Prof. dr hab. Artur Śliwiński: Geopolityczna sytuacja Polski (cz. 3)


grezawa_28_-_krzyz_w_polachW odróżnieniu od enuncjacji rządowych oraz opinii popularnych w wielu polskich środowiskach, głównym problemem geopolitycznym współczesnej Polski nie są zagrożenia płynące ze Wschodu, lecz wyjątkowo niekorzystne relacje z Zachodem. To jest oczywiście stwierdzenie zbyt lakoniczne, aby pozostawić je bez wyjaśnienia.
W poprzedniej części analizy zrelacjonowaliśmy (może zbyt fragmentarycznie i ostrożnie) niektóre niejasności w stosunkach polsko-rosyjskich. A jednak zaznaczyliśmy dość klarownie wspólny mianownik problemów, które ciążą na obydwu krajach. Opatrzyliśmy go jednoznacznie terminem: neokolonializm. Co ciekawe, ten termin jest stosowany zarówno w analizach sytuacji w Polsce, jak i w Rosji, a zarazem w obydwu krajach stanowi istotną przesłankę oceny sytuacji wewnętrznej. Najkrócej mówiąc, chodzi o dwa sprzężone ze sobą procesy neokolonialne trwające od lat 90-tych ubiegłego wieku. Pierwszy, to proces uzależnienia politycznego i ekonomicznego od wpływowych kręgów politycznych, finansowych, medialnych i wywiadowczych Stanów Zjednoczonych, który wyklucza interpretowanie stosunków politycznych i ekonomicznych w tych krajach (a także w wielu innych) jako stosunków kreowanych głównie przez czynniki wewnętrzne.

Kwestia dominacji Stanów Zjednoczonych po upadku Związku Sowieckiego jest szeroko znana i komentowana, zaś wątpliwości koncentrują się na ocenie jej wpływu na poszczególne kraje i zagadnienia globalne.

Dzisiaj jednak sprawa dominacji Stanów Zjednoczonych ulega głębokiemu przewartościowaniu, przede wszystkim wskutek „otwarcia oczu” na procesy zachodzące w tym kraju, zwłaszcza za sprawą wywołanego przez USA globalnego kryzysu ekonomicznego. Sprzeciw wobec tej dominacji obejmuje zarówno bezzasadność roszczeń do kształtowania „porządku światowego”, jak też uzasadnione historycznie zaniepokojenie i poczucie zagrożenia wynikające z ekspansji militarnej i gospodarczej Stanów Zjednoczonych. Dodatkowo coraz lepiej, mimo presji mediów zainteresowanych propagowaniem wyidealizowanego obrazu tego kraju, do głosu dochodzi pogląd, że rządy Stanów Zjednoczonych nie respektują interesów społeczeństwa amerykańskiego, lecz są poddane „wytycznym” oligarchii finansowej. To zaś obniża wiarygodność rządu.

Warto zauważyć, że mimo rosnącej lawinowo krytyki dotychczasowej dominacji USA, gros publikacji geopolitycznych w Polsce nadal „zakłada” autonomię polityki krajów będących przedmiotem tej dominacji, co jest oczywistym błędem lub fałszem.

Drugi proces, to proces ujawniony dzięki światowemu kryzysowi ekonomicznemu, czyli proces rozpadu Stanów Zjednoczonych. Skojarzenie tych dwóch procesów daje sporo do myślenia. Może być bowiem traktowane jako wyjaśnienie agresji, która towarzyszy akcjom militarnym, finansowym i „cywilizacyjnym”, podejmowanym przez zagrożone w swych interesach i ambicjach wpływowe kręgi amerykańskie.

Wcześniej narzucanie hegemonii Stanów Zjednoczonych dokonywało się głównie przez alianse, porozumienia i propagowanie idei tolerancji. Oczywiście, w sytuacjach ujawniających nieskuteczność, przyjazne nastawienie szybko było zastępowane szantażem politycznym i akcjami militarnymi, jednak ciągle jeszcze pod egidą prawa międzynarodowego, sojuszy obronnych oraz usprawiedliwień moralnych. Sytuacja zmieniła się radykalnie, gdy w obliczu kryzysu finansowego Stany Zjednoczone zaczęły rozwiązywać swoje problemy za pomocą nieudolnie kamuflowanych agresji militarnych.

Takie działanie coraz częściej dotykało nie tylko krajów wrogo przyjmujących ekspansjonizm amerykański, lecz również kraje „sojusznicze”. Działania te stały się niebezpieczne praktycznie dla wszystkich krajów, z nielicznymi i łatwymi do identyfikacji wyjątkami. To jest sytuacja przełomowa, gdyż oznacza oparcie polityki zagranicznej na fundamencie siły militarnej.

Za tym idzie wciąganie krajów „sojuszniczych” (takich jak Polska) w „czarną dziurę” współodpowiedzialności i kompromitacji, mimo obaw, że również staną się ofiarą przewrotniej agresji (rząd USA nie oszczędza swych sojuszników, lecz przeciwnie – wystawia ich na odstrzał).

Zamykanie oczu na liczne przejawy agresji, zwłaszcza ekonomicznej i militarnej, pozbawia geopolitykę jakiegokolwiek sensu. Jest to problem spadku wiarygodności władz amerykańskich, co do którego nikt już nie ma wątpliwości, a ponadto jaskrawe nadużywanie z ich strony umykającej w przeszłość pozycji mocarstwowej.

Sygnalizowane skojarzenie uzależnienia politycznego i ekonomicznego kręgów rządzących w Stanach Zjednoczonych oraz rozpadu Stanów Zjednoczonych może być więc i jest przyjmowane również jako szansa odzyskania niezależności politycznej i ekonomicznej. Wydaje się, że ta słabo obecnie eksponowana opcja jest dla wielu krajów najbardziej atrakcyjna, mimo widocznej ostrożności i wyczekiwania na dalszy bieg wydarzeń.

I wreszcie, następne podejście do skojarzenia omawianych procesów, to podejście charakterystyczne w szczególności dla polityków amerykańskich i tzw. reformatorów w krajach postkomunistycznych, którzy – jak np. Zbigniew Brzeziński – usiłują ignorować obydwa powiązane ze sobą, lecz przeciwstawne procesy umacniania dominacji i niemożności dalszego utrzymania dominacji. (Brzeziński jest ideologiem i strategiem dominacji Stanów Zjednoczonych w świecie).

Ignorowanie rzeczywistości 
To nie są bynajmniej nasze luźne spekulacje, lecz rzetelnie rozpoznana konsekwencja obecnego kryzysu ekonomicznego. Czym jest bowiem ignorowanie wspomnianych procesów? Jest elementem błędnego założenia, że stosunki międzynarodowe ułożą się zgodnie z życzeniem „liberalnych reformatorów” w krajach podporządkowanych rządowi Stanów Zjednoczonych i interesom światowej oligarchii finansowej. Potrzebne jest jednak zastrzeżenie: może należy odrzucić popularny pogląd, że współcześnie tempo przemian jest nadzwyczaj szybkie i bardziej liczyć się z ewentualnością, że sygnalizowana niemożność utrzymania dominacji przez obecne kręgi władzy politycznej i finansowej w Stanach Zjednoczonych zaowocuje całkowitą utratą pozycji dominującej dopiero po kilkunastu latach (ten wariant skłania do asekuracji).

Jeśli zatem dla takich krajów, jak Polska czy Rosja, kluczowym zagadnieniem jest amerykański neokolonializm, to rozpoznanie jego mechanizmów, układów i wpływów wewnętrznych jest sprawą istotną. Do tej pory posługiwaliśmy się skrótami „ reforma Balcerowicza” czy „Rosja Jelcynowska”, które nawet ułamkowo nie wyjaśniają istoty rzeczy. Podobnie, posługiwanie się określeniem „liberalni reformatorzy” jest eufemizmem, który niweluje rzeczywiste znaczenie ich roli i pozycji politycznej (chociaż inne, stosowane w Rosji określenie „grabarze gospodarki” wydaje się zbyt apodyktyczne). To nie znaczy, że amerykański neokolonializm nie jest dostrzegalny, niedostatecznie rozpoznany lub dyskusyjny. Przeciwnie, jest on dostatecznie dobrze widoczny i udokumentowany, jednak podobnie jak to było w czasach dyktatu Stalina, przykrywany hałaśliwą propagandą i ideologią. Jak w owych czasach, upadek systemu rozpoczynał się od załamania doktryny i tym razem – od załamania doktryny neoliberalnej, traktowanej dziś jako narzędzie ekspansji neokolonialnej. Za tym załamaniem nastąpiło uruchomienie mniej widocznych narzędzi ekspansji: szantażu finansowego i środków militarnych.

Jak pisaliśmy wcześniej, „ udanie przemycono do świadomości społecznej przekonanie, że tzw. transformacja ustrojowa była autonomicznym dziełem polskim, gdy tymczasem wszystko wskazuje, że została ona zaprojektowana i przeforsowana przez słabo i niechętnie do tej pory identyfikowane czynniki zagraniczne. Rola czynników krajowych zamykała się w gruncie rzeczy w obszarze działalności wykonawczej” (EEM nr 4/2013).

W tym świetle należy rozpatrywać geopolityczne zamierzenia Stanów Zjednoczonych, które w obliczu utraty pozycji dominującej podejmują silne starania, aby utrwalić i zabezpieczyć dotychczasowe wpływy. Jest szereg ograniczeń, które zagrażają tym zamiarom, wśród których główną trudność stanowią odradzające się aspiracje niepodległościowe. Inne, istotne trudności wynikają ze spadku autorytetu USA w świecie i wspomnianej kompromitacji doktryny neoliberalnej.

Jest oczywiste, że nie są to ograniczenia samoistne, lecz związane z obecnym globalnym kryzysem ekonomicznym. Pomijanie ogólnego kontekstu globalnego kryzysu ekonomicznego lub traktowanie go jako zjawiska koniunkturalnego (przejściowego) nie tylko zniekształca obraz sytuacji, lecz praktycznie uniemożliwia jakiekolwiek sensowne spojrzenie na sytuację geopolityczną.

Relacje Rosji i Stanów Zjednoczonych
W tym ogólnym kontekście kryzysu ekonomicznego szczególnie ważne zdają się być (z polskiego punktu widzenia) relacje Rosji i Stanów Zjednoczonych, które bynajmniej nie są zupełnie przejrzyste. Kluczem do ich zrozumienia jest, naszym zdaniem, silne i długotrwałe uzależnienie polityczne i ekonomiczne Rosji od Stanów Zjednoczonych i jego konsekwencje, zwłaszcza rosnące aspiracje niepodległościowe. Wydaje się, że dla polskiego czytelnika tych analiz może to być zupełnie niezrozumiałe, bowiem wykreowany przez media obraz Rosji zasadniczo różni się od wizerunku kraju uginającego się pod ciężarem wpływów zagranicznych. Zbyt łatwo jednak zapomina się o „Rosji Jelcynowskiej”, z której wyłoniła się obecna protoelita rosyjskich „liberalnych reformatorów”. Dla nas zasadniczym problemem jest raczej to, iż omawiamy relacje Stanów Zjednoczonych i Rosji w niedogodnym momencie, kiedy to sytuacja w Rosji jest chwiejna. Trwa walka wewnętrzna między opanowaną przez wspomnianych „reformatorów” biurokracją, a obozem prezydenckim. Lansowany w Polsce mit despotycznych rządów Putina deformuje obraz władzy w Rosji w takim stopniu, że z tego obrazu nie pozostaje nic, co miałoby styczność z prawdą.

Nie wiadomo, czy aspiracje do niezależności od Stanów Zjednoczonych, a ściślej mówiąc – od amerykańskich wpływów politycznych, finansowych, medialnych i wywiadowczych) będą górą, czy odwrotnie – Rosja zostanie jeszcze silniej związana ze Stanami Zjednoczonymi jako ich strefa peryferyjna. O to toczy się walka.

Dlatego duże znaczenie przypisujemy do niedawnych wypowiedzi Zbigniewa Brzezińskiego, zakładając, że odzwierciedlają one nie tylko poglądy osobiste, lecz (co najmniej nieformalnie) poglądy kręgów władzy w Stanach Zjednoczonych. Główna teza jest jasna, zawarta w tytule wywiadu udzielonego dziennikowi „Polska”” „Należy wzmocnić Zachód. Trzeba dołączyć Rosję, Ukrainę czy Turcję”. Brzeziński uzasadnia to potrzebą zachowania stabilności na „superkontynencie euroazjatyckim”, co jest słabym wytłumaczeniem, podrzędnym wobec wysiłków nacechowanych dążeniem do utrwalenia i zabezpieczenia pozycji USA (dokładniej: obecnej struktury władzy w tym kraju). Brzezińskiemu trudno odmówić znajomości realiów rosyjskich kiedy stwierdza, że „Zachód nie stał się demokracją tysiąc lat temu. On stał się demokracją w wyniku ewolucji, potrzebował czasu, żeby stworzyć, wypracować dziś obowiązujące rozwiązania instytucjonalne, żeby wykuć zasady, które dziś utożsamiane są z zachodnim systemem politycznym. W Rosji ten historyczny proces przemian zaczął się dużo później, ale wcale to nie oznacza, że ten kraj nie może pójść tą samą drogą. Nikt nie zaprzeczy temu, że w Rosji coraz bardziej jest widoczna klasa średnia. Ona jest otwarta na świat i zaczyna przejmować wartości polityczne, które tradycyjnie łączy się z Zachodem. Wielu przedstawicieli rosyjskiej klasy średniej studiowało za granicą, a teraz chętnie inwestują na Zachodzie swoje pieniądze. To wszystko stwarza podstawy do założenia, że na przestrzeni czasu nowocześnie myślący Rosjanie doprowadzą do zmian także w systemie politycznym obowiązującym w ich państwie”. Jest to wersja dla głupców, którzy jeszcze wierzą w „demokrację”; w istocie rzeczy Brzeziński wypowiada to samo, co my mówimy: współczesna Rosja dzięki liberalnym „reformatorom” jest silnie uzależniona od amerykańskiej struktury władzy. W tym uzależnieniu widzi szansę utrwalenia i zabezpieczenia wpływów Zachodu.

Jakie to ma znaczenie dla zrozumienia sytuacji geopolitycznej Polski? Jest bezsporne, że rządy w Polsce musiały pod naciskiem Amerykanów dokonać radykalnego zwrotu w stosunkach z Rosją. Polska nie jest drugorzędnym czynnikiem w realizacji projektu włączenia Rosji i Ukrainy w struktury atlantyckie. Ponadto rządy w Polsce są najbardziej spolegliwe wobec polityki amerykańskiej wśród krajów postkomunistycznych.

Jakie zatem rozwiązania polityczne będą towarzyszyć strategicznym zamysłom władz USA wobec Rosji? Narzuca się myśl, że podobnie jak na Ukrainie zainicjowana zostanie w Rosji „kolorowa rewolucja” (czego Rosjanie wyraźnie się obawiają). Jednak nie jest to jedyna ewentualność. Polska nie jest aż tak wpływowa w Rosji, aby mogła ekspediować emisariuszy do Rosji w celu wywołania nowej rewolucji październikowej. Dotychczasowa praktyka „stabilizowania” stosunków Stanów Zjednoczonych z Rosją polega raczej na zakulisowym podejściu transakcyjnym, czyli wprost uzgadnianiu „coś za coś”. Bez istnienia takiej praktyki trudno byłoby wytłumaczyć niezrozumiałe akty pasywności władz rosyjskich wobec wielu amerykańskich akcji militarnych i dywersyjnych.

Dochodzimy już do sedna sprawy. Powtórzmy pytanie, czy Polska nie jest przedmiotem obecnego przetargu? A jeśli jest, to w jakim stopniu interesy Polski są gwałcone. Czy chodzi o zielone światło dla odzyskania przez Rosję wpływów w Polsce, o czym już się mówi i pisze? Czy chodzi o przebudowę ustroju Polski w kierunku ustanowienia protektoratu z udziałem Rosji? Czy chodzi o zastosowanie „sprawdzonej historycznie” formuły rozbioru Polski?

Niestety, wiele wskazuje na to, że scenariusz może być najgorszy z możliwych.

***

Pomijamy kwestie niemieckie, które wymagają szerszego omówienia.

Prof. dr hab. Artur Śliwiński

Źrodło: Europejski Monitor Ekonomiczny – Европейский Экономический Moнитop – European Economic Monitor

Przeczytaj interesujące opracowania prof. Artura Śliwińskiego na tematy ekonmiczne  > > > TUTAJ

Fot. Inter / Wybor wg.PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2013.10.10

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek