Paweł Siergiejczyk: Tajemnice „aferałów”


NASZA POLSKA

 

Kiedy poznamy całą prawdę o Kongresie Liberalno-Demokratycznym?

 

 

Paweł Piskorski. Fot. natemat.pl
Paweł Piskorski. Fot. natemat.pl

Paweł Piskorski w końcu zemścił się na Donaldzie Tusku. Niegdyś jeden z najbliższych współpracowników lidera PO, potem odsunięty na boczny tor i wyrzucony z partii, były prezydent Warszawy długo czekał na stosowną okazję. Dopiero teraz, na kilka tygodni przed wyborami europejskimi, w których sam kandyduje, ale które przede wszystkim mogą zdecydować o przyszłości Platformy, wydał książkę ujawniającą kulisy środowiska dawnych liberałów.

 

Największą sensacją tej książki stała się informacja o tajnej pomocy finansowej, jaką Kongres Liberalno-Demokratyczny miał otrzymywać od niemieckiej chadecji (CDU), którą wtedy kierował kanclerz Helmut Kohl, a dziś Angela Merkel. Czy rzeczywiście przedstawiciele CDU przywozili polskim liberałom setki tysięcy marek w gotówce, a ci wymieniali je w kantorach? Oczywiście żadnych dokumentów na ten temat zapewne nigdy nie zobaczymy (co ułatwia obronę Tuskowi), lecz rewelacje te należy traktować poważnie, skoro wygłasza je Piskorski, który wówczas był sekretarzem generalnym KLD.

 

Medialni pretorianie KLD

 

Jednak powiązania z Niemcami to nie jedyna tajemnica środowiska liberałów. Partia ta nadal czeka na opisanie swojej historii – oczywiście historii prawdziwej, bo swoich hagiografów miała już dawno. Jeszcze w 1993 r. ukazała się książka „Teczki liberałów”, zawierająca autobiograficzne wynurzenia ówczesnych liderów KLD, bezkrytycznie spisane przez Janinę Paradowską i Jerzego Baczyńskiego (ten ostatni jest dziś redaktorem naczelnym „Polityki”). Skrajnie lizusowski charakter tej książki najlepiej oddaje wstęp obojga autorów, którzy napisali: „Nie ma chyba drugiej partii politycznej w Polsce, która byłaby tak atakowana przez politycznych przeciwników, jak właśnie Kongres Liberalno-Demokratyczny”.

 

Jednak każdy, kto pamięta początek lat 90., musi stwierdzić coś odwrotnego – że liberałowie byli ulubieńcami większości mediów. Jeden z założycieli KLD Adam Glapiński miał rację, zauważając: „Taki Tomasz Lis czy dziennikarki z Głosu Ameryki lub Wolnej Europy, to jakby członkowie Kongresu robiący wszystko, by pokazać ich, i to niezależnie od okoliczności, od dobrej strony. Istni pretorianie KLD” (J. Kurski, P. Semka, „Lewy czerwcowy”, s. 120).

 

Liberalizm za państwowe pieniądze

 

KLD istniał zaledwie kilka lat – od 1990 do 1994 r. Ale jego rola w tzw. transformacji ustrojowej była duża. Może nie tak duża, jak udecji czy postkomunistów, bo też liberałowie nigdy nie uzyskali takiej pozycji. Jednak w ciągu tych zaledwie kilku lat współtworzyli dwa rządy (Bieleckiego i Suchockiej) oraz – co ważniejsze – swoimi działaniami na długie lata obrzydzili Polakom gospodarczy liberalizm, choć w gruncie rzeczy ich polityka niewiele miała wspólnego z budowaniem wolnego rynku, tworzeniem swobód gospodarczych i upowszechnianiem własności prywatnej.

 

Donald Tusk i Tadeusz Aziewicz podczas KLD w 1989 roku.  Fot: Maciej Kostun z FB / Tadeusz Aziewicz
Donald Tusk i Tadeusz Aziewicz podczas KLD w 1989 roku. Fot: Maciej Kostun z FB / Tadeusz Aziewicz

Korzenie Kongresu sięgają drugiej połowy lat 80., gdy w Trójmieście ukształtowało się środowisko opozycyjne, które sięgnęło po wzorce zachodniego liberalizmu. I pewnie pozostaliby małą, nic nie znaczącą grupką o charakterze towarzyskim (ich pasją była wspólna gra w piłkę), gdyby nie zaskakująca decyzja nowego prezydenta Lecha Wałęsy, który w styczniu 1991 r. powołał na premiera gdańskiego posła Jana Krzysztofa Bieleckiego. W ślad za nim weszło do rządu kilku innych działaczy KLD i dzięki temu Polska po raz pierwszy usłyszała o liberałach.

 

Adam Glapiński, który był ministrem w tym rządzie, wspominał, że „przesłaniem KLD w 1990 roku była przebudowa systemu bankowego i finansowego, a więc jasno mówiąc: ukrócenie władzy byłych komunistów z ministerstwa finansów. Po to Bielecki miał być premierem – i nic! Nie nastąpiła żadna zmiana”. Za to „Bielecki poumieszczał w radach nadzorczych jednoosobowych spółek Skarbu Państwa ludzi z Kongresu i swojego środowiska. (…) W takich spółkach urzędnik ministerstwa jest jednoosobowym walnym zgromadzeniem akcjonariuszy i pełnią władzy ekonomicznej. Nie musi się nikomu z niczego tłumaczyć, ma przy tym dostęp do finansów przedsiębiorstwa. Czterysta kilkadziesiąt osób usytuowano w tysiącu stu radach nadzorczych skomercjalizowanych firm. Jako, formalnie, członek rządu Bieleckiego – dowiadywałem się o tym z <Rzeczpospolitej>. Decyzja zapadała gdzieś między Bieleckim a Lewandowskim, pewnie w jakimś uzgodnieniu z Balcerowiczem. KLD z kilkunastoosobowej grupy osób siedzących w ostatnim rzędzie podczas konwentykli i seminariów zachodnich, bez środków finansowych, bez wejść w środowiska prywatnego biznesu, w ciągu roku stał się grupą mocno podbudowaną gospodarczo w strukturach władzy” („Lewy czerwcowy”, s. 117-119).

 

Partia szemranych biznesmenów

 

Donald Tusk z Czesławem Bieleckim. Za: 3obieg.pl / Zdjęcie pochodzi ze strony zbigniewwozniak.pl
Donald Tusk z Czesławem Bieleckim.
Za: 3obieg.pl / zbigniewwozniak.pl

Ten rząd istniał niespełna rok, ale był to rok bezustannej kampanii wyborczej, dzięki czemu partia premiera w październikowych wyborach 1991 r. zdobyła 7,5 proc. głosów. Do Sejmu weszło wówczas 37 posłów i 6 senatorów KLD, z których większość nie miała żadnego doświadczenia politycznego. O tej reprezentacji Kongresu pisał swego czasu dziennikarz „Gazety Wyborczej” Paweł Smoleński: „Parlamentarny klub KLD to były w zasadzie dwa kluby. Wewnętrzny, może dziesięcioosobowy, i zewnętrzny, o którym członkowie wewnętrznego – Lewandowski, Bielecki, Tusk – mawiali: <Boże, co nam się przytrafiło>. A przytrafili się np. poseł-biznesmen, karany za nielegalną działalność gospodarczą i zanieczyszczanie środowiska, senator umoczony w wiele afer, poseł-przedsiębiorca, aresztowany przez UOP za milionowe przekręty podatkowe. Ulica ochrzciła liberałów <aferałami>. (…) Skład parlamentarnego klubu liberałów wynikał z grzesznego pośpiechu: twórzmy jak najszybciej struktury, przyjmujmy chętnych, bo inni zajmą nasze miejsca. A także z momentu dziejowego – demokracja była w Polsce świeża, apetyty na władzę ogromne. Nie bez winy – i bez wyobraźni – byli również liderzy KLD. Polityczna poprawność – to były końskie okulary. Skoro do partii klei się facet zdeterminowany i prężny, obiecuje, że może to i owo, po co patrzeć mu na ręce?” („GW”, 10.09.2001 r.).

 

Właśnie zblatowanie się biznesu z polityką było cechą charakterystyczną ówczesnych liberałów. W grudniu 1992 r. Donald Tusk, który już wtedy kierował Kongresem, zapowiadał drastyczną kampanię przeciw pomysłowi 50-procentowego progu podatkowego dla najbogatszych, a jednocześnie przedstawił publicznie zupełnie kuriozalną ofertę, jaką Polska Rada Biznesu złożyła rządowi i parlamentowi: najwięksi biznesmeni mieliby dobrowolnie opodatkować się, by załatać dziurę budżetową, w zamian za co rządzący zapewniliby im ulgi inwestycyjne oraz dali gwarancję, że przez 5 lat nie zmienią systemu podatkowego. Autorami tego pomysłu byli Jan Kulczyk oraz Jan Wejchert, późniejszy współwłaściciel telewizji TVN.

 

Mimo złych doświadczeń z Sejmu I kadencji, w wyborach 1993 r. z list KLD ponownie startowało wielu biznesmenów, np. w Zielonej Górze listę otwierał wiceprezes Business Centre Club Jeremi Mordasewicz. Sam Tusk, pytany po wyborczej porażce, skąd pozbawieni poselskich diet liberałowie wezmą fundusze, odpowiedział: „Sądząc z gestów, jakie wykonują wobec nas biznesmeni z Business Centre Club, starczy pieniędzy, by utrzymać polityczny staff KLD” („GW”, 2-3.10.1993 r.).

 

Polacy odrzucili liberałów

 

Kongres Liberalno-Demokratyczny kojarzył się głównie z liberalizmem gospodarczym, dlatego mało kto pamięta inne deklaracje programowe tej partii. Tymczasem obradująca w październiku 1992 r. w Gdańsku-Sobieszewie Krajowa Konferencja Programowa KLD przyjęła deklarację, w której stwierdzono m.in.: „Ustawodawstwo powinno respektować wolność przekonań poprzez uznanie, że prawo państwowe nie jest środkiem realizacji zasad wiary. (…) Powszechnie obowiązujące prawo nie może być stanowione w ścisłym związku z normami jakiejkolwiek religii. (…) Niedopuszczalne są próby kwalifikowania osób na stanowiska w administracji państwowej ze względu na ich światopogląd. (…) Umieszczenie na świadectwie państwowej szkoły oceny z religii jest naruszeniem prawa do prywatności przekonań”. Partia Tuska uznała też aborcję za „zło społeczne”, ale jednocześnie stwierdziła, że „przeciwstawianie się jej za pomocą represji karnych jest nieskuteczne i może wywołać zjawiska patologiczne. Skuteczną formą walki z aborcją mogłaby być oświata seksualna i antykoncepcja”.

 

Kwintet reformatorów. Fot. za polskatimes.pl
Kwintet reformatorów. Fot. za polskatimes.pl

Wielka kariera KLD zakończyła się niespodziewanie we wrześniu 1993 r., gdy w przedterminowych wyborach partia uzyskała niespełna 4 proc. głosów i znalazła się poza Sejmem. Stało się tak pomimo – a może właśnie z powodu – drogiej, typowo amerykańskiej kampanii wyborczej pod zupełnie oderwanym od rzeczywistości hasłem: „Milion nowych miejsc pracy”. Jakże charakterystyczna była relacja „Gazety Wyborczej” (20.07.1993 r.) z jednej z imprez KLD: „Na swoją konwencję wyborczą w warszawskim kinie <Capitol> liberałowie poszli w pochodzie z orkiestrą dętą na czele. Przemaszerowali główną arterią stolicy – ul. Marszałkowską. Kandydaci na posłów machali nielicznym gapiom małymi chorągiewkami z emblematami Kongresu. Warszawiacy reagowali różnie. <Dzieci nie mają co jeść, a ci tu się bawią> – to jedna z nieprzyjaznych opinii, które usłyszał reporter <Gazety> na trasie pochodu”.

 

Drużyna kumpli z KLD

 

Po przegranych wyborach KLD połączył się z UD, tworząc Unię Wolności. To z jej ramienia Donald Tusk był w latach 1997-2001 wicemarszałkiem Senatu. Platformę Obywatelską utworzył zaś dopiero wtedy, gdy już mało kto pamiętał o jego pierwszym wcieleniu politycznym. W ten sposób wyciągnął praktyczne wnioski z wydarzenia, o którym opowiadał ponad 20 lat temu: „Niedawno w Gdańsku podeszła do mnie jakaś pani. – O, pan Tusk! – powiedziała. – Bardzo pana lubię, cała moja rodzina kibicuje panu. Mam tylko jedną prośbę, niech pan zrobi wszystko, żeby ci okropni liberałowie znów nie doszli do władzy” („GW”, 13.08.1992 r.). Nic dziwnego, że Platforma nigdy nie nazwała się partią liberalną, a jej lider nie nawiązuje do dziedzictwa KLD. Ale to nie znaczy, że odciął się od swoich korzeni.

 

Jan Rokita wspominał, że od początku istnienia PO obecny premier „był konsekwentny w podtrzymywaniu więzi w wąskim KLD-owskim kręgu (…). Dlatego także w Unii Wolności tzw. liberałowie zachowali swoją odrębność i gdy po konflikcie z Geremkiem Tusk dał sygnał do wyjścia, wymaszerowali z niej równie karnie, jak karnie do niej wmaszerowali. Myślę, że Tusk musiał zawsze zakładać, że jeśli jakiś wehikuł wyniesie go kiedyś do władzy, to jego napędem muszą być kumple z KLD. I miał rację” (J. Rokita, „Anatomia przypadku”, s. 218-219).

 

Trudno się temu dziwić, skoro sam Tusk zawsze zdawał sobie sprawę, że wszystko, co osiągnął, zawdzięcza Kongresowi. „Karierę szybką, chyba błyskotliwą, zrobiłem przy Bieleckim, kiedy został premierem, Lewandowski ministrem, a ja szefem Kongresu. Karierę nieuzasadnioną moją ciężką pracą” – z rozbrajającą szczerością przyznawał przed laty („Rzeczpospolita”, 12.12.1998 r.).

 

Między Schetyną a Bieleckim

 

Dlatego dawni liberałowie stanowią do dziś najbliższe otoczenie lidera, choć trzeba też przyznać, że dla tych, którzy Tuskowi zaczynają zawadzać, nie ma on żadnej litości. Przekonał się o tym niedawno Grzegorz Schetyna, który w 2006 r. wyrzucał Pawła Piskorskiego z PO i dzięki temu awansował na pierwszego zastępcę Tuska, a dziś sam został zmarginalizowany i stracił wszystkie istotne funkcje.

 

Schetyna i jego ludzie (tacy jak Rafał Grupiński czy Andrzej Halicki) pozostają jednak w Platformie, a sam Tusk ich nie wyrzuca, obawiając się zapewne, że mogliby – tak jak teraz Piskorski – ujawnić kulisy jego polityki. Podobnie jest w przypadku Mirosława Drzewieckiego, wieloletniego skarbnika PO, a w czasach, gdy był posłem KLD, sponsora „wesołego życia” liderów tej partii. „Mirek na imprezach był duszą towarzystwa, a po nich płacił rachunki, bo my byliśmy gołodupcami. W środowisku sejmowym szybko znalazł się blisko wybranego na szefa Kongresu Donalda Tuska” – wspominał jeden z dawnych działaczy tej partii („Rzeczpospolita”, 9.11.2007 r.). Po aferze hazardowej w 2009 r. Drzewiecki stracił fotel ministra sportu, a potem mandat poselski, ale sam nie ukrywa, że do dziś utrzymuje z Tuskiem kontakty towarzyskie.

 

Nauzyciel z "prymusem" Fot. za niezlomni.pl
Nauczyciel z „prymusem”.  Fot. za niezlomni.pl

Jednak najbardziej wpływową postacią w otoczeniu Tuska pozostaje Jan Krzysztof Bielecki. Od czterech lat jest przewodniczącym Rady Gospodarczej przy premierze, w której zasiada także kilka innych osób niegdyś związanych z KLD: prof. Dariusz Filar, ekonomista z Uniwersytetu Gdańskiego (przez wiele lat był członkiem redakcji „Przeglądu Politycznego”, wydawanego przez gdańską Fundację Liberałów), prof. Ireneusz Krzemiński, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego (niegdyś należał do KLD i kandydował z listy tej partii do Sejmu), czy Aleksandra Wiktorow, była wiceminister pracy i szefowa ZUS (również startowała do Sejmu z listy Kongresu).

 

Janusz Palikot, który dobrze poznał stosunki panujące w otoczeniu Tuska, napisał, iż Rada z Bieleckim na czele powstała po to, „by ci, którzy mają jakieś interesy do załatwienia, chcą kupić jakąś fabrykę, wziąć udział w prywatyzacji, zdobyć koncesję czy zalobbować za jakimś rozwiązaniem, mieli gdzie przyjść. Wszystkie przepisy i decyzje gospodarcze rządu przechodzą przez tę radę. A że jest ona tylko organem doradczym premiera i w praktyce pozostaje w ogóle poza kontrolą… Nie ma tam ani ksiąg wejść i wyjść, ani możliwości prześledzenia, czym konkretnie się zajmują, jakich rekomendacji udzielają, kto dociera do Bieleckiego, czy jest to może ktoś, kto akurat bierze udział w jakimś procesie gospodarczym. Cały mechanizm jednak funkcjonuje za zgodą i wiedzą samego Tuska. To w istocie bardzo nowoczesne rozwiązanie: premier ma realny wpływ, może komuś pomóc, ale nie ma możliwości, by ktokolwiek postawił mu za to zarzut”. Palikot dodaje, iż Bielecki „załatwia pewne sprawy nie tylko w interesie osobistym, ale też w interesie Tuska. W ten sposób budowany jest ich świat wpływów. (…) To jest sfera narzędzi polityki. Także personalnej, wobec dawnych kompanów z KLD” (J. Palikot, „Kulisy Platformy”, s. 205-206).

 

Wzloty i upadki liberałów

 

A tych „kompanów z KLD” nadal jest w Platformie wielu, choć kariery niektórych z nich w ostatnim roku gwałtownie się załamały. Sławomir Nowak stracił fotel ministra transportu i musi się tłumaczyć przed sądem ze swoich zegarków, jego zastępcaTadeusz Jarmuziewicz został odwołany za niedozwolone kontakty towarzyskie z przedstawicielami firmy budującej autostradę,Krzysztof Kilian (niegdyś minister łączności w rządzie Suchockiej) stracił fotel prezesa Polskiej Grupy Energetycznej, gdy nie chciał finansować zapowiedzianych przez Tuska remontów elektrowni, zaś Jacek Protasiewicz zrezygnował z kandydowania do Europarlamentu po kompromitującej awanturze na lotnisku we Frankfurcie.

 

Nadal jednak ministrem obrony pozostaje Tomasz Siemoniak, wicemarszałkiem Sejmu Cezary Grabarczyk, szefem sejmowej Komisji Skarbu Państwa Tadeusz Aziewicz, a wojewodą mazowieckim Jacek Kozłowski. I oczywiście nadal urzęduje polski komisarz w Brukseli Janusz Lewandowski (ponownie kandydujący do Europarlamentu), któremu już dawno zapomniano dziesiątki skandalicznych prywatyzacji i autorstwo programu Narodowych Funduszy Inwestycyjnych w czasach, gdy był ministrem przekształceń własnościowych. A to przecież były największe grzechy „aferałów” z KLD!

Paweł Siergiejczyk

Artykuł ukazał się w najnowszym numerze tygodnika „Nasza Polska” Nr 19  (962) z 6 maja  2014 r.

Źródło: http://www.naszapolska.pl/index.php/categories/polska/18339-tajemnice-aferalow – 16 maja 2014

Przeczyta więcej artykułów Pawła Siergiejczyka …. tutaj .

Wybór zdjęć wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2014.05.17.

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci