła do kancelarii premiera, do Wassermana?

– Tak. Odebrać list Ratajczyka.

I przy okazji przesłuchać Wassermana?

– Nie, na przesłuchanie przyjechała specjalnie. Przesłuchiwała go w Urzędzie Rady Ministrów, żeby się nie fatygował. Przed przesłuchaniem przesłali mu listę pytań.

Co mówił?

– Same ciekawe rzeczy, na przykład „wykryliśmy powiązania Widackiego z fundacjami Aleksandra Kwaśniewskiego”. Tak brzmi zeznanie. Rzeczywiście byłem członkiem rady fundacji Semper Polonia, obok mnie był prof. Pomianowski, ks. Boniecki, dyrektor Ossolineum i jeszcze parę innych osób. To były moje powiązania z fundacjami Kwaśniewskiego, bo Fundacja Semper Polonia została założona przez prezydenta RP. Miała promować Polskę za granicą. Ale teza brzmi pięknie i współtworzy całość – tu Kwaśniewski, tu Kulczyk, tu gangsterzy – ni mniej, ni więcej „kwintesencja układu”. Wiem to stad, że warszawski sąd ściągnął z białostockiej prokuratury akta podręczne i tam odkryto kopalnię wiedzy. W Białymstoku byli tak zaskoczeni, że nawet tych akt nie wyczyścili.

Którzy politycy zeznawali w Pańskiej sprawie?

– Wasserman, Ziobro, Kaczmarek, Engelking… Niektórzy kłamali. Sąd konfrontował Ziobrę z Kaczmarkiem…

Który kłamał?

– Tego nie wiem. Podejrzewam, że obydwaj. Kaczmarek był niezwykle aktywny w mojej sprawie, gdy był prokuratorem. Osobiście przedłużał śledztwo, a potem mówił, że w ogóle nie zna sprawy. Engelking też zeznał w sądzie, że z tą sprawą w ogóle nie ma nic wspólnego. Miał dowiedzieć się o niej przypadkiem, a w aktach podręcznych jest notatka prokuratora sporządzającego akt oskarżenia, w której jest napisane, że zgodnie z poleceniem, projekt aktu oskarżenia przesłano prokuratorowi Engelkingowi.

Jak to możliwe?

– Możliwe. Jak wiele innych rzeczy w tej sprawie.

Komu miał pan przenosić grypsy?

– Dla takiego faceta, którego kiedyś broniłem w Nowym Sączu. Został skazany na dożywocie. Chodziło o to, żeby mnie posadzić na ławie oskarżonych między gangsterami. Powiedziałem nawet na rozprawie, że posadzono mnie między facetami w czerwonych kombinezonach żeby mnie upokorzyć, ale ja mam do nich więcej szacunku niż do tych, którzy spreparowali ten proces.

Wracając do rzekomych grypsów; ten facet to był Krzysztof Filas, skazany na dożywocie za zabójstwa w procesie gangu Chowańca. Nawiasem mówiąc – jestem przekonany, że jeśli on uczestniczył w tych zabójstwach to nie w charakterze wykonawcy. W każdym razie broniłem go. Nie wybroniłem. Jego żona – prosta kobieta ze wsi – została wezwana do prokuratury, już nie pamiętam – nowosądeckiej czy limanowskiej i tam pani prokurator Anna Malczyk z Białegostoku rozpoczęła przesłuchanie od pytania, jak to jest, że Widacki nie wybronił męża, a pewnie dużo wziął. Zaczęło się napuszczanie na mnie. Żona Filasa mówiła, że nie ma pretensji do adwokata. Bronił, jak umiał. Prokurator Malczyk pyta ją, czy przekazywałem w mieszkaniu jakieś grypsy. Ta zaprzecza, po czym słyszy, żeby się dobrze zastanowiła, bo jak sobie nie przypomni o grypsach, może stać się podejrzaną. Później rzeczywiście postawiono jej zarzut.

Cały zarzut zbudowano na próbie straszenia żony Filasa?

– O grypsach zeznawał jeszcze Łukasz Z. – taki młody gangsterek z Nowego Sącza. Głupiutki, ale na swój sposób poczciwy. Zawsze miałem do nich więcej sympatii niż do tych skurwysynów…

Co zeznawał?

– On miał status małego świadka koronnego w sprawie o podżeganie do zabójstwa. Warunkiem nadzwyczajnego złagodzenia jego kary było to, że obciąży inne osoby. Dzięki temu za podżeganie do zabójstwa dostał, zdaje się, cztery lata. Gdy wyrok się uprawomocnił, a Łukasz Z. zeznawał jako świadek w innym procesie, zaczął to odwoływać. Mówił, że zeznawał podpowiedzi prokuratora i że zeznał nieprawdę. Na co prokurator zagroził wystąpieniem do Sądu Najwyższego z wnioskiem o wznowienie postępowania przeciwko małemu świadkowi koronnemu. I teraz pojawia się mój wątek: Jest już wyznaczona kolejna rozprawa, gdzie on może wycofać odwołanie zeznań, albo pan prokurator wznowi mu sprawę o zabójstwo przy użyciu broni palnej. Mógł dostać minimum 15 lat, a on tu dostał 4. W czasie kiedy on myśli co tu zrobić, bo ma czas na wycofanie odwołania zeznań, staje się rozchwytywanym świadkiem. Codziennie przesłuchuje go CBŚ i pani prokurator Anna Malczyk z Białegostoku. Pierwszego dnia pyta go o grypsy. On mówi, że o żadnych grypsach nic nie wie. Pani prokurator kończy przesłuchanie, ale nie wyjeżdża z Nowego Sącza, tylko przesłuchuje go jeszcze następnego dnia.

Co zeznawał następnego dnia?

– Przypomniał sobie, że były grypsy. Te zeznania odwołał na rozprawie.

Bał się pan, że pana zamkną?

– Nie mam bezwzględnego zaufania do sądów. Widziałem sprawy, gdzie sądy skazywały naprawdę niewinnych ludzi. Działo się tak najczęściej nie ze złej woli sędziów, tylko z braku kompetencji. Byłem pewny, że zarzucane mi czyny nie mieszczą się żadną miarą w optyce mojego działania. Jednak gdyby mnie nie sądził sąd w Warszawie, tylko sąd rejonowy w Białymstoku, gdzie początkowo skierowany był akt oskarżenia, jakiś asesor by mnie pewnie skazał.

Poza tym miałem szczęście, że pomówili mnie o takie rzeczy, a nie o np. gwałt na nieletniej albo łapówkę, bo wtedy najpierw by mnie zamknęli, a dopiero potem pytali. Brałem pod uwagę wszystkie warianty. Wiedziałem, że tutaj nie liczą się żadne zasady ani prawo. Gdy pojawiłem się na pierwszym przesłuchaniu, pod budynkiem prokuratury białostockiej koczowały wszystkie możliwe telewizje, fotoreporterzy wszystkich możliwych gazet i chyba z 50 dziennikarzy. Przypadkiem.

Jak się żyje podczas takiego procesu? Pański trwał 6 lat.

– W telewizji leci informacja o procesie, a ja mam wygłaszać wykład do 200 studentów. Co mam im powiedzieć? Oni to wszyscy widzieli, pisano o tym w gazetach. Mój syn w przeddzień próbnej matury dowiaduje się z telewizji, że ojciec jest wspólnikiem mafii pruszkowskiej. To są krzywdy nie do naprawienia. Jestem człowiekiem odpornym psychicznie, mam pewne doświadczenie życiowe i polityczne, więc znam te różne mechanizmy. Jakoś to przeszedłem, ale dużo mnie to kosztowało.

Jak się prowadzi kampanię wyborczą z takimi zarzutami?

– Wiedziałem, że na każdym publicznym spotkaniu padnie to pytanie.

I padało?

– Oczywiście. I na każdym publicznym spotkaniu się z tego tłumaczyłem. Ale z pełnym przekonaniem mówiłem, że wierzę, że sąd oczyści mnie z zarzutów, a jeśli mnie skaże, zrzeknę się mandatu.

Studenci o coś pytali?

– Nie pytali, ale na pewno komentowali to między sobą. Gdy rozpoczęła się kampania w mediach, mówiłem im, że tak jak lekarz chorób zakaźnych jest narażony na zakażenie, tak każdy adwokat jest narażony na pomówienia kryminalistów.

Mówił im pan, że ten mechanizm może uderzyć w każdego?

– Niektórzy żartują, że Tusk powinien dać mi dobre stypendium na czas swojej kadencji, żebym mógł nic nie robić tylko pisać książkę. Przedstawiłbym mechanizmy IV RP tak, że nikt nigdy nie zagłosowałby już na PiS.

(RZ)

Rozmawiał Michał Radziechowski

Źródło: http://wiadomosci.onet.pl/tylko-w-onecie/jan-widacki-bylem-kwintesencja-ukladu/08gje , 2 sierpnia 2013

POLISH CLUB ONLINE, 2013.08.03

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek