Henryk Skwarczyński: NIEMCY-HAŃBA ŚWIATA


Zbliża się kolejna rocznica polskiego września. Pamiętajmy o tamtych latach. Pamiętajmy, kto to wszystko rozpoczął. Winni jesteśmy tym wszystkim milionom Polaków, których sąsiedzi Niemcy postanowili unicestwić. To nie była zwykła wojna. To było zaplanowane ludobójstwo, którego z ochotą podjęli się Niemcy na różnych poziomach i w różnych organizacja wojskowych i cywilnych.

Jeżeli z politycznych względów rodzimi decydenci przykrywają prawdziwy obraz, to przypomina nam to nasz rodak zza oceanu.

Jest to ważny przyczynek do przypominania prawdy. Ważność tematu i trudny dostęp spowodowały przedruk z tygodnika „ w sieci”

HAŃBA ŚWIATA

Henryk Skwarczyński
Pisarz, podróżnik

 

Niemcy-hańba

Mordowaliście. Wieszaliście. Z okien domów wyrzucaliście niemowlaki i inwalidów. Wyłapywaliście na uli­cach ludzi i rozstrzeliwaliście ich pod ścianą. Staliście się wtedy hańbą Europy. Także świata, choć komunistycznych Chin nie udało się wam w zbrodniach prześcignąć. Kim był brat dziadka niemieckiego ambasadora w Polsce, mordując na przedpolach Warszawy w 1939 r.? Nazi­stą? Czy może Niemcem, którego przodkowie uczestniczyli w spaleniu Kalisza? Tyle że wcze­śniej. W czasie I wojny światowej. Nazistów wówczas nie było. A może po prostu nie wiecie, gdzie jest ta Calisia? Nie wiecie też pewnie, co działo się tam w upalne sierpniowe dni 1914 r.? Zamierzacie obchodzić w zbliżającym się roku rocznicę w związku z waszymi pradziadami? Może też film byłby dobrym pomysłem? Tadzio miał sześć lat, kiedy go wtedy mordowaliście. Nie. Nie w czasie II wojny światowej. Wcześniej o  jedną wojnę.

 

Kim była rodzina kanclerza Schródera i Eriki Steinbach, których dzisiaj obściskuje aktywistka DDR-Jugendverbandes – dla nie­wtajemniczonych: organizacja będąca w ko­ munistycznych Niemczech odpowiednikiem Hitlerjugend – Angela Merkel? Czy byli to na­ziści? Czy byli to Niemcy? Schludni. Lejący łzy przy skaleczonym piesku i zasłuchani w mu­zykę jednego z klasyków. Jak czynił to komen­dant obozu w Auschwitz Rudolf Hoss. Kim są dogorywający dziś Niemcy, którzy brali udział w wymordowaniu milionów ludzi różnych ras i różnych narodowości? Rozpłynęli się?

Mieszkałem w Niemczech w Monachium – jako uchodźca z Polski, ale już obywatel USA – blisko dziesięć lat. Mówię waszym językiem i rozumiem wiele z waszej kultury. Kultury Goethego i Beethovena. Kultury światłych umysłów i niepojętego zdziczenia waszych oj­ców i dziadów. Mieszkając w Niemczech, jako pisarz i syn profesora literatury (jego brata Hen­ryka – i brata także wcześniej zamordowanego Tadka – torturowaliście na Pawiaku, a potem zamordowaliście w Mauthausen). Nigdy, od­wiedzając księgarnie, nie zobaczyłem ani jed­nej książki na temat waszych obozów zagłady. A szukałem ich. Uważałem za oczywiste, że gdzieś można je dostać. Owszem. Znalazłem publikację opisującą wojnę, ale przedstawia­jącą zdjęcia niemieckich ofiar w Bydgoszczy w roku 1939, jak informował podpis, ofiar pol­skich fanatyków. Tak oto wygląda stan rzeczy. Krajobraz wymieciony, jak wymiecione zostały archiwa dotyczące takich jak zbrodniarz wo­jenny Weizsacker. Nie, nie mam na myśli by­łego prezydenta. Chodzi o prezydenckiego ta­tusia – tak, tak, zbrodniarza wojennego – i jego akta wykradzione z tych archiwów. Takich akt wykradziono zresztą dziesiątki tysięcy! Pisała o tym amerykańska prasa

Oburzacie się, że was podsłuchujemy? Że nie zasługujecie na to? Więc powiem wam coś z mej amerykańskiej perspektywy. Ameryka nie ma do was zaufania. A nie ma dlatego, że próbujecie wtłaczać setki kłamstw w ładnie wy­glądającym opakowaniu. Są one niczym zatrute cukierki, jakie zrzucali dzieciom piloci Luftwaffe w czasie nalotów na Polskę we wrześniu 1939 r. Ameryka nie ma i nie będzie miała do was zaufania, dopóki wszem i wobec nie po­wiecie, że wasi ojcowie i dziadkowie (nazizmu wtedy nie było) byli mordercami. Że pławili się we krwi tysięcy ofiar. Milionów ofiar. Że Kalisz, Ravensbriick i Auschwitz to wasze dzieło!

Okazuje się, że wy nie chcecie wiedzieć, co wasi ojcowie wyprawiali. Nie chcecie wiedzieć, jak wasze matki witały niemieckich żołnierzy w czeskich Sudetach. Nie chcecie wiedzieć, że wasi ojcowie i dziadkowie wyprawiali na tam­ten świat setki tysięcy ludzi, nie tylko Żydów Dlatego, wasza współczesna mowa jest mową kłamstwa. Jest taką samą mową – mówię to w odniesieniu do filmu, który propagujecie – jaką posługiwaliście się, kiedy mieliście w dłoni bat i drut kolczasty.

To u was żyli i żyją zbrodniarze z Wehrmachtu – udowodnił to Jochen Bóhler – którzy uczestniczyli w masakrze jeńców wojennych w Ciepielowie czy masakrze ludności cywilne jak miało to miejsce w Złoczewie we wrześniu1939 r. To u was pobierają rentę dogorywające resztki komanda, które wymordowało w ciągu paru dni kilkadziesiąt tysięcy mieszkańców warszawskiej Woli! Czy zdajecie sobie sprawę, ile osób trzeba zatrudnić, żeby w kilka dni za­bić kilkadziesiąt tysięcy ludzi? Zabiliście ich w czasie powstania warszawskiego w 1944 r. Córka hitlerowskiego oficera (czyli z definicji bandyty) tamtych lat pogardy Erika Steinbach o tym powstaniu dopiero niedawno się dowie­działa. A czy wielu z was w ogóle wie, co zro­biliście w 1939 r. z profesorami Uniwersytetu Jagiellońskiego, tego samego, w którego murach studiował Mikołaj Kopernik?

To u was zakwitł intelektualny muchomor w rodzaju Guntera Grassa. Członka Waffen SS, który przez lata okłamywał świat wspierany przez wasze media. Wspierany także przez tych, którzy obudzili się dopiero, kiedy Grass posta­nowił wypowiedzieć się, co myślą jego rodacy na temat Izraela i Żydów. Gdyby powiedział to w odniesieniu do Polaków czy Czechów, śmie­libyście się w głos, jak zaśmiewał się przez lata przy piwie Horst Rippert, morderca francuskiego pisarza o dziwacznym nazwisku Saint-Exupery.

Jako pisarz i obywatel Stanów Zjednoczonych wzywam was do przyjęcia pokornej postawy wobec morza zbrodni, których dokonaliście. Na Polakach, Żydach, Cyganach, Karaimach, Cze­chach, Słowakach, Tatarach, Anglikach i tylu innych narodowościach. Wasze były komory gazowe. Wasze było gestapo. Wasze były obozy zagłady. Wasz był Wehrmacht i wasze było SS.

Symbolem waszego „wygnania” pozostanie po wsze czasy Józef Cyppek. Wasz produkt. Wasze dzieło w poniemieckim Szczecinie 1952 r., w którym tylu z was musiało napędzać koniunkturę dla współczesnego muzeum „wy­pędzonych”. Sprawdźcie sobie, kim był ten po­bratymiec tatusia Eriki Steinbach! Kim był ten z natury schludny Niemiec? Wśród was takich Cyppków były setki tysięcy. My w Ameryce wiemy o tym. Kłamać możecie tym, którzy od was zależą. Ale tutaj nie jesteście proszonymi gośćmi. Ameryka dwukrotnie w XX w. mu­siała przywoływać was do porządku. Chcecie teraz wmówić nam, Amerykanom, z Dachau i Mauthausen, to złudzenie? Przeszłość? Pol­skie obozy śmierci? Czy Wacław Skwarczyński,t warszawski tramwajarz, tak bardzo prze­szkadzał wam, że musiano powiesić go na Pawiaku? Powieszenie tramwajarza uwikłane jest w tysiące drobiazgów, także administra­cyjnych, prowadzących w ostateczności do zu­pełnego i ostatecznego unicestwienia ofiary. Czy Niemiec morderca mieszka dziś w Essen, pobierając rentę za służbę „dyplomatyczną” poza granicami kraju? A jeśli moglibyśmy to udowodnić, to co w tej sprawie zamierza zrobić rząd Federalnej Republiki Niemiec?

Ale nie wyjaśniłem, dlaczego stajecie się hańbą świata dzisiaj, współcześnie. Otóż pod przykrywką tego, co „europejskie”, chwytacie za gardło wasze wczorajsze ofiary. Przykładem Grecja. Robicie to w białych rękawiczkach. Nie zdając sobie sprawy, że są one utytłane we krwi. Krwi waszych ofiar. Nie ofiar nazizmu, lecz ofiar Niemiec, które dzięki tym ofiarom mogą uniknąć recesji w ten sam sposób, jak w go­spodarce dzięki podbojom uniknął ich wasz poprzednik, wasz Fuhrer, który także chciał odmienić świat. Jego imię znacie dobrze. Zna­cie lepiej niż miliony tumanione propagandą w rodzaju filmu „Nasze matki, nasi ojcowie”. Nie, nie. Nie myślę o Bismarcku. Jego zresztą też należałoby przedstawić.

Zacytuję wam fragment swej książki, która ni­gdy nie ujrzy światła dziennego w waszym kraju. A nie ujrzy właśnie ze względu na to, co piszę: „Stanley Moss, który był jednym z organiza­torów ruchu oporu na Krecie i współautorem słynnego porwania głównodowodzącego sił niemieckich gen. Kreipego, mówiąc o okru­cieństwach popełnianych na ludności cywil­nej, wspomina taki przypadek: »Oto historyjka oddająca mentalność typowego Huna. Przez drogę, którą jechał z dużą prędkością samochód z niemieckimi oficerami, wypadając z niej na zakręcie, przechodził mały chłopiec. Kierowca i jednocześnie oficer nie był w stanie temu zapo­biec i choć bez większych szkód, wszyscy jadący wylądowali w rowie. Przeprowadzając szybką inspekcję samochodu, kierowca zauważył, że jeden z błotników jest mocno zadrapany. Ge­stem przywołał chłopca do siebie i kiedy ten z nieśmiałym uśmiechem na ustach przybliżył się, porwał go i gwałtownym ruchem, na ko­lanie, przełamał mu w pół rękę«. Mieszkając w Niemczech, tyle razy słyszałem: Idiota. Nie rozumiał… Może i chciał dobrze… I zdałem so­bie wtedy sprawę, że Adolf Hitler jest dla was głupkiem, nieudacznikiem, umysłowo ograni­czonym, bo… przegrał wojnę! Co by było jednak, gdyby ją wygrał? Dlatego inny morderca, ludzkie ścierwo w białych kalesonach, Bismarck, jest mężem stanu. Hitler zaś nigdy nim dla was nie będzie! Mimo nawet, że był wegetarianinem”.

Dzisiaj wszak nie on, lecz wy chcecie tę wojnę wygrać. Wygrać medialnie. Tyle że krę­cąc takie filmy jak „Nasze matki, nasi ojcowie”, nie przykryjecie przeszłości żadną „europej­skością” i żadnym salonem odnowy. Jesteście dla świata jak dr Mengele. Doktor też był prze­konany o swych racjach i wiedział doskonale, jak uleczyć pacjenta. Gdy spojrzycie w lustro, ujrzycie jego zatroskane losami świata oblicze. Stoi tam w eleganckim garniturze jak teraz ty­siące z was w Bonn, Bremie, czy Hamburgu. W takim samym garniturze jak wasz ambasador przechadzający się dzisiaj ulicami Warszawy.

Jesteście jak dr Mengele, tyle że dzisiaj w eleganckim garniturze. Nie przykryjecie przeszłości żadną „europejskością” i żadnym salonem odnowy

Jemu to na zakończenie dedykuję inny frag­ment książki, gdzie przywołuję Tadeusza Wittlina, polskiego pisarza o żydowskich korzeniach, który wyrwał się z waszych łap i także przeżył szczęśliwie wiele lat w Ameryce. Fragment ten dotyczy września 1939 r., kiedy to waszym zda­niem było to jeszcze dwa lata do wybuchu wojny:

„Na rogu Żurawiej, przed sklepem spożyw­czym o zabitych deskami wystawach olbrzy­mia kolejka ludzi. Wyłącznie kobiety, niektóre z dziećmi. Nagle spod białych obłoków słonecz­nego nieba zsunął się srebrny samolot z czar­nymi krzyżami nim ktokolwiek dążył zawołać słowo ostrzeżenia, począł prażyć ogniem karabinów maszynowych w skupione przed sklepem kobiety. Wisiał w powietrzu tak nisko, że doskonale było widać lotnika w brązo­wej kominiarce. Należało się skryć. Wraz z gro­madą przechodniów znaleźliśmy się w bramie, którą dozorca natychmiast zamknął na klucz. Pokrótce strzelanina cichnie. Widocznie samo­lot odleciał. Wychodzimy na ulice. Przed zasu­niętą naprędce karbowaną żaluzją spożywczego sklepu leżą w kałuży krwi zabite i poranione kobiety. Ofiary niespodziewanego nalotu zano­simy do pobliskiej bramy i układamy na ziemi. Pokotem jedna przy drugiej. Jest ich dwadzieścia dziewięć. Kilkanaście z nich żyje. Jedna z kobiet kurczowo przyciska do piersi niemowlę, które trzymała na ręku. Dostała postrzał w nogi. Lecz nie jęczy, nie płacze, tylko powtarza.

 

»Moje dziecko… moje dziecko…«. »Przecież ma je paniusia przy sobie« – uspokaja ją któryś z żołnierzy.

»Nie« – zaprzecza kobieta. »Mój Jurek. Gdzie on? Był przy mnie. Trzymałam go za rękę…«. Rozwiera zaciśniętą dłoń i pokazuje strzęp skrwawionej maleńkiej piąstki kilkuletniego dziecka”.

Henryk Skwarczyński

pseud. Henryk Skwar (ur. 1952 w Felicjanowie k. Koluszek) – polski pisarz, podróżnik. Po ukończeniu polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim był doktorantem w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN; od lutego 1980 r. – uchodźcą politycznym we Francji; kilka miesięcy później wyjechał do USA, gdzie w 1986 r. uzyskał obywatelstwo.

Źródło: http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2013/08/niemcy-hanba-swiata/ , 22 sierpnia 2013

POLISH CLUB ONLINE, 2013.05.25

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek