Marek Powichrowski: W imię czego?


Lwy-Festiwal-Filmowy-GdanskJest grudzień roku 1981. Z telewizji wylatują aktorzy i dziennikarze, którzy zaangażowali się w „Solidarność”. Rozpoczyna się bojkot reżimowej TV przez aktorów. Część nich zrobiła to zapewne z gorącego uczucia dla nowego, niespotykanego w tej części świata zjawiska jakim ona była w krajach „demoludów”. Część pieszczochów peerlowskich poszła za tym bojkotem jak aby się chciała ukryć ze strachu, że położyła swoje nadzieje w nowym ruchu, który okazał się za słaby aby gwarantować im to co do tej pory dawała im „komuna”. Kto te wszystkie sieroty wtedy przygarnął? Kościół katolicki. Dał im możliwość kontaktu z żywą publicznością i wsparł ich materialnie aby nie przymierali głodem.

Mijają 32 lata. Na festiwalu filmowym w Gdynie w tym roku jedną z głównych nagród zdobywa film „W imię…” opisujący księdza homoseksualistę. A dlaczego nie heteroseksualistę? Zakochanego w jakiejś kobiecie. Bo byłby to film o homofobie. A dlaczego nie o dobrym księdzu niosącym ludziom wiarę, nadzieję i miłość? Bo to nie gwarantowałoby żadnej nagrody. Byle jakie film, z byle jaką reżyserką, z miernymi aktorami, z miernym scenariuszem ale poruszający tematykę homoseksualizmu może liczyć na więcej niż przychylność każdego filmowego konkursowego jury. Nic im to jednak nie pomoże, filmy te nigdy nie znajdą się w gronie legend kina. Nie przejdą do historii i literatury. Miernota pozostanie miernotą. Nawet nadęta i dmuchana niczym pusty balon.

Czy wspomniany film choć w minimalnym stopniu opisuje współczesność Kościoła? Szczerze wątpię. Reżyserka filmu w jednym z wywiadów opowiadała o seksie jako o swojej obsesji. I podejrzewam, że te swoje obsesje i przekonania rzutuje na wszystko czego dotknie. Drżyjcie wszyscy, aby nie zechciała nakręcić o was filmu. Sami siebie nie poznacie.

Oglądałem moment nagrodzenia reżyserki filmu. Z zażenowaniem oglądałem zachowanie aktora, odtwórcy głównej roli w tym filmie. Siedząc w pierwszym rzędzie gwizdał na palcach niczym jakiś żul, gdy reżyserka wchodziła na scenę. Ale to jeszcze nie było najgorsze. Potem udzielił wywiadu niczym tłusty, syty kot, który zdobycie 3 nagród na festiwalu w Gdyni uważa za swoje spełnienie. Prowincjonalny aktor w najczystszej formie.

Dziś, z perspektywy 32 lat zupełnie inaczej patrzę na tamten bojkot. Widziałem, jak się część z tych, którzy zostali jak sieroty przygarnięci przez Kościół w trudnej chwili nie tylko nie odczuwało jakiejkolwiek wdzięczności ale przyjęli wręcz wrogą postawę gdy tylko sytuacja uległa zmianie, gdy trzeba było przeprosić się z starym, komunistycznym hegemonem. Ot, taka specyficzna odmiana prostytucji.

I tylko coś mi smutno po tych refleksjach.

Marek Powichrowski
15 września 2013

*   *   *

Jeden z wpisów w komentarzach pod felietonem:

  • Dixi, 16 września, 2013 – 00:18

Pamiętajmy, że artysta jest jednak prawie zawsze (i od początku historii) zależny od mecenasa.
Pamiętajmy, że w czasie okupacji za łamanie bojkotu można było dostać nawet wyrok śmierci od legalnego (!) sądu działającego w podziemiu.
Bojkot w stanie wojennym miał swoją wymowę, nie przeczę, ale też łamiący go bywali co najwyżej „wyklaskiwani” (jak „niezapomniany starszyna Czarnousow” Janusz Kłosowski czy Halina Czerny-Stefańska, ta, co jeszcze jako „cudowne dziecko” koncertowała dla Hansa Franka), zaś dumni ze swej odwagi artyści czerpali pełnymi garściami „w opozycji” sławę, poparcie, podziw, wdzięczność widowni i pomoc materialną. „Zachód” też wspierał „opozycyjnych” jak mógł, chętnie i obficie. Oferował zlecenia (Wajda, Zanussi i inni robili tam filmy, inni wydawali książki i wiersze, inni sprzedawali obrazy, muzykę, aktorzy grali w zachodnich produkcjach… a wszystko to za „twardą walutę” w czasach, kiedy sto-tysiąc dolarów czyniło krezusem)
Pierwsi są nadal bezkarni, nawet żadne odium nie zaciąży na kapusiach (vide Damięcki).
Drudzy…
No, im wystarczyło oświadczyć „Proszę państwa, dziś skończył się w Polsce komunizm”, można było wreszcie czerpać pełną garścią i domagać się „zachodnich” gaż (reklamy), recytując łamiącym się ze wzruszenie głosem „Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Co robić? Pomóż!”
Mało kto, jeszcze nie sku.wiony, nie sku.wił się teraz szybko, łatwo i przyjemnie…
Tymczasem to komuna wykładała więcej „na kulturę” (stosując metodę kija i marchewki, rzecz jasna), oczywiście nie z miłości do niej, ale z wyrachowania. Trzeba się było „pokazać przed światem”.
Był to w simie układ sado-maso, to znaczy artyści niby się buntowali, niby sarkali, ale… kochali „dominę”, bo oferowała względny (jak na te czasy), ale tym bardziej pożądany luksus.
Nazwisk tych naprawdę niezależnych nie poznamy nigdy.
Nie dano im zaistnieć.
Skończyli gdzieś w wiejskich domach kultury i to tylko wtedy, gdy mieli szczęście.
W postkomunie nadal dotacje dzielone są „po uważaniu”. Honoraria niby większe, ale miska radykalnie mniejsza.
Artyści więc gryzą się jak psy o kęs rzucony ręką nowego (starego) pana i wręcz stają na dwóch łapkach, żeby wyżebrać lepszy ochłap.
Oczywiście dla takich mastodontów (ledwie żywych, ale nadal pazernych) jak Wajda nie zabraknie pełnej miski i zaszczytów (choć i wśród tych Największych panuje ścisk, a są podgryzani z dołu przez Wielkich, ci przez Znanych…).
Niżej panuje wolnoamerykanka.
————————-
„Dixi et salvavi animam meam”

*   *   *

Źródło: http://niepoprawni.pl/blog/7079/w-imie-czego , 15.09.2013

Fot. filckr/pandemia – wybor wg/pco

POLISH CLUB ONLINE, 2013.09.15

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek