Ewa Polak-Pałkiewicz: Awers i rewers, czyli Polacy nie donoszą


Dużo dziś mówi się w Polsce o Ukrainie. A ściślej mówiąc, straszy się Ukrainą. Straszą niektóre gazety, radio. Straszy obraz filmowy. Czarne dymy spowijające Majdan, swąd spalenizny, dzikie okrzyki, namioty na placu Kijowa niczym te na Siczy Zaporoskiej, mają budzić jedno skojarzenie: groza. Straszne wspomnienie, niebezpieczeństwo.

Jan Stanisławski – Bodiaki na Ukrainie
Jan Stanisławski – Bodiaki na Ukrainie

Ukraińcy (wszyscyUkraińcy i wszyscy ich politycy z opozycji) to w tych publikacjach ludzie ucharakteryzowani – tak czy inaczej – na wrogów. Wrogów odwiecznych. Nikt i nic ich nigdy nie zmieni. To inny gatunek ludzi! Zawsze będą wobec Polaków krwiożerczy. Zawsze będą mordercami.

Taka jest istota tej metody. Manipulacji psychologicznej stosowanej przez nacjonalizm, którego duch ktoś wyraźnie w Polsce ożywia. Skierowana jest przeciw wszystkim niewygodnym: dziś przeciw Ukraińcom, wczoraj i dziś – przeciw przywódcy najsilniejszego ugrupowania polskiej opozycji politycznej. Zadaniem sztuczki jest wytworzenie obrazu człowieka (obrazu narodu, grupy społecznej etc.) nie rokujących nadziei. – Tamten drugi, ten obok, zobaczcie, jest ułomny, skażony. Nie dorasta nam do pięt. Spotkał się przed dwoma laty z tymi… (tu pojawia się cała litania pomówień). Ma drapieżne plany. Nóż w zębach. Chce nas połknąć.

Komunizm to „pozytyw”, nacjonalizm – „negatyw”. Dwie strony tego samego zjawiska, tej samej ideologii. W istocie oba prądy chcą jednego: odwrócenia człowieka od Boga. Chcą, by człowiek naśmiewał się w kułak z przykazania miłości Boga i bliźniego. By podeptał swój chrzest, odrzucił chrześcijaństwo. By bogiem jego było poczucie wyjątkowości, siły, przewagi nad innymi. Ma ono dać złudzenie nieśmiertelności.

Nacjonalizm tym się różni od komunizmu, że nigdy nie sięgnie po władzę, bo zaraz nastąpiłaby autodemaskacja (tak jak stało się to w przypadku Hitlera, Mussoliniego). Piękny książę przemieniłby się w żabę.

W kraju takim jak nasz, z takim sąsiedztwem, jakie mamy, nacjonalizm stał się potrzebą chwili. Jest na rękę tym, którzy nie życzą tu sobie chrześcijaństwa.  Chrześcijańskiego porządku i chrześcijańskich praw.

Dlatego nacjonalizm zawsze – czy to przed wojną, czy za komuny, czy dzisiaj – będzie tu przez wielkiego brata popierany i będzie z cicha przędł. Produkowal tę swoją obmierzłą lepką pajęczą sieć.

Czyli: zniesławiał, obmawiał, zniechęcał, podszczypywał, kąsał. Komentował każde potknięcie przeciwnika (na przykład poważnego kandydata w wyborach), każdą plamkę na jego ubraniu. Pokaże wszystko, żeby zniechęcić do tego, kto ma szansę wygrać, a kto jest nie „nasz”. Pokaże jego fałsz, jego podwójną grę. (Ale, uwaga! Nie zderzy się nigdy merytoryczną argumentacją z programem tego człowieka, czy jego ugrupowania, zawsze będzie tylko odgrywał komedię, przekonywał pokątnie, że ci, których właśnie piętnuje są niegodni wszelkiej otwartej batalii, wszelkiej honorowej polemiki). Jego bronią jest sianie nienawiści, lęku i budzenie wstrętu. Zasieje podejrzenia i zostawi tych, których zatruł, w zniechęceniu, goryczy, frustracji. Nie da im żadnej nadziei. (Niektórzy robią to nader chętnie – prawdopodobnie bez świadomości w czym maczają palce – w mediach, które noszą dumną nazwę katolickie:

„Zobaczcie, nie ma już Polski!”, słyszymy tam często. „Bo nie ma już w Polsce nikogo! Nikogo, kto byłby godny nas reprezentować, komu moglibyśmy zaufać, na kogo powinniśmy postawić, poprzeć go, wzmocnić, żeby poczuł naszą siłę! Żeby poczuł nas, stojących za nim murem. Żeby wygrał… Sami zdrajcy i pokręceńcy. Politycy zdradzili, inteligencja zdradziła”.

Co robi od lat pewne czcigodne – i o wielkich skądinąd zasługach dla wiary – medium?  W każdym wartościowym człowieku na prawicy, polityku z krwi i kości, świadomym polskiej racji stanu i zdolnym do politycznego czynu, posiadającym polityczne wyrobienie i odwagę cywilną (jak Jan Olszewski, Jarosław Kaczyński) doszukuje się (wcześniej czy później) czegoś brzydkiego, „niepolskiego”. Fe, to „obcy”, patrzcie no tylko, on trzyma z Ukrainą).

To wszystko rozgrywa się także w sferze pewnych subtelności językowych. Np. w formułowaniu haseł w rodzaju: „Uwaga, oto jedyna >czysto polska< gazeta, oto jedyna >prawdziwa  analiza< wydarzeń politycznych w kraju i na świecie”. Oprócz niej nie ma tu w Polsce nic prawdziwego, nie ma nic polskiego. Po prostu pustynia.

Skoro nie ma „nic” i „nikogo”, skoro jesteśmy w próżni, wygrywa jedyny realny – och, jak bardzo realny! – byt: Rosja.

Skoro nie ma nikogo, jesteśmy jako Polacy marni. Zupełnie nieudani. Ci, których np. notorycznie traktuje się nieufnie, jak wrogów, lekceważąc i dezawuując ich zasługi, w końcu przyjmą pozycję wroga, odseparują się od wszystkiego, uciekną w emigrację wewnętrzną, w obojętność. O to chodzi wielkiemu bratu. Bo ten wspaniały, wielki, dobry mądry czysty Polak, przywódca narodu, może się kiedyś narodzi, nie wiadomo. Może za tysiąc, może za dwa tysiące lat… Teraz musimy pokornie zginać karki, tak nakazuje pragmatyzm. (R. Dmowski).

Oto podstęp. Zawsze się znajdzie po drodze coś, co można podnieść do rangi paskudnego odkrycia, dokonanego w tkance społecznej, gdy się w niej dobrze kijem pogrzebie: „Patrzcie! Jest! Jaki niski… Otwórzcie no oczy i uszy – nie widzicie, że stanął obok polakożercy! I nie grozi mu wcale, nie zamierza się pałką, nie wywija pięścią… Skandal!”

Tak wypowiadają się Polacy z duszą rosyjską.

Ferdynand Ruszczyc – Wnętrze salonu
Ferdynand Ruszczyc – Wnętrze salonu

Będą latami, w grubych wielotomowych rozprawkach zawodzić o nieistniejącym ideale narodowym i pogardzać zarazem polską rzeczywistością. Pogardzać ludźmi zdolnymi do czynu. Tymi, którzy nie boją się działać dla Polski nawet wtedy, gdy cena jest ogromna, niebezpieczeństwo niewątpliwe. Rezultat niepewny. Zwycięstwo przypisują nie sobie, a Opatrzności. Wiedzą, że gdy człowiek – ten, który ma od Boga posłannictwo, misję, rolę przywódczą – zrobi pierwszy krok, bez lęku o swoją skórę, reszty dokona Bóg. Takimi ludźmi nacjonaliści pogardzają. Takimi jak Józef Piłsudski. Jak członkowie przedwojennego korpusu oficerskiego, jak żołnierze AK, powstańcy warszawscy, jak ziemianie organizujący w czasie wojny materialne zaplecze dla Armii Krajowej (konspiracyjna organizacja „Tarcza” vel „Uprawa”) i kształcący dzieci w domach. Pod osobistym starannym nadzorem i według własnych programów, by nie zostały wynarodowione i moralnie zniszczone w rosyjskich szkołach dla Polaków (w czasie zaborów).

Będą pogardzać Polakami takimi jak Ryszard Kukliński, prawdziwy polski oficer, który wiedział, co to honor. Znał cenę odwagi.

Jak Justyna Kowalczyk, która ze złamaną nogą zwycięża w biegu narciarskim na igrzyskach olimpijskich w Soczi.

Jak córki Kazimierza Szetkiewicza, zesłańca na Sybir, Maria i Jadwiga – pierwsza z nich została później żoną Henryka Sienkiewicza – które w wieku, gdy dziewczęta zajmują się swoimi kotkami, lalkami i strojami, codziennie o poranku, niezależnie od pogody i pory roku, przemierzały kilka kilometrów, jakie dzieliły pobliski zagajnik (gdzie je specjalnie wieziono powozem) od domu, by wykształcić charakter przyszłych dzielnych Polek, nie załamujących się byle czym.

Rosja sowiecka przez wiele lat pozwalała na rozwój ruchu nacjonalistycznego na Ukrainie. Nie przeszkadzał jej, choć Ukraina była w granicach imperium. (Tak samo jak nie przeszkadzał nacjonalizm w Polsce: nie przeszkadzał tow. Moczar, PAX.) Teraz wyznawcy nacjonalizmu i wielbiciele Moskwy biją na alarm, że polscy politycy (tj. przede wszystkim Jarosław Kaczyński) nie potępiają uroczyście ukraińskich sąsiadów za zagnieżdżony tam nacjonalizm. Oto logika tej tragikomicznej opery.

Teoretyczna zasada nacjonalizmu opiera się na podstawach pogańskich, z etyką sprzecznych, tworzących z narodu podstawowy etyczny element oraz najwyższą racje bytu społeczeństwa ludzkiego przez poddanie jednostki żelaznym prawom zbiorowej tyranii narodu, celu samego w sobie,

pisał włoski ksiądz i myśliciel polityczny Luigi Sturzo;

znosi równość pochodzenia oraz przeznaczenie ludzi i ludów, rehabilituje siłę i gwałt, z których tworzy przepisy socjalne, stawiając je ponad państwo i ponad ustawy. (Z odpowiedzi na ankietę na temat nacjonalizmu przeprowadzoną w 1927 roku przez Maurice Vaussarda).

W pogaństwie nie ma kryteriów moralnych. Każda przemoc – słowna, czy fizyczna znajduje usprawiedliwienie. Każda niesprawiedliwość jest usprawiedliwiona, jeśli służy tyranii. Tu silni mają rację. Słabi muszą milczeć.

Wszystko zaczyna się od słów

Zauważmy. Polacy, którzy nie mają duszy rosyjskiej nie potrafią o ludziach mówić źle. Taka już ich skaza. Krępują się. Słowa więzną im w gardle. Nie przez nadmierną, wręcz chorobliwą delikatność, czy przewrażliwienie. Dlatego, że taka jest ich kultura. Nie pozwala na mówienie źle o drugim człowieku. Nie pozwala na oszczerstwo. Nie decyduje się na obmowę. Polacy nie donoszą. Przypomnijmy ponury rodowód tej choroby moralnej, jaką jest donosicielstwo: Honoré G. Mirabeau – jedna z okrzyczanych postaci rewolucji francuskiej, jakobin, współtwórca „Deklaracji praw człowieka i obywatela” określił donos jako najważniejszą z nowych cnót. Nacjonalizm był ideologicznym produktem rewolucji francuskiej.

Leon Wyczółkowski – Kaplica Zygmuntowska na Wawelu
Leon Wyczółkowski – Kaplica Zygmuntowska na Wawelu

będziemy musieli wykazać, dorzucał o. Jacek Woroniecki OP, do jakiego stopnia błędnym bywa stanowisko nacjonalistów i jakie dla społeczeństwa tkwi niebezpieczeństwo w niektórych doktrynach, bronionych przez nacjonalizm ateistyczny lub co najmniej liberalny, tak dziś rozpowszechniony. Będą to między innymi: teza głosząca, że naród jest najwyższym ludzkim dobrem, twierdzenie, że o ile chodzi o dobro narodu, wszelki niemoralny czyn jest dozwolonym, doktryna, według której w stosunkach pomiędzy narodami siła fizyczna góruje nad prawem, etc. (Ankieta M. Vaussard)

Rewelacje broszurek wydawanych z inspiracji nacjonalistycznych, o tym, kto jest Żydem, masonem, ukraińskim agentem etc. są dobrym przykładem tej choroby. Produkcję i kolportaż tego rodzaju druków rozpoczęła carska Ochrana w XIX wieku. Była to nadzwyczaj skuteczna samoobrona reżimu przez pokazanie „jeszcze gorszych”, „tych, którzy tym wszystkim kręcą”. Klasyczna psychmanipulacja. Przez porównanie z kimś odrażającym zawsze się zyskuje. Najmniej urodziwa kobieta, która stanie przy chromym i okaleczonym wyda się pięknością. To działa niezawodnie. Pokazać ukryty mechanizm wewnętrzny, zatrute jądro, żeby wybielić siebie. Sprytne. Działa silnie na wyobraźnię, rozbudza strach, rozpala emocje. Usypia rozum. „Przeczytaj i dowiedz się. Nie bądź ciemny. Poznaj prawdę o swoim prawdziwym wrogu”. Murowany efekt to bierność społeczeństwa, które te treści wchłania. No bo skoro zło jest tak silne, tak dobrze zorganizowane i tak znakomicie zakamuflowane, to byłoby głupotą robić cokolwiek, nawet ujawniać się ze swoimi poglądami – cokolwiek, poza zaczytywaniem się z płonącymi uszami w tych rewelacjach. Trzeba siedzieć cicho, ani mru mru, i mieć tę wyjątkową satysfakcję: „My już wiemy, kto wy jesteście!”

Co z tego, że będziesz wiedział, czym jest grzech i wszystko o grzechu drugiego człowieka, jeśli nie będziesz dawał dobrego przykładu? Będziesz kompromitować Kościół swoimi postawami przeciwnymi duchowi Ewangelii …(O. Ludwik Mycielski OSB)

Czy w Ewangelii, w Listach Apostolskich znajdziemy choć jedno słowo o nienawiści do nieprzyjaciół? Choć jedno słowo o strachu przed ludźmi? Nie. Jest tam tylko i wyłącznie zachęta do wybaczania krzywd i nie hodowania żadnych złych uczuć – wobec kogokolwiek. Do świadczenia dobra wszystkim bez wyjątku. Do niesienia prawdy wszystkim bez wyjątku. Do bycia przykładem dla innych. Dla wszystkich bez wyjątku. I nie liczenia, w tych niesamowicie trudnych czasami zawodach, na siebie, tylko na Boga. A przy tym, do bezkompromisowej obrony dobrej sprawy. Sprawy, która jest dobra, o ile jest oparta na prawdzie, a nie na jej falsyfikacie.

Nacjonalizm połączony ze strachem, wstrętem i nienawiścią do ludzi, „obcych” jest zawsze manifestem antykatolickim. Jest prostą drogą do neopogaństwa.

Że są to herezje, nie ulega wątpliwości, mówi o stanowisku nacjonalistów o. Jacek Woroniecki. Pogaństwo, które od czasu do czasu odzywa się w duszach, które się od Boga prawdziwego odwróciły, znalazło sobie nowego, modnego bożka, po bogu-cesarzu, bóg-Państwo, bóg-lud, z kolei następuje bóg-naród! Brakowało go jeszcze do kolekcji.(…) W tych wszystkich wybrykach radykalnego nacjonalizmu względy natury osobistej, do których często przyznać się trudno, grają zawsze pierwszą rolę, zaś miłość ojczyzny nic z tym wspólnego nie ma.

Skąd wziął się nacjonalizm w Polsce? Henryk Józewski*) nazywa ludzi, którzy mu ulegają „Polakami na modlę rosyjską” :

…Dzisiejsza obecność Rosji wprowadza elementy jeszcze nieznane, pisał ten zapomniany bohater i publicysta kilkanaście lat po ostatniej wojnie. Rosja sięga w głąb polskiego życia. Nie jest to planowane z góry wynarodowienie. O wynarodowieniu można by niejedno powiedzieć. To, o czym mowa, wynarodowieniem sensu stricto nie jest

Chodzi o włączenie się w nurt polskiego istnienia, 

wślizgnięcie się w polską myśl, 

uczucie, wolę – a dopiero tą drogą dojście do modelu polskości ustalonego przez Kreml. Chodzi o to, żeby Polacy stali się Polakami na modłę rosyjską i przeżywali to jako polskie „Jestem”. (…) Pokusa >rozsądnego< kompromisu zagląda w oczy, >trzeźwe< umysły, ludzie >realnie myślący< mają pole do popisu i popisują się przy każdej okazji. Lansuje się hasło >inaczej być nie może<. 

Rycina z II poł. XIX wieku – Bicie (z cyklu Represje carskie wobec Powstania Styczniowego)
Rycina z II poł. XIX wieku – Bicie (z cyklu Represje carskie wobec Powstania Styczniowego)

Skąd my to znamy… Przykład? Oto nowoczesny, zaledwie od paru lat istniejący, atrakcyjnie redagowany tygodnik opinii (oczywiście prawicowy), chętnie czytany przez inteligencję, młodych ludzi, menagerów i pracowników korporacji (oczywiście konserwatystów) – i coraz liczniejsze grono duchowieństwa – z którego trzeba natychmiast wyrwać i wyrzucić 30 proc. stron, pełnych ohydnych ilustracji, zwłaszcza odrażających wizerunków kobiety (na tych łamach kobieta zawsze wygląda jak prostytutka), jeśli chce się to przynieść do domu (jeśli ktoś nie ma duszy całkowicie rosyjskiej). Śliskie, obmierzłe dowcipy na tych stronach, wysilone chamstwo, elukubracje pseudopublicystyczne, pseudokatolickie, które chcą uchodzić – i uchodzą w kręgach tak snobistycznych! – za dobrą literaturę, publicystykę, felieton. I to w Polsce, gdzie przez wieki kobieta była szanowana, czczona wręcz jako virgo, mater et sponsa: dziewica, żona i matka. Obraz Maryi Niepokalanej… Oto uperfumowane barbarzyństwo.

Pius IX potępił Rosję po Powstaniu Styczniowym świadom antykatolickiego charakteru represji przeciw powstańcom i ich duchowym i politycznym przywódcom. Świadom jak Rosja niszczyła rodziny chrześcijańskie, jak znieważała godność kobiety, jak tępiła Kościół. Ale Kościół nie potępiał nigdy ludzi. Potępiał konkretne czyny, zawsze zostawiając ich autorom możliwość moralnej poprawy. (Gdzie jest w Ewangelii, w Listach Apostolskich cokolwiek o potępieniu bliźnich, nieprzyjaciół nawet? Potępiane były wyłącznie zbrodnie władców. Czyny Heroda potępiał św. Jana Chrzciciel).

Kościół  katolicki, jego nauka moralna, a także kultura katolicka brzydzi się donosem na drugiego człowieka. Zauważmy jak Jarosław Kaczyński mówi o przeciwnikach politycznych. Zwróćmy uwagę na jego styl. Jedna z jego najmocniejszych wypowiedzi – i to taka, która go dużo kosztowała – o urzędującym premierze: „Pan mówi o rycerskości i honorze… No daj pan spokój”.

Jan Stanisławki – Bodiaki pod słońce
Jan Stanisławki – Bodiaki pod słońce

Donos to nic innego jak obmowa i oszczerstwo wypowiadane z wyraźnym zamiarem zaszkodzenia drugiej osobie. Kościół dopuszcza negatywną opinię o drugim człowieku jedynie pod bardzo ścisłymi warunkami, w specyficznym celu, moralnie uzasadnionym.

Św. Franciszek to najbardziej chyba zmitologizowana postać w historii Kościoła. Tak jak ze średniowiecza czyni się dziś epokę zacofania i ciemnoty, tak z tego wielkiego duchem i charakterem człowieka czyni się wyblakłego i przesłodzonego patrona ekologów, przyjaciela ptaszków i roślinek, dobrotliwego włóczęgę w rodzaju współczesnego hippisa. Ten fałsz trzeba surowo piętnować, jak czyni to włoski historyk, przypominając, że św. Franciszek „nie był prekursorem teologii wyzwolenia, ani też heroldem chrześcijaństwa przesłodzonego, uproszczonego, ekologiczno – pacyfistycznego” (Franco Cardinali).

Oto, co na temat prawdziwego św. Franciszka można znaleźć w jego życiorysie (napisanym przez jego współbrata, Tomasza z Celano):

Ze wszystkich rodzajów ludzi występnych najbardziej brzydził się oszczercami. Mawiał o nich, że noszą jad na języku… Jednego razu słysząc, jak pewien brat oczerniał innego brata, zwrócił się do brata Piotra Cattani, swego wikariusza, i wypowiedział to straszne słowo: „Przyjdą na zakon złe czasy, jeśli nie poskromi się oszczerców. Szybko zacuchnie choćby najprzyjemniejszy zapach wielu, jeśli nie zamknie się gęby śmierdzielom. Wstań, wstań, pilnie zbadaj sprawę, i gdy stwierdzisz, że oskarżony brat jest niewinny, ujawnij oskarżyciela wobec wszystkich, poddając go ciężkiej karze! A jeśli ty sam nie zdołasz go ukarać, wydaj go w ręce boksera z Florencji” ( chodziło o brata Jana z Florencji, człowieka wielkiego wzrostu i ogromnie silnego.) („Życiorys drugi świętego Franciszka z Asyżu”)

Ten cytat podaję za Vittorio Messorim, który dodaje kilka innych faktów z biografii Świętego. Ten rzekomo łagodny obdarty mnich dialogujący słodko z muzułmanami, to w rzeczy samej mężczyzna, który wiele razy próbował dotrzeć na Wschód, z wyraźnym celem poniesienia męczeństwa. Nie szedł tam, by szerzyć idee pokojowe, lecz by głosić Ewangelię w sposób tak oczywisty, że zasłużyłby na śmierć z rąk niewiernych. Messori przypomina, że pierwszymi męczennikami epoki św. Franciszka są św. Daniel i towarzysze, którzy ponieśli okrutną śmierć wkrótce po odejściu św. Franciszka. …mimo ostrzeżeń władz islamskich nie chcieli słyszeć o >dialogu< i próbowali nawrócić każdego, kto trafił na nich… 

„Szukasz Boga? Czy spodziewasz się znaleźć Go gdzie indziej niż w ramionach Jego Matki, którą jest Kościół?” ( Paul Claudel1951).

Amerykanie o Ryszardzie Kuklińskim: „Krótko mówiąc, Polak”. Pracownik wywiadu USA, który znał Polaków z czasów drugiej wojny i współpracował z Ryszardem Kuklińskim: pozostał  w jego oczach jako człowiek „poważny”, „zdecydowany”, „dumny”, „inteligentny”, „szorstki”.

Biblioteka Kuklińskiego w Stanach: ok. 3 tys. tomów. Na głównym miejscu zapiski i wspomnienia żołnierzy Września i Drugiego Korpusu, pisze reporter, który dom Kuklińskiego odwiedził.

Wojciech Jaruzelski także dorzucił swoje trzy grosze do obrazu Pułkownika (oraz swojego):

Jeżeli Kukliński nie jest zdrajcą, to kim my jesteśmy? 

Dlaczego szlachta budowała tak duże domy?

Szlachta lubiła ludzi. Miała serca otwarte. Gościnność jest cechą typowo polską. Polska gościnność do dziś zadziwia cudzoziemców. Mieć dom pełen gości, urządzać przyjęcia, kuligi, zabawy, potańcówki, przejażdżki, wycieczki do lasu i polowania dla całego towarzystwa, to honor, zaszczyt i radość wielka. Coś z tego w Polsce przetrwało.

Ferdynand Ruszczyc – Blade słońce
Ferdynand Ruszczyc – Blade słońce

Ludzie nadal się lubią, choć duże domy są dziś głównie przywilejem uwłaszczonej nomenklatury. Polacy są szczęśliwi, gdy mogą kogoś ugościć, czy wyświadczyć choć drobną przysługę. (Pamiętam pewien biedny wiejski dom, w którym pachniała wyszorowana świeżo drewniana podłoga, siano w siennikach, floksy pod oknem; na ścianie wisiała lniana makatka, a na niej wyhaftowane słowa: „Gość w dom, Bóg w dom”).

Zazdrośnicy próbują wszelkimi sposobami zwrócić nas przeciwko sobie, doprowadzić do tego byśmy się nieustannie gryźli. Ale to się nie udaje. Lub może: nie udaje się do końca. Ludzie szczęśliwi w Polsce dziś (gdyby ograniczyć się tylko do kategorii zawodowych), to: kelnerzy, sanitariusze, lekarze (ci prawdziwi, na przykład ratujący nienarodzone dziecko przed zabójstwem, jak zdarzyło się to ostatnio we Wrocławiu), pielęgniarki, fryzjerki, krawcowe. Nieliczna grupa wyjątkowych nauczycieli, którzy dzięki twórczej postawie potrafili wyślizgnąć się z sieci systemu. Ci wszyscy, którzy służą, z sercem na dłoni, i nie mają z tego powodu pretensji do całego świata.

„Święto Serca Jezusowego. Święto serc przeszytych, uczuć odepchniętych, pragnień nie zaspokojonych” (Paul Claudel,1918)

Śpieszmy się kochać ludzi, ten refren wiersza starego księdza w peruczce na głowie, byłego Powstańca warszawskiego, słyszy się często. Choć wiersz jest osłuchany, nazbyt eksploatowany przez felietonistów, a ksiądz od kilku lat nie żyje, te słowa chodzą po głowie, znajdują odzew. Żyją długo, wplatane w tysiące innych wierszy, książek, listów, artykułów, piosenek. Niby to tylko wierszyk, tylko refren, ale coś jest, coś tu się kryje.

Coś polskiego

Świat jest zmuszony sprawę tę załatwić. Oczywistość tego bije w oczy. Świat musi Rosję przechorować i wyzdrowieć, albo stoczy się w mrok upadku bez nadziei i wiary, że warto żyć, pisze H. Józewski.

Swój sukces, kontynuuje Józewski, Rosja zawdzięcza umiejętności budowania siły z procesów rozkładowych i ludzkiego upadku.

Jan Stanisławski – Sad
Jan Stanisławski – Sad

Wszystko to dziś jest jasne i bezsporne. Z podźwignięciem się człowieka i społeczeństwa z nędzy automatycznie nastąpi zmierzch sowieckiej Rosji.

„Nie ma dwóch miłości, dodaje Lacordaire, miłości Bożej i miłości ludzkiej. Jest tylko jedna miłość. Różny jest tylko jej przedmiot” (z Dziennika Paula Claudela). Dlatego właśnie katolicy nie donoszą na nikogo. Polacy nie donoszą.

Rzym, pisał w 1927 roku, dziesięć lat po objawieniach w Fatimie ks. Luigi Sturzo, to centrum katolickie – wśród walących się systemów ekonomicznych i ideowych zachowuje swą jedność i siłę moralną i raz jeszcze zbawi Europę od barbarzyństwa i ruiny. Mamy dziś w tej sprawie jako Polacy, polscy katolicy coś do zrobienia. Rzym musi pozostać Rzymem, to zadanie dla nas. (Tak jak czyniliśmy to za czasów soboru w Konstancji). Dlatego poświęcenie Rosji Niepokalanemu Sercu Matki Bożej – doprowadzenie do niego – oto misja Polski, która Rosję zna lepiej niż jakikolwiek kraj na świecie. Polski, która jak żaden z krajów kontynentów jest dotknięta skutkami jej błędów. Która pozostała pomimo wszystko krajem katolickim. Która czci Matkę Bożą jako swoją Królową. A Ona tego poświęcenia zażądała w 1917 roku w Fatimie.

Ryszard Kukliński ostrzegał w końcu lat 90. XX wieku, że Zachód mimo wygranej zimnej wojny „nadal nie rozumie, czym jest Rosja”. Potrafi gorliwie pomagać tym, którzy chcą go zniszczyć. Ma bielmo na oczach. Naiwnie ufa kłamcom. Oto zaślepienie. Z tym zaślepieniem trzeba dziś się zmierzyć. Pod hasłami nacjonalistycznymi będziemy się tylko na arenie międzynarodowej ośmieszać. Katolicką postawą, domaganiem się poszanowania dla ludzi i dla prawdy – historycznej i tej, która tkwi w wydarzeniach bieżących, takich jak Smoleńsk i takich jak Majdan – toutes proportion gardée – zyskamy w świecie szacunek i posłuch. Tak jak zyskał go w XV wieku Paweł Włodkowic.

Oto pointa, słowa Pułkownika Kuklińskiego wypowiedziane w 1998 r., gdy odwiedził po raz ostatni Polskę:

Józef Chełmoński – Droga w lesie
Józef Chełmoński – Droga w lesie

„W latach okupacji byłem małym chłopcem, ale dobrze zapamiętałem i nosiłem w głębi swej duszy hasło wyhaftowane przez kobiety wileńskie na sztandarze, który podziemnymi szlakami dotrzeć miał do dywizjonu lotników na ziemi brytyjskiej MIŁOŚĆ ŻĄDA OFIARY.

Kiedy w Ludowym Wojsku Polskim zaczęto mi odbierać wiarę i przekonania, które wyniosłem z mojego skromnego domu, ze szkoły, z Kościoła – do tego hasła dodałem jeszcze jedno słowo: MIŁOŚĆ ŻĄDA OFIARY I WIERNOŚCI – wierności dla jednego Boga i jednej, jedynej Ojczyzny – POLSKI”.

Czy rzeczywiście okażemy się naiwni, gdy zaczniemy patrzeć na wydarzenia na Ukrainie jako na szansę dla nich – naszych najbliższych na południowym wschodzie sąsiadów z woli Boga – i dla nas? Czy będzie to oznaczało, że mamy krótką pamięć, zapomnieliśmy o straszliwych krzywdach i zbrodniach lat wojennych i powojennych? Że wyprzedajemy pamięć ich ofiar?

A może będzie to oznaczało coś innego? Że Bogu ufamy bardziej niż sobie i bardziej niż im – naszym braciom na Ukrainie. Że mamy w związku z tym coś dla Ukraińców do zrobienia, coś do zaoferowania. Coś, do czego oni właśnie wyciągają ręce. Czego pragną.

Co to jest?

Oto przypowieść o zagubionej owcy.

„Wejdźmy w głębię ukrytego znaczenia tej przypowieści. Bo przecież nie chodzi w niej tylko o zagubioną owcę, a jej pasterz nie jest zwykłym pasterzem. To pouczenie przypowieści zawiera w sobie coś bardzo wielkiego. Upomina nas, byśmy nikogo nie uważali za straconego, nie do odzyskania, byśmy nikogo nie zostawiali na łasce losu i nie ociągali się z niesieniem pomocy…”

(Nawet zanim jeszcze odbyłby się sąd, który sprawiedliwie osądziłby historycznych sprawców mordów na Wołyniu i nazwałby oficjalnie ideologię, która do tego doprowadziła.)

„… Widząc źle czyniących i błądzących, mamy ich sprowadzać na dobre drogi i radować się z ich powrotu. Mamy też bić się w piersi…” (O. Ludwik Mycielski OSB).

Jest jedna jedyna tylko droga, by to czynić: własny dobry przykład. Polityka czynu.

__________________________________

*) Henryk Józewski – pisarz, publicysta emigracyjny, wojewoda wołyński w dwudziestoleciu międzywojennym.  „…starał się przeciwdziałać rozgrywaniu przez Moskwę polskiego i ukraińskiego nacjonalizmu na swoją korzyść… walczył z hitlerowską i sowiecką okupacją Polski jako komendant warszawskiego okręgu Związku Walki Zbrojnej, a potem Żolnierz Wyklęty przez osiem lat (!) skutecznie ukrywający się w PRL.” (cyt. za „Nowe Państwo”, 1/2014)

Źródła:

  • V. Messori, „Przemyśleć historię”, wyd. m
  • Henryk Józewski: „Zamiast pamiętnika” („Zeszyty Historyczne”, Paryż 1982-83), za: „Nowe Państwo” 1/2014
  • „Nacjonalizm a katolicyzm”. Opinie biskupów, uczonych, polityków i publicystów współczesnych (tekst z roku 1927). Dom Wydawniczy „Ostoja”.
  • O. Ludwik Mycielski OSB „Ewangelia w Ewangelii”, Ordo et Pax

Ewa Polak – Pałkiewicz

Źródło: http://ewapolak-palkiewicz.pl/awers-i-rewers-czyli-polacy-nie-donosza/ , 16.02.2014

Przeczytaj więciej artykułów pani Ewy Polak-Palkiewicz  >   >    >  TUTAJ  

POLISH CLUB ONLINE, 2014.02.18

Ewa Polak-Pałkiewicz

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz