Bartłomiej Królikowski: Czym jest ta słoma, która z butów wystaje?


Bartłomiej Królikowski, Myśl.pl. Fot. goldenline.pl
Bartłomiej Królikowski, Myśl.pl.
Fot. goldenline.pl

Nie znajdziesz bardziej warszawskiego warszawiaka, ostentacyjnie demonstrującego swą wielkomiejskość na każdym kroku niż typowy stołeczny „słoik”, przyjezdni są bardziej miejscowi niż miejscowi, napływowi jeszcze bardziej mieszczańscy niż mieszczanie z dziada pradziada. Kompleks parweniusza sprawia jednak, że muszą oni demonstrować swą nową tożsamość z pietyzmem, na każdym kroku, o każdej porze. Czuć z daleka silną potrzebę uwiarygodnienia i akceptacji, aby choćby źdźbło słomy, która z butów wystaje, nie ujrzało światła dziennego.

Tak to już jest, że neofityzm idzie w parze z nadgorliwością, drażniącą nawet dla autochtonów. Dla udowodnienia swojego nowego „ja” następuję kategoryczne wyparcie się prowincjonalnego pochodzenia z całym dobrodziejstwem inwentarza. Neofita wypiera się niepytany, czuje się wywołany do odpowiedzi, czuje na sobie palący wzrok dysputantów. Nadgorliwość popycha więc parweniusza na skraj miejskiej społeczności, często w kierunku najbardziej krzykliwych postępowych grup. Tutaj na miejscu jest – a jakże – pośmiać się z prowincji, z moherów, z kleru, ze śmiesznych „polaczków”, powzdychać do Europy, którą większość z nich poznała jedynie poprzez zakupy w Schwedt lub we Frankfurcie nad Odrą.

Neofita uwiarygodnia się denuncjując pobratymców, drwiąc z prowincji. Boi się rozpoznania, więc gardzi – ostentacyjnie. Jako się rzekło: zapomina skąd mu nogi wyrastają, albo też – jak kto woli – skąd wpływają mu co miesiąc pieniądze na konto, albo gołąbki w słoiku. Przypomina to zachowanie gimnazjalisty, który na podwórku zgrywając kozaka wstydzi się przywitać z własną matką. I to jest właśnie ta słoma, która z butów wystaje. To są właśnie owe tożsamościowe skarpety do sandała, które rażą bardziej ostentacyjnie niż ich obuwniczy pierwowzór.

Młodzi, wykształceni, z wielkich miast – nierzadko już nie tacy młodzi, wykształceni często na „wyższych szkołach tego i owego”, albo kierunkach uniwersyteckich o podwyższonych aspiracjach odwrotnie proporcjonalnie do poziomu kształcenia, a i bardzo rzadko z wielkomiejskim pochodzeniem. Wielkomiejskie frazesy milkną, gdy spotyka się znajomych na dworcach PKP i PKS, nie tylko w samym mieście, ale i na stacjach przesiadkowych – bo bezpośredniego połączenia nie ma już dawno.

Parweniusz potrzebuje atrybutów. Każdy nuworysz musi uzewnętrznić swoją przemianę, zilustrować ją ubiorem, słownictwem, poglądami, książką trzymaną pod pachą, muzyką w odtwarzaczu MP3. Obraz pożałowania godny. Niechże więc: hipsterskie okulary, Nirwana (nie wiem co teraz jest alternatywne, może jakaś podpowiedź?) Gazeta Wyborcza, Unia Europejska i Donald Tusk, no i rzecz jasna beka z „polaczków” na prowincji.

A że cała ta zbieranina jest nadzwyczaj krzykliwa i swoją misję realizuje łapczywie, to i opinia publiczna pada ofiarą tego szaleństwa. Najbardziej mnie bawi w tym wszystkim przekonanie parweniusza o wyższości, nie tylko wobec prowincji, wobec własnych korzeni, ale wobec polskości, jako takiej, ex definitione związanej przecież – w ich mniemaniu –  z prowincjonalną przaśnością.  Coś tu się chyba komuś poprzewracało? Elita intelektualna gardząca prowincją, gardząca polskością? Nie do pogodzenia. Tradycja każdej elity wynika z opiekuńczej, aprecjacyjnej, solidarystycznej funkcji wobec słabszych, wobec gorzej wykształconych, wobec prowincji. Emancypacja, solidaryzm, troska wobec tych najprostszych – oto cechy inteligenta. Odsyłam na korepetycje do Żeromskiego, Prusa, Wyspiańskiego, no i – a jakże – do wieśniaka (Nowogrodek – ok. 10 tys. mieszkańców) Mickiewicza.

Bartłomiej Królikowski – prawnik, samorządowiec, publicysta kwartalnika „Myśl.pl”.

Źródło:  http://mysl24.pl/spoleczenstwo/943-czym-jest-ta-sloma-ktora-z-butow-wystaje.html , 18 października 2013

POLISH CLUB ONLINE, 2013.10.22

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek