Adam Doboszyński – „ADEPT HIRAMA”


Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 21, 1994.

Poniżej drukowany tekst jest fragmentem artykułu „Adept Hirama” opublikowanego w zbiorowym wydawnictwie Drogi Pokolenia (Londyn 1944) i przedrukowanego w książce Studia polityczne  (Monachium 1947),  będącej zbiorem prac ogłoszonych przez autora  w latach 1941-1946 na uchodźstwie. Adam Doboszyński (1904-1949) był pisarzem politycznym i publicystą związanym z ruchem narodowym. Powrócił do kraju z emigracji w grudniu 1946 roku. Aresztowano go 3 lipca 1947 roku. Po zorganizowanym  przez władze komunistyczne  pokazowym  procesie został,  na podstawie  sfingowanych dowodów,  skazany na karę śmierci.  Wyrok wykonano 29 sierpnia 1949 roku w więzieniu mokotowskim.

 

Adam Doboszyński, fot. z okresu wyprawy do Polski 1946/47.
Fot. Archiwum IPN

(…) Polska z r. 1788 była silnie zaawansowana na drodze reform, zapoczątkowanych ćwierć wieku wcześniej, bezpośrednio po śmierci Augusta III Sasa, przez Czartoryskich. Liberum veto, zniesione już w r. 1764 przez Czartoryskich drogą stałego skonfederowania Sejmów, zostało wprawdzie dopuszczone ponownie w następnym roku na skutek nacisku Rosji, nie powtórzyło się jednak nigdy więcej w praktyce; krzewiła się oświata, rozwijał się przemysł, krzepło mieszczaństwo, reorganizowało wojsko; last but not least Rosja przeciwna była dalszym rozbiorom Polski po prostu dlatego, by nie dzielić się nią z nikim. Z dwu genialnych rozbiorców, Fryderyka i Katarzyny, jeden leżał już w grobie; jeszcze parę lat cierpliwości i byłaby się Rzeczpospolita doczekała mniej groźnych dla siebie carów, słabego Pawła i „oświeconego” romantyka Aleksandra. Jedyna linia polityczna, która rokowała wówczas Rzeczypospolitej niepodległość i potęgę, to była linia organicznego rozwoju bez awantur, linia wolnej ewolucji konstytucyjnej, tradycyjnego Sejmu sześcioniedzielnego co dwa lata, pracy i nauki.

Tego wymagał interes Narodu, lecz odwrotne były instrukcje, które z zagranicy otrzymywali polscy adepci Hirama [*]. Szczupłe ramy artykułu nie pozwalają na szczegółową analizę niepoważnej imprezy Czteroletniej, która odciążyła militarnie Jakobinów francuskich, a Rzeczpospolitą doprowadziła automatycznie do drugiego rozbioru. O rzeczach tych pisano już nieraz; ja sam wygłosiłem na ten temat w r. 1939 odczyt w Warszawie, wydrukowany następnie w „Prosto z Mostu”. Ograniczę się tu do przypomnienia, że pracami Sejmu Czteroletniego kierował masoński zespół, którego jedną z głównych sprężyn był międzynarodowy agent (zapewne Illuminat) Piattoli, sekretarz króla Stanisława Augusta. Słynne reformy tego Sejmu (a zbyt ambitne reformy stanowią, jak wiadomo, klasyczny sposób sabotażu) choć na oko efektowne, były tak niedostosowane do rzeczywistości, że zostały na papierze, jak np. całkowicie przerastająca nasze ówczesne możliwości uchwała o stutysięcznej armii, w małej tylko części zrealizowana, uchwalona z takim rozgłosem chyba tylko dla sprowokowania sąsiadów do zbrojnej interwencji i rozbioru.

Samą Konstytucję Trzeciego Maja uchwalono przez zaskoczenie, przez sekretnie zwołaną mniejszość Izby Poselskiej, po odczytaniu sfałszowanych depesz zagranicznych. Sprowadzała się ona w gruncie rzeczy do trzech reform: zniesienia liberum veto, dziedzicznego tronu dla dynastii saskiej i rzekomego ulżenia doli chłopów. Jeśli przypatrzyć się im z bliska, słynne te reformy redukują się do czczych słów. Zacznijmy od reformy, znoszącej zrywanie Sejmów. Jak już wspomniałem, nie stosowano veta faktycznie od ćwierci wieku, a formalne jego zniesienie było tylko osobistym wyzwaniem rzuconym Katarzynie, jako „gwarantce” polskiej konstytucji. Reforma druga: przeciwko dziedzicznemu powołaniu dynastii saskiej na tron polski wypowiedziała się tuż przed Trzecim Majem większość sejmików, a ponadto król saski oświadczył, że tronu dziedzicznego nie przyjmie, uchwała była więc niepoważna, szczególnie wobec faktu, że sejmiki, odrzucając dziedziczność, zgodziły się jednak na wybór króla saskiego na następcę Stanisława Augusta jeszcze za jego życia, vivente rege, co byłoby rozwiązało sprawę mądrze, bo w ramach polskiej tradycji ustrojowej, nie prowokując ani polskiego ogółu, ani sąsiadów. Jeśli wreszcie chodzi o chłopów polskich, to papierowy frazes o „wzięciu ich pod opiekę prawa” w niczym nie zmienił ich doli, natomiast przyznanie wolności chłopom, zbiegającym do Polski z państw ościennych, miało posmak szczególnie prowokujący i samo musiało już doprowadzić do zbrojnej interwencji sąsiadów.

Ani jedna z uchwał trzecio-majowych nie była życiowa, to też ani jedna nie weszła w życie. Realna i brzemienna w skutki była w tej imprezie tylko jej synchronizacja z wypadkami w Francji, w czym widzimy mistrzowską rękę „areopagów” Hirama. Na wiosnę 1791 Ludwik XVI jest już faktycznie więźniem i monarchiczna Europa szykuje się do krucjaty przeciw Francji. Trzeci Maj i spowodowane nim następstwa grzebią Polaków, lecz ułatwiają położenie Jakobinów. Armie zaborców wycofują się z pól Francji, bo muszą gasić pożar nad Wisłą. Następuje rozbiór Rzeczypospolitej.

Skoro dywersja udała się tak dobrze raz, to czemuż nie spróbować jej po raz drugi, tym bardziej, że został jeszcze niezależny skrawek Polski, z którego ten nienawistny (dla adeptów Hirama) papistowski naród mógłby ponownie wystartować do niepodległego bytu? Dwie pieczenie – dywersja na korzyść rewolucji francuskiej oraz zniszczenie katolickiego narodu – były do upieczenia na jednym ogniu, toteż w r. 1793 podpalacze zabrali się znów żwawo do roboty. Jak pisze Aleksander Kraushaar, historyk niepodejrzany boć i Żyd i mason i pozytywista warszawski, już na rok przed wybuchem Insurekcji kościuszkowskiej opowiadano sobie w Paryżu w lożach jakobińskich datę przyszłego polskiego powstania oraz nazwiska jego wojskowych i cywilnych przywódców, Kościuszki i Kołłątaja, rezydujących tymczasem w Lipsku i Dreźnie pod opieką Illuminatów… dolnosaskich. Ks. Barruel, autor słynnego dzieła o kulisach rewolucji francuskiej, cytuje mowę Cambona, skarbnika rządów rewolucyjnych, w której tenże stwierdził, że jakobińska Francja wydała przeszło sześćdziesiąt miljonów na wsparcie dla „braci” nadwiślańskich. Pieniądz to na ówczesne stosunki niemały, toteż jaczejki adeptów przygotowujących Insurekcję działały sprawnie. W pogodny marcowy poranek 1794 roku Naród zaskoczono powstaniem, zorganizowanym za obce pieniądze i pod obcą inspiracją, podobnie jak zaskoczono go, o trzy lata wcześniej, Konstytucją majową. Reżyseria była ta sama i aktorzy w dużej mierze ci sami, tyle że już śmielej sobie poczynający, exemplum Świątynia Hirama na pieczęci ubranego w kuse francuskie ubranko Naczelnika.

Polacy tradycyjnie nie lubią, gdy ich traktować jako „naród idiotów”, zaskakiwać i wodzić za nos. Podobnie zresztą wówczas jak i dziś ogromna większość Polaków uważa, że pod auspicjami Hirama zbuduje się mniej i gorzej, niż pod auspicjami Chrystusa. Deistyczna, odbiegająca od utartych chrześcijańskich formuł przysięga Kościuszki na Rynku krakowskim (nie mówiąc już o jakobińskiej mowie na ratuszu) nie mogły też wzbudzić zaufania. Cała w ogóle koncepcja powstania, narzucona Kościuszce z zagranicy, nie pasowała do polskiej rzeczywistości. Rozumiemy kłopoty Naczelnika: powiedziano mu zagranicą, że trzeba koniecznie ruszyć chłopów. Ale jak się do tego brać, skoro – jak wykazały późniejsze dzieje – jeszcze w trzy ćwierci wieku później, w czasie powstania styczniowego, chłop polski nie będzie, niestety, objęty świadomością przynależności do Narodu? Oczywiście nie winimy za to chłopa, w całej pełni współczujemy jego niedoli, cała wina za taki tragiczny stan rzeczy spada na szlachtę, lecz tym niemniej fakt pozostaje faktem, że w czasach Kościuszki polski chłop nie miał świadomości przynależności do Narodu. Toteż dziwiłem się zawsze, skąd Naczelnik wziął tę garść chętnych Paradebauerów, póki w samych Racławicach, na wiosnę r. 1939, z ust miejscowych nie usłyszałem prawdziwego przebiegu zdarzeń, tak jak go sobie przekazują z ojca na syna pokolenia tubylców. A więc na sąsiadującym z Racławicami folwarku siedział sobie pan Śląski, adept Hirama i komisarz Insurekcji na powiat miechowski. Imć Pan Śląski zebrał grupę okolicznych chłopów, zachęcił do bicia Moskali i poczęstował wódką. Zgodnie z planem nadciągnął Kościuszko i rozpoczęła się bitwa. Od stanowisk polskich w dół w stronę Racławic (a raczej Janowiczek) ciągnął się las (dziś nieistniejący); niedaleko skraju tego lasu zajęła pozycje bateria moskiewska; kosynierów (kowale w tych czasach byli również dworscy, więc przekucie kos odbyło się bezpłatnie) przeprowadzono lasem i z odległości paruset kroków puszczono z boku na niespodziewających się tego Moskali. Taki przebieg wypadków wydaje się o tyle prawdopodobny, że jak wiadomo ani kosynierzy, ani Bartosz Głowacki wybitniejszej roli w dalszej Insurekcji nie odegrali i dalsi chłopi do nich nie dołączyli. Wszystko razem przypomina jakieś dożynki spalskie z czasów sanacyjnych czy banderie Krakusów na przyjęcie cesarza Franciszka Józefa.

Ten sam typ Paradebauera, tyle że podbechtanego do mordowania swoich, znalazł nieco później swego klasycznego wyraziciela w Jakóbie Szeli, którego dwie skrajne wersje były ostatnio w obiegu: jedna z „Wesela” Wyspiańskiego jako krwawego upiora, druga z Uniwersytetu w Gaci jako chłopskiego herosa na użytek młodzieży z „Wici”. Ci sami poczciwcy, którzy oburzają się na „brązowanie” Szeli, wezmą mi napewno za złe „odbrązawianie” kosynierów racławickich i powiedzą, że nie należy rozwiewać tak „pedagogicznej legendy” [**]. W rzeczywistości Racławice przyniosły więcej szkody niż pożytku, gdyż zagnanie kosynierów z powrotem do pańszczyzny, odebranie ziemi rodzinie Bartosza itp. więcej zepsuło krwi i rozjątrzyło, niż przyniosła legenda o białej sukmanie. Jeszcze dziesięć lat temu wszystkie jady psychiczne, pozostałe po melodramacie racławickim, znalazły upust w powieści Kruczkowskiego pt. „Pawie Pióra”, która cieszy się wielkimi względami propagandy bolszewickiej.

Bilans Insurekcji kościuszkowskiej przedstawia się więc bardzo niewesoło. Racławice w niczym nie poprawiły losu chłopów, ani poprawy tego losu nie przyspieszyły, a tylko zatruły atmosferę na sto lat. W ogóle całe to powstanie, zrodzone w cieniu Świątyni Hirama, idzie od początku z lewej nogi, by skończyć tragicznym wydźwiękiem słów „Finis Poloniae”, nie wypowiedzianych przez Naczelnika pod Maciejowicami. Jako znaczny epizod powstania figuruje samosąd na ulicach Warszawy, znów ścisła kopia jakobińskiego Paryża, zorganizowana zapewne z wyżej wspomnianych sześćdziesięciu milionów nadsekwańskich pieniędzy. Bez względu na wartość moralną powieszonych wówczas osób (biskupa Massalskiego, kasztelana Czetwertyńskiego i innych, winnych i niewinnych) epizod ten jest dziwnie niestrawny dla Polaków, toteż bywa przemilczany przez masońską szkołę historyczną.

Insurekcja ponownie pomogła Francji uniknąć interwencji wojskowej zagranicy i stała się bezpośrednim powodem trzeciego rozbioru, który znów – jak przed tym rozbiór drugi – nie byłby nastąpił bez takiego z naszej strony bodźca. Kościuszko, przy najszczerszych i niekwestjonowanych przez nikogo dobrych chęciach i wielkim idealizmie, wbił ostatni gwóźdź do trumny Ojczyzny. Sam bardzo rychło, bo jeszcze w czasie niewoli w Rosji, błąd swój spostrzegł i do końca życia nad nim bolał. Siedząc we Francji a potem w Szwajcarii, mądry po szkodzie Polak,  Donkiszot bolejący nad grobem Dulcynei, odrzucał konsekwentnie wszelkie propozycje adeptów Hirama, by firmować ich dalszym poczynaniom na gruncie polskim. Odrzucił również – już u schyłku swego życia – propozycje władcy Rosji powrotu do ”niepodległej”  Polski z granicą na Bugu.

Adam Doboszyński

[*] Określenie „adept Hirama” nawiązuje do faktu, że pieczęć, którą na początku swojej insurekcji pieczętował się Tadeusz  Kościuszko, wyobrażała  – zamiast tradycyjnego Orła i Pogoni – „Świątynię Hirama”, który według legendy był budowniczym świątyni Salomona. Tę informację Doboszyński podaje za Ksawerym Pruszyńskim  [przyp.TG].

[**] Na temat pożyteczności czy szkodliwości „brązowania” zapisano sterty papieru. Sam kilkakrotnie się już w tej sprawie wypowiadałem. Na tym miejscu ograniczę się do stwierdzenia, że uważam za szkodliwe „odbrązawianie” bohaterów narodowych przez plotkarskie grzebanie się w ich życiu prywatnym, a w szczególności w ich przeżyciach erotycznych (jak to np. robił z upodobaniem śp. Boy-Żeleński), natomiast uważam za konieczne rozwiewanie zakłamań i złudzeń historycznych, wyzyskiwanych w bieżących rozgrywkach politycznych jako środka propagandy, w celu skłonienia Narodu do popełnienia ponownie tych samych błędów, za które już nie raz tak drogo płaciliśmy.

  • Pierwodruk: „Stańczyk. Pismo konserwatystów i liberałów”, nr 21, 1994.

Przedruk za zgodą dr. Tomasza Gabisia, właściciela poratalu www.tomaszgabis.pl , 11 kwiecień 2014.

 

Ilustracja tytułowa: Adam Doboszyński, działacz narodowy w czasie procesu, czerwiec 1949 r. Fot. za narodowyjawor.com

 

 

POLISH CLUB ONLINE, 2014.04.11 / akt. 2018.02.22.

Tomasz Gabiś

Autor: Tomasz Gabiś