Ewa Polak-Pałkiewicz: Pułapka w pułapce


Po lekturze mojego ostatniego tekstu „Pożegnanie za narracją” niektórzy czytelnicy uznali, że lekceważę zagrożenie płynące ze strony tzw. ideologii gender.

Nic bardziej błędnego.

Zauważam tylko, że proponowane dziś metody walki z propagandą dewiacji dziwnie przypominają to, co niegdyś Sowieci usiłowali przedstawić światu zachodniemu – z wielkim powodzeniem – jako „walkę o pokój”. Wpycha się nas w nierzeczywistość.

Koncepty z serii: jak radzić sobie z zastraszającym zjawiskiem, że wciąż rodzą się nowe dzieci (a to, jak wiadomo zagraża ładowi światowemu), pojawiają się regularnie, od stu przynajmniej lat.

Najpierw była kampania na rzecz rozwiązłości, głównie nieletnich, i równocześnie z nią propagowanie aborcji jako najlepszego środka antykoncepcyjnego (wraz z nową odsłoną walki o prawa kobiet). Teraz jest promocja dewiacji związanych z tą najbardziej niebezpieczną (dla światowego ładu) sferą, jaką jest sfera przekazywania życia.

Warto w tym, co dzieje się dziś, dostrzec elementy zaplanowanej strategii i psychotechniki. I zdać sobie sprawę, że metoda oświecających masy wykładów uczonych mężów na temat różnic między płciami oraz listów protestacyjnych, a także marszów organizowanych przez specjalistów od zagadnienia gender, różne aktywne środowiska itd., oraz deklaracji podsuwanych do podpisu politykom, to nic innego jak lansowanie zbiorowych lamentów, które nie mają realnego znaczenia. Uleganie zaś nastrojowi, jakie tworzą „masowe protesty”, z towarzyszącymi im emocjami i nadziejami na wyrost, prowadzi do oszukiwania samych siebie. Do rozmiękczenia, rozpowszechnienia wygodnictwa. Nie ma wiele wspólnego z postawą, jaką powinien wobec zła zajmować człowiek wierzący.

Bo co to niby ma znaczyć: Zostawiłem swój podpis, a więc sprawa załatwiona. Bo ja jestem przeciw… Kogo moja deklaracja obchodzi? Kto się przejmie, że jakiś profesor wygłosił wykład? Są to wszystko działania pozorne, czyni się je  z a m i a s t  zajęcia naprawdę czynnej postawy.

Czym jest czynna postawa wobec zła? Wobec ideologii gender, ale także każdego publicznego kłamstwa, jawnej niesprawiedliwości, krzywdzenia kogoś, wykorzystywania, zastraszania…

Zajęła ją np. Marysia Sokołowska, licealistka  z Gorzowa Wielkopolskiego. Nie zasłaniała się żadną zbiorowością. Mówiła w swoim imieniu. Prosto i dobitnie.

Zajął ją Pułkownik Ryszard Kukliński. I wszyscy ci, którzy działają nieszablonowo i na własną odpowiedzialność, wykorzystując możliwości umysłu oświeconego światłem wiary.

Jean- Baptiste Simeon Chardin – Scena z guwernantką
Jean-Baptiste Simeon Chardin – Scena z guwernantką

Czynna postawa to jest trzeźwe zdanie sobie sprawy z istoty i źródeł zła oraz radykalizm ewangeliczny w działaniu. Jesteśmy radykalni nie ze względu na nasze interesy („prawa”), ale ze względu na Boga. Na miłość do Niego, którą jesteśmy winni Mu okazać. To jest nasz prawdziwy interes. Nasza inwestycja w wieczność. Bóg tego od nas oczekuje, żąda. To jest pierwsze i najważniejsze Przykazanie. Dlatego właśnie nie taimy prawdy, nie przeinaczamy jej, nie cofamy się na widok zła, nie chowamy się za „naszych przedstawicieli”, „aktywnych obywateli” etc. Każdą rzecz zgłębiamy, analizujemy, zastanawiamy się, czym ona jest. Osobiście zajmujemy stanowisko. Nazywamy zło, nieprawdę, kłamstwo ich właściwym imieniem. Nie cieniujemy.

Dlatego, że kochamy ludzi – bo kochamy Boga. Wierzymy Bogu.

 

Nie mówimy o żadnym dialogu, wyważaniu racji. Nie zastrzegamy się: Tak, ale... (Jak czynią to złotouści publicyści prawicowiw sprawie Katastrofy Smoleńskiej).

Nie czynimy nic zbiorowo. Bo to tylko puste gesty, mnożenie makulatury. Nie działamy „w imieniu zbiorowości”, „jako zbiorowość”. Bóg nas traktuje indywidualnie. Zbawimy się pojedynczo. Na nikim też, do kogo skierowane są te apele i protesty nie robi wrażenia, że „jest nas już tylu”, „ostatnio przyłączyli się do nas…”, „możemy się wreszcie policzyć”. Presja, jaką rzekomo można w ten sposób wywierać na rządy, ustawodawców, jest fikcją. A wszystko to uczy tak naprawdę bierności i zamyka w pewnym infantylizmie.

Kupą, panowie, kupą, mawiano na kartach Sienkiewicza. Kupy nikt nie ruszy, dodawano za komunizmu w Polsce.

Ten żart wyrażał intuicyjne przekonanie, że w systemie, jaki nam zaaplikowano, wszelkie zorganizowane działania zbiorowe (masowe) mają charakter fasadowy, co wcześniej czy później musi się ujawnić. Są potencjalną pożywką dla grubszych manipulacji przy pomocy socjotechnik. Nie dają możliwości, by rzeczywiście walczyć ze złem, nie zaś z papierowym tygrysem. Wcześniej, czy później ludzie deklarujący się do udziału w tego typu akcjach obudzą się z ręką w wiadomym naczyniu. (Komuniści bali się wszelkich niezależnych organizacji społecznych, byli mistrzami w sterowaniu nimi i rozbijaniu ich od wewnątrz).

Jean-Baptiste Simeon Chardin – Kanarek
Jean-Baptiste Simeon Chardin – Kanarek

Dzis obserwujemy wielką powtórkę z czasów, gdy zachęcano nas usilnie, byśmy działali wspólnym frontem w wielkim tłumie, znajdując w nim wzmocnienie własnych motywocjiW tym celu tworzy się niekiedy sztucznie atmosferę zagrożenia.

Polskie Państwo Podziemne w okresie okupacji było skuteczne w zwalczaniu zła – niemieckiego terroru; pozwoliło też zachować ciągłość instytucjom państwowym, kulturalnym, oświatowym w skrajnie trudnych warunkach. Mieliśmy Państwo Polskie, choć nie mieliśmy zewnętrznej wolności. Ale nic nie robiło ono przy pomocy wielkich zgromadzeń i masowych akcji. Nie organizowało w żaden sposób zbiorowych emocji. Działało poprzez ludzi wybitnych, twórczych, zdecydowanych. Lojalnych wobec przywódców – którzy tak jak wszyscy ryzykowali życiem – i wobec Polski. Tylko tacy potrafią znaleźć wyjście z pułapki.

 

Potrzebny jest rycerz

Rozmowa dwóch starych AK-owców przed kościołem, z którego wychodzi wielki tłum rozwijający transparenty: „Patrz, my modliliśmy się przed walką. Oni się modlą zamiast walczyć…”

Nie udzielajmy więc – gdy poważnie traktujemy swoje chrześcijaństwo – łatwych pełnomocnictw tym, którzy chcieliby naswyręczyć w zwalczaniu zła. Żebyśmy sobie rączek nie pobrudzili. (Gotowi są to zrobić nawet za symboliczna kwotę. Tylko żebyśmy zapłacili… )

Gdy mamy zrobić coś dobrego, komuś pomóc, nie zastawiajmy się kolejnym Jurkiem O. Pomóc, np. mówiąc prawdę. Albo nie robiąc czegoś, chociaż wywiera się na nas presję. Róbmy to na własną odpowiedzialność. Inaczej będziemy czynili dokładnie to samo, co robili komuniści sowieccy organizując „walkę o pokój”, „akcje pokojowe”, które – jak przypominał Józef Mackiewicz – „poparte licznymi światowymi kongresami pokoju obediencji komunistycznej, stały się notorycznym sloganem interesów międzynarodowego komunizmu”. (Józef Mackiewicz, „W cieniu Krzyża”, Kontra, Londyn 1975)

Dziś namawia się nas w kółko byśmy nie byli bezczynni, nie zachowali się obojętnie – tylko wciąż coś podpisywali, klikali, wysyłali jakieś papiery. Presja jest coraz silniejsza.

„Rzecz obrócona została w ten sposób: Wszystko co zagraża tym interesom pojmowane jest jako agresja zagrażająca pokojowi światowemu”, pisze Mackiewicz. „Natomiast najbardziej nawet jawne agresje ze strony komunistów, mianowane są słuszną akcją wyzwoleńczą, wyrazem dążności ludzkich, nie naruszających lecz umacniających pokój”.

Jean-Simeon Chardin – Młoda nauczycielka
Jean-Simeon Chardin – Młoda nauczycielka

Wtedy straszono społeczność Zachodu perspektywą kolejnej wojny. Lęk było łatwo rozniecić, pamięć wojennej tragedii była świeża. Dziś podsuwa się nam pod oczy coraz okropniejsze obrazy wynaturzeń, nieraz z teatralnym wręcz przerysowaniem – a o to w epoce zaawansowanych technik medialnych jest łatwo – budząc poczucie zagrożenia, zwłaszcza w rodzinach. Czy nie robią tego ci sami, którzy dyskretnie sterują ruchem protestów? Jeśli katolicy będą się tylko w swoim kółku srodze gorszyć i podpisywać listy protestacyjne, czy maszerować na wiece, będą w ten sposób właśnie (umownie) umacniać pokój, dostarczać argumentów wiadomemu lobby, z którym chcą się zmagać (w sposób z góry określony i bez większego wysiłku). Jedno z drugim wydaje się być powiązane. Presja, by koniecznie coś spektakularnego robić, nie być obojętnym, ujawnia czyjeś interesy. Podstawowym jest to, byśmy byli jako społeczeństwo sterowalni.

Na Jarmarku cudów, jakim jest dzisiejsze życie publiczne dzieją się cuda, bo handlarze wiedzą jak i gdzie coś sprzedać, by się opłaciło. (Wiedzą to samo, co dziady proszalne z medalikami wionące alkoholem, pod Jasną Górą; dziady, które chcą nam gwałtem przypinać te medaliki wraz z ohydnymi kokardkami). Podwiązać się do czegoś – to jest sztuka. Dziady podwiązują się do medalików. Wielu się na to nabiera. Powiązać coś z czymś tak, byśmy nie dostrzegli, że robi się nas w konia, sprzedać  rzecz dobrą razem ze złą, to tradycyjna sztuczka jarmarczna. Wychodzi z tego wiązanka z ograniczoną świeżością, częściowo zgniła.

Dobre jest w tym wypadku to, że choć bez większego wysiłku, to jednak zajmuję miejsce w jakimś zbiorowym proteście, złe – że czuję się w ten sposób zwolniony z radykalnych działań w moim własnym zakresie – a one są moim obowiązkiem (przy okazji zbiorowemu protestowi przypisuję znaczenie, którego on nie posiada).

Jedna z najskuteczniejszych manipulacji polega na tym, że zaczynamy na wyrost wierzyć ludziom, którzy do nas podchodzą i mówią: Jestem bojownikiem twojej sprawy. Zapłać mi, poprzyj mnie w wyborach etc. Zobacz, jak mi do twarzy z twoim poparciem. Pójdę z tym do parlamentu. Będę walczył na trybunie. Sam nie musisz nic robić. Jesteś kryty. Żyj sobie spokojnie.

Jean-Simeon Chardin
Jean-Simeon Chardin

Walka ze złem moralnym przez mojego przedstawiciela nie jest żadną walką. Demokratycznie nie da się pokonać smoka. Potrzebny jest rycerz. Stanowisko trzeba zająć osobiście. Nie dać się złamać. Nie przytakiwać, nie kłaniać się pochlebcom, nie słodzić. Mieć odrębne zdanie, bronić go, bez względu na koszty. Nie posłać dziecka do przedszkola jest trudniej niż złożyć podpis lub kliknąć we wskazane miejsce na ekranie. Powiedzieć w oczy, przy innych, nie jest komfortowo. Sprzeciwić się grupie, która naciska, żeby tylko było kulturalnie, dyskretnie i uprzejmie, bez wyciągania toporu wojennego, bo świat nie jest czarno-biały itd.– to nieraz bardzo trudne, to kosztuje.

A przy tym głosować na tego, kto jest prawdziwą, nie podkolorowaną opozycją, kto ma głowę na karku i potrafi myśleć politycznie. Nie nabierać się na umizgi partyjek, których jedynym zadaniem jest odebrać głosy PiS-owi – to postawa realistyczna. Wyrzucić telewizor, odłączyć się od audycji politycznych indoktrynujących w duchu dialogu. Uczyć dzieci w domu, zamiast narazić je na indoktrynację w instytucji państwowej zwanej szkołą, gdy państwo nie jest suwerenne – to Himalaje. A jednak tego żąda od nas Ewangelia Jezusa. Iść w Himalaje. Nie liczyć przy tym na siebie, tylko na łaskę Boga.

Przemiany posoborowe, wykwit epoki dialogu z komunizmem, oduczyły nas bycia katolikami w życiu publicznym. Cieniujemy, omijamy niewygodne tematy, mówimy wciąż: Tak, ale. Podajemy rękę tym, którym ręki podawać nie wypada. Pytamy: Cóż to jest Prawda? Nie jesteśmy radykalni w obronie Prawdy.

Poza tym – warto pamiętać, że tzw.

gender to zasłona dymna

Sposób, by zatrzymać naszą uwagę, zaangażować nas w coś emocjonalnie, podczas, gdy wokół nas dzieją się o wiele ważniejsze rzeczy. Gdzie nasze zaangażowanie jest naprawdę potrzebne.

W gwarze uczniowskiej metoda ta nazywa się dryfem. Można o niej przeczytać w „Sposobie na Alcybiadesa” Niziurskiego.

Klasyczny dryf polega na tym, że ten kto wyprodukował jakąś przykuwającą uwagę historię (zagrożenie społeczne związane z patologią – kulturową, obyczajową, czy fałszywą ideą itp.) sprawuje zarazem kontrolę nad tym, jak zainteresowanie nią się rozwija. Oraz czerpie z tego korzyści (również materialne).

Dziś zakłada się dość powszechnie, że genderyzm został wyprodukowany na Zachodzie. Przypomnijmy więc Europę w 1919 i 1920 roku – Polskę, Niemcy, Węgry, które próbowali podbić bolszewicy. Dla bolszewików bolesnym ciosem było, że nie udało się we wszystkich tych krajach – Sowieci mieli tu swoje wpływy – pozyskać robotników. Ani w Niemczech, ani w Polsce, ani na Węgrzech. Bo ludzie ci, choć prości, byli patriotami. Nie przyłączyli się do rewolucji „wznieconej w ich imieniu”.

Przypomnijmy zwłaszcza opanowane przez bolszewizm Węgry, reżim Beli Kuna.

„Trocki chciał sprawić, by Armia Czerwona była ostrzem włóczni rewolucji. Napadł na Polskę, lecz został cofnięty przez polskich patriotów dowodzonych przez marszałka Piłsudskiego”, pisze  Patrick J. Buchanan w książce „Śmierć Zachodu” „Nie udało się nic z tego, co przewidywali marksiści… Robotnicy Zachodu, mityczny proletariat, odmówili grania roli, którąwyznaczyła im historia”.

Robotnicy nie zamierzali w żadnym z tych krajów „upominać się o swoje prawa”, bo żyło im się w kapitalizmie zupełnie dobrze, ale nade wszystko dlatego, że dusza tej grupy społecznej była przez dwa tysiące lat nasączona chrześcijaństwem, co uczyniło ją ślepą na jej prawdziwy interes klasowy”.

Rozczarowanie Sowietów było ogromne. „Postawiwszy wszystko na klasę robotniczą, marksiści postawili na niewłaściwego konia”.

Agent sowiecki, Węgier György Lukács wiedział już wtedy, że potrzebne jest inne zgoła podejście. „Jedyne rozwiązanie widziałem w rewolucyjnej destrukcji społeczeństwa”, pisał w swoich wspomnieniach. „Ogólnoświatowa zmiana wartości nie może mieć miejsca bez unicestwienia przez rewolucjonistów starych wartości i stworzenia nowych”.

„Jako ludowy komisarz do spraw kultury za czasu reżimu Beli Kuna, Lukács – pisze Buchanan – wprowadził w życie, jak sam je określił >demoniczne< idee, znane później jako >terroryzm kulturalny<. W ramach owego terroryzmu, wprowadził do węgierskich szkół radykalny program edukacji seksualnej. Dzieci uczono o wolnej miłości, stosunku seksualnym, archaicznym charakterze wzorców rodzinnych średniej klasy, nieaktualności monogamii i bezzasadności religii, która odbiera człowiekowi wszelkie przyjemności. Także kobiety były wzywane do walki przeciwko seksualnym obyczajom tamtych czasów”.

 

To wszystko działo się w kraju naszych węgierskich bratanków już przed stu laty. „Za promowaniem przez Lukácsa rozwiązłości wśród kobiet i dzieci, ukryty był prawdziwy cel: zniszczenie rodziny – podstawowej instytucji chrześcijaństwa i zachodniej kultury”.

O tym zaś, co działo się w tej dziedzinie u nas i w innych krajach za Żelazną Kurtyną w latach 50., 60., 70., można sobie przypomnieć przeglądając w czytelni numery „Przyjaciółki”, komunistycznego czasopisma dla kobiet.

Zgniły Zachód?

A im bardziej staje się on zgniły, tym bardziej jaśnieje pewna postać na Wschodzie. Tam, gdzie rodzą się Wielcy Obrońcy Pokoju. W kraju, gdzie kwitnie, tak łatwe do zauważenia przez wszystkich, szczęście rodzin – rodzą się takżePrawdziwi Obrońcy Rodzin… I „wartości konserwatywnych”. Chiny Ludowe znane są także z bezkompromisowej Obrony Życia.

Węgrzy przegnali Belę Kuna, Lukácsa i bolszewików, bo byli patriotami i mieli patriotycznych oraz wielkiej wiary katolickich księży. Jednym z nich był późniejszy męczennik komunizmu kard. Józef Mindszenty.

Również Austriacy dobrze wiedzieli, w latach 40. XX wielu, przy próbie okupacji bolszewickiej, jak należy z tym walczyć. Nie podpisywali listów protestacyjnych, nie szli na wiece, gdzie wykrzykuje się hasła w rodzaju: „Domagamy się…”, „Żądamy…”, „Nie pozwolimy….”, „Są nas tysiące…”. Chwycili za broń prawdziwą, za różańce. Tak samo jak Polacy w przededniu Bitwy Warszawskiej.

Czerwonoarmiści po prostu się wynieśli.

Dlaczego jeszcze organizowanie zbiorowej „obrony przed gender” przypomina „walkę o pokój”, jaką toczył Związek Sowiecki począwszy od lat 50. XX wieku, a nawet dużo wcześniej?

„W roku 1931 sekretarz Komitetu Wykonawczego Kominternu Dymitr Z. Manuilski oświadczył: „….Do zwycięstwa potrzebny jest moment zaskoczenia. Burżuazja musi być uśpiona. W tym celu zaczniemy od rozniecania najbardziej teatralnego >ruchu pokojowego<, jaki kiedykolwiek egzystował. Nastąpią najbardziej elektryzujące propozycje i ustępstwa z naszej strony…Kapitalistyczne kraje, w ich głupocie i dekadencji, zgodzą się z przyjemnością przyłożyć rękę do własnej zguby. Podpełzną na lep okazji ku nowej przyjaźni. I z chwilą, gdy rozluźni się ich pas bezpieczeństwa, zdruzgoczemy ich uderzeniem naszej pięści”. („W cieniu Krzyża”)

A może też burżuazja – czyli dziś: wszyscy ludzie normalni – ma być zdezorientowana? Wietrząca niebezpieczeństwo akurat nie z tej strony, z której powinna?

 

Nie mówmy więc o dialogu z tymi, którzy ideologii gender patronują, gdy trzeba zło nazwać złem, kłamstwo kłamstwem. Nie mówmy też, że grozi nam ideologia gender, gdy Pan Bóg dał nam wszelkie wyposażenie, by złu nie ulegać. Jest nim nasz rozum i łaska stanu. Nie walczymy o własnych siłach.

Stopniowo zmieniaja się ludzie

Jean – Simeon Chardin – Praczka
Jean – Simeon Chardin – Praczka

Pewien wybitny działacz związkowy powiedział kiedyś – wspomina prof. Adrien Loubier – że według niego tym, co się najbardziej liczy, nie są cele ruchu związkowego, lecz środki, jakimi się on posługuje. >To właśnie środki – ujawnił – determinują sposób myślenia, dzięki któremu stopniowo zmieniają się sami ludzie<”.  

Protesty, wiece, marsze, demonstracje, strajki powszechne są dziś  uznawane za działania polityczne mające niezawodną siłę sprawczą. Jeśli tylko organizacja protestu będzie na poziomie, pożądany skutek polityczny jest zapewniony. Decyduje wola powszechna. To ona ma być źródłem prawa… Jednocząc się ustanawiamy wzajemne braterstwo. Tworzymy siłę, bojesteśmy razem. (To fragment mojego tekstu „Tłum czyli nieład. Wszyscy, czyli nikt” sprzed roku; cytuję go również ze skrótami poniżej).

Prymas Stefan Wyszyński bardzo szanował ludzi upominających się o pracownicze prawa w komunizmie. Bronił ich wielokrotnie wobec komunistycznych władz. Ale dziś wiadomo, iż  doskonale sobie uświadamiał, że broń skrajnie zdesperowantych ludzi, z których system zamierzał zrobić niewolników, broń strajkowa  – a decyzja o strajku zapada metodą głosowania – jest lontem, który może wywołać reakcję łańcuchową. Nieprzewidywalną. Ludzie, którzy wystąpili w obronie swoich praw mogą się stać narzędziem w rękach o wiele sprytniejszych. Prymas był w tej świadomości osamotniony. Wiedział, że może w Polsce nastąpić ciąg wypadków, które raz rozkręcone nie dadzą się zatrzymać. Nie na tym polega racjonalna polityka. Na końcu tego łańcucha wydarzeń może mieć miejsce sytuacja, której nikt z bojowników „słusznej sprawy” nie uzna za zwycięstwo. (…)

Prymas Polski był realistą, bo był Synem Kościoła. Oskarżano go, że „sprzyja władzom”, że nie dowierza prostym uczciwym ludziom. Że czarno widzi. Że jest konserwatystą. Prymas Tysiąclecia miał też wyrobione zdanie o pochodzeniu hasła, które każdy protest pracowniczy ma „w tyle głowy”: wolność, równość, braterstwo. Wiedział, że „prawa człowieka” są przeciwstawiane prawom Boga.

Kościół zawsze mówił o powinnościach człowieka. Powinnościach wobec Boga. Tam, gdzie odrzuca się obiektywne prawo moralne pojawia się wola, by wszystko oprzeć na żądzach człowieka. „Oto radykalny przewrót: – przypomina prof. A. Loubier  – wyniesienie stworzenia ponad Stwórcę… Tu jest dusza Rewolucji, według prawdziwego znaczenia słowarevolvere: odmienić, odwrócić porządek rzeczy”.

Ale i w tej kwestii Prymas Wyszyński był osamotniony w samym Kościele. Było 15 lat po Soborze.

 

Zauważmy jak szybko przy stoczniowcach w sierpniu 1980 roku pojawili się „doradcy”, którzy wiedzieli lepiej. Dziś role doradców pełnią „profesjonaliści” organizujący perfekcyjny – jak zapewniają – protest „w obronie praw rodziny”, „ prawnie zawartego małżeństwa”, dzieci itd. Wtedy „doradcy” przestrzegali przed postulatami, które miały inspirację katolicką – a w 1980 roku było ich wiele. Kpili z „prawdziwych Polaków”, jak szyderczo określali katolików w szeregach związku. Za swój cel uznali radykalizowanie sytuacji politycznej. Głos Kościoła, głos Prymasa Polski – który znał komunistów lepiej niż ktokolwiek – i jego wezwanie do ostrożności, umiaru i rozwagi także w korzystaniu z usług doradczych – pozostał nie wysłuchany.

Ci uczestnicy ruchu „Solidarności”, którzy obserwując postępujące rozwodnienie postulatów moralnych nie byli w stanie przeciwstawić się presji lewicowych „autorytetów moralnych”, ludzi zasłużonych dla PZPR i dobrze widzianych na europejskich salonach, i ich trąbieniu o „prawach człowieka”, musieli wcześniej czy później, uznać swoją klęskę. Wciągnięci w zębate tryby mechanizmu związkowegoktóry działał już na pełnych obrotachnieuchronnie musieli zostać zmieleni w drobną kaszkę, jak ujmuje A. Loubier.

Dzięki umiejętnemu sterowaniu naszymi emocjami jesteśmy tak przeświadczeni o swojej sile, my, lud, że nawet liczymy nasprawiedliwość niesprawiedliwych…  Stąd też pochodzi naiwne wyobrażenie, że skoro rodziny, prawnie zawarte małżeństwa– ewidentnie „mają rację” w kwestiach tzw. gender, to rząd ugnie się przed ich perswazją. Nierealistyczne jest założenie, że „lud ma prawo”, jak i to, że można coś osiągnąć metodą dialogu. Prawa naturalnego nie zabezpieczy się ani na ulicy, ani przez listy protestacyjne.

Wydarzenia tego typu, gdy spojrzymy na nie z perspektywy historycznej, uczą nas, że ideał demokratyczny jest wewnętrznie pusty. Każda demonstracja, każdy słuszny protest, zamieni się – wcześniej czy później – w przeciwieństwo tego, co stało u jej początków. W posłuszny instrument władzy politycznej, zręcznie obracany w jej rękach w celu zaprowadzenia nowego porządku. Zaiste, zmieniać trzeba wiele – i bardzo umiejętnie – by wszystko mogło zostać po staremu.

Jean- Simeon Chardin – Modlitwa przed posiłkiem (fragment)
Jean- Simeon Chardin – Modlitwa przed posiłkiem (fragment)

I wszystko zostanie po staremu,  a dodatkowo zyska nową dynamikę, wyraźne przyspieszenie, o ile uczestnicy demonstracji  i protestów, apeli i petycji  rozpoczętych w słusznej sprawie, „w obronie praw człowieka” , „w obronie praw rodziny” – nie uznają, że ponad władzą, jaką rozporządza owa mityczna „większość”, „reprezentacja”, „przedstawiciele rodzin”, „kolegiów”, „rad” etc. jest Rzeczywistość Niezmienna – Bóg w Trójcy Jedyny.

 

I że nigdy – bez uznania zwierzchnictwa osobowego Boga, Jezusa Chrystusa, Króla królów, w dziedzinach, których uzdrowienia tak bardzo by pragnęli – nie będzie istniał w żadnym państwie żaden ład.

Mówi się tak wiele o tym, że władza państwowa pochodzi od Boga. Nadużycie tego stwierdzenia jest dziś doprowadzone do ostateczności. Bo dzisiejsze państwo pokazuje wszystkim, że to ono chce być bogiem.

Tylko państwo uznające ład prawdziwy, ład nadprzyrodzony – i dlatego właśnie szanujące obywateli – zapewni ład moralny w tym społeczeństwie. Bo ład w państwie, sprawiedliwość i porządek – tak samo jak ład moralny w rodzinach – nie opierają się na roszczeniach. Opierają się na powinnościach. Na obowiązkach wszystkich, zgodnie z nich stanem, wobec Boga. Politycy, przywódcy państwa ponoszą wielką odpowiedzialność przed Bogiem. Na tym, że wypełniamy jak najlepiej obowiążki stanu polega miłość Boga, który jest Ojcem wszystkich.

Państwa giną, gdy przestają uznawać Kościół katolicki dochowujący Bogu wierności, strzegący nienaruszalności doktryny, za jedynego Strażnika, ustanowionego przez Boga, całego prawa moralnego – naturalnego i objawionego. Polska budowana bez uznania tego zwierzchnictwa, zwierzchnictwa także nad wszelką władzą świecką, po prostu nie ma szans na istnienie.

_____________

Prof. Adrien Loubier, „Grupy redukcyjne. Techniki sterowania i manipulacji wewnątrz stowarzyszeń”. Wyd. Antyk – Marcin Dybowski  

Ewa Polak-Pałkiewicz

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz