Jakub Majewski: Jałta w Rydze


Polscy negocjatorzy na konferencji w Rydze. Fot. Wikimedia
Polscy negocjatorzy na konferencji w Rydze.
Fot. Wikimedia

18 października mija, tradycyjnie już niezauważona, rocznica największego polskiego militarnego triumfu co najmniej od 1683 roku – niektórzy zaś dodają, zwycięstwa równie ważnego jak właśnie wiktoria wiedeńska. Zwycięstwa, które przypieczętowało ostatecznie niepodległość nowego państwa polskiego, Drugiej Rzeczypospolitej. Zwycięstwa, o którym nikt nie przypomina…

Czyżby? Chodzi przecież o wojnę polsko-bolszewicką – nie świętujemy więc, co prawda, zakończenia działań wojennych 18 października, ale nasze wielkie zwycięstwo wspominamy 15 sierpnia, upamiętniając kluczową w tej wojnie bitwę warszawską.

Ale przecież zarówno zwycięstwo w pierwszej, jak i w drugiej wojnie światowej zwykło się obchodzić właśnie w rocznicę zakończenia działań wojennych – 11 listopada i 8 maja. Dlaczego więc wojnę 1920 roku traktujemy inaczej? Na logikę, 18 października  jako data, kiedy symboliczna dotychczas niepodległość stała się niepodległością faktyczną, winien być naszym świętem niepodległości.

Na pewno? A właśnie, że nie. Fakt, iż nie świętujemy 18 października dowodzi, że nadal tli się w narodzie jakiś zdrowy instynkt polityczny. 15 sierpnia 1920 roku, bitwa warszawska, słynny Cud nad Wisłą, faktycznie uratowała Rzeczpospolitą. Natomiast rozejm zawarty 18 października, zamiast przypieczętować nasze ogromne zwycięstwo, zaprzepaścił zupełnie jego owoce. Tego dnia Polacy dokonali zdrady znacznie bardziej oburzającej niż słynny układ jałtański. I dlatego 18 października będzie zapisany po wieczne czasy jako dzień naszej największej narodowej hańby.

Makiawelizm a la polonaise

Dzisiaj panuje moda na tak zwany realizm w polityce. Jakże często padają słowa krytyki, zwłaszcza względem polityki międzywojennej, iż brak owego realizmu, zimnego wyrachowania à la Machiavelli – czy jak kto woli, à la Brytyjczycy – doprowadził Polskę do drugowojennej katastrofy. My, Polacy, miast wykorzystywać innych, sami dawaliśmy się wykorzystać. Miast bronić swych przyziemnych interesów, marnowaliśmy swe siły w walce o idee. Krótko mówiąc, uparcie ignorowaliśmy tak wspaniałe wzorce jak np. politykę brytyjską, którą pewien nasz polski publicysta niedawno określił w kontekście drugiej wojny światowej jako walkę cudzymi żołnierzami, łamanie wszelkich możliwych umów, absolutną amoralność, zwracając uwagę na fakt, iż wynikiem tej polityki było zwycięstwo.

Tymczasem, wojna polsko-bolszewicka 1920 roku jest właśnie tym newralgicznym punktem naszej historii, gdzie okazuje się, że Polak nie zawsze jest idealistą, ale potrafi być też „realistą”. W 1920 roku Polacy najwyraźniej potraktowali właśnie Brytyjczyków jako wzór. Czy walczyliśmy cudzymi żołnierzami? Absolutnie! Co prawda, nie mieliśmy ich tak wielu jak Brytyjczycy, więc też i zaangażowanie naszych własnych żołnierzy było znacznie większe – ale przecież i Brytyjczycy nie siedzieli bezczynnie. Czy łamaliśmy wszelkie możliwe umowy? Absolutnie! Za wyjątkiem może Łotwy, zdradziliśmy wszystkich naszych sojuszników. Czy byliśmy absolutnie niemoralni? Absolutnie! Zdradziliśmy nawet własnych braci, dosłownie skazując miliony Polaków na zagładę. I faktycznie, wyszliśmy z tej wojny zwycięsko.

Tyle tylko, że nasze zwycięstwo było ostatecznie tak marne, że – no właśnie, nawet nie raczymy go dzisiaj wspominać. Nasi politycy prowadzili naród dokładnie ze wskazówkami tak zwanego realizmu – i dokładnie jak każdy katolik mógłby przewidzieć, doprowadzili do katastrofy. Tak – katastrofa 1939 roku nie wynikała bynajmniej z braku realizmu na pięć minut przed północą. Ta katastrofa miała swoje fundamenty w założycielskiej wojnie II Rzeczypospolitej.

Przypomnijmy sobie Ewangelię wg św. Mateusza:

Gdy faryzeusze […] zebrali się razem, […] jeden z nich, uczony w Prawie, zapytał Go […]:

«Nauczycielu, które przykazanie w Prawie jest największe?»

On mu odpowiedział: «Będziesz miłował Pana Boga swego całym swoim sercem, całą swoją duszą i całym swoim umysłem. To jest największe i pierwsze przykazanie. Drugie podobne jest do niego: Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego. Na tych dwóch przykazaniach opiera się całe Prawo i Prorocy». (Mt 22, 34-40).

Za sprawą rozejmu z bolszewikami, dnia 18 października Najjaśniejsza Rzeczpospolita złamała obydwa te przykazania, i przypieczętowała swoją śmierć. To był początek końca. Po ludzku, wydawał się nie do przewidzenia: któż w 1920 mógł sądzić, iż w ciągu zaledwie dwudziestu lat bolszewicy podniosą upadłą Rosję do statusu potęgi takiego kalibru o jakim carowie mogli tylko śnić? Rozumując po ludzku, pokój z niegroźnym już wrogiem pozwalał Polsce zamknąć nareszcie rozdział wojen niepodległościowych i skoncentrować się na tak pilnie potrzebnej odbudowie.

Tak to wyglądało po ludzku – a jednak, wyszła katastrofa. Dlaczego tak było, staje się jasne, jeśli spojrzymy na tę wojnę właśnie w kontekście tych dwóch przykazań.

Będziesz miłował Pana Boga swego

Dla Polaków Rosja carska to odwieczny wróg, tak w sensie państwowych interesów, jak też w sensie religijnym. Prawosławie odłączyło się od Kościoła na skutek schizmy, a w Rosji na dodatek zawsze aktywnie z Kościołem walczyło. Najokrutniej zaś traktowało swych własnych współbraci, którzy zachowując liturgiczną odrębność, powrócili na łono Kościoła jako katolicy obrządku greckiego. Co prawda, ta brutalna walka nie wynika koniecznie z ducha prawosławia – kozacy, którzy w ramach ekumenicznego dialogu zakatowali św. Andrzeja Bobolę nie zrobili tego przecież z nadmiaru gorliwości, a dlatego, że byli po prostu azjatycką dziczą. Niemniej, nieraz dla  Polaków, jako rycerstwa przedmurza chrześcijaństwa, walka z Rosją była tak samo obowiązkiem jak walka z pogańskimi Prusami czy muzułmańskimi Turkami. Z istotną różnicą – na tym froncie walka toczyła się nie przeciw Rosji, ale o Rosję. Konkretnie: o to, aby wyrugować w tym pół-chrześcijańskim narodzie to, co złe – a zwłaszcza skutki schizmy – i w ten sposób ocalić sam naród.

Trudno o bardziej dobitne przypomnienie tego faktu, niż przesłanie Matki Bożej w Fatimie. Nie przypadkiem przecież objawienia fatimskie rozpoczęły się niemalże z chwilą obalenia rosyjskiego cara w 1917 roku, gdy rewolucja rozpoczęła swe niszczycielskie dzieło. Poprzez wezwanie do poświęcenia Rosji Jej Niepokalanemu Sercu, nasza Królowa błagała, aby odwojować ten naród zanim jego błędy rozleją się dalej…

Do samych Rosjan mogliśmy żywić całkiem uzasadnioną niechęć. Ale tam ginęli kapłani. Nie heretyccy pastorzy, ale autentyczni kapłani, którzy, niezależnie od schizmy, są sługami Chrystusa. Tam burzono na masową skalę świątynie. Nie jakieś tam zbory heretyckie, ale prawdziwe, choć schizmatyckie, kościoły, w których podczas prawdziwej, choć schizmatyckiej, Mszy św. w przeistoczeniu zjawiał się pod postacią chleba i wina prawdziwy – przecież nie schizmatycki – Chrystus. Patrzeć na to biernie, gdy można coś zrobić, to właśnie grzech przeciwko miłości do Boga. Czy katolik mógłby stać przy bramie swego kościoła i gapić się jak wół, gdy satanista wynosi Ciało Chrystusa?

W roku 1453 rzeczywiście mogliśmy tylko bezsilnie patrzeć, gdy dzicz turecka podjęła się analogicznego dzieła w Konstantynopolu. Nikt nas za to nie obwinia, gdyż dopiero co wykrwawiliśmy się pod Warną. Ale w roku 1920, po zwycięstwach nad Wisłą i nad Niemnem, jaki był powód aby się zatrzymywać? Z wojsk sowieckich zostały zdemoralizowane ochłapy – jeszcze dosyć liczebne, ale często bez broni, a nawet mundurów, i ciągle na skraju buntu. Nie sposób powiedzieć jak daleko mogły posunąć się polskie wojska zanim zima zmusiłaby nas do zatrzymania pościgu: pewne jest tylko że temu przeciwnikowi nie wolno było odpuszczać. To była krucjata, walka z siłami piekielnymi, i tak długo jak była realna szansa na pełne zwycięstwo – a więc totalne obalenie bolszewizmu – naszym obowiązkiem było dalej walczyć.

Z tego to względu, podpisanie rozejmu z sowietami w tym konkretnym momencie było grzechem przeciw miłości do Boga. Drogo nam to przyszło odpokutować…

Będziesz miłował swego bliźniego

Drugim naszym grzechem było haniebne opuszczenie naszych sojuszników… a nawet własnych rodaków. To już nie kwestia samego rozejmu, ale jego warunków. Można sobie wyobrazić, że Polska u kresu sił z bólem pozwala, aby bolszewicy zachowali władzę nad Rosją, zadowalając się wyzwoleniem przedrozbiorowej Rzeczypospolitej – oczywiście wraz z województwami kijowskim i smoleńskim. Nadal ciężko byłoby usprawiedliwić się przed Bogiem, ale może rzeczywiście na więcej nie było sił? W każdym razie, wtedy przynajmniej moglibyśmy spojrzeć w oczy ludziom.

Niestety, tego również zabrakło. Ilu Polaków do dzisiaj ma pretensje do Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych za to, iż państwa te na konferencji w Jałcie sprzedały Polskę w niewolę sowiecką? Wyobraźmy sobie jednak, że taki oto Brytyjczyk, słysząc nasze zarzuty, obrzuca nas pogardliwym spojrzeniem i odpowiada:zdradzić zdrajcę hańbą nie jest. Jak wy postąpiliście w Rydze, tak i my postąpiliśmy z wami.

 

W momencie, gdy przystępowaliśmy do negocjacji w Rydze, na froncie ramię w ramię z nami walczyli żołnierze Ukraińskiej Republiki Ludowej, związanej z Polską sojuszem wojskowym. Nie był to potężny sojusznik, i nie pałał do nas miłością. Ale był. Walczyła po naszej stronie również tak zwana Białoruska Armia Narodowa. Białoruska Republika Ludowa, którą ta armia teoretycznie reprezentowała, była właściwie fikcją – ale armia była jak najbardziej realna. Mieliśmy więc zobowiązania sojusznicze. Złamaliśmy je z chwilą rozpoczęcia pertraktacji, uznając za partię do rozmów, po stronie bolszewickiej, marionetkowy twór zwany Ukraińską Republiką Rad.

Traktat ryski stanowił rozbiór Białorusi, ratując zachodnią część kraju, ale oddając wschód na pastwę dziczy bolszewickiej. Szczytem hańby był Mińsk – wyzwolony właśnie przez Polaków, został przez naszych negocjatorów celowo oddany bolszewikom: ponoć po to, aby Piłsudskiemu nie przyszło do głowy utworzenie jakiejś białoruskiej autonomii. Ukraińska Republika Ludowa miała się jeszcze gorzej – właściwie całe jej terytorium znalazło się po bolszewickiej stronie granicy. Jedynym pocieszeniem był fakt, że jeszcze przez dwa miesiące po zawarciu rozejmu wspieraliśmy Ukraińców zaopatrzeniem, umożliwiając im ostatnią beznadziejną próbę samodzielnego wyzwolenia Ukrainy.

Wyżej, wspomnieliśmy niesławną konferencję w Jałcie, gdzie alianci w 1945 roku oddali Polskę Stalinowi. Zauważmy więc jeszcze że ta miejscowość w chwili rozejmu  była pod kontrolą trzeciego naszego sojusznika – antykomunistycznych Rosjan generała Wrangla. Tam też w pierwszej kolejności rzuciły się bolszewickie wojska po zawarciu rozejmu z nami. Trudno o większą ironię losu: nie byłoby dla Polski Jałty, gdybyśmy nie oddali jej bolszewikom…

Najgorszy jednak, wołający o pomstę do nieba, był grzech bratobójstwa. Jak bowiem inaczej określić fakt, że pozostawiliśmy na pastwę bolszewików nie tylko Białorusinów i Ukraińców, ale również miliony naszych rodaków? Nikt nie mógł przecież mieć wątpliwości jakie cierpienia będą im zadane. Jak wspominał ówczesny premier, Wincenty Witos: najciężej i najprzykrzej zarazem było z delegacjami polskiej ludności, […] delegacje owe przychodziły […], przekradając się z narażaniem życia i błagając z płaczem żeby ich Polska nie dawała na pastwę katom bolszewickim.

Jemu było przykro, ale to nie jego potem rozstrzelano.

Jeżeli zawarcie pokoju z bolszewikami było grzechem przeciw miłości Bożej, to same warunki traktatu, negocjowanego z haniebną ustępliwością w sytuacji totalnego zwycięstwa, było grzechem przeciw miłości do bliźniego, ocierającym się wręcz o zbrodnię kainową. Ten dług również do dzisiaj spłacamy.

Ciąg dalszy nastąpił

Dla samych Polaków rozejm, a potem traktat ryski, musiał być co najmniej zaskoczeniem. Trudno dziś odtwarzać na podstawie skrawkowych relacji nastroje społeczne, odnosi się jednak wrażenie, iż dla większości Polaków w obliczu wielkich zwycięstw oczywistą oczywistością było, że odzyskamy całą przedrozbiorową Rzeczpospolitą. Pomimo pięciu lat wojny, była w narodzie wola walki – wystarczyło tylko, aby nasi przywódcy tę wolę ukierunkowali. Jednak to wśród przywódców tej woli zabrakło. Sam Piłsudski, pomimo iż zawsze gorąco pragnął utworzyć federację w duchu jagiellońskim, najwyraźniej nie miał już serca do walki politycznej. Jako głowa państwa, wydaje się, zupełnie abdykował w kwestii traktatu, oddając negocjacje swoim przeciwnikom politycznym – zwolennikom małej Polski w ciasnych etnicznych granicach. Z ich zaś  punktu widzenia, dalsza walka nie miała sensu. Tereny, gdzie Polacy stanowili większość były w naszych rękach, w jakim celu więc dalej walczyć? Sojusznicy ukraińscy byli wątpliwej jakości, Białorusini tym bardziej. Polski żołnierz miałby walczyć w imię efemerycznych państw, z których jedno już umarło, a drugie w ogóle nigdy nie zaistniało? A jeśli nie sojusznicy, jeśli by bezpośrednio przyłączyć te ziemie do Polski – czyż mało i bez tego kłopotów z mniejszościami? Bądźmy realistami…

Dodatkowym argumentem było przeświadczenie, że bolszewicy co prawda wyjdą zwycięsko z wojny domowej w Rosji, ale potem albo upadną, albo będą państwem słabym. W 1920 roku faktycznie mogło to tak wyglądać, a wydarzenia następnych lat, kiedy to sowieci musieli tłumić coraz to kolejne bunty wojskowe czy chłopskie, wydawały się to potwierdzać. Dalsza walka była zbędna…

Już kilka lat później to jakże krótkowzroczne rozumowanie okazało się tragicznie błędne. Związek Radziecki przetrwał i urósł w siłę. Ale na reakcję było już za późno – wznowienie wojny nie było możliwe politycznie ani nawet wykonalne militarnie. W potrzasku między dwoma wrogimi mocarstwami, Polska mogła już tylko czekać na pożarcie przez Niemcy i Sowietów. Nastąpiło to kolejno 1 i 17 września 1939 roku, i zapamiętajmy raz na zawsze – nie było skutkiem idealistycznej głupoty w imię honoru, lecz ostatecznym owocem „realistycznego” szaleństwa pod postacią haniebnego traktatu ryskiego. Za zdradę, tak wobec Boga, jak i wobec bliźniego, zawsze przychodzi zapłacić.

Jakub Majewski

Źródło: http://www.pch24.pl/jalta-w-rydze,18506,i.html , 2013-10-20

Na zdjęciu:  Delegacja polska na rozmowy o zawieszeniu broni i zawarciu pokoju z Rosją Sowiecką 1920. Od lewej siedzą: Władysław Kiernik, płk Kuliński, Jan DąbskiStanisław GrabskiLeon Wasilewski. Stoją: Wichliński, Witold KamienieckiNorbert BarlickiAdam Mieczkowski, Waszkiewicz.

POLISH CLUB ONLINE, 2013.10.20

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek