Stanisław Michalkiewicz: W Europie coraz ciaśniej / Poczucie miary


Red. Stanisław Michalkiewicz. Fot. polskieradio.ca
Red. Stanisław Michalkiewicz. Fot. polskieradio.ca

Spróbój pomyśleć

Felietony red. Stanisława Michalkiewicza w Radio Maryja (audio)

 

W Europie coraz ciaśniej

Szanowni Państwo!

Dawno temu piosenkarz Janusz Gniatkowski w piosence „Indonezja” śpiewał, jak to „na niebie stoi Krzyż Południa”. Akurat dzisiejszego wieczora ujrzałem go po raz pierwszy w życiu, przechadzając się nad brzegiem Oceanu Indyjskiego w australijskim mieście Perth. Uchodzi ono za najbardziej oddaloną od wszystkich innych miast na świecie stolicę – bo jest stolicą stanu Australia Zachodnia. Od najbliższego większego miasta – Adelajdy – dzieli je prawie trzy tysiące kilometrów, a więc odległość podobna, jak z Mińska do Madrytu. Nawiasem mówiąc, poczucie odległości w Australii jest inne, niż europejskie i na przykład Perth rozciąga się na 125 kilometrów wzdłuż wybrzeża oceanu i 50 kilometrów w głąb lądu. Obecnie jest tu pełnia lata i od miesiąca nie padał deszcz. Niebo jest rozgwieżdżone, a „Krzyż Południa „wskazuje drogę blaskiem swym” – jak śpiewał przed laty Janusz Gniatkowski.

Ale nigdzie nie jest tak daleko, żeby nie wiedzieć, co się dzieje na świecie, a zwłaszcza na Ukrainie, gdzie wiele wskazuje na to, iż rozpoczęło się przesilenie. Ze wschodnich okręgów wyruszyły w stronę buntowniczego Kijowa oddziały wojsk powietrzno-desantowych, a zdominowana przez banderowców rada miejska Lwowa przewiduje wysyłanie tam tak zwanych „aktywistów”. Okazuje się, że polityczna poprawność jest w swoich pomysłach niewyczerpana. Gdyby w takiej, dajmy na to, Warszawie, demonstranci palili policyjne samochody, zajmowali rządowe gmachy i przeprowadzali „pokojowe ataki” z użyciem broni palnej, której na kijowskim Majdanie oczywiście „nie ma”, to z pewnością nie tylko przez premiera Tuska, ale i przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, nie mówiąc już nawet o panu redaktorze Michniku, czy Lisie, nazwani byliby „terrorystami”, a może nawet „bandytami”, podczas gdy na Ukrainie żadnych „terrorystów”, ani „bandytów” nie ma. Są tylko „aktywiści”. Ciekawe, kto wydał takie semantyczne rozkazy, którym posłusznie podporządkowuje się nie tylko obóz zdrady i zaprzaństwa, ale również – środowiska „niezależne”.

Zresztą mniejsza o to, bo ważniejsze jest oczywiście to, czy konfrontacja ukraińskiego wojska z „aktywistami” zakończy się spacyfikowaniem tych ostatnich i posprzątaniem Majdanu, czy też „aktywiści” okażą się na tyle wytrzymali, ze na Ukrainie rozgorzeje wojna domowa. Wykluczyć tego nie można zwłaszcza w sytuacji, gdy osobistości amerykańskie próbują apelować o wstrzymanie użycia ukraińskiego wojska u prezydenta Putina, a nie u prezydenta Janukowycza. Najwyraźniej wiedzą, że te wszystkie opowieści o suwerenności państwowej można spokojnie włożyć między bajki, bo tak naprawdę, to jednymi krajami rządzą jedni agenci, a znowu drugimi – agenci inni. Jest to zresztą zgodne z moją ulubioną teorią spiskową, według której państwa dzielą się na dwie grupy: państwa poważne i pozostałe. Przykładem państwa poważnego są Niemcy, gdzie przed rozpoczęciem przez „aktywistów” w Kijowie „pokojowego ataku”, antyszambrował u Naszej Złotej Pani Arsenij Jaceniuk i Witalij Kliczko – zaś przykładem państwa pozostałego jest nasz nieszczęśliwy kraj, którego Umiłowani Przywódcy podskakują, pokrzykują, wygrażają, słowem – kibicują europejskiej polityce w poczuciu całkowitej bezsilności.

Więc jeśli Ukraina pogrąży się w ogniu wojny domowej, to – o czym mówiłem już wcześniej – spowoduje to katastrofę humanitarną wielkich rozmiarów, która rozleje się na kraje sąsiednie. Właśnie minister spraw wewnętrznych Bartłomiej Sienkiewicz oświadczył, że Polska „jest gotowa” na przyjęcie uchodźców. Gdyby jeszcze zapewnił, że weźmie ich na własne utrzymanie, to byłoby wspaniale – ale próżno marzyć o tym. Nie to zresztą jest najważniejsze, a to, że zamęt spowodowany wojną domową, katastrofą humanitarną i możliwym rozpadem Ukrainy, może zachęcić inne, poważne państwa, do stworzenia faktów dokonanych. Cóż począłby pan premier Tusk, pan minister Sikorski, czy nawet sam pan prezes Kaczyński, gdyby tak Nasza Złota Pani postanowiła uchronić przed katastrofą humanitarną obszar Górnego i Dolnego Śląska, Pomorza oraz Warmii i Mazur? Musielibyśmy przyjąć to do wiadomości tym bardziej, że pierwszorzędni fachowcy od spraw terminologicznych na pewno nadaliby tej operacji nazwę absolutnie pokojową i demokratyczną – całkowicie zgodną z literą i duchem Aktu Końcowego KBWE z Helsinek z roku 1975, co to zabraniał dokonywania zmian granic w Europie siłą. Ale tu żadnej siły nikt by przecież nie stosował, więc wszystko byłoby w jak najlepszym porządku. A zresztą gdyby nawet ktoś tam tu i ówdzie jakąś siłę zastosował, to na pewno z niezależnych mediów głównego nurtu usłyszelibyśmy zapewnienia autorytetów politycznych i moralnych, że pokojowe pociski miały prawidłowy kaliber, więc w tej sytuacji podnosić hałasy mogą tylko oszołomy, przynoszące nam wszystkim wstyd w obliczu całej Europy.

Przepychanie i przeciąganie Ukrainy jest jeszcze jedną ilustracją, że w Europie robi się coraz ciaśniej, podczas gdy w Australii odległości są takie, że w środku kontynentu człowiek jadący samochodem może przez cały dzień nie napotkać innego człowieka – a w nocy drogę będzie mu oświetlało rozgwieżdżone niebo, na którym Krzyż Południa niezmiennie „wskazuje drogę blaskiem swym”.

Red.Stanisław Michalkiewicz

Źródło: http://www.radiomaryja.pl/multimedia/sprobuj-pomyslec-537/ , 20 lutego 2014

* * *

Wirtualna Polonia

 

Poczucie miary

 

„Siekiera, motyka, dwa balony, Kiszczak zgubił kalesony”… Takie improwizacje słuchaczy towarzyszyły sygnałowi podziemnego Radia Solidarność, który po raz pierwszy zabrzmiał w stanie wojennym 12 kwietnia 1982 roku. W przedsięwzięciu uczestniczyło wielu dzielnych ludzi, ale organizatorem radia był Zbigniew Romaszewski, podówczas ukrywający się przed Służbą Bezpieczeństwa. Przypominam o tym nie tylko dlatego, że Zbigniew Romaszewski właśnie zmarł, w związku z czym w Sydney, skąd akurat rozpoczynam podróż po Australii, w tamtejszym polskim kościele w Marayong odprawiona została Msza św. w jego intencji, ale przede wszystkim dlatego, że trzecia już generacja ubeckich dynastii próbuje przypisywać sobie szlachetne motywacje, w ramach forsowanej przez starych czekistów amikoszonerii, rozpowiadając na prawo i lewo, jak to „wszyscy” tak czy owak „funkcjonowali” w PRL, ponieważ „innej Polski nie było”. Ano, nie da się ukryć, że jedni „funkcjonowali” w Wojskowej Radzie Ocalenia Narodowego i podległych jej formacjach, kombinując nad dalszym doskonaleniem okupacji naszego nieszczęśliwego kraju, a następnie nad sposobami bezkarnego rozgrabienia jego zasobów dla potrzeb uwłaszczającej się nomenklatury, inni – spełniając w Służbie Bezpieczeństwa tak zwane „dobre uczynki”, to znaczy podsłuchiwanie, podglądanie, prowokacje, szantaże, wymuszenia, również rozbójnicze, rabunki i morderstwa. Jeszcze inni tworzyli tak zwane „bijące serce Partii”, na polecenie swoich panów gangsterów gotowi pozabijać, a przynajmniej poturbować każdego, na kogo poszczuł ich nieubłagany palec. Wreszcie jeszcze inni doskonalili się w rzemiośle Judasza, „bez swojej wiedzy i zgody” donosząc oficerom prowadzącym na bliźniego swego, co było też formą „funkcjonowania” w PRL. Pępowina łącząca PRL z III Rzeczpospolitą niestety nie została nigdy przecięta, toteż tamten jad sączy się nieustannie, skutecznie zatruwając społeczną i polityczną atmosferę. Tymczasem inni, jak na przykład zmarły Zbigniew Romaszewski, funkcjonowali w PRL w sposób zupełnie odmienny. Kiedy zgraje partyjniaków, ubeków i konfidentów na polecenie Edwarda Gierka i jego pomocników urządzały na stadionach seanse nienawiści przeciwko „warchołom” poddawanym terapii w tzw. ścieżkach zdrowia po milicyjnych komendach, a następnie skazywanym na piękne wyroki przez poprzebieranych w sędziowskie togi i łańcuchy najemników, inni, często z dużym ryzykiem osobistym, spieszyli prześladowanym z pomocą. Do takich odważnych i dzielnych ludzi należał właśnie Zbigniew Romaszewski. To między innymi dzięki niemu mamy poczucie miary, które nie pozwala na postawienie znaku równości pomiędzy różnymi sposobami „funkcjonowania” w PRL, chroni przed panświnizmem, forsowanym dziś zarówno przez ubeckie dynastie, jak i ich kolaborantów, również z niektórych środowisk dawnej opozycji, a przede wszystkim – pozwala na rozróżnienie między prawdziwym Narodem Polskim a jego moskiewską podróbką. Bo w Polsce obok Narodu Polskiego żyje i reprodukuje się w kolejnych pokoleniach polskojęzyczna rozbójnicza wspólnota – i dlatego właśnie tak często niewygodnie się w jej towarzystwie czujemy. Jeszcze lepiej widać to z oddali, ot, choćby z Australii, gdzie bardzo wielu Polaków znalazło schronienie przed tamtymi i jeszcze wcześniejszymi prześladowaniami, ale ani duchowego, ani emocjonalnego związku z Polską nie zerwało.

Stanisław Michalkiewicz
http://michalkiewicz.pl/

Felieton ukazał się na portalu Wirtualna Polonia 21 lutego 2014 r.

Przeczytaj więcej tekstów Stanisława Michalkiewicza    >     >     >     TUTAJ .

POLISH CLUB ONLINE, 2014.02.21

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek