Aleksander Ścios: AGENTURA – WYCHOWANIE DO NIENAWIŚCI


bezpieka-aleksander-ściosFragment jednego z rozdziałów mojej książki „BEZPIEKA O MITOLOGII SŁUŻB SPECJALNYCH PRL” wydanej w roku 2013 przez wydawnictwo Bollinari Publishing House.
GPU dokonało największego cudu wszechczasów. Zdołało zmienić naturę Rosjanina, bowiem po raz pierwszy w Rosji uznano donosicielstwo za cnotę, a funkcjonariuszy tajnej policji za bohaterów” – głosił w roku 1925 główny ideolog partii bolszewickiej Nikołaj Bucharin.

Donosicielstwo – uznane za synonim „uspołecznienia” stanowiło jedną z podstawowych norm funkcjonowania systemu sowieckiego. Podniesione do rangi postawy cenionej  i prospołecznej stało się głównym czynnikiem ułatwiającym kontrolowanie i represjonowanie społeczeństwa. Sekretnyje Sotrudniki (zwani seksotami) stanowili nieocenione „oczy i uszy” władzy komunistycznej, na nich również wspierała się działalność organów bezpieczeństwa. „Każdy pracujący jest funkcjonariuszem NKWD” – mógł deklarować Anastas Mikojan w przemówieniu z okazji 20-lecia istnienia służb sowieckich.

„Polskim” komunistom instalującym w naszym kraju zbrodniczy system, nigdy nie powiódł się zamysł stworzenia „społeczeństwa socjalistycznego”, w którym zdrada i donosicielstwo byłyby uznane za cnotę.

Kolaboracja z bezpieką, donoszenie na sąsiadów i bliskich – zawsze uważane było za hańbiące i naganne. Donosicieli się bano, ale obdarzano ich pogardą, zaś ujawnienie zdrady groziło zwykle ostracyzmem i środowiskowym wykluczeniem. Nawet w latach największego terroru nie udało się zaszczepić Polakom norm „człowieka sowieckiego”. Zdecydowana większość odrzucała mentalność zdrajcy i gardziła seksotami bezpieki.

Warto mieć świadomość rzeczywistej skali tego zjawiska. W roku 1949 z Ministerstwem Bezpieczeństwa Publicznego współpracowało już ponad 53 tys. ludzi, w tym 5 tys. agentów i 48 tys. informatorów. Wielu z nich to ludzie „odziedziczeni” po Gestapo, jak np. Danko Redlich, przedwojenny komunistyczny agent, który po współpracy z Niemcami, donosił później dla Urzędu Bezpieczeństwa. W następnych latach liczba współpracowników uległa zwielokrotnieniu i w roku 1953 było ich już blisko 120 tys.

Jak podaje Filip Musiał w opracowaniu – „Mity historyczne – mity polityczne” ( w pracy zbiorowej „Rzeczpospolita 1989-2009: zwykłe państwo Polaków? – Ośrodek Myśli Politycznej 2009r): „u schyłku 1988 r. SB miała „na kontakcie” 98 tys. tajnych współpracowników. Do tej liczby należy dodać pozostałe kategorie osobowych źródeł informacji pionów SB działających w kraju (kontakty operacyjne, konsultantów), tzw. wywiadu MSW oraz służb wojskowych.

Mówimy zatem o liczbie znacznie przekraczającej 100 tys. osób, które w chwili wydarzeń 1989 r. tajnie wspierały komunistyczny aparat represji. Liczba ta jednak wciąż nie jest ostateczna, bowiem musimy do niej dodać wszystkie te osoby, które w 1989 r. nie utrzymywały już kontaktów z SB czy służbami wojskowymi, jednak wcześniej – z różnych względów, w różnych okolicznościach i w różnym zakresie – były uwikłane w tajne kontakty z komunistycznym aparatem represji. Ostrożnie szacując mówimy zapewne o kilkuset tysiącach osób (wśród których liczni byli reprezentanci byłej opozycji, środowisk naukowych, twórczych, artystycznych, dziennikarskich itp.), które nie były zainteresowane publicznym ujawnianiem swych kontaktów z komunistyczną policją polityczną.”

Istnieją również opracowania, z których wynika, że do roku 1989 bezpiece udało się pozyskać ponad 3 miliony tajnych współpracowników, przy czym chodzi tu o całą kartotekę TW, a nie stan na jeden rok.

„Cud wszechczasów”, którym chwalił się Bucharin dokonał się dopiero po rzekomym upadku komuny, gdy esbecy i ich pomagierzy przedzierżgnęli się w moralne „autorytety” i na mocy ustaleń „okrągłego stołu” stali elitą nowego państwa. Z perspektywy ostatnich dwóch dekad, wyraźnie widać, że okres III RP uczynił w świadomości Polaków większe spustoszenie niż 50 lat sowieckiej indoktrynacji. Wprawdzie komunistom nie udało się zbudować społeczeństwa agenturalnego, to ich sukcesorom powiodła się próba uodpornienia nas na dżumę donosicielstwa.

Może właśnie „mit nieważności donosicielstwa” (jak celnie nazwał tę chorobę Waldemar Łysiak) – jest największym zwycięstwem komunistycznej zgrai i pośmiertnym tryumfem ubeków. To, co nie udało się przez lata jawnej komuny, bez najmniejszego problemu narzuciły nam ośrodki propagandy i rzesze parcianych „autorytetów”.

Gdy Łysiak pytał – „Czy można unieważnić donosicielstwo? Usprawiedliwić czymkolwiek denuncjowanie kolegów, familiantów i ludzi mniej lub bardziej znajomych?” – jest to dziś tylko pytaniem retorycznym, na które odpowiedź zna każdy obserwator życia publicznego.

Gdyby po roku 1989 nie można było „unieważnić donosicielstwa” – nie powstałby żaden z rządów tego państwa, nie byłoby ministrów z przeszłością kapusiów ani prezydentów denuncjujących kolegów. Gdyby nie „unieważnienie donosicielstwa” – nie słuchalibyśmy ćwierćinteligentów obsadzonych w rolach autorytetów i nie czytali bełkotu seksotów nazywanych dziennikarzami.

W roku 2008 autor „Mitologii świata bez klamek” mógł jeszcze napisać:

Autorytety” są  więc wśród nas, chwilowo pół anonimowe, bez szyldu TW. I coraz mniej boją się ujawnienia, gdyż wiedzą, że błogosławiony salonowy mit o nieważności kolaboracji i o chwalebnym męczeństwie kolaborantów nabiera rozpędu orlego. Jeszcze trochę, a donosicielstwo zostanie przez Salon zaliczone – jak niegdyś przez KGB na obszarze ZSRR – do kanonu cnót.”

Dziś to już słowa nieaktualne, bo rządzący III RP reżim przekroczył kolejne granice, nadając pospolitym kapusiom nimb cnoty, a nawet „opozycyjnego” bohaterstwa.

Być może kiedyś poważni socjologowie spróbują odpowiedzieć na pytanie: dlaczego Polacy zaakceptowali donosicieli na najwyższych stanowiskach i przyzwolili na rządy miernot, których jedynym atutem była kolaboracja z bezpieką? Skąd wzięło się to społeczne przyzwolenie na panoszenie kreatur, którym w czasach komuny nikt nie podałby ręki?

Będą musieli wówczas uwzględnić rolę byłych esbeków i zdefiniować mity funkcjonujące w polskim społeczeństwie.

To za sprawą ludzi „służb specjalnych” PRL wmówiono Polakom, że współpraca z organami represji była zaledwie „pomocnictwem w działalności polskich służb wywiadowczych”, a donoszenie na przyjaciół i znajomych „mieści się w granicach postawy obywatelskiej”. Posłużono się załganą logiką – skoro każdy z esbeków wiernie „służył Polsce”, ich seksotom przysługuje przecież miano patriotów.

Wprawdzie nietrudno dostrzec, że rozpowszechniając te łgarstwa esbecy bronili własnych życiorysów i usprawiedliwiali służbę okupantowi, kłamstwo to jest najmocniejszym fundamentem współczesnej nieważności donosicielstwa.

Widząc kapusiów na najwyższych stanowiskach, oglądając ich codziennie w telewizji bądź czytając w prasie – większość Polaków jest gotowa wierzyć, że współpraca z bezpieką nie była niczym kompromitującym, a policja polityczna to zwykła instytucja porządku publicznego nieróżniąca się od służb specjalnych działających w wolnym świecie.

Z tej samej przyczyny pokutuje mit, jakoby większość donosów była tylko nieszkodliwą makulaturą gromadzoną przez zapobiegliwych esbeków w celu „sprawozdawczości” i wykazania się przed zwierzchnikami. Sami zaś kapusie (dopiero pod wpływem niezbitych dowodów) przyznają, że – owszem donosili, ale nikomu nie zrobili krzywdy i nie pomagali w prześladowaniu rodaków. Niemal każdy TW twierdzi, że jego współpraca była incydentalna lub on sam nie miał wiedzy o zarejestrowaniu przez bezpiekę. Innym powszechnym argumentem, jest wskazywanie na brak zobowiązania do współpracy lub brak pokwitowań odbioru wynagrodzenia, jako rzekomego dowodu niewinności. Esbecy z kolei bagatelizują najczęściej znaczenie tajnych współpracowników lub insynuują, że dochodziło do fałszowania akt i nadużyć, a rola TW w ich pracy nie miała istotnego znaczenia.

Rozpowszechnia się też kłamstwa o „społecznej przydatności” donosicielstwa, sugerując jakoby miało ono służyć ochronie interesów gospodarczych, bezpieczeństwu zwykłych obywateli, a nawet bezpieczeństwu Kościoła i samego papieża – czym byli TW tłumaczą kapownictwo podczas pielgrzymek papieskich czy uroczystości kościelnych.

Do pospolitego donosicielstwa dorabia się nawet tanią ideologię, bredząc o „chęci niesienia pomocy”, „motywacjach patriotycznych” lub „prowadzeniu własnych gier z bezpieką”.

Wokół takich mitów toczą się kampanie dezinformacyjne, budowane z twierdzeń o fałszowaniu dokumentacji operacyjnej (przede wszystkim agenturalnej) i powszechnych praktykach funkcjonariuszy, którzy wprowadzali w błąd swoich przełożonych, m.in. produkując teczki nieistniejących współpracowników. […]

O rzeczywistym znaczeniu agentury, musi świadczyć fakt, że organy bezpieki niezwykle serio traktowały „proces wychowawczy”, jakiemu poddawany był tajny współpracownik. Osoby podejmujące współpracę nie tylko instruowano, uczono określonych zachowań i procedur, ale poddawano wyjątkowej formacji mentalnej, czy – jak byśmy to dziś określili – praniu mózgu.

Ten szczególny proces związany z pozyskiwaniem donosicieli, świadczy w największym stopniu o powielaniu sowieckich wzorców pracy z agenturą. Jest również dowodem, że narzucony z zewnątrz system dążył do stworzenia społeczeństwa agenturalnego, w którym donosicielstwo nie tylko miało być cnotą, ale rodzajem misyjnego „powołania” w służbie „ludowej ojczyzny”.

Posługiwano się przy tym całym arsenałem metod, począwszy od „wytworzenia atmosfery zaufania”, po prowadzenie szkoleń ideologicznych, stosowanie systemu nagród i kar. Każda z dyspozycji zawartych w instrukcjach operacyjnych bezpieki świadczy o doskonałej znajomości ludzkiej psychiki i podkreśla intencje towarzyszące tworzeniu sieci agenturalnej.

Określenie tajnego współpracownika mianem – wiernego, oddanego nam człowieka, użyte w pierwszej instrukcji operacyjnej z roku 1945, wynika najprawdopodobniej z tłumaczenia rosyjskiego rozporządzenia, na którym opierała się instrukcja. Bez wątpienia – właśnie ta nazwa najpełniej charakteryzuje ludzi podejmujących współpracę z reżimem i niezwykle trafnie oddaje istotę relacji łączących donosicieli z esbekami. […]

Instrukcja nr 04/55 o zasadach pracy z agenturą w organach bezpieczeństwa publicznego PRL stanowiła:

Wyniki pracy agenturalnej zależą od prawidłowego kierowania i umiejętnego wychowania agentów, informatorów i rezydentów.

Wychowanie tajnych współpracowników polega na systematycznym wpajaniu im uczucia miłości do Polski Ludowej i nienawiści do jej wrogów (wytł.moje), jak również na przygotowywaniu agentury do wykonania trudnyh i odpowiedzialnych zadań, zlecanych przez organy bezpieczeństwa publicznego. […]

Komunistyczna bezpieka werbowała donosicieli nie tylko w celu „realizacji zadań organów bezpieczeństwa”lecz rozbudowie sieci agenturalnej towarzyszył swoisty zamysł wychowawczy. O ile w latach powojennych kładziono nacisk na „uświadomienie polityczne”, o tyle po roku 1956 można zauważyć, że akcenty położono głównie na „zacieśnianie więzi TW ze służbą bezpieczeństwa”. W praktyce oznaczało to najczęściej uzależnianie tajnego współpracownika od kontaktów z oficerem prowadzącym.

Uzależnienie to mogło przyjmować różne formy, poczynając od utożsamiania się TW z zadaniami bezpieki, (co było postawą najwyżej ocenianą) po wytworzenie silnych relacji płatnik-wykonawca. W każdym przypadku stosowano bodźce psychologiczne: metodę nagród i kar, szantażu lub pochwały, które miały wychowywać TW i uzależniać go od współpracy z bezpieką. Warto zauważyć, że zawarty w instrukcjach nakaz „zjednywania tajnego współpracownika i wiązania go z nami” podyktowany jest głębszymi potrzebami, niż wynikałoby to z „realizacji zadań”.

System wychowawczy, stosowany przez aparat bezpieczeństwa szedł bowiem znacznie dalej i w swojej warstwie psychologicznej bardziej przypominał proces tresury i przysposobienia do niewolnictwa niż kształtowania postaw przydatnych w pracy operacyjnej.

Tego rodzaju „dydaktyki” próżno szukać w dokumentach regulujących pracę innych wywiadów i kontrwywiadów. Po raz kolejny trzeba zauważyć, że nie ma na świecie służb specjalnych, które w swoich instrukcjach pracy operacyjnej zawierałyby nakaz „wpajania miłości” do „ludowej ojczyzny”, a jednocześnie „wychowywały do nienawiści”. […]

Sens takich określeń staje się zrozumiały dopiero w perspektywie celów, do jakich powołano organy bezpieki – czyli wówczas, gdy do działalności owych „służb specjalnych” przyłożymy miarę sowieckiego planu, w którym zniewolenie Polaków i stworzenie „społeczeństwa socjalistycznego” zajmowało poczesne miejsce.

Tajny współpracownik SB miał nie tylko donosić na swoich bliskich, ale przede wszystkim – być narzędziem w procesie zaplanowanym przez okupanta. Jako współuczestnik organu represji miał być narzędziem bezwzględnie posłusznym i  podporządkowanym „sprawie socjalizmu”. Trwałość tego podporządkowania do dziś zatruwa polską rzeczywistość. […]

Nie jest prawdą, jakoby sformułowania „dydaktyczne” zawarte w dokumentach normatywnych SB wynikały z ówczesnych „uwarunkowań politycznych”, powszechnego stosowania komunistycznej nowomowy lub były efektem sztucznego ideologizowania pracy bezpieki. Opracowania naukowe podejmujące problematykę pracy z agenturą, pomijają zwykle ten wątek lub traktują „aspekt wychowawczy” marginalnie, jako uboczny produkt komunistycznej terminologii, niemający głębszego związku z pracą tajnych współpracowników. […]

Takiej klasyfikacji zjawiska przeczy przede wszystkim obserwacja dzisiejszych zachowań i postaw ludzi, którym dowiedziono współpracy z bezpieką. Szczególnie tych, którzy zajmują eksponowane stanowiska i mają możliwość oddziaływania na sprawy polskie. Odczuwają oni nie tylko poczucie silnej więzi z rzeczywistością PRL (ujawniające się np. w relatywizowaniu zbrodni komunistycznych), ale stanowią najsilniejszą grupę broniącą interesów byłych esbeków i funkcjonariuszy partii komunistycznej. Poczucie lojalności wobec magdalenkowych towarzyszy, czy histeryczną obronę ustaleń „okrągłego stołu” trzeba widzieć jako oczywistą konsekwencję długoletniego „procesu wychowawczego”.

Ze wszystkich poleceń i instrukcji przewijających się przez dokumenty bezpieki wytworzone w czasie 50 lat istnienia „służb specjalnych” PRL – ich funkcjonariusze najlepiej wykonali zadanie „wychowania do nienawiści”.

Aleksander Ścios 
bezdekretu.blogspot.com

Aleksander Ścios „BEZPIEKA. O MITOLOGII SŁUŻB SPECJALNYCH PRL” Wydawnictwo Bollinari Publishing House 2013.

Źródło: http://bezdekretu.blogspot.com/2014/02/agentura-wychowanie-do-nienawisci.html, 11 lutego 2014

Przeczytaj więcej artykułów Aleksandra Ściosa  >   >   >   TUTAJ.

Wybór zdjęcia wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2014.02.11

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek