Andrzej Solak: Lew Lechistanu


Bitwa pod Chocimiem 1673 - mal. Jerzy Kossak, 1932
Bitwa pod Chocimiem 1673 – mal. Jerzy Kossak, 1932

Noc z 10 na 11 listopada 1673 roku w Chocimiu była chłodna. Temperatura spadła w okolice zera. Zerwał się lodowaty wicher. Sześćdziesiąt tysięcy ludzi, trzęsąc się z zimna, wyczekiwało w napięciu na poranną walkę.

 

Upadek…

Wojna trwała już od kilkunastu miesięcy. Latem poprzedniego roku wojska tureckie wtargnęły w granice Rzeczypospolitej. Mimo zaciętego oporu mahometanie zdobyli Kamieniec Podolski, zwany „kluczem do Podola”. Wkrótce pod ich okupacją znalazło się całe Podole i Bracławszczyzna. Sprzymierzeni z Turkami Tatarzy postąpili jeszcze dalej, jak zwykle rozświetlając łunami pożarów szlak swych łupieżczych wypraw.

Przeciw tatarskim czambułom ruszył dzielnie hetman wielki koronny Jan Sobieski, odnosząc błyskotliwe sukcesy. Wszakże ówczesny król Rzeczypospolitej, bojaźliwy Michał Korybut Wiśniowiecki, zdecydował się zawrzeć z wrogiem upokarzające porozumienie. Na mocy traktatu pokojowego w Buczaczu (18 października 1672 roku) Polska oficjalnie zrzekła się na rzecz Turcji utraconych ziem ukrainnych oraz zobowiązała się do płacenia corocznego haraczu w wysokości 22.000 czerwonych złotych. Potężne niegdyś królestwo, z dumą noszące zaszczytne miano przedmurza chrześcijaństwa, teraz stoczyło się do rangi tureckiego lennika, niczym Chanat Krymski czy Wołoszczyzna.

…i odrodzenie

W Rzeczypospolitej zawrzało. Oburzenie na „hańbę buczacką” było powszechne. Ustały wreszcie spory politycznych koterii, dotąd rozdzierające kraj. Hetman Sobieski przedstawił plan wznowienia działań antytureckich. Uzyskał on ogromne poparcie szlachty.

Na reorganizację i rozbudowę sił zbrojnych przeznaczono m.in. pieniądze ze sprzedaży klejnotów koronnych. Państwa europejskie słały jedynie słowa otuchy. Tylko papież Klemens X wsparł sprawę polską niebagatelną kwotą 100 tysięcy złotych, zaś kardynał Benedetto Odescalchi dorzucił kolejnych 20 tysięcy. Subsydia z Rzymu przeznaczono w całości na rozbudowę artylerii.

Traktat pokojowy z Buczacza nie został ratyfikowany przez sejm. Równało się to wznowieniu wojny.

Haracz!

9 listopada 1673 roku wojska hetmana Jana Sobieskiego stanęły nieopodal ogromnego obozu tureckiego w Chocimiu. Muzułmanie stacjonowali na prawym brzegu Dniestru, w tym samym miejscu, w którym 52 lata wcześniej, w 1621 roku hetman Jan Karol Chodkiewicz przez szereg tygodni opierał się ogromnej armii tureckiej. Obecnie nad Chocimiem powiewał wielki zielony sztandar proroka, z wyhaftowanym napisem: „Daje moc najwyższy u Boga prorok nasz Mahomet ścinać Giaurów i zabijać.”

Pozycje tureckie były dobrze ufortyfikowane, od wschodu dodatkowo osłonięte przez Dniestr, od północy i południa przez głębokie i strome jary. Szturmować obóz można było tylko od zachodu – tu zaś Turcy wykopali głęboką, prawie pięciometrową fosę, za którą wznosił się wysoki wał ziemny. Dowódca mahometan, namiestnik Sylistrii pasza Hussein miał pod rozkazami ponad 30 tysięcy żołnierzy, dobrze wyposażonych i wypoczętych. Na wałach umieszczono blisko 30 dział. Łączność z drugim brzegiem Dniestru zapewniał wąski most „pontonowy”, położony na zakotwiczonych łodziach (czajkach).

Wojska Sobieskiego dorównywały tureckim liczbą żołnierzy, przewyższały je siłą ognia artyleryjskiego (posiadały 65 armat i 1 moździerz), jednak były wyczerpane długim, kilkusetkilometrowym marszem. Wszakże polski hetman był dobrej myśli.

Jeszcze tego samego dnia doszło do pierwszych utarczek harcowników. Obok tradycyjnych w takich sytuacjach pogróżek i wyzwisk zwracały uwagę okrzyki tureckich jeźdźców: „Haracz! Haracz!”, przypominające Polakom o ich buczackich powinnościach.

W oczekiwaniu

10 listopada polska artyleria, doskonale dowodzona przez generała Marcina Kątskiego, rozpoczęła ostrzeliwanie wrogiego obozu. Piechota próbowała szturmować szańce muzułmanów, jednak atak został odparty. Mimo to nastroje były dobre, wojsko pałało chęcią rewanżu. Tego dnia na stronę polską przeszły sprzymierzone z Turkami siły mołdawskie i wołoskie w sile 5 tysięcy żołnierzy.

Nastała noc, długa i chłodna. Niebo zasnuły ciemne chmury. Ziemię spowił mrok. Spadł śnieg i deszczem. Potem zerwał się wiatr, przeraźliwie zimny, przeszywający ciała do szpiku kości. W szeregach polskich odnotowano kilka zgonów spowodowanych wychłodzeniem. Bez wątpienia Turcy, w ogromnej większości pochodzący z krain słonecznej Azji, znieśli te godziny znacznie gorzej.

Bij poganina!

Nazajutrz przypadało wspomnienia św. Marcina – patrona żołnierzy. Przed wiekami św. Marcin, były rzymski legionista, burzył na terenie Francji pogańskie bałwany i wycinał święte gaje, przygotowując kraj do chrystianizacji.

11 listopada 1673 roku, nad ranem, hetman wielki koronny Jan Sobieski zwrócił się do swych podwładnych:

–         A więc, żołnierzu, bij poganina i zwyciężaj!

O godzinie 7.30 przemówiły polskie działa, koncentrując ostrzał na umocnieniach tureckich od strony zachodniej. Przez dobry kwadrans pozycje muzułmanów zasypywała lawina ognia i żelaza. Ojciec Święty Klemens X dobrze zainwestował swe pieniądze…

Około godziny 8.00 polska piechota i dragonia uderzyły na oszołomionych ogniową kąpielą Turków. Polakom udało się sforsować głęboką fosę i wedrzeć na wał, zmuszając do ucieczki strzegących je janczarów. Teraz rozpoczął się wyścig z czasem. Należało jak najprędzej utorować drogę chorągwiom jazdy. Nasi piechurzy i dragoni porwali za szpadle i jęli rozkopywać wał, równocześnie zasypując fosę. Z rozerwanej palisady budowali pomosty.

Turcy ochłonęli wreszcie z zaskoczenia. Ich oddziały, przede wszystkim ciężkozbrojna kawaleria spahisów runęły do kontrataku. Wszakże jego impet został wyhamowany przez husarię, która zdołała właśnie sforsować zasypaną fosę.

W zwarciu

Polski szturm przybierał na sile. Do boju włączały się wciąż nowe regimenty i chorągwie. Jan Sobieski osobiście prowadził do walki dragonów, jak relacjonowano – „sam z gołą szablą pieszo przed swoją partią idąc, krzyczał, aby dla miłości Bożej, dla wiary i kościołów – dla Ojczyzny miłej, w Bogu mając nadzieję odważnie następowali.” Dowódca artylerii generał Marcin Kątski powierzył swe armaty opiece podwładnych, a sam dobył szabli i przyłączył się do szturmujących. Na lewym skrzydle nacierali Litwini dowodzeni przez swych hetmanów, Michała Kazimierza Paca i Michała Radziwiłła.

Na Polaków uderzyły zastępy kawalerii bośniackiej dowodzone przez paszę Sulejmana. Bośniacy wyrąbali sobie drogę do orszaku Sobieskiego, docierając na odległość „pół strzelenia z pistoletu” (to jest zaledwie kilkunastu kroków) do osoby polskiego wodza. Tu jednak na Bośniaków rzuciły się cztery chorągwie husarii i wysiekły ich w zajadłym boju.

Piechota polska zdołała zająć muzułmańskie pozycje przylegające do Dniestru. Zdobyte działa natychmiast obrócono paszczami w stronę tureckiego obozu i wysyłano tam pocisk za pociskiem. Również i tutaj spahisi ruszyli zaraz do szarży. Rozgorzała szaleńcza walka wręcz, na skraju wysokiego, kilkunastometrowego urwiska. W pewnej chwili kłębowisko ludzi i koni runęło w dół. Obok zbocza wyrosła druga góra – martwych i rannych ciał.

Na ziemi i w niebie

Poza świętym Marcinem Polacy mieli w tym dniu jeszcze jednego patrona. Żywa była wśród nich tradycja przypisująca zwycięstwo chocimskie przed 52 laty wstawiennictwu św. Stanisława Kostki. Dlatego Sobieski nakazał swym żołnierzom atakować z okrzykiem: „Kostko, ratuj!” Wielu twierdziło potem, że byli świadkami nadzwyczajnych wydarzeń: „Wtedy całe wojsko widziało wóz ognisty na powietrzu, na którym ś. Stanisław Kostka klęczał przed Jezusem odpoczywającym na łonie macierzyńskim, a z rąk Syna Boskiego na nieprzyjaciela ogniste leciały strzały […] Nieprzyjaciel zaś, przerażony tak siłą męstwa polskiego, jak blaskiem strzał niebieskich, natychmiast mieszać się począł i uchodzić…”

Bój przeniósł do wnętrza obozu tureckiego. Walczono wśród gęstwiny nieprzyjacielskich namiotów. W końcu muzułmanów ogarnęła panika. Rzucili się do ucieczki w stronę mostu „pontonowego”, chcąc schronić się za Dniestrem. Most zatłoczony tłumami uciekających, poddany ostrzałowi artyleryjskiemu załamał się. Fale Dniestru pokryły tysiące turbanów…

Na polach chwały

Pogrom wojsk paszy Husseina był całkowity. Z 30-tysięcznego korpusu ocalało ledwie kilka tysięcy przerażonych zbiegów.

Zwycięstwo chocimskie nie przyniosło przełomu w wojnie, na kontynuowanie antytureckiej ofensywy zabrakło funduszy, jednak prestiż Rzeczypospolitej, ostatnio mocno nadwerężony, wzrósł niepomiernie. Rozeszła się też w świecie sława hetmana Sobieskiego – Lwa Chocimskiego, zaś dla Turków – Lwa Lechistanu. Choć nie brakło ludzi zawistnych, próbujących podważać jego zasługi, wśród wojska niekwestionowany był autorytet hetmana, który „nademdloną dźwigał Sarmacyją”.

Wkrótce wojsko otrzymało nową wiadomość. 10 listopada, w przeddzień głównego starcia, we Lwowie zmarł król Michał Korybut Wiśniowiecki. Tron Rzeczypospolitej był pusty. W następnym roku zwołano więc sejm elekcyjny. Szlachta ofiarowała koronę zwycięzcy spod Chocimia. Już niedługo król Jan III Sobieski poprowadził swych żołnierzy na nowe pola bitew.

A kiedy po  latach cały świat Zachodu z zachwytem powtarzał imię zwycięzcy spod Wiednia, u boku Lwa Lechistanu trwali również dawni bohaterowie zmagań z islamem, tacy jak kardynał Benedetto Odescalchi (ongiś hojny wspomożyciel polskich artylerzystów, obecnie znany jako papież Innocenty XI, budowniczy koalicji antytureckiej, zaś w przyszłości błogosławiony Kościoła katolickiego); jak generał Marcin Kątski (pod Wiedniem jako jedyny dowódca artylerii chrześcijan zdołał przeprawić się ze swymi działami przez Las Wiedeński, by wziąć udział w ostatecznej rozgrywce) i tysiące innych, przeważnie bezimiennych rycerzy, którzy wykuli swą chwałę na rubieżach Rzeczypospolitej.

„Wzrastanie” listopad 2013

Andrzej Solak
www.krzyzowiec.prv.pl

Źródło: http://cristeros1.w.interia.pl/crist/rekonkwista/lew_lechistanu.htm , 2013-11-12

Wybór zdjęcia wg/PCO

Zobacz więcej artykułów pióra Andrzeja Solaka  >    >    >   TUTAJ 

POLISH CLUB ONLINE, 2013.11.21

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek