Cezary Krysztopa: Opowieści Podlaskie – leczenie zatok na sposób podlaski


Cezary Krysztopa.  Fot. blogpublika.com
Cezary Krysztopa.
Fot. blogpublika.com

Byłem dość chorowitym dzieckiem. Właściwie częściej leżałem w łóżku niż chodziłem do szkoły. W związku z czym miałem masę nieobecności i lekcji do nadrobienia. Jak nie przeziębienie to grypa, jak nie grypa to angina, jak nie angina to zapalenie płuc, zatok i migdałków. I tak w kółko. Od małego miałem regularnie prześwietlane zatoki i przyjmowałem masę zastrzyków, w tym dosyć bolesne tzw. „delbety”. Ciągle nie było mi czegoś wolno, „bo się przeziębisz”, „bo znowu będziesz leżał”, „bo znowu nie pójdziesz do szkoły”. I do dzisiaj idealnie nie jest, ze dwa lata temu dałem się zresztą namówić żonie na kolejną kurację u laryngologa mądrali. Skończyła się tak jak wszystkie poprzednie, zjedzeniem kilogramów chemii, zadziwionym cmokaniem konowała i kompletnym brakiem efektu.

W wieku lat około 15 byłem już w stanie opłakanym i wtedy też postanowiłem coś z tym zrobić. Zacząłem biegać. A na początku nie byłem w stanie przebiec więcej niż 100-200 metrów. Potem biegałem pół, a potem cały kilometr, potem do lasu, a potem do cmentarza i wokół cmentarza. Kiedy czułem, że „coś mnie bierze”, nakładałem buty i szedłem biegać. Biegałem codziennie. Najniższa temperatura przy jakiej biegałem to -17 stopni. Rodzina się na mnie obrażała, ponieważ potrafiłem po Wigilii nałożyć buty i pójść biegać. A nie były to czasy kiedy bieganie było modne. Kiedyś, kiedy tak sobie biegłem zimą spotkałem faceta na rowerze z bańką mleka. Z wrażenia się przewrócił aż kółka mu się zósemkowały. Wolałem szybko zniknąć w zawiei;)

Na początku jednak biegałem trochę na siłę. Wiedziałem, że muszę coś zrobić, ale nie sprawiało mi to dzikiej przyjemności. Aż kiedyś pobiegałem sobie wieczorem po ciężkim dniu żniw na wsi u kuzyna, w dolinie Biebrzy. Dziwne uczucie, ogarnęła mnie euforia jakbym nie biegł tylko leciał. Potem po kolei odkrywałem przyjemność biegania po lesie, przez łąki, do rzeki, gdzie nauczyłem się jako tako pływać. Biec samemu kilometrami przez wieczorne mgły, dające ulgę spieczonej dziennym słońcem skórze, w oddali klangor dzikich gęsi. I ciało, które dla odmiany funkcjonuje jak dobrze naoliwiona maszyna.

W końcu odnalazłem przyjemność biegania zimą. Kiedy nie ma zewnętrznych źródeł ciepła i muszą wystarczyć własne. Kiedy czasem trzeba się mierzyć z sytuacjami skrajnymi, bo wiatr z mrozem potrafią wywiać z ciała ostatni gram ciepła. I więcej nie ma. A do domu daleko. Wtedy pomaga adrenalina. I ma się fart jeśli w ciszy nagle z przydrożnego rowu coś wyskoczy. Nagle niemożliwe staje się możliwym i robi się cokolwiek ciepło, żeby nie powiedzieć gorąco.

Ta przyjemność ma również swój praktyczny aspekt. Otóż okazuje się, że mogę być zdrowy. I to zdrowie nie ma nic wspólnego z szamanizmem współczesnej medycyny. Nie łykam kilogramów proszków, nie chodzę do cmokających niby ze zrozumieniem lekarzy, nie wydaję kasy na cały ten cyrk. Dzisiaj wprawdzie biegam mniej niż kiedyś, w związku z czym znowu mam pewne ze zdrowiem problemy, ale i tak jest o wiele lepiej niż było kiedyś. I gdzie bym nie mieszkał, zawsze staram się żeby w pobliżu był kawałek lasu do biegania. Ot, taki kawałek Podlasia.

p.s. Jeśli chodzi o filmik, to wybaczcie mi ten prymitywny żarcik, żona nawet chce zmienić nazwisko, ale nie mogłem sobie odmówić;)

Cezary Krysztopa
blogpublica.com

Źródło:  http://blogpublika.com/2014/02/15/krysztopa-opowiesci-podlaskie-leczenie-zatok-na-sposob-podlaski/?fb_ref=recommendations-bar , 15 luty 2014

POLISH CLUB ONLINE, 2014.02.21

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek