Ewa Polak-Pałkiewicz: Polacy opuszczają teatr


A miało być tak wesoło! Interes miał się kręcić. Złoty interes….

Artyści mieli zbierać zasłużone laury, odbierać honoraria i spokojnie zarabiać na emeryturę. Krytycy piać z powodu obrazu wymiotów, kopulacji i wydalania odchodów ukazywanych przez artystów w teatrach, gdzie niedawno jeszcze wystawiano klasykę. Tłum recenzentów odkrywać coraz większy artyzm w potoku bluźnierstw, przekleństw i nieartykułowanych dźwięków wydawanych przez ciężko fizycznie pracujących wyrobników awangardowej sceny.

Reżyser o głośnym nazwisku, bohater licznych talk – show, miał zacierać ręce, robić zafrasowane miny i udzielać dzikusom z widowni pouczeń, w których powtarzałby w kółko te same zaklęcia: że trzeba teraz niestrudzenie obalać tabu, niszczyć stereotypy, wypuszczać z ludzi demony klerykalizmu (religianctwa, jak mówiono w ateistycznych periodykach za komuny), przekłuwać balon obłudy i fałszywej dumy bycia Polakiem, katolikiem, ojcem, matką, człowiekiem… Ukazywać człowieka „takim, jakim jest naprawdę” – czyli jako zwierzę.

Tym samym językiem przemawiali niegdyś przodownicy pracy socjalistycznej, którzy też byli nauczycielami ludzkości. Ten dzisiejszy socjalizm nazywa się neomarksizm, choć rzadko się tego słowa używa. Reżyser – przodownik zapewnia, że norma  burzenia „starych zasad” w młodych umysłach jeszcze nie jest „wyrobiona”, czekają nowe rekordy do pobicia. Front walki klasowej wygląda też nieco inaczej  – przeciwnikiem jest nie obszarnik, nie arystokrata, nie klecha, nie papież, nie kułak, tylko przeciętny człowiek, zwłaszcza młody. Polak, którego trzeba utwierdzić w przekonaniu, że jest samym brudem i zgnilizną i tylko tym powinien się karmić. Natchnionym ideologią nauczycielem, który wymierza swoje nauki, niczym uderzenia pałką w głowę, jest „artysta”.

Max senior Haenger
Max senior Haenger

Widownia siedzi cicho i nieruchomo w swoich fotelach, podczas gdy na scenie przewalają się czaszki, symbole religijne, nagie ciała, a wszystko wśród odgłosów, jakie wydają pawiany w dżungli oraz spuszczane w rurach kanalizacyjnych fekalia.

Tak wygląda dzisiejszy typowy spektakl teatralny – dzieło najbardziej okrzyczanych animatorów nowej kultury, nowej sztuki. Nowej, to znaczy rodem z barykad rewolucji kulturalnej.

Tymczasem w Krakowie Polacy po prostu wyszli.

Unieśli się z krzeseł i pośród całego tego wrzasku i duchowego smrodu opuścili nagle teatr. Scenę Narodową. Teatr Stary, w którym niegdyś grywała Modrzejewska.

Reżyser nie omieszkał obrzucić ich ze sceny wyzwiskami. Popsuli całą zabawę. Pokazali swoim absurdalnym protestem, że król  jest nagi i oni mają dosyć szydzenia z siebie. Z teatru, sztuki i z Polski.

W Krakowie w połowie listopada Teatr Stary opuściło kilkudziesięciu widzów – być może wcale nie tych najbardziej świadomych, czym jest tzw. nowa kultura. Tacy ludzie nie przychodzą na spektakle tego reżysera. To byli przeciętni widzowie, najprawdopodobniej mało zorientowani, co pisze się w niezależnej prasie na ten temat. Wyprowadziło ich z teatru zwykłe uczucie obrzydzenia. Być może nikt ich nie ostrzegł, że płacąc za bilet finansują rzecz kompromitującą wszystkich wykonawców spektaklu  – i zarazem uczestników tego widowiska, bo widz w teatrze nie jest tylko biernym odbiorcą. On w pewien sposób w spektaklu uczestniczy, swoją obecnością uwiarygodnia jego twórców. Oni są na scenie tylko dlatego, że on jest na widowni.

A jednak wyszli. Powiedzieli: dosyć. To znak, że w Polsce coś się dzieje. Polacy przestali być potulnym stadem.

Kilka lat temu zdarzyło mi się usiąść na widowni teatru stołecznego, którego aktorzy wystawiali komedię, przez grono recenzentów i grupkę znajomych uznaną za „bardzo zabawną”. Po dwudziestu minutach miałam dosyć oglądania biegających po scenie mężczyzn w niedopiętych spodniach i kobiet w opadających spódnicach. Żenująca parada naturalizmu w wykonaniu osób z dyplomami wyższej uczelni, udających błaznów z jarmarcznej budy, napełniała żałością. Publiczność jednak nagradzała ich salwami śmiechu. Kiedy wychodziłam razem z rodziną, przeciskając się pomiędzy fotelami, towarzyszyły mi spojrzenia pełne zgorszenia i zniecierpliwione sykania. Nikt nie wstał i nie wyszedł, choć na widowni przeważały małżeństwa z dorastającymi dziećmi.

Dlaczego przyjmowali te treści z entuzjazmem, dlaczego matki pozwalały, by dzieci patrzyły na sceny obrażające dobry smak, będące skrzyżowaniem knajpy, koszar i publicznej toalety?

„Zepsuci i żyjący w dostatku, beztroscy, pewni siebie, wykorzenieni i znudzeni – ci młodzi ludzie byli gotowi do buntu. I bynajmniej nie mieli na myśli połykania złotych rybek”, tak opisywał Patrick Buchanan młodych Amerykanów, którzy stali się idealnym celem kanonady amerykańskiej rewolucji kulturalnej lat 60. XX wieku. Filmów, spektakli teatralnych, koncertów, wystaw, seriali telewizyjnych i wykładów uniwersyteckich. *)

Opis ten pasuje do części polskiego społeczeństwa, które poczuło, że dzięki lepszemu (niż za komunistów) statusowi materialnemu, może zaznać nieznanych dotąd przyjemności życia poza normą obyczajową i kulturową. Czy był to tylko „wolny wybór” ludzi spragnionych nowych wrażeń? Telewizja i Internet nie tylko prezentowała nowe rewolucyjne idee, wzmacniały je także, co podkreśla P. Buchanan, przez kreowanie nowej rzeczywistości.

Nie mieli pojęcia – zarówno tamci Amerykanie – a wkrótce za nimi młodzi Francuzi, Niemcy, Włosi – jak i Polacy lat 90. i późniejszych, że za tymi spektaklami, wystawami, koncertami, pokazami mody – i modą samą – nie stoją żadni „artyści” tylko zimni ideolodzy: Często profesorowie uniwersytetów. Lukacs, Gramsci, Adorno, Marcuse i cała Szkoła Frankfurcka. Że premiery, na które wykupują z pałającą twarzą bilety, zostały zaprogramowane wcale nie w artystycznych atelier, czy podczas bezsennych nocy geniuszy z rozwichrzonymi czuprynami, tylko przy biurku zdeterminowanych wyrachowanych marksistowskich myślicieli. Mało kto wiedział, że wylęgły się one, jak przypomina Buchanan, „w marksistowskim żłobku w weimarskich Niemczech, że zostały wymyślone w faszystowskim więzieniu Mussoliniego we Włoszech [gdzie przesiadywał włoski komunista Antonio Gramsci – EPP] ”, a ich celem nie było bynajmniej rozbawienie do łez bezpruderyjnej publiczności tylko „przewrót i obalenie naszej cywilizacji”.

Nie tylko naukowy neomarksizm był rozsadnikiem zboczeń i dewiacji traktowanych jako postulat moralny, norma kulturowa, konieczna dla zbudowania dla „nowego społeczeństwa”. Przypomnijmy. W II połowie XIX wieku teatry Warszawy i Krakowa także zaczynały być rozsadnikiem treści i form bardzo wygodnych dla naszych okupantów, Rosjan i Niemców. Ich zadaniem było systematyczne deprawowanie Polaków. (Już wtedy mówio się o „niszczeniu tabu”). Po hucznej premierze „Strasznego Dworu” w Operze Narodowej 28 września 1866 roku w Warszawie, która przerodziła się w wielką manifestację patriotyczną, Rosjanie pozwolili jeszcze tylko na dwa przedstawienia. Arcydzieło Stanisława Moniuszki zostało z irytacją zdjęte z afisza przez carską cenzurę; nie wznowiono go nigdy za życia kompozytora. Na deskach teatrów pilnowanych jak źrenica oka przez carskich urzędników stolicy królowała już tylko Zapolska z jej sztuczydłami „obnażającymi mieszczańską moralność”, jak nazywano spektakle, których akcja toczyła się w alkowach i buduarach, zachwalające podwójne małżeńskie życie, i płaskie komedyjki Bałuckiego, na których bawili się najlepiej właściciele stołecznych kantorów, rosyjscy policmajstrzy i fryzjerzy.

Pani architekt, która przybyła do Warszawy z Moskwy i od kilku lat zajmuje się tu projektowaniem wnętrz, skarżyła się swego czasu, że przyjeżdżając do Polski miała nadzieję ujrzeć towarzystwo jakiego jej tam brakowało, kulturalne, ładnie ubrane, o eleganckim sposobie bycia. Rozczarowała się, gdy zobaczyła, jak wyjaśniała łamaną polszczyzną „nu, prosto, rozumie pani, wieś… Prosto, wieś”.

Zapewne za dużo przesiadywała w teatrach, biegała na wystawy w Centrum Sztuki Współczesnej – i być może także zdarzyło jej się zajrzeć do kościoła, gdzie akurat miał miejsce pokaz mody. „Prosto, wieś…” Taka o jakiej marzył Majakowski, Strindberg, Przybyszewski, Craig, Schiller, Brecht, Grotowski i inni wielcy wodzireje teatralni, którzy mieli zamienić teatr w pracujące pełną parą laboratorium produkowania „nowego człowieka”, miażdżenia dusz ludzkich, a społeczność stołecznych miast Europy we wspólnotę plemienną wyjącą z uciechy w rytm szamańskich bębnów.

Dziś skończyła się potulność Polaków. Nieruchomo wbici w fotele podczas spektakli przypominających sabaty czarownic mogą być tylko ludzie całkowicie odcinający się od kultury, z którą jeszcze jakiś kontakt – choć mocno ograniczony przez PRL-owską cenzurę i lansowaną mentalność drobnomieszczan – mieli ich rodzice, „nowi ludzie”, świadomie zrywający wszystkie więzy łączące ich z wiarą, polskością i cywilizacją.

„Już nie taka łaska Twoja nad hufcami?”

Jacek Kaczmarski w swojej Kantyczce z lotu ptaka dał poetycki opis efektów eksperymentu przeprowadzanego na polskim społeczeństwie w latach 90., gdy zaczęła się era konsumpcjonizmu połączona z lansowaniem brzydoty, kiczu, obsceny i skrajnego upodlenia moralnego w tzw. sztuce i mediach. Poeta wyśmiewa uległość Polaków. Nie mają się na kim oprzeć, poszli na lep całej tej tandety przywleczonej z Zachodu, wyprzedali swoje zasady, którymi kiedyś tak się chlubili. Tekst Kaczmarskiego jest przykry, bezlitosny i ma w sobie coś dwuznacznego. Jest  mianowicie pisany z pozycji chłodnego obserwatora wydarzeń, w których nie uczestniczy – ale zna dobrze ich genezę, przebieg i finał.

Tak jakby wcześniej przeczytał scenariusz.

Patrz mój dobrotliwy Boże
Na swój ulubiony ludek
…,

Kaczmarski nie jest jednym z nich, nie jest częścią tego „ludku”. Parafrazując żądania i błagania tego „ludku” – niby to pokorne, tak naprawdę śliskie, obłudne, niskie  – pokazuje też swoją pełną wyższości splendid isolation wobec polskiego żywiołu, który się tak „skudlił”, jak ujmowali to autorzy z okolic ulicy Czerskiej.

– Ujmij trochę łaski nieba!
Daj spokoju w zamian, chleba!
Innym udziel swej miłości!
Nam – sprawiedliwości!

– Smuć się Chryste Panie w chmurze
Widząc jak się naród bawi,
Znowu chciałby być przedmurzem
I w pogańskiej krwi się pławić.
Dymią kuźnie i warsztaty,
Lecz nie pracą a – skargami,
Że nie taka jak przed laty
Łaska Twoja nad hufcami:

– Siły grożą Ci nieczyste
Daj nam wsławić się o Chryste!
Kalwin, Litwin nam ubliża

Dźwigniem ciężar Krzyża!

– Załam ręce Matko Boska;
Upadają obyczaje,
Nie pomogła modłom chłosta –
Młodzież w szranki ciała staje.
W nędzy gzi się krew gorąca.  Bez sumienia i bez oddechu,
Po czym z własnych trzewi strząsa
Niedojrzały owoc grzechu.

– Co zbawienie nam, czy piekło!
Byle życie nie uciekło!
Jeszcze będzie czas umierać!
Żyjmy tu i teraz!

– Grzmijcie gniewem Wszyscy Święci!
Handel lud zalewa boży,
Obce kupce i klienci
W złote wabią go obroże.
Liczy chciwy Żyd i Niemiec
Dziś po ile polska czystość;
Kupi dusze, kupi ziemię
I zostawi pośmiewisko…

– Co nam hańba, gdy talary
Mają lepszy kurs od wiary!
Wymienimy na walutę
Honor i pokutę!(…)

(Jacek Kaczmarski, Kantyczka z lotu ptaka)

I zostawi pośmiewisko?

Skąd ten nieubłagany werdykt? Czy nie wydany zbyt pośpiesznie? Chcieliście być „przedmurzem”, a daliście się sprzedać handlarzom, którzy proponują nieświeży zetlały towar?  Wtykają wam „paciorki”, a wy je bierzecie za prawdziwe perły. Daliście się oszukać „wolnościom”, „modom”, zwieść farbowanym lisom, fałszywym przywódcom, którzy okazali się jarmarcznymi błaznami, komediantami. Przyjęliście dobrowolnie obyczaje, które chcieli wam kiedyś siłą narzucić zaborcy i okupanci…

Melchir de Hondecoeter – Zwycięski kogut
Melchir de Hondecoeter – Zwycięski kogut

Tak przemawiać może ktoś, kto przeniknął zaplanowaną strategię i śmieje się w kułak z polskiej naiwności. Przeżywa dziwną satysfakcję z czyjegoś upadku. Nie ma litości, współczucia, zrozumienia. Niby swój, a jakieś ciężkie jego spojrzenie, kamienna powieka, martwy uśmiech.

Ten stłumiony śmiech go zdradza.

W tej diagnozie uderza niechęć do zauważenia, że Polska – już w latach 90. na początku „ery transformacji”, tak jak Stany Zjednoczone począwszy od lata 70. – przekształciła się w państwo ideologiczne nowego typu. Takie państwo, gdzie „nowy dominujący kierunek wymuszony jest nie przez agentów policji, lecz przez inkwizytorów kultury popularnej … Wystarczy włączyć telewizor i popatrzeć. W tym medium – tak jak i setkach innych – dominują wartości rewolucyjne. Rządzi polityczna poprawność. Bunt wobec nowego kierunku traktowany jest jako >mowa nienawiści<, lekceważenie jej dogmatów – jako znak choroby umysłowej” (P. Buchanan).

Zgadzasz się – jesteś przy zdrowych zmysłach

Sprzeciwiasz się – jesteś zwyczajnie niebezpieczny

I zakują cię w Kajdany,

prorokowała – jeszcze w XIX wieku – amerykańska poetka Emily Dickinson.

Znakiem poprawności politycznej, która dotyczy przede wszystkim sfery kultury i obyczaju, a która rozlała się w Polsce po 1989 roku szeroką brudną kałużą, jest całkowity brak tolerancji dla swobody myśli, dla poglądów i postaw opartych na poszanowaniu rzeczywistości – nie zaś pochodzących „z krainy mgieł i obłoków”, z kuźni ideologicznych.

W rezultacie głębokich przekształceń w myśleniu, obyczajach, także i w Polsce „pigułka i prezerwatywa stały się sierpem i młotem rewolucji kulturalnej” (P. Buchanan).

Jacek Kaczmarski tego wymiaru nie dostrzegał. Dla niego istniał tylko „śmieszny i straszny” folklorystyczny obrazek: Polska upada coraz niżej pod ciosami ludzkiej chciwości, nieuleczalnych kompleksów i głupoty. Czym więc ona była dla niego?

To zagadka. Podobnie jak ta, która tyczy jego wiary. „Pan Boga nie lubi…”, pokpiwał sam z siebie w jednej z piosenek. Szydził z wiary Polaków i podziwiał ją, zazdrościł i skręcał się na jej „naiwność”, „ciasnotę”. Polski zaścianek był mu obcy, dworował sobie z niego; polscy bohaterowie go fascynowali.

Tuż przed swoją przedwczesną śmiercią, wyczerpany nieuleczalną chorobą, wyczekawszy dosłownie do ostatniej chwili, przyjął chrzest.

Wyrafinowany spryt, zimna kalkulacja, łobuzerskie mrugniecie okiem, że jednak „można Boga oszukać”…? Czy łaska dana w ostatniej godzinie?

Dzieci opuszczają szkoły

Ale oto pospieszne diagnozy Jacka Kaczmarskiego dziś okazują się co najmniej wątpliwe, jeśli nie całkiem chybione. Polacy występują w obronie prawdy. Zrzucają kajdany poprawności politycznej. Tłumnie opuszczają teatr, który żyje tylko z nich. W Centrum Sztuki Współczesnej leje się czerwona farba. Bluźniercze widowisko jest zniszczone. Pokazy mody w kościołach masowo potępiane. Kościoły zamienione w sale koncertowe traktowane co najmniej z rezerwą. Ekspiacja za obrażanie Boga… – tego pojęcia dawno już nie używano. Dziś jest na ustach wszystkich myślących katolików.

Rodzice, którzy oparli się indoktrynacji opuszczają szkoły. Zabierają swoje dzieci, by nie korzystały „z oferty edukacyjnej”  – oferty wcale nie kształcenia, tylko produkowania ludzi doskonale wytresowanych, idealnych trybików maszynerii, w której odgrywałyby one zaszczytną rolę kółek zębatych lub identycznie błyszczących śrubek w ścianie.

Melchir de Hondecoeter – Kogut i kury na tle krajobrazu
Melchir de Hondecoeter – Kogut i kury na tle krajobrazu

Absolwenci szkół nowej generacji to potencjalni niemi i głusi, czyli inwalidzi, całkowicie bierni, pozbawieni wszelkiej inicjatywy – oprócz  chęci robienia „interesów” – mentalni niewolnicy. Młodzi ludzie o „sformatowanych” umysłach, choć często posiadający wyrobiony nienajgorzej instynkt sprytu i pięcia się po szczeblach donosicielstwa, konformizmu i niszczenia konkurentów, do kariery – choć nie są w stanie odróżniać rzeczy od siebie ani prawidłowo nazwać tego, co istnieje. Biorą pozory za rzeczywistość. Zamiast wielkich życiowych wyzwań, walki z własnymi słabościami, prawdziwych ideałów, służenia Prawdzie i walki o nią, spragnieni są teatru, spektakli, widowisk, jarmarku, wesołych miasteczek, wielkich show i konkursów tańca…

Ludzie, którzy nie patrząc na potępienie przez wielkich medialnych guru wychodzą z teatru w połowie spektaklu, rodzice, którzy odbierają szkołom swoje dzieci, by je uchronić przed zatruciem umysłu, są tymi, którzy odmawiają uczestnictwa – nawet biernego – w złu. Są wyzuci z lęku. Są Polakami. Kaczmarski pokazywał w „Kantyczce…”  społeczeństwo, które boi się potępienia przez Europę, nowoczesność, salon, studio telewizyjne, projektantów mody etc. Dziś w Polsce ujawniają się zastępy ludzi wolnych. Polacy opuszczają teatr. Ludzie wolni opuszczają wielki cyrk.

Siły grożą Ci nieczyste,

Daj nam zbawić się, o Chryste! 

O ile nie jest to bluźnierstwo, to przynajmniej projekcja życzeń autora, przykrawającego obraz Boga do swoich wyobrażeń, człowieka wychowanego poza religią katolicką.

On pokazywał z ledwie skrywaną ironią bierność i zalęknienie Polaków, a tu jest coś innego. Tu jest postawa wyrazista, tu jest opór. Tu jest czyn.

Oby Polacy opuszczając teatr, pełen brudu i świństwa, opuścili także ten wielki teatr kłamstwa, zbrukaną scenę publiczną, na której trwa parada oszustów i błaznów. Królują tęcze i palmy tropikalne, szpecąc i ośmieszając Warszawę.

Oby nie pozwolili, tak jak widzowie Teatru Starego w Krakowie, by ktoś notorycznie pluł im w twarz i czekał jeszcze na oklaski, cmokanie i komplementy.

Oby rozstali się definitywnie z lewackimi mediami, oby zwolnili ostatecznie studia telewizyjne, które żyją tylko z ich obecności – niech lewacy i liberałowie dyskutują tu sami ze sobą – te wszystkie kanały nieczystości. Oby zawalczyli o prawdziwy kult Boga w kościołach. Nie pozwolili znieważać tego, co święte. Nie pozwolili na szerzenie się ideologicznego kłamstwa także w Kościele.

Tego najbardziej się boją pokątni kupcy, oszuści i błazny.

Że ktoś może wstać i wyjść.

…lecz w gruncie rzeczy była to sprawa smaku

                                                                       Tak smaku

Który każe wyjść skrzywić się wycedzić szyderstwo…

(Zbigniew Herbert, Potęga smaku)

Melchir de Hondecoeter – Kura, paw i indyk
Melchir de Hondecoeter – Kura, paw i indyk

Ten wiersz recytowaliśmy namiętnie w stanie wojennym, uczyliśmy się go na pamięć.

Przed rozjuszoną komuną broniło piękno, spokój, harmonia, proporcja, inteligentny dowcip. Elegancja, ostentacyjne dobre maniery. Uniesione do góry brwi, nie przekleństwo.

Dziś chodzi o coś więcej.

Nie wystarczą dobre maniery, opanowanie i wzgardliwy uśmiech. Jeżeli dostrzega się w całej sferze publicznej państwa istnienie czegoś co godzi w umysł człowieka i w serce, znieprawia i deformuje młode pokolenie, trzeba zwrócenia się ku prawdziwej władzy, do Króla Królów. Nie z lęku przed całą tą ohydą i spustoszeniem, ale z miłości.

Kaczmarski przy całej swojej wrażliwości i oczytaniu nie rozumiał tego. Uważał Polaków wyznających wiarę katolicką za tłum niewolników, zgiętych w pół jak Egipcjanie przed faraonem. Ludzi, którzy korzą się przed panem, który jest niczym pogańskie bożki – nieobliczalny i szalony, który może ich wychłostać, albo rzucić garść srebrnych monet.

A On, Jezus Chrystus, jest Królem prawdziwym, Królem Miłości.

„Miłość jest jedynym uczuciem godnym Boga”

„Bojaźń może nas powstrzymać od zła, ale nigdy nie pobudzi do czynienia dobra”, pisał Nicolas Grou TJ.**)

„Miłość przeciwnie: sprawia i jedno i drugie w sposób najdoskonalszy; odwraca nas od zła, a pobudza nas nie tylko do dobra, ale i do tego, co najdoskonalsze – pobudza pomimo wszelkich trudności i ofiar, jakie musimy ponosić”.

„Dusza przejęta bojaźnią synowską zwycięża z łatwością wszelkie przeszkody, zrywa wszystkie więzy, triumfuje nad światem i jego uciechami, nad ciałem i zmysłowością, nad szatanem i jego pokusami”. (Spróbujmy w tych cytatach zamiast słowo dusza umieścić: „Polska”)

Polacy, którzy wyszli w połowie bluźnierczego przedstawienia spełnili czyn miłości. Wobec Boga. Także i wobec ludzi. Wobec Polski.

Utorowali innym jasny prosty szlak

_____

*)Patrick J. Buchanan, „Śmierć Zachodu”, Wydawnictwo Wektory, Wrocław 2005

**)Nicolas Grou TJ; „Przewodnik życia duchowego, Wyd. AA, Kraków


Ewa Polak-Pałkiewicz

Źródło: http://ewapolak-palkiewicz.pl/polacy-opuszczaja-teatr/ , 18.11.2013

Przeczytaj więciej artykułów pani Ewy Polak-Palkiewicz  >   >    >  TUTAJ  

POLISH CLUB ONLINE, 2013.11.20

Ewa Polak-Pałkiewicz

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz