Tomasz Gabiś: PRZYSZŁE OBLICZE EUROPY


Tomasz Gabiś, publicysta, tłumacz. Fot. DM
Tomasz Gabiś, publicysta, tłumacz. Fot. DM

Dziesięć lat temu grono badaczy z Centrum für angewandte Politikforschung w Monachium (Centrum Politologicznych Badań Stosowanych) opublikowało raport, w którym przedstawiało pięć możliwych scenariuszy przyszłości Unii Europejskiej: Unia jako Supermocarstwo (prognoza nieaktualna), Metoda Monneta czyli robimy wszystko tak jak dotąd, Unia jako Otwarte Centrum Grawitacyjne czyli „pogłębiona współpraca” grupy państw  najbardziej zaangażowanych w proces integracji, przyciągających kolejne, Europa Zamkniętego Twardego Rdzenia oraz Unia Europejska jako Titanic. Warte rozpatrzenie z dzisiejszej perspektywy, wydają się ostatnie dwa scenariusze.

Jeśli chodzi o scenariusz Europa jako Titanic, to autorzy raportu przewidywali w 2003 roku, że Unia Europejska nie będzie zdolna do przezwyciężenia wewnętrznych napięć i sprzeczności a także do sprostania zewnętrznym wyzwaniom. Pogłębiają się różnice interesów oraz gospodarczo-społeczna heterogeniczność, czyli podziały między najstarszymi  krajami Unii, krajami południowej Europy i krajami nowo przyjętymi. Nasilają się walki o redystrybucję zasobów pomiędzy państwami członkowskimi. Sprzeczności interesów okazują się nieprzezwyciężalne. Postępuje paraliż decyzyjny Unii. Stary niemiecko-francuski motor integracji nie jest w stanie zaklajstrować pęknięć. Także na poziomie państw członkowskich kryzysowe sytuacje w systemie polityczno-socjalnym obciążają nie tylko te państwa, ale także wpływają negatywnie na stosunek obywateli do UE. Coraz większe znaczenie zyskują ruchy i partie wobec niej krytyczne.

Podejmowane próby reform UE nie udają się, zaczyna się kwestionowanie podstaw całego procesu integracji, w konsekwencji państwa członkowskie nie tylko nie chcą przekazywać na poziom unijny dalszych kompetencji, ale wręcz dążą do ściągnięcia z powrotem na płaszczyznę narodową kompetencji już oddanych Brukseli. Długotrwały kryzys decyzji, kryzys działania i kryzys legitymizacji prowadzi do delegitymizacji samej idei integracji europejskiej zarówno wśród zwykłych obywateli, jak i wśród elit. Unijny model traci swoją atrakcyjność, przestaje przyciągać nowych członków. Unia nie jest też w stanie pełnić roli ważnego aktora na arenie międzynarodowej; próby stworzenia wspólnej polityki bezpieczeństwa i polityki zagranicznej ponoszą fiasko. Państwa członkowskie powracają do ad hoc tworzonych koalicji, w tym także z sojusznikami i partnerami spoza poza UE. Unia walutowa zostaje rozwiązana, następuje powrót walut narodowych. Ponadnarodowe, unijne instytucje i instrumenty polityczne okazują się w ostatecznym rozrachunku zbyt słabe, aby przetrwać. UE powoli tonie niczym Titanic.

Drugi scenariusz zarysowany przed 10 laty przez prognostyków z Monachium, który może nabrać kształtu w sytuacji, gdyby realne stało się spełnienie scenariusza Titanica, to Zamknięta Europa Twardego Rdzenia (ZETR): kiedy staje się jasne, że idea wielkiej, federacyjnej unii politycznej nie ma szans na realizację, mała grupa państw jednoczy się poza ramami europejskich traktatów, aby ze sobą ściśle współpracować, prowadzić wspólną politykę bezpieczeństwa i politykę zagraniczną, połączyć swoje zdolności militarne, by realizować ambicje politycznych poza dawną Unią Europejską. Grupa – funkcjonująca w oparciu o stałe fora oraz ciała konsultacji i kooperacji na płaszczyźnie międzyrządowej – musi być niewielka, zwarta, zdolna do wspólnego działania, aby ochronić stabilizację  gospodarczo-polityczną wobec czynników zewnętrznych. Zamknięta Europa Twardego Rdzenia porzuca peryferie jako stanowiące obciążenie i zbyt słabe wobec ingerencji sił zewnętrznych, a w związku z tym będące zagrożeniem dla wspólnej polityki bezpieczeństwa, i szerzej, dla samodzielności i niezależności Europy. Z uwagi na swoje mocarstwowe interesy państwa ZETR będą bardzo ostrożnie podchodzić do przyjmowania nowych członków. W ZETR strategiczne cele i linie przewodnie polityki wyznaczają, rzecz jasna, państwa najsilniejsze.

W nowej konstelacji europejskiej sporne kwestie jak polityka rolna, fundusze strukturalne etc. zostaną zrenacjonalizowane lub zredukowane do najmniejszego finansowego zakresu, ponieważ ich polityczne cele zostaną uznane za spełnione. Tzw. solidarność europejska traci swoją funkcjonalność i zostaje porzucona. Dawna Unia Europejska wprawdzie nadal istnieje, ale raczej jako strefa wolnego handlu bez możliwości i ambicji politycznego działania. Tymi dziedzinami, które nadal pozostały „uwspólnotowione”, zarządzają zmarginalizowane – w stosunku do swojej dawnej pozycji – instytucje typu Komisja Europejska i Parlament Europejski. Chodzi o ogólną, luźną koordynację polityki gospodarczej państw członkowskich, a nie o unię gospodarczą. Ta stara Unia Europejska może się nawet rozszerzać, ponieważ kryteria przyjęcia będą bardzo łagodne.

Tyle prognozy sprzed 10 lat. A co dziś? Nowa niemiecka partia Alternative für Deutschland (Alternatywa dla Niemiec, AdN) uważa, że Republika Federalna Niemiec znajduje się w najcięższym kryzysie w swojej historii. Wprowadzenie euro okazało się fatalnym błędem, zagrażającym dobrobytowi Niemców. W swoich tezach programowych dotyczących polityki europejskiej Niemiec AdN stwierdza co następuje: afirmujemy Europę suwerennych państw ze wspólnym rynkiem wewnętrznym; domagamy się pozostawienia pełnej kontroli nad budżetami w gestii parlamentów narodowych, zdecydowanie odrzucamy unię transferów lub wręcz scentralizowane państwo europejskie, żądamy przesunięcia wielu kompetencji ustawodawczych ponownie na poziom parlamentów narodowych, domagamy się redukcji brukselskiej biurokracji.

Jeśli chodzi o unię walutową to według AdN euro nie jest Niemcom do niczego potrzebne, zaś innym krajom wspólna waluta szkodzi, dlatego partia proponuje uporządkowane rozwiązanie strefy euro, zanim napięcia w systemie staną się tak duże, że nastąpi chaotyczny, nagły rozpad. Każde państwo strefy euro musi mieć prawo wystąpienia z unii walutowej i w tym celu należy zmienić traktaty europejskie. Niemcy powinny takie zmiany przeforsować, w przypadku oporów grożąc odmową finansowania nowych pakietów ratunkowych w ramach programów Europejskiego Funduszu Stabilizacyjnego. Aby umożliwić płynne opuszczenie przez poszczególne państwa unii monetarnej, należy na kilka lat wprowadzić system równoległych walut: euro i walut narodowych. Dodajmy tutaj, że koncepcję równoległych walut przestawia szczegółowo prof. Wilhelm Hankel w swojej najnowszej książce Rozbrojenie euro bomby (Die Eurobombe wird entschärft). Pozostała po ewentualnym wystąpieniu z unii walutowej krajów południowoeuropejskich reszta strefy powinna stworzyć mniejsze, stabilne związki walutowe, w których obowiązywać będzie żelazna zasada: absolutny zakaz odpowiadania za długi innych państw. Przy takim założeniu mniejsza unia walutowa miałaby sens, a każde z pozostałych państw musiałoby zdecydować, czy chce w niej uczestniczyć. Gdyby jednak partnerzy upierali się przy tym, że długi mają zostać „uwspólnotowione”, wówczas unia monetarna powinna być całkowicie rozwiązana i Niemcy powinny  powrócić do marki.

Prof. Martin Leschke, wykładający ekonomię na uniwersytecie w Bayreuth, należy do reformistycznego nurtu wśród zwolenników integracji europejskiej. Unia Europejska – stwierdza prof. Leschke – która miała być gwarantem wolności, staje się niestety, coraz bardziej interwencjonistyczna, coraz wyraźniej steruje w kierunku gospodarki planowej. Europa oddala się od swoich korzeni, UE odchodzi od swoich pierwotnych założeń, od swoich własnych ideałów stając się zagrożeniem dla wolności, dla wolnościowego ładu, dla wolnego społeczeństwa. Kiedy przyjrzeć się działaniom instytucji, banków, rządów, to widać, że fundamentalna zasada, iż działanie łączy z odpowiedzialnością za jego skutki, przestaje w Unii  obowiązywać. A bez tego związku nie ma wolności. W obecnej Unii Europejskiej niszczy się – zdaniem prof. Leschkego – zasadę subsydiarności, błędy rządów narodowych przenoszone są na płaszczyznę unijną, coraz większa jest centralizacja, która nie prowadzi do mądrej i długofalowej polityki, a jedynie zmniejsza motywację do odpowiedzialnego działania na niższych szczeblach. Co w tej sytuacji robić? Konieczna jest reforma Unii Europejskiej. Możliwość wyjścia, czasowego lub na stałe, z unii walutowej należy  zawarować w traktatach europejskich. Muszą powstać mechanizmy pozwalające zmusić do wystąpienia z unii monetarnej jej członka jeśli spadek konkurencyjności jego gospodarki okaże się zbyt duży, a ponadto towarzyszyć temu będzie łamanie wspólnie przyjętych reguł jak wymaga tego pakt stabilności i wzrostu.

Należy stworzyć prawne procedury, na mocy których kraje niewypłacalne będą mogły w uporządkowany sposób wejść w stan upadłości. Koszty niewypłacalności rządów i banków niechaj ponoszą wyłącznie wierzyciele a nie nic z tym nie mający wspólnego podatnicy strefy euro. I wreszcie, zdaniem prof. Leschkego, powinno istnieć prawo do emisji prywatnych paralelnych walut stanowiących alternatywę wobec walut państwowych, coraz bardziej wydrążonych z wartości.

Andreas Mölzer, austriacki publicysta i poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia Partii Wolnościowej, uważa, że przywoływane niekiedy przez polityków europejskich „Stany Zjednoczone Europy” jako finalny cel integracji europejskiej, to w rzeczywistości kamuflaż dla niczym nieskrępowanej aktywności unijnych centralistów, którzy prą ku unii długów, ku homogenizacji i centralizacji. Alternatywą dla tego fatalnego kursu jest koncepcja Skonfederowanych Państw Europy. Ta Konfederacja Europejska ma rzeczywiście  zdecentralizowaną, federalistyczną i subsydiarną strukturę, stoi na straży zachowania i dalszego rozwoju narodowo-kulturalnych tożsamości europejskich: narodowych, etnicznych i regionalnych. Państwa wchodzące w skład konfederacji nadal pozostają politycznymi całościami, w nich rozgrywa się życie polityczne, natomiast konfederacja powinna przejąć najważniejsze polityczne zadania, czyli politykę bezpieczeństwa i politykę zagraniczną. Podczas gdy obecna UE jest na zewnątrz słaba a wewnątrz popada w coraz większe szaleństwo paternalistycznego reglamentowania i regulowania, Konfederacja Europejska – przekonuje Mölzer – jest jej przeciwieństwem: mocna i zjednoczona w forsowaniu europejskich interesów na zewnątrz, liberalna i tolerancyjna wobec wewnętrznej polityki państw członkowskich i form życia ich obywateli.

Prof. Bruno S. Frey to szwajcarski ekonomista, wykładający na Warwick University, na  Uniwersytecie Zeppelina we Friedrichshafen oraz w Center for Research in Economics, Management and the Arts w Bazylei. W swoich pracach (wspólnie z Reinerem Eichenbergerm, dyrektorem CREMA) a także w prasie, m.in. na łamach „Neue Zürcher Zeitung” i „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, lansuje koncepcję nowej Europy bez euro i bez Unii Europejskiej w brukselskim stylu, opartą na „functional, overlapping and competing jurisdictions”. Nawiązuje częściowo do koncepcji „artificial states” Alberto Alesiny, „chartered cities” Paula  Romera czy „Stadtstaaten” Konrada Hummlera.

Frey konstatuje nasilanie się propagandy, mówiącej, że bez euro i UE wybuchnie chaos, nastąpi powrót do stanu sprzed II wojny światowej, powrócą konflikty i wojny, narody będą się od siebie izolować i zwalczać. To prawda, że ta propaganda ma służyć przepchnięciu programów „ratowania” euro, ale niektórzy rzeczywiście w nią wierzą, ponieważ mylnie utożsamiają ze sobą strefę euro, Unię Europejską i Europę. Droga obecnej brukselskiej Unii Europejskiej z jej regulacjami, dyrektywami, harmonizacją i uniformizacją to droga do nikąd; taki typ integracji sprzeczny jest z wolnością i różnorodnością, trzeba zatem pomyśleć o innej drodze dla Europy, prowadzącej poza scentralizowaną, zbiurokratyzowaną Unię Europejską a jednocześnie nie będącą prostym powrotem do tradycyjnego państwa narodowego. Koniec brukselskiej UE to w rzeczywistości nie koniec Europy, ale nowy początek dla Europy.

W nowej Europie prof. Frey`a wielość prędkości integracji to nie jakieś odchylenie od normy, ale norma właśnie. Wielość kręgów współpracy i integracji to nie wada, lecz zaleta. Zmniejszona strefa euro? dlaczego nie. Jedni są w Schengen, inni nie; i bardzo dobrze. Wzorem może tu być dawna Europejska Wspólnota Węgla i Stali czy też obecna Europejska Wspólnota Atomowa (Euratom): przystępują do nich kraje, które widzą w tym swój interes, kraje które uznają, że jest im to niepotrzebne, nie przystępują. Mogą tworzyć się zmienne koalicje i związki, które określa misja i cel. Wiele się dyskutuje nad tym czy Turcja albo jakieś inne państwo może przystąpić do obecnej Unii Europejskiej. W nowej Unii Europejskiej takie dyskusje są zbędne: dane państwo nie musi spełniać wszystkich kryteriów, przystępuje tam, gdzie chce, na przykład do związków gospodarczych czy kulturalnych, ale nie politycznych. Nie ma najmniejszego sensu, żeby poszczególne państwa członkowskie przyjmowały jednolite prawo europejskie. Zatem mogą należeć do różnych jurysdykcji i związków, a jednocześnie na niższym – regionalnym i lokalnym – poziomie powstają nowe, nie pokrywające się z dawnymi granicami narodowymi jurysdykcje oraz jednostki polityczne i gospodarcze nastawione na pewne konkretne zadania i wspólne rozwiązywanie problemów. Przede wszystkim muszą być funkcjonalne tzn. dostosowane do celów, jakie chce się osiągnąć, i odpowiadające heterogeniczności Europy – wówczas są efektywniejsze, tańsze, konkurujące ze sobą, żeby przyciągnąć ludzi. Ideałem prof. Frey`a jest Europa będąca przeciwieństwem scentralizowanego brukselskiego molocha, Europa jako dynamiczna, konkurencyjna, elastyczna sieć politycznych i ekonomicznych układów, ciał i jurysdykcji, oddolnie powstających, tworzonych i rozwijających się, nie potrzebujących Komisji Europejskiej i innych tego typu centralnych, hierarchicznych, ociężałych biurokratycznych instytucji, które pragną administrować Europą z jednego punktu.

Pismo niemieckiej konserwatywnej prawicy „Blaue Narzisse” przeprowadziło wywiad z Rahimem Taghizadeganem austriacko-irańskim filozofem gospodarczym, założycielem i prezesem działającego w Wiedniu Institut für Wertewirtschaft (Instytut Gospodarki Opartej o Wartości). Redakcja zadała mu pytanie, jak będzie wyglądać Europa za 20 lat. Deklarując się jako realistyczny optymista, Rahim Taghizadegan odpowiada, że nie będzie to kraina, w której wszyscy żyją w zgodzie i harmonii, przeciwnie, będzie wiele niezgody, sporów i walk. Po jednej stronie mamy coraz bardziej groteskowy establishment, który dysponując coraz mniejszymi  środkami  i możliwościami staje się coraz bardziej totalitarny, po drugiej stronie nieoficjalną rzeczywistość, gdzie schroniły się kreatywność, zaangażowanie, odwaga.

Niektóre części Europy pełne będą społecznych punktów zapalnych – tam przedstawiciele starych struktur feudalnych będą zmagać się z naporem nowych sił, które same chcą te struktury opanować. Inne części Europy będą przypominać Disneyland, rozrywkowe parki tematyczne dla bogatych turystów z Azji, reszta znajdzie się gdzieś pomiędzy. Skuteczne ruchy secesyjne doprowadzą do powstania wysp dynamiki gospodarczej, przyciągających inwestycje ze świata, obcy inwestorzy je wesprą  –  taki miękki, kolonializm à rebours.

Zdaniem Rahima Taghizadegana nie ma obecnie wielkich możliwości politycznego działania, a w każdym razie podjęcie politycznej działalności (w duchu wartości głoszonych przez Instytut) wymaga dziś sporego heroizmu. Bardziej realistyczne jest podejmowania działań w małych, konkretnych polis. W sytuacji, kiedy dawne struktury się załamują, niezbędna jest odbudowa wspólnot, otwierają się nowe drogi dla ludzi pomysłowych i przedsiębiorczych, niezwyczajnych outsiderów, ale są one ukryte, biegną gdzieś w szczelinach i na marginesach systemu.

Pytany, czy po załamaniu się dawnych feudalnych struktur wybuchnie walka wszystkich ze wszystkimi trwająca do czasu, kiedy pojawi się jakiś Lewiatan, Rahim Taghizadegan  odpowiada, że groźba tyranii rzeczywiście rośnie, ale w najgorszym razie będzie to krótki populistyczny słomiany ogień, związany z oddłużeniem – to są epizody historii, natomiast niebezpieczna jest tyrania, która utrzymuje się dłużej przy władzy, ponieważ ma do dyspozycji silniejsze elementy jednoczenia; wojnę i/lub surogaty religii. Na szczęście Europa jest kulturowo zbyt heterogeniczna, aby zjednoczyć się pod jakimś jednym tyranem lub tyrańską kastą, do tego  potrzebna byłaby „rewolucja kulturalna”, jednak na nią brakuje sił i zasobów. Dlatego, zdaniem Rahima Taghizadegana, można być optymistą.

Giorgio Agamben (ur. 1942) to znany włoski filozof, autor wielu książek (niektóre z nich przełożono także na polski). W marcu tego roku Agamben opublikował w „La Reppublica”, przedrukowany potem we francuskiej „Libération”, artykuł wzywający do zbudowania Imperium Łacińskiego. Artykuł przełożono potem na inne języki europejskie, w tym polski (zob. http://www.presseurop.eu/pl/content/article/3593571-imperium-lacinskie-kontra-niemieckie-supermocarstwo). Tekst wywołał także w Niemczech lekkie poruszenie. Agamben nawiązuje w nim do koncepcji rosyjsko-francuskiego filozofa Alexandre Kojève`go, (Kożewnikowa), który opuścił Rosję w 1920 roku, następnie studiował filozofię  w Berlinie i Heidelbergu i doktoryzował się w 1931 roku u Karla Jaspersa na temat filozofii Włodzimierza Sołowjowa. Potem zamieszkał we Francji, gdzie zdobył uznanie swoimi interpretacjami filozofii  Hegla. W sierpniu 1945 roku Kojève skierował do tymczasowego rządu de Gaulle`a memorandum o „zarysie doktryny francuskiej polityki zagranicznej” po II wojnie światowej; tezy zawarte w memorandum rozwinął w pracy Imperium łacińskie opublikowanej w 1947 roku. Należał do szarych eminencji francuskiej polityki, pracował w Ministerstwie Gospodarki i był jednym z architektów Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej. Istnieją podejrzenia, że był także długoletnim tajnym współpracownikiem KGB. Zmarł w 1968 roku.

Kojève konstatował, że państwa narodowe po 1945 roku zostały zastąpione przez imperia – anglosaskie i słowiańsko-rosyjskie. Odbudowane ze zniszczeń Niemcy przyłączą się do imperium anglosaskiego i Francja utraci swoje przywództwo Europie. W obliczu takiego zagrożenia Kojève postulował stworzenie Imperium Łacińskiego (L’Empire latin), którego rdzeniem byłoby przymierze Francji, Włoch i Hiszpanii. Imperium Łacińskie stanowiłoby w Europie przeciwwagę dla Niemiec; jego bazą i metafizycznym sklepieniem miał być katolicyzm, czy szerzej „łacińska mentalność”. Francja byłaby „primus inter pares” wśród narodów Imperium.

W swoim artykule Agamben zachęca, by przemyśleć koncepcję Kojève`go, wychodzącą z założenia, że jedność polityczna, która nie jest odzwierciedleniem „formy życia”, upada. Podwaliną imperiów nie może być abstrakcyjna jedność, lecz realne więzi kultury, języka, formy życia i religii. Budując Unię Europejską ignorowano kulturalne pokrewieństwa, jakie istnieją pomiędzy narodami. Obecna Unia nie uwzględnia odmienności form życia i kultury, nie przyjmuje do wiadomości, że istnieją różne tradycje i systemy wartości. Dlatego skazana jest na krótkotrwały żywot. Według Agambena projekt europejski w dotychczasowej formie  dobiega kresu. Jedynym ratunkiem jest powstanie „Imperium Łacińskiego” pod przywództwem Francji broniącego historycznej tożsamości Europy, europejskiej kultury i europejskich form życia, którym grozi zniszczenie. Agamben konkluduje: zanim kontynent ponownie sam siebie obróci w ruiny, należy a ideę Kojeve`ego zweryfikować i zastanowić jak nadać polityczną realność Imperium Łacińskiemu.

Pod koniec maja tego roku Agamben udzielił też wywiadu dziennikowi „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, w którym wyjaśnił, że celem jego krytyki jest ignorowanie podstaw kulturowych jedności europejskiej. Jego zdaniem tzw. konstytucja Europy jest nieprawowita a kryzys jest narzędziem panowania, służącym do tego, aby legitymizować polityczne i gospodarcze decyzje, które faktycznie wywłaszczają obywateli i odbierają im możliwość decydowania o sobie. Jest to sytuacja analogiczna do permanentnego stanu wyjątkowego. Musimy cały czas, apeluje Agamben, prowadzić dialog z przeszłością, z historią, jest to antropologiczny warunek istnienia Europejczyków. My Europejczycy musimy zachować bezwarunkowo nasze formy życia, tymczasem postępuje muzealizacja przeszłości, Europejczycy są turystami we własnych miastach. Włoski filozof wyraził też żal, że Niemcy mimo swojej niezwykłej tradycji filozoficznej nie są obecnie zdolni do myślenia o Europie inaczej jak tylko w wymiarze waluty i gospodarki.

Komentując tekst Agambena o Imperium Łacińskim w tygodniku „Die Zeit”, Thomas Assheuer napisał, że tego można się było spodziewać, że w obliczu kryzysu legitymizacji Unii Europejskiej jakiś znany europejski intelektualista zabierze głos i uzna projekt europejski za zakończony. Okazał się nim włoski filozof, który oznajmił: Europa jest u kresu, obietnica jedności nie spełniła się. I próżno szukać u Agambena słowa „demokracja”, ubolewa Assheuer.

W dzienniku „Die Welt” znany niemiecki socjolog Wolf Lepenies napisał, że koncepcja Kojève`go nie była jakimś oryginalnym pomysłem, poprzedzał ją cały szereg projektów Unii łacińskiej. Jego memorandum miało jednak cechy profetyczne, jeśli bowiem odrzuci się retorykę imperium, to widać zarysy zaprojektowanej przez Francuzów Unii Europejskiej, której praktyczna polityka i dominująca filozofia polityczna są określane od Południa kontynentu, a nie od Północy. Kojève`emu chodziło o jak najtrwalsze osłabienie Niemiec i ich podporządkowanie Francji jako liderowi Europy. Nicolas Sarkozy też miał pomysł „Unii Śródziemnomorskiej” (Union méditerranénne) ostrzem skierowany „contre les Allemands”. Nie ulega wątpliwości, że jakaś forma Unii Śródziemnomorskiej łącząca też kraje pozaeuropejskie i wspierana przez Niemcy byłaby dzisiaj ważniejsza niż kiedykolwiek, natomiast projekt Empire latin podjęty przez Agambena służy wyłącznie historycznej legitymizacji politycznego zwrotu wstecz i należy do lamusa historii idei politycznych. Zdaniemm Lepeniesa to lewica francuska marzy o sojuszu Francji z Hiszpanią i Włochami przeciwko Niemcom a Agamben jest tego wyrazicielem.

Lewicowy publicysta i bloger Hans Hütt, pisujący na łamach wielu niemieckich gazet, w komentarzu zatytułowanym „Agamben jako sobowtór Kojève`go” zastanawia się, jak to jest, że nagle w Europie zaczyna się dyskutować na temat „Imperium Łacińskiego”, a tymczasem Angela Merkel ani w swojej polityce, ani w swojej partii nie wykazuje nawet najmniejszej oznaki politycznego myślenia, które wykraczałoby poza banalną realizację kuchennej filozofii gospodyni domowej ze Schwabii? Myśli podobnie jak politycy socjaldemokratycznej opozycji, wyłącznie w kategoriach gospodarczych. Myślenie polityczne w europejskich wymiarach kurczy się do grymasów drwiących masek. Trupie czaszki pozdrawiają.

Na łamach „Frankfurter Allgemeine Zeitung” ostro zaatakował Agambena jeden z redaktorów dziennika Jürgen Kaube nazywając go „filozofem Berlusconiego”, głoszącym „prostackie tezy” i grającym „agresywnymi narodowymi stereotypami”; przecież chyba sobie Agamben  nie wyobraża, że np. północne Włochy, nie mówiąc już o Tyrolu, będą chciały należeć do „Imperium Łacińskiego” a nie do jakiejś, dajmy na to, federacji alpejskiej. Są to nieodpowiedzialne propozycje, zbiór frazesów, pseudofilozoficzna gadanina, literackie fantazje bez empirycznej treści.

Z Kaubem nie zgadza się prawicowy publicysta Felix Menzel („Sezession”, „Blaue Narzisse”). Według niego tekst Agambena ma charakter metapolityczny i należy go odczytywać w kontekście kryzysu strefy euro. Na południu Europy coś wzbiera, zachodzą jakieś niejasne procesy polityczno-społeczne, poprzez koncepcję „Imperium Łacińskiego” Agamben pragnie je wyrazić. Oczywiście zachodzi pytanie, jak to sie ma do wcześniejszych prac włoskiego filozofa, który głosił, że świat europejskich państw rozpłynie sie w aterytorialnych i ekstraterytorialnych obszarach, że przestanie istnieć trójca państwo-naród-terytorium. Należałoby też wyciągnąć dalsze konsekwencje z koncepcji Imperium Łacińskiego, zapytać jaka konstelacja geopolityczna wytworzyłaby się w Europie. Czy obok łacińskiego istniałoby imperium germańskie? Czy w ogóle nastąpiłoby przesunięcie geopolitycznego środka ciężkości do Europy Środkowo-Wschodniej? Jednak niezależnie od takich czy innych zastrzeżeń, należy z uznaniem powitać metapolityczny tekst Agambena, ponieważ oznacza on, że nadchodzi czas pytań fundamentalnych. Agamben jest mądrym sejsmografem, zabierającym głos w momencie decydującym dla losów Europy. Zdaje się on mówić, że dzisiaj nie chodzi już o żadne teoretyczne konstrukty, liczy sie tylko jedno: opowiedzieć się za „naszą” sprawą, za obroną tego co własne i swoje, bronić form swojej egzystencji.

Zanim jednak powstanie Imperium Łacińskie, a może i Germańskie, nie wiadomo, czy Republika Federalna Niemiec przetrwa w dotychczasowym kształcie. Kiedyś muszą się wszak ziścić marzenia – działającej już od kilku dziesięcioleci i mającej swoją siedzibę w Monachium – separatystycznej Bayernpartei (Partia Bawarii), która dąży do oderwania Bawarii od RFN i utworzenia samodzielnego państwa bawarskiego. Bawarscy secesjoniści uważają, że Bawaria jest zagrożona przez centralistyczną politykę Berlina, który jest według nich niszczycielem federalizmu, pozbawia go treści, praktycznie we wszystkich dziedzinach życia narzuca jednolite regulacje i normy. Jest tylko kwestą czasu, kiedy przywłaszczy sobie ostatnie istniejące jeszcze resztki kompetencji krajów związkowych. Niemcy są na najlepszej drodze do państwa centralistycznego, kraje związkowe degradowane są coraz bardziej do statusu prowincji Berlina. Byt Bawarii i jej dalsze istnienie jako Wolnego Państwa (Freistaat Bayern) jest w ramach RFN  zagrożone.

Ponadto Bawaria jest wyzyskiwana i to podwójnie, zarówno przez Berlin, jak i przez Brukselę, wtrącająca się w sprawy, które powinny być wyłączną domeną krajów związkowych. Dla aparatu brukselskiego zasady federacyjne i subsydiarności to obce słowa. Bawarię pozbawia się, poprzez mechanizmy UE i redystrybucję wewnątrz RFN, ogromnych środków finansowych. Bawaria jest dojną krową RFN-u, co roku z Bawarii do Berlina płyną gigantyczne sumy, budżet RFN w ponad jednej czwartej składa się z bawarskich podatków. Bawarski podatnik płaci do rządu centralnego i innych landów 16 miliardów euro rocznie więcej niż płynie z powrotem do Bawarii; dla porównania budżet Bawarii wynosi ok. 30 mld  euro. „Członkowstwo” Bawarii w RFN kosztuje rocznie każdego Bawarczyka ok. 1300 euro. Ma najniższe zadłużenie ze wszystkich krajów związkowych RFN, ale musi jak najszybciej wymknąć się z pułapki dwubilionowego zadłużenia RFN, czyli dokonać secesji. Ci którzy uważają, że Bawaria jest za mała, powinni wiedzieć, że jeśli chodzi o liczbę ludności jest na dziewiątym miejscu wśród 27 państw UE i na siódmym pod względem wielkości PKB. Wkład Bawarii w budżet obronny RFN ok. 7,5 mld euro, Austria 1,7 mld, Szwajcaria 2,6 mld, Szwecja 4,6 mld, zatem niepodległa Bawaria spokojnie może stworzyć własny system obronny, i to mniej kosztowny niż dziś. W żadnej dziedzinie, gospodarczej, wojskowej, podatkowej itd. nie jest skazana na RFN, może się bez niego spokojnie obejść. Niepodległa Bawaria będzie państwem naprawdę federalnym, zdecentralizowanym, opartym na zasadzie subsydiarności, broniącym własnej ojczyzny, jej tożsamości, języka i kultury, utrzymującym dobrosąsiedzkie stosunki z Austrią, Szwajcaria i Czechami.

Większość obserwatorów niemieckiej sceny politycznej uważa, że pomstujący przeciwko „świńskim Prusakom” i „brukselskim pasożytom”, separatyści bawarscy, dla których Wilhelm II, Adolf Hitler czy Angela Merkel to jedno i to samo, są zjawiskiem niepoważnym, nie mającym żadnego politycznego znaczenia. Zapewne mają rację, ale jak w takim razie oceniać fakt ukazania się w zeszłym roku książki autorstwa Wilfrieda Scharnagla Bawaria potrafi sama, w której postuluje oderwanie się Bawarii od RFN? Scharnagel bowiem to nie zapalony działacz Bayernpartei, to 73-letni weteran CSU, dawny zaufany doradca Franza Josefa Straussa i autor jego przemówień (Strauss miał o nim powiedzieć: „On pisze, co ja myślę, a ja myślę, co on pisze”), długoletni redaktor organu partyjnego „Bayernkurier”,  wytrawny gracz polityczny, pozostający w cieniu, ale zawsze obecny tam, gdzie podejmowano ważne decyzje.

W swojej książce Scharnagel szkicuje historię ostatnich 150 lat Bawarii, pokazuje jak Królestwo Bawarii utraciło suwerenność, najpierw na rzecz cesarza a potem niemieckiego państwa federalnego. Podobnie jak separatyści z Bayernpartei uważa, że Bawaria jest „ofiarą podwójnej unii transferów”; po pierwsze musi płacić miliardy „janosikowego” na inne landy (Scharnagel: „skandal”, „łupieżczy najazd”), i po drugie musi płacić w ramach Unii Europejskiej na Grecję i inne państwa. O wspólnej walucie pisze: tutaj nie zrasta się to, co do siebie nie pasuje; harmonizację podatków w Unii Europejskiej nazywa „brutalną urawniłowką”. Jedyną drogą dla Bawarii jest uzyskanie niepodległości. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że w niepodległej Bawarii odrodzić się może separatyzm frankoński. Co prawda bawarscy separatyści uważają, że Frankonia, włączona w 1806 rokiem do Bawarii, miała dość czasu, aby zrosnąć się z nią w jeden organizm, ale separatyści  frankońscy mogą się z tym nie zgodzić i zażądają oderwania się od Bawarii. Będziemy chyba musieli poprzeć niepodległościowe aspiracje Frankończyków cierpiących pod butem Monachium. Niech żyje wolna Frankonia!

Tomasz Gabiś

Pierwodruk: „Opcja na prawo”, 2013 nr 3.

Źródło: http://www.tomaszgabis.pl/2013/10/01/glosy-zza-odry-xxxvi/ , 10.01.2013

Więcej artykułów dr. Tomasza Gabisia >    >    >   TUTAJ

POLISH CLUB ONLINE, 2013.10.21

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek