Wiktor Mokot: Aleksander Wat objaśnia rzeczywistość


Aleksander Wat i Czesław Miłosz, Berkeley 1964 r. Fot. Archiwum ZL
Aleksander Wat i Czesław Miłosz, Berkeley 1964 r.
Fot. Archiwum ZL

Rozmowa Aleksandra Wata z Czesławem Miłoszem dostarcza wielu kluczy do zrozumienia współczesności. Pozwala sobie uzmysłowić, że czas bolszewickiej metody podejścia do języka, do pojęć, do całej europejskiej tradycji logiczno-filozoficznej, nie minął, lecz trwa w najlepsze. I nie chodzi tu o terrorystyczne metody komunistycznych śledczych z okresów największego terroru, lecz o podejście do samego języka i konstrukcji pojęciowych. Oto przykład:

Nasz marynarz był malowniczym okazem kojarzenia aforystyki diamatu z typowymi paralogizmami ludowymi. Znał na pamięć tuzin aforyzmów w rodzaju: „ilość przechodzi w jakość”, „byt określa świadomość”, i robił z nich najbardziej fantastyczny użytek. Nie pamiętam próbek jego dialektyki, ale mogę ich typologię zrekonstruować, bo nasłuchałem się ich dosyć w latach późniejszych, w Polsce Bierutowej, szczególnie gdy np. wiecowym mówcą był ktoś z awansu społecznego.

Oto krótki ich rejestr. Na dołach: 5 marca 1953 roku, w dniu śmierci Stalina, leżałem po zawale móżdżkowym na neurologii Akademii Medycznej (dawniejszego Szpitala Dzieciątka Jezus). Z rana na łóżku moim przysiadła tęga, stara salowa – renomowana szpiclówka, załamała ręce: „Jezu, mój Jezu, taki inicjał! I też umarł! No i niech mi pan powie, po co żyć. Jezu, Jezu”. Na szczycie: pięknoduch, odpowiedzialny za literaturę oraz za bezpiekę (naturalna symbioza), na naradzie z literatami w Radzie Państwa w 1950 roku wołał: „Każdy z was powinien czuć fluid z milionowych mas, który stuka do sumienia literackiego” (w tym momencie nie do sumienia, ale do nosa mojego „zastukał” fluid miliona maszerujących nóg).

To próbka leksykonu. A teraz składnia myśli. W roku 1955 leżałem na internie tegoż Szpitala Dzieciątka Jezus z sekretarzyną organizacji partyjnej, POP-u, jakiejś fabryki w Pruszkowie, trzydziestopięcioletnim towarzyszem Tarnowskim. „Oka nie zmrużyłem — skarży się Tarnowski pielęgniarce. — Ta stara (z przeciwległej sali) całą noc ryczała”. „Chora ryczała — tłumaczy pielęgniarka — bo była nieprzytomna”. „Nieprzytomna, nieprzytomna, a rano rozmawiała z doktorem”. „Rano była przytomna, a w nocy nieprzytomna. Co pan Stasio do niej chce, biedna staruszka”. „Staruszka, staruszka, a waży sto dziesięć kilo”. Innym razem ciężko chory nasz sąsiad, stary metalowiec, chce spać, a Tarnowski głośno gwiżdże. Pielęgniarka do Tarnowskiego: „Niech pan przestanie. Widzi pan, chory chce spać”. „A czy to ja mu przeszkadzam! Czy to jago szturcham!” „Ale pan gwiżdże!” „Ja gwiżdżę dla siebie, nie dla niego”. „Ale on nie może zasnąć, kiedy mu ktoś gwiżdże nad uchem”. „Ale to już jego sprawa, że nie może. Ja na to nie poradzę”. I wszystko to bez cienia złośliwości!

Tarnowski po prostu nie dopuszczał myśli, że kto w nocy był nieprzytomny, bywa nazajutrz ni stąd, ni zowąd przytomny; w jego osobistych stereotypach (może miał chudą babkę) starość nie godzi się z otyłością; nie umie dopatrzyć się związku przyczynowego (między swoim gwizdaniem a niemożliwością zaśnięcia sąsiada) tam, gdzie nie wskazują na taki związek expressis verbis stereotypy uświęcone. Ta sama pani, pielęgniarka, pani Janina, w nocy: „A pan znowu nie śpi! Skaranie boskie z panem! Wszyscy śpią, tylko on wciąż nie śpi!” „Nikt już nie śpi — mówię — bo siostra wszystkich obudziła”. „Niech mnie pan nie uczy! Dosyć jestem uczona! Wiem, co robię! Spać!” Cząsteczka charyzmatu władzy, w którą została wyposażona, upoważnia umysły prymitywne do odwracania logiki. Siostra Janina postępowała dokładnie tak samo jak ministrowie kultury. „Niech mnie pan nie uczy, sam jestem uczony!” — krzyczał na mnie minister Sokorski w roku 1951 na zebraniu, gdy wytknąłem illogizmy Festiwalu Teatralnego. – „Wat musiałby długo dojrzewać do naszych pozycji, intelektualnie i moralnie”. […]

Kiedy na Zamarstynowie mój pierwszy sledowatiel lżył mnie od takich siakich Żydów, przypomniałem mu depeszę Stalina z 1931 bodaj roku do Żydów amerykańskich opublikowaną w „Prawdzie” w 1936 roku: „Antysemityzm jest reliktem kanibalizmu i karany jest w ZSRR śmiercią!” Sledowatiel odpowiedział spontanicznie, podnosząc na mnie pięść: „To dlaczego nie szanujesz (nie uważajesz) Stalina!” Godzi się tu przypomnieć kapitalne wytłumaczenie rzezi budapeszteńskiej przez Chruszczowa (bodaj w roku 1963): Rosyjskie wojska za Mikołaja I stłumiły w Budapeszcie rewolucję 1848 roku. Więc musieliśmy zmyć tę hańbę z naszego honoru i stłumić w Budapeszcie kontrrewolucję! Nie dopatruję się w tym leninowskiej sofistyki i złej wiary. Brzmiały w tym niepodrobione akcenty szczerości (tym gorzej!): po prostu jego zdrowy chłopski rozsądek, gdy sięgał w wyższe, historiozoficzne rejony, ulegał z miejsca czarom paralogiki prymitywnej. Mickiewicz w wykładach paryskich opowiada, że gdy Czyngis-chan zarządził masakrę stu tysięcy obywateli Buchary, która się przecież poddała dobrowolnie, rzekł do starszych miasta: „Musieliście ciężko zgrzeszyć przeciw Bogu, skoro zesłał na was Czyngis-chana…” Musieliście ciężko zgrzeszyć przeciw Bogu, Rosjanie, skoro zesłał na was Stalina – mówił sobie być może Stalin w ciszy własnego sumienia. O ile je miał. (T.2, s.60-63)

Na gnoisku Zamarstynowa wychowałem w sobie nienawiść i wstręt do polityki, do wszelkiej. Zobaczyliśmy jej dziobatą gębę, przyszła do starego wyrafinowanego miasta Lwowa z bolszewickich stepów, z moskiewskich nizin, sprawczyni naszych bied. Między modłami i pieniami „Od moru, ognia, wojny wybaw nas, Panie”, lżyliśmy ją, politykę naszego własnego państwa, politykę demokratycznego Zachodu, uwikłaną w tysiącu małostkowych intryg, jakie rozdzierały Italię czasu Machiavellego, wzbudzającą swoją słabością dwie monstrualne fale barbarii. Nigdy nie zabrakło alarmu czujnych; już Joseph de Maistre ostrzegał przed Pugaczowem z uniwersytetu; w 1848 Donoso Cortes wskazywał: La lettera disangre entra! ale luminarze myśli i akcji uspokajali społeczeństwo: „Mówicie, że barbarzyńcy są wśród nas? Mais ce sont des barbares vieux, plus uses que nous” (Eutyphrion w Dialogach filozoficznych Taine’a). Słabość intelektualistów, słabość polityków, słabość powszechna apelowała do barbarzyńców, wytworzyła nostalgie, wytworzyła ody i mity barbarzyńskie. Już Novalis napisał słowa, które trafiają w samą pestkę dzisiejszych Aragonów i Sartre’ów: „W naszych czasach zdziczałej kultury, maksimum barbarzyństwa znajduje najgorętszych wielbicieli wśród największych słabeuszy… Ideał ten przekształca człowieka w bestię-ducha (Tier-Geist), hybrydę, której brutalny paradoks (Witz) fascynuje właśnie słabeuszy” (Philosophische Fragmente). W naszych czasach odpowiedział mu ostatni wielki poeta rosyjski, Aleksander Błok: „Przyglądaliśmy się wam (Zachodowi)… okiem życzliwym, póki mieliście twarz. A na gębę waszą popatrzymy naszym chytrym skośnym wzrokiem… Staniemy się Azjatami i zaleje was Wschód”… I zalał. (T.2, s.76)

Aleksander Wat, „Mój wiek”

Wiktor Mokot
wiktorinoc.blogspot.com

Źródło: http://wiktorinoc.blogspot.com/2013/09/aleksander-wat-objasnia-rzeczywistosc.html , 9 września 2013

POLISH CLUB ONLINE, 2013.09.09

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci