Aleksander Kisil: REWOLUCJA PRACY


Aleksander Kisil. Fot. ak
Aleksander Kisil. Fot. ak

REWOLUCJA PRACY (01): Dlaczego ludziom nie chce się pracować? – cz. I

Ten cykl traktować będzie o pracy – o zjawisku pracy zarobkowej ludzi, jej organizacji w skali społeczeństw i mikrospołeczeństw, o ewolucji pracy, jej zmaganiu się z kapitałem i ramami legislacyjnymi, o mitach, uwarunkowaniach, efektywności i trendach rozwoju. Główną tezą całego cyklu jest twierdzenie, że dotychczasowy paradygmat – obejmujący organizację, formy, ramy i rangę pracy – przeżył się i nadchodzi czas na duże zmiany, czyli na rewolucję pracy.

Nie ma to nic wspólnego z podejściem marksistowskim, przeciwstawiającym sobie różne grupy społeczne, opierającym się na „walce klas” i na „uspołecznieniu środków produkcji”, czyli na antagonizowaniu społeczeństw i własności państwowej, czyli niczyjej.

Praca (zarobkowa) jest czymś, co towarzyszy człowiekowi przez większość jego życia od wieków. Praca wypełnia dużą część dziennego czasu, ma wymiar ekonomiczny, społeczny, rodzinny, polityczny. Praca daje, a przynajmniej powinna dawać człowiekowi poczucie sensu jego życia, poczucie, że jest potrzebny i potrafi coś zrobić.

W tym sensie praca ma też ważny wymiar indywidualny, psychologiczny, rozwojowy i duchowy. Podnosi na duchu lub niszczy ducha. Generuje poczucie bezpieczeństwa lub go pozbawia. Daje podstawy ekonomiczne godnego życia lub nie. Rozwija lub hamuje. Integruje lub dezintegruje. Tworzy lub tylko odtwarza. Cieszy lub stresuje.

Praca w skali społeczności lokalnej lub całego społeczeństwa pozwala tworzyć wielkie dzieła i budować silne grupy społeczne, przynosić dobrobyt i rozwój technologiczny, czynić świat pięknym i dostępnym.

Większość z nas nie potrafi wyobrazić sobie świata bez pracy. Ostrzeżeniem przed takim światem są fragmenty opowiadania George’a Wells’a „Wehikuł czasu” – jego bohater przenosi się w daleką przyszłość i zastaje na powierzchni ziemi społeczność, która nie pracuje, jest zdegenerowana, niewrażliwa i niezaradna.

A jednak… zbyt często obserwuję zjawiska, które sugerują, że (niektórym) ludziom nie chce się pracować. Pracują, bo muszą zarabiać, bo jest presja otoczenia, bo nie mają co ze sobą zrobić. Najprostsza interpretacja takich obserwacji to zaklasyfikowanie wszystkich tych ludzi do zbioru leniwych, rozpieszczonych, bez ambicji. To byłaby jednak zbyt prosta interpretacja – wierzę w to, że w każdym człowieku tlą się marzenia, ambicje, potrzeby, predyspozycje. Wiele sytuacji i doświadczeń jest potwierdzeniem tego, że człowiek „wsadzony” w pozytywne i ciekawe dla niego otoczenie zaczyna odżywać, interesować się i angażować.

Zatem dlaczego tak wielu ludziom nie chce się pracować – uczciwie, z zaangażowaniem, kreatywnie, odpowiedzialnie, efektywnie? Czy nie jest tak, że zniechęca ich do tego określony czynnik zewnętrzny? Albo kilka?

zyskownoscGdy przyjrzałem się pracy ludzkiej z tej perspektywy, zacząłem odkrywać takie czynniki. Pierwszy czynnik, który mnie wręcz poraził, pojawił się na wykładzie szefa Centrum Europejskiego UW ponad dziesięć lat temu, prof. dr hab. Alojzego Z. Nowaka.

Wykładowca narysował układ współrzędnych, opisał osie i namalował trzy krzywe (odtwarzam z pamięci; prof. Nowak wspominał, że te wykresy oparte są o badania).

Wymowa tego wykresu jest piorunująca: praca – zgodnie z badaniami ostatnich 30-40 lat – nie może konkurować z biznesem, a tym bardziej ze spekulacjami finansowymi.

A na filmach widzimy wygodny dobrobyt, który staje się udziałem bohaterów łatwo, na przykład w wyniku spekulacji, gry, działań bez pracy.

Jak w obliczu takich faktów ludzie wchodzący na rynek pracy mają ją szanować? Przecież widzą, choćby na przykładzie swoich rodziców, że praca nie popłaca, a gra giełdowa czy spekulacje finansowe generują milionerów.

Aleksander Kisil

Źródło:  http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2013/12/rewolucja-pracy-01-dlaczego-ludziom-nie-chce-sie-pracowac-cz-i/ , 15 grudnia 2013

*    *    *

REWOLUCJA PRACY (02): Dlaczego ludziom nie chce się pracować? – cz. II

Rzecz jest o pracy zarobkowej ludzi, jej organizacji społecznej, zmaganiu się z prawodawstwem i kapitałem, o mitach, efektywności i trendach rozwoju. Teza cyklu brzmi: obecny paradygmat pracy (zorganizowanie, formy, ramy i ranga) przeżył się i nadchodzi czas na zmiany: na rewolucję pracy.

Ludzie chcą pracować, ale chcą też mieć przekonanie, że to, co wypracują, należy do nich. Tymczasem – obok ogromnej dysproporcji między efektami pracy a spekulacji finansowych – jest drugi kolosalny i systemowy czynnik, który zniechęca do pracy: wyzysk człowieka pracy przez państwo – w formie podatków, para-podatków, obowiązkowych „składek”, obciążenia pracy różnymi dodatkowymi świadczeniami i obowiązkami, które są kosztowne dla pracodawcy.

Paradoksalnie ten element krajobrazu ekonomiczno-społecznego, jakim jest praca, jest najbardziej skomplikowany, kontrolowany, obciążony daninami i skrępowany przepisami. Akurat praca, składnik owego krajobrazu, który jest najbardziej twórczy, społeczny, ludzki (w wielorakim sensie) i rozwijający – akurat ten czynnik cierpi będąc dyskryminowanym w stosunku do spekulacji finansowych i towarowo-pieniężnych. A te ostatnie nie przysparzają przecież nowych wartości, nie powodują mnożenia się dóbr, zagospodarowania przestrzeni wokół człowieka, lecz są nakierowane na bogacenie się jednostek kosztem jakiejś grupy.

Praca jest dyskryminowana nie w sensie wyzysku człowieka przez człowieka, jak to podkreślali marksiści, lecz jest dyskryminowana jako instytucja, jako jeden ze składników życia człowieka i współżycia społeczeństwa. Jest traktowana jako ciężar, jako problem (bezrobocia, konfliktów między pracodawcami a pracownikami itd.), jako okazja do ściągania haraczu przez państwo. Nie jest natomiast szanowana, bo nie jest – a powinna być – stawiana przed konsumpcją, zyskiem, posiadaniem dóbr materialnych, sprytem spod znaku „szybka kasa”.

Praca dzisiaj nie cieszy tak, jak kiedyś, gdy podczas pracy można było zaistnieć w grupie, nawiązać relacje z innymi ludźmi, mieć satysfakcję, że się coś samemu zrobiło – naprawiło, zbudowało itd. Jakże barwne były opowieści naszych dziadków i babć, a nawet rodziców, z odwiedzin rozmaitych bazarów, ryneczków, sklepików i zakładów rzemieślniczych! Dziś coraz więcej ludzi jest samotnych w pracy: dostają zadania, projekty i plany do realizowania, a potem raportują czy się rozliczają. Pracy, która nie buduje relacji ludzkich, nie pozwala się realizować, nie generuje pozytywnych emocji, nikt nie będzie lubił. A często do tego dochodzi strach, stres, konflikt w miejscu pracy. Tym bardziej.

Praca – znów paradoksalnie – jest dyskryminowana zarówno z perspektywy pracodawcy jak i pracownika.

Pracodawca jest „karany” przez państwo za to, że tworzy miejsca pracy, podejmuje ryzyko i odwagę zorganizowania pracy innym ludziom i zapewnienia im w ten sposób środków „na chleb”. Jest karany, bo ponosi koszty (nie tylko wynagrodzenia, ale dużo większe), a jeżeli po zatrudnieniu tego pracownika wypracuje z całym zespołem więcej, to więcej musi zapłacić podatków i składek na ZUS. W niejednej firmie taka operacja jest ekonomicznie nieopłacalna, bo pracodawca wychodzi na zero albo nawet na minus.

Pracownik jest „obdzierany” przez państwo rozmaitymi daninami – podatkowymi, ubezpieczeniowymi, para-podatkami np. na „fundusz pracy”. Jeżeli będzie pracował dużo efektywniej, szybciej, wydajniej, to „za karę” zapłaci dużo więcej podatków, składek i para-podatków.

To prowadzi często obydwie strony do logicznego wniosku – organizujmy pracę bez wiedzy państwa, czyli tzw. czarną. Bez podatków, składek i innych danin na rzecz nielubianej biurokracji urzędniczej, która raczej przeszkadza niż pomaga. I tak powstaje szara strefa, która się musi ukrywać. To generuje kolejny negatywny mechanizm – kompleks złoczyńcy, bo „działamy nielegalnie”. Tego też nikt nie lubi, ale ponieważ ekonomia (np. rodziny czy firmy) do tego zmusza i to się dzieje, nie przysparza nam to poczucia ładu, nie poprawia samooceny, a raczej generuje stałe poczucie krzywdy, nierównych szans, wszechwładzy państwa i niechęci do pracy jako takiej.

Ile to wszystko kosztuje – strat moralnych, społecznych i ekonomicznych !!!

Aleksander Kisil

Źródło:  http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2013/12/rewolucja-pracy-02-dlaczego-ludziom-nie-chce-sie-pracowac-cz-ii/ , 19 grudnia 2013

*     *     * 

REWOLUCJA PRACY (03): Stare podziały odchodzą do lamusa historii

Mówimy, że żyjemy w epoce postindustrialnej, informacyjnej, epoce wiedzy i cyfryzacji – to prawda.

Kiedyś „sprzątający” był uważany za pracownika fizycznego, za zawód o niższej randze. Dziś człowiek, który odpowiada za czystość pomieszczeń, hal, korytarzy itp. coraz częściej operuje skomputeryzowanymi urządzeniami i staje się operatorem tych urządzeń, musi znać wiele aspektów, począwszy od elementów materiałoznawstwa, przez procesy czyszczące (para, środki chemiczne, możliwość użycia wody itd.) i znajomość obsługi i programowania urządzeń aż do elementów logistyki. Czasem dochodzi do tego umiejętność kalkulowania cen usług, kontraktowania materiałów i środków czyszczących itd. Dawny pracownik „fizyczny” zamienia się w dość dobrze wykształconego i inteligentnego specjalistę-operatora, który cały czas musi analizować, obliczać, programować, planować itd.

Zatem stary podział na pracowników umysłowych i fizycznych zanika. Już niemal prawie każdy pracuje z komputerem, planuje, oblicza, używa jakichś urządzeń, zarządza jakimś obszarem lub procesem. Pracownicy spod znaku „zrób odtąd dotąd i czekaj na dalsze polecenia” znikają z firm i nie mają szans na zatrudnienie lub utrzymanie się w pracy.

Znika też powoli podział na wykształconych i niewykształconych. Wiedza jest dziś bardzo łatwo dostępna i jeżeli ktoś chce ją posiąść, pasjonuje się jakimś tematem, dziedziną, zagadnieniem, jest w stanie sam zdobyć tak dużą wiedzę teoretyczną i praktyczną, że pozwoli mu to na osiągnięcie pozycji autorytetu zawodowego lub zrobienie kariery. Coraz częściej spotykam w polskich firmach ludzi, którzy mają formalne stosunkowo nieduże wykształcenie, ale są ekspertami numer jeden w swoich dziedzinach pracy.

Kolejny podział, który się chwieje, to podział na menedżerów i „szeregowych” pracowników. Zmienność zadań, nieustanne zmiany, nowe zespoły projektowe, kultura sieciowa, rozkład kompetencji wśród ludzi – to wszystko powoduje, że coraz więcej osób zaczyna wchodzić w role kierownicze, menedżerskie, że struktura firmy zaczyna być drgającą siecią, a nie stałym schematem. Zarządzania czasem, projektami, zasobami, planowania itd. – tego wymaga się już coraz częściej od każdego pracownika. W niektórych dyskusjach, np. na Harvardzie, pojawiają się głosy, że (na stałe) menedżerowie średniego szczebla przestają być potrzebni. Tak powoli tworzy się nowa rzeczywistość: zarządzający i rzesza specjalistów, którzy wciąż rekonfigurują się w nowe zespoły robocze i grupy projektowe. Praca jest bardziej zespołowa, przywództwo zmienne, wykorzystanie kompetencji i talentów ludzkich – pełniejsze. To oznacza powolny zanik podziału na menedżerów i podwładnych.

Coraz częściej przedsiębiorstwa „outsource’ują” wiele swoich działań pomocniczych i operacyjnych, zatrudniając do nich niezależnych samozatrudnionych lub firmy zewnętrzne. Ci „zewnętrzni” współpracownicy regularnie, często nawet codziennie, kontaktują się z pracownikami przedsiębiorstwa- zleceniodawcy, co powoduje, że zaciera się granica pomiędzy własnymi pracownikami a współpracującymi, czyli granica między pracownikiem etatowym a współpracownikiem zewnętrznym.

Wreszcie stajemy się coraz bardziej mobilni i – dzięki środkom komunikacji – niezależni od miejsca pobytu. Pracę możemy wykonywać często, coraz częściej, zdalnie, w różnych miejscach, a jej wynik przesłać elektronicznie lub w paczce kurierem. Pracodawcy lub partnerzy czy klienci oczekują od nas elastyczności, mobilności i czasem nawet fizycznej obecności podczas określonych spotkań czy wydarzeń. Pracownik siedzący cały tydzień tylko w jednym miejscu staje się coraz mniej atrakcyjny, potrzebny i efektywny. Nawet tak tradycyjne zawody jak drukarz zmieniają swój styl pracy, bo np. drukarz powinien „czuć” intencje klienta, dlatego czasem sam wyjaśnia z nim niuanse techniczne czy kolorystyczne, bez pośrednictwa handlowca; albo drukarz ma maszynę u siebie w garażu i drukuje większość na zlecenie firmy drukarskiej, ale czasem jedzie do „własnego klienta” lub na naradę lub szkolenie do tejże firmy drukarskiej, która mu regularnie zleca prace.   Dlatego zanika też podział na pracownika „biurowego” i „terenowego”, albo inaczej na „stacjonarnego” i „jeżdżącego”.

Ostatnim podziałem, który jest bardzo tradycyjny i jeszcze mocno osadzony w podświadomości społecznej, jestpodział na pracowników dostających swoje ustalone wynagrodzenie oraz na ludzi czerpiących z zysku firmy (właściciele, zarząd, czasem grupa menedżerów). Ale i on zaczyna być coraz bardziej krytykowany i poddawany w wątpliwość. Nowe trendy – takie jak zarządzanie partycypacyjne, zarządzanie odpowiedzialne, upodmiotowienie pracownika – prowadzą do zacierania tego podziału w kierunku solidarnego podziału owoców pracy: gdy firma dobrze „zarabia”, w jej zyskach partycypują wszyscy, jeśli natomiast firma ponosi straty, wszyscy razem je „dźwigają”.

Zanikanie powyżej wspomnianych tradycyjnych podziałów wywiera kolosalny wpływ na funkcjonowanie przedsiębiorstw – kto tego nie dostrzega, może przespać wielkie zmiany i obudzić się na bocznym torze historii gospodarczej świata.

Aleksander Kisil

Źródło:  http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2013/12/rewolucja-pracy-03-stare-podzialy-odchodza-do-lamusa-historii/ , 26 grudnia 2013

*     *     *

REWOLUCJA PRACY (04): Stare podziały znikają i co z tego wynika

Napisałem, że „zaciera się granica pomiędzy własnymi pracownikami a współpracującymi, czyli granica między pracownikiem etatowym a współpracownikiem zewnętrznym” oraz „podziałem, który jest bardzo tradycyjny i jeszcze mocno osadzony w podświadomości społecznej, jest podział na pracowników dostających swoje ustalone wynagrodzenie oraz na ludzi czerpiących z zysku firmy (właściciele, zarząd, czasem grupa menedżerów).”

Chodzi o podział na pracujących „na etacie” oraz na tzw. przedsiębiorców i samozatrudnionych.

Doprecyzujmy.

Pracujący na „etacie” (etatowiec) to osoba fizyczna, która pracuje w ustalonych ramach, np. od godziny X do godziny Y, za ustalone wynagrodzenie, na podstawie tzw. umowy o pracę.

Samozatrudniony (pomijam lekko szyderczy podtekst tej kompozycji słownej), a po mojemu „mikro-przedsiębiorca” to osoba fizyczna, która założyła tzw. działalność gospodarczą (nonsens w dzisiejszych czasach – każdy obywatel pełnoletni i niepozbawiony praw publicznych powinien być z definicji podmiotem gospodarczym…, ale o tym w następnym odcinku), wykonuje pracę w ustalonych ramach (np. do określonego terminu) za określone wynagrodzenie, na podstawie umowy cywilnoprawnej.

I tu, i tu osoba fizyczna świadczy pracę, jest spisana jakaś umowa między zleceniodawcą a zleceniobiorcą, są jakieś ramy i uzgodnienia dotyczące jakości, ilości, wynagrodzenia itd.

Gdzie jest, zatem, różnica?

Aby to wyjaśnić, trzeba opowiedzieć historię zjawiska zwanego „etatem”. Czym jest? Skąd się wziął?

Kiedyś nie było instytucji etatu – ludzie pracowali dniówkami, szukając wciąż jakiejś roboty. Wcześnie rano na określonych placach zbierali się szukający i przyjeżdżali ci, którzy potrzebowali rąk do pracy. Odbywał się swoisty rytuał, pracodawcy wybierali sobie pracowników lub krzyczeli, kogo potrzebują i ci, którzy mieli dane umiejętności, zgłaszali się. Inni kształcili się na rzemieślników lub wolne zawody.

Z czasem sprawdzeni pracownicy zostawali na dłużej albo na stałe. Ten proces przyspieszył w XIX wieku, w epoce rozwoju kapitalizmu. Potrzebni byli coraz częściej fachowcy do pracy na stałe.

I oto pojawił się Otto von Bismarck. Scalił on rozbite na drobne ksiąstewka Niemcy pod wodzą Prus. Bismarck był żołnierzem i patrzył na państwo jak na armię. Państwo miało być w jego rozumieniu – podsycanym jeszcze przez niemieckich filozofów, tzw. idealistów – najwyższą formą organizacji narodu, a więc uporządkowaną, karną, szybko i sprawnie reagującą na rozkazy machiną. Niemal jego obsesją stało się zorganizowanie państwa na wzór armii.

Bismarck dostrzegł, że nad wieloma grupami zawodowymi można mieć kontrolę, dając im zatrudnienie, posadę państwową – z francuskiego: etat. Zatrudniając policjantów, nauczycieli, urzędników, aktorów, kolejarzy itd., można im zapewnić bezpieczeństwo socjalne, ale też wymagać. Zatem wprowadził etat na szeroką skalę, obudowując go świadczeniami socjalnymi. To miało miejsce w okresie od lat 70-tych XIX wieku do początku XX weku. Od tego czasu minęło prawie półtora stulecia i siedem pokoleń.

Na początku XX wieku „na etacie” pracowało około 10% społeczeństwa zachodnioeuropejskiego, pod koniec XX wieku proporcje te odwróciły się i tylko 10% to byli ludzie „wolnych zawodów”, przedsiębiorcy, freelancerzy.

W międzyczasie etat „rozlał się” na sektor prywatny i wbrew swojemu pierwotnemu znaczeniu stał się narzędziem porządkującym zatrudnienie i dyscyplinującym zarówno pracodawców, jak i pracowników. Opakowane to zostało w ogromne ilości ustaw, kodeksy pracy itp. Etat stał się wehikułem do ściągania przez państwo danin takich jak podatki, para-podatki zwane składkami (na ZUS) i inne.

Etat zatracił swój sens – jest utrudnieniem i przeszkodą zarówno dla pracującego, jak i dla pracodawcy. W dzisiejszej dobie powszechnego wykształcenia, braku analfabetyzmu, dostępności usług prawnych każdy mógłby sam zawierać umowę cywilnoprawną jako zleceniobiorca ze swoim zleceniodawcą.

Odejście od instytucji etatu uelastyczniłoby ogromnie rynek pracy, spowodowało drastyczne obniżenie kosztów pracy, byłoby z pożytkiem dla rozwoju – zarówno obywateli (którzy musieliby stale podnosić swoje kwalifikacje, by móc podołać konkurencji i zleceniom), jak i biznesu, który dobierałby sobie sprawdzonych, dobrych specjalistów do swoich zespołów zadaniowych. Ponadto likwidacja zjawiska etatu ogromnie przyspieszyłaby dojrzewanie społeczeństwa obywatelskiego, łączenie się w spółdzielnie, kooperatywy, TUW-y i inne formy wspólnotowego prowadzenia działalności gospodarczej.

Etat dziś, w XXI wieku, jest niepotrzebny. Nie oznacza to, broń Boże, wprowadzenia „wolnej amerykanki”, wyzysku czy anarchii – cywilizowane zasady regulujące zawieranie umów i sporów będą zawsze potrzebne.

Na czym więc polega różnica między etatem a pracą wolnego mikro-przedsiębiorcy?

Różnica tkwi w podległości, w wolności, w odpowiedzialności, w ryzyku.

Albo mam „na etacie” bezpieczeństwo (małe ryzyko na co dzień, brak odpowiedzialności za efektywność), ale podlegam komuś i czemuś (brak wolności) i nie mam wpływu na bieg wydarzeń.

Albo mam, jako mikro-przedsiębiorca lub współ-przedsiębiorca, wolność i odpowiedzialność oraz ponoszę ryzyko kosztem bezpieczeństwa, mając wpływ na mój biznes i wynagrodzenie.

Czy dorośliśmy już do wolnego, obywatelskiego społeczeństwa mikro-przedsiębiorców?

Aleksander Kisil

Źródło: http://www.klubinteligencjipolskiej.pl/2013/12/rewolucja-pracy-04-stare-podzialy-znikaja-i-co-z-tego-wynika/ , 28 grudnia 2013

Dr Aleksander S. KisilDoradca, coach i trener ludzi, zespołów, firm, organizacji. Współzałożyciel Fundacji „Ojcostwo Mistrzostwo”. Autor książek „Zarządzanie przez odpowiedzialność” (2008), „Finanse rodzinne” (2000) oraz w przygotowaniu: „Rewolucja pracy – nowy paradygmat pracy”.

POLISH CLUB ONLINE, 2013.12.30

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek