Robert Winnicki: Nie zmieniły się fundamenty, na których opierać się musi każde społeczeństwo, które chce trwać i rozwijać się.


NARODOWCY.NET

O Dmowskim, Rosji i polskich wyzwaniach – rozmowa z Robertem Winnickim

 

Robert Winnicki, Ruch Narodowy. Fot. narodowcy.net
Robert Winnicki, Ruch Narodowy.
Fot. narodowcy.net

„Fundamentalna wojna kulturowa, cywilizacyjna, jaka odbywa się również w naszym kraju, nie unieważnia starych jak świat sporów o charakterze geopolitycznym. Rosja jest naszym, znacznie silniejszym, sąsiadem i rywalem w tej części Europy, a jej powrót do imperialnych ambicji wiąże się z wieloma problemami również dla Polski. Ale jeśli ktoś próbuje skoncentrować cały wysiłek intelektualny i polityczny Polaków na walce z Rosją, to oczywiście sprowadza ten wysiłek na manowce” – mówi w rozmowie z naszym portalem Robert Winnicki, lider Ruchu Narodowego oraz Honorowy Prezes Młodzieży Wszechpolskiej.

Niedawno obchodziliśmy 150. rocznicę urodzin Romana Dmowskiego, ojca polskiej idei narodowej. To ważna data, myśl Dmowskiego jest jeszcze aktualna?
Bardzo ważna. Aktualność myśli Dmowskiego potwierdza zaś przede wszystkim sytuacja, w jakiej znajdujemy się równe sto lat od wybuchu I wojny światowej.

Chce Kolega powiedzieć, że niewiele się przez te sto lat zmieniło?

Zmieniło się bardzo wiele. Sytuacja jest pod wieloma względami nieporównywalna. Diagnozy Dmowskiego zachowują aktualność przede wszystkim w zakresie psychologii społecznej Polaków. To bym postawił jako najważniejszy akcent.
Ale Dmowski to przede wszystkim polityk, a nie psycholog społeczny?
Każdy polityk musi być takim psychologiem, inaczej żaden z niego polityk. Choć nie brakuje ludzi, którzy wyobrażają sobie, że żywej, aktywnej polityki, odbywającej się w dynamicznym środowisku społecznym i międzynarodowym można nauczyć się studiując wyłącznie podręczniki doktryn.
Wysiłek Dmowskiego i jego dzieło to przede wszystkim trzy obszary. Po pierwsze – wychować nowy typ Polaka – konkretnego, zdyscyplinowanego, zorganizowanego, twardo stąpającego po ziemi. Aktywnego, dynamicznego, zmieniającego rzeczywistość. Po drugie – zorganizować naród; uczucia i myślenie narodowe wpoić masom, nauczyć Polaków długofalowego, skutecznego działania. Krótko mówiąc – zbudować polską, samodzielną siłę. Po trzecie – nauczyć Polaków myślenia kategoriami siły i interesu narodowego, wydobywania energii i zręcznej gry politycznej. Wykształcić takie elity polityczne.
Wszystkie główne patologie polskiej mentalności, niedojrzałości, kompleksów, dziecinnego podchodzenia do polityki i stosunków międzynarodowych, wszystko to, co Dmowski, diagnozował, piętnował, z czym walczył i co naprawiał – to wszystko, niestety, ciągle, lub na powrót, aktualne polskie problemy.

Co w takim razie się zmieniło? A co się nie zmieniło?

Dmowski pisał o Polakach jako o narodzie młodym, dynamicznym. To było prawdą 100, 80 a nawet i 50 lat temu. Nie jest to już, niestety stan dzisiejszy. Polacy się pod wieloma względami „zestarzeli”. W narodzie doszło do znaczącego rozkładu, upadku woli życia i rozwoju. Obecne poruszenie patriotyczne, widoczne w części młodego pokolenia, to ostatni dzwonek, jedna z ostatnich opcji w najbliższej przyszłości, na wykrzesanie energii zdolnej dokonać przełomu narodowego. Nie zmieniły się, jak wspomniałem, nasze główne wady narodowe, diagnozowane i przeciwstawiane programowi narodowej modernizacji choćby w „Myślach nowoczesnego Polaka”.
Wbrew zaklęciom globalistów nie zmienił się konkurencyjny charakter stosunków międzynarodowych, w których decydują siła oraz interes państwa. Wbrew neokolonialnej polityce Zachodu, coraz bardziej staje się oczywiste, że również dziś własność w polskich rękach, własność przedsiębiorstw, ziemi, warsztatów pracy, ich rozwój – to jedne z kluczowych elementów suwerenności i dostatku. Nie zmieniły się fundamenty, na których opierać się musi każde społeczeństwo, które chce trwać i rozwijać się – silne, sprawne państwo, religia, zdrowa rodzina, szkoła wychowująca w oparciu o tradycyjne wartości i dyscyplinę, zdrowa gospodarka, silna armia i duch wojskowy w narodzie.
W czym przejawia się wspomniane „zestarzenie” naszego narodu?
Przede wszystkim w demografii i w kulturze. Wiek temu przeżywaliśmy boom demograficzny, tymczasem od kilku lat zaczęliśmy wymierać biologicznie. I nie chodzi tylko o stosunek liczbowy, zmniejszanie się ilości Polaków. Bardzo ważna jest struktura wiekowa, mała liczba dzieci i młodzieży, co zwiastuje nadchodzącą w przyszłości stagnację, również mentalną.
W czym upatruje Kolega przyczyn takiego stanu rzeczy? Czy dalej cierpimy z powodu skutków II wojny światowej?

W dużej mierze tak. Ale nawet po tak straszliwej wojnie, w skrajnie niesprzyjających warunkach sowieckiej okupacji i marksistowskiego terroru byliśmy w stanie odbudowywać się biologicznie i podejmować walkę kulturową, którą prowadził przede wszystkim Kościół. Dopiero niemal półwiecze komunizmu, a następnie ćwierć wieku liberalizmu i konsumpcjonizmu doprowadziły do dzisiejszego stanu jałowości. Zwłaszcza ostatnie dwie dekady to prawdziwy huragan kulturowy.

Jakie stoją zatem dziś zadania przed Ruchem Narodowym? Co jest pierwszym, największym wyzwaniem?
Jest ich wiele, na wszystkich polach życia społecznego i politycznego, nie ma takiego frontu, który można by sobie odpuścić. Ale fundamentalny jest spór o system wartości i norm kulturowych, wyznawanych przez większość naszych rodaków. W ostatecznym rozrachunku istotą naszego narodowego być albo nie być w przeciągu najbliższych pięćdziesięciu – stu lat, jest właśnie to zmaganie. W warstwie idei prowadzimy walkę z liberalnym, materialistycznym antropocentryzmem, który prowadzi do ubóstwienia, postawienia na piedestał egoizmu jednostki połączonego z nihilizmem. W życiu publicznym oznacza on zgodę na pełen relatywizm, na równoprawność dobra i zła, fałszu i prawdy. Liberalny model, w którym wszystko jest względne i wszystko jest na „rynku idei” dozwolone (oczywiście jedynie teoretycznie, bo za wyjątkiem idei, które ten model podważają) przyjmowany jest dziś jako obowiązujący przez wszystkie parlamentarne siły polityczne. Absolutnie drugorzędny jest podział na prawicę, lewicę, „prawdziwą lewicę” czy „najprawdziwszą prawicę”.
Tymczasem ta ideologia lichwiarskiej międzynarodówki to swoisty komunizm XXI wieku – śmiertelne zagrożenie dla samych podstaw życia narodowego, bo rozkłada życie wspólnoty narodowej, uderza w tożsamość, rozbija rodziny. Obrona przed nią poprzez uzdrowienie wszystkich sfer życia publicznego, ale i rodzinnego, to podstawowe zadanie narodowców na najbliższe lata i dekady. Oczywiście – obrona aktywna, twórcza, zakładająca wzmacnianie tożsamości, rozwijanie kultury, odbudowę gospodarki, zerwanie neokolonialnych więzów nałożonych na nas przez ostatnie dwadzieścia lat, a nie tylko bierne narzekanie czy jałową kontestację.
A więc to nie Rosja jest największym wrogiem Polski? Od mniej więcej pół roku taki słyszymy głównie przekaz w największych mediach.
Fundamentalna wojna kulturowa, cywilizacyjna, jaka odbywa się również w naszym kraju, o której mówiłem wcześniej, nie unieważnia starych jak świat sporów o charakterze geopolitycznym. Rosja jest naszym, znacznie silniejszym, sąsiadem i rywalem w tej części Europy, a jej powrót do imperialnych ambicji wiąże się z wieloma problemami również dla Polski. Ale jeśli ktoś próbuje skoncentrować cały wysiłek intelektualny i polityczny Polaków na walce z Rosją, to oczywiście sprowadza ten wysiłek na manowce.
Czyli nie grozi nam inwazja armii rosyjskiej i rozpaczliwa obrona na linii Wisły?
W dającej się przewidzieć przyszłości – nie. Histeria jaką obserwujemy w tej sprawie w ciągu ostatnich kilku miesięcy, zwłaszcza jeśli zestawimy ją z brakiem jakiejkolwiek realnej debaty geopolitycznej w polskiej przestrzeni publicznej, praktycznie od 1989 roku, także w kontekście polityki wschodniej, to najlepszy przykład na zdziecinnienie, by nie rzec, zidiocenie naszych elit. Nie widać na horyzoncie scenariusza, który dawałby Putinowi dodatni bilans rachunku zysków i strat z bezpośredniego, militarnego atakowania Polski. Co nie znaczy, że nasze interesy nie ścierają się i nie będą się ścierać w przyszłości.
Pojawiają się też głosy wprost przeciwne – że należy dążyć do sojuszu z Rosją, bo pod rządami Putina to właśnie Rosja jest ostoją narodowej tożsamości, suwerenności i tradycyjnych wartości przeciwko globalistycznej międzynarodówce, której ideologię przedstawił Kolega jako główne zagrożenie. Co sądzi Kolega o takiej perspektywie?
Pojawiają się takie wizje. Niestety, najczęściej jako przejaw tych samych kompleksów, które niemal całej naszej klasie politycznej każą przyjmować wasalne stanowisko wobec Zachodu. Zauważmy, że mniej więcej na tym polega nadwiślańska debata o sytuacji międzynarodowej, że panowie i panie przerzucają się wizjami wobec kogo należy wywiesić białą flagę. PO twierdzi, a przynajmniej twierdziło do tej pory, że wobec Berlina, PiS widzi nas w roli petenta w Waszyngtonie i Tel-Awiwie, a Korwin-Mikke, mający ostatnio swoje pięć minut na scenie, starając się być niby-oryginalnym prezentuje momentami bardziej moskiewskie stanowisko niż Siergiej Ławrow. Wszystkim przyświeca z grubsza ten sam kompleks. Ten styl myślenia to droga donikąd. Próby ułatwienia sobie rozumienia sytuacji Polski, poprzez sprowadzenie jej do prostych, czarno-białych przeciwieństw i kreślenia placem po mapie, to dobre na zabawy w podstawówce, a nie na poważne debaty geopolityczne.
Co do samej Rosji – niestety, ale jest ona tradycyjna i konserwatywna jedynie powierzchownie. Żadna rzeczywista kontrrewolucja czy odnowa życia duchowego w Rosji nie ma miejsca. Władza Putina oparta jest na swoistej, niepisanej umowie z rosyjską klasą nowobogackich, skoncentrowaną przede wszystkim w Petersburgu i Moskwie. Nieliczną w stosunku do reszty społeczeństwa, ale na tyle liczną i dobrze usadowioną, by dać władzy spokojne podstawy funkcjonowania. Ta niepisana umowa brzmi: wy mi się nie wtrącacie do rządzenia, a ja się nie wtrącam do waszej rozbuchanej konsumpcji. A trzeba powiedzieć, że hedonizm i konsumpcjonizm rosyjskich nowobogackich oraz stopień zanurzenia w popkulturowej papce potrafiłby zawstydzić wszystko, co znamy z Polski. Marzeniem statystycznego Rosjanina jest dołączyć do tej klasy przez struktury urzędniczo-państwowe albo biznesowe.

Tradycjonalistyczna kontrrewolucja wymagałaby uderzenia w interesy, postawy i wartości jakim hołdują grupy, na których Putin opiera swoją władzę. Dlatego jej nie ma i w najbliższym czasie – nie będzie. Konserwatyzm rosyjski jest mocno powierzchowny, a pod powierzchnią tego image mamy gwałtowne wymieranie narodu, katastrofalną liczbę rozbitych rodzin, aborcji, plagę alkoholizmu, kult pieniądza itd. I nie wydaje się, żeby pierwszorzędną troską Kremla było z tym walczyć. Dobrze więc, że w Moskwie parady dewiantów się rozpędza, zamiast promować – jeśli będą do tego okazje na forum międzynarodowym, to należy występować razem z Rosją w obronie tradycyjnych wartości. Ale nie dajmy się zwieść złudzeniu, że stamtąd (czy z jakiegokolwiek innego kierunku) nadejdzie „kulturowe zbawienie”, bo na Wschodzie jest z tym mnóstwo problemów. O to musimy zadbać sami.

Czyli postulat całkowitej samodzielności? Czy stać nas, czy mamy siłę, żeby prowadzić taką politykę?
A czy kilkukrotnie mniejsze Węgry stać na taką politykę? Węgrzy, jakkolwiek rządy Orbana pozostawiają dużo do życzenia, jako pierwsi w Europie Centralnej zrozumieli co znaczy walka o podmiotowość na arenie międzynarodowej. Co znaczy pokazanie czerwonej kartki gospodarczej i ideologicznej dominacji liberalnego Zachodu. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że najsilniejszą partią opozycyjną są tam nasi przyjaciele z narodowego Jobbiku. Przecież nie chodzi o izolację. W naszym zasięgu mamy dwa wyróżniające się przykłady państw, które warto śledzić. Oprócz „bratanków” mowa również o Turcji. Dynamiczny wzrost demograficzny i gospodarczy oparty o rodzime siły, w zgodzie z tradycją narodową i religijną, z poszanowaniem duchowej integralności społeczeństwa. A przy tym – wielobiegunowa polityka zagraniczna. Turcja gra dziś na każdym możliwym froncie polityki zewnętrznej, od europejskiego przez bliskowschodni po kaukaski czy środkowoazjatycki, na każdym realizując swoje interesy i nie oglądając się na opinie na swój temat na Zachodzie.
Co oznacza taka polityka w praktyce, w Polsce? Na przykład gdy chodzi o Ukrainę i konflikt w Donbasie? Komu powinniśmy kibicować – wspierać Ukraińców czy myśleć o odzyskaniu Lwowa we współpracy z Moskwą?
Rozumiem, że pytanie ma charakter prowokacji, ukazującej pustotę haseł, jakie wybrzmiewają w debacie publicznej w Polsce. Po pierwsze – jakakolwiek rewizja granic to dziś sprowadzenie na Polskę takiej ilości problemów, których nasze państwo nie byłoby w stanie udźwignąć. To są postulaty całkowicie niepoważne, zwłaszcza jeśli weźmie się pod uwagę skład narodowościowy i proporcje ludności na Zachodniej Ukrainie. Po drugie – „wspierać Ukrainy” tak jak to robią nasi niepoważni politycy, czy to z PiS-u czy z PO, od jesieni ubiegłego roku, oczywiście nie powinniśmy. Jest to nasz ważny sąsiad, więc w każdej sytuacji, również konfliktu, powinniśmy mieć zdolność:
a) prowadzenia na tym obszarze gry dyplomatycznej i politycznej niezależnie od tego, która strona weźmie górę
b) co z tym związane – występowania w roli mediatora
c) realizowania własnych interesów – w zakresie praw naszej mniejszości, naszych przedsiębiorstw, polityki historycznej
Jak łatwo zauważyć, wszystkie trzy punkty są znakomicie realizowane. Tyle, że przez… Republikę Federalną Niemiec. Bo przecież nie Polskę, która poprzez jednostronne zaangażowanie i histerię polityczną, jaką wykazały się nasze elity rządowe oraz opozycyjne, właściwie całkowicie wyautowała się z jakiejkolwiek poważnej rozgrywki. Politycznie się nie liczymy, co wręcz manifestacyjnie udowadniają nam ostatnio Paryż, Moskwa i Berlin. Gospodarczo ponosimy największe straty, a w zabezpieczaniu elementarnych interesów wobec sytuacji na Ukrainie o kilka długości wyprzedzili nas nie tylko Niemcy, ale i wspomniani wcześniej Węgrzy. Po raz kolejny przegrywamy ważną sprawę i po raz kolejny nasi głównonurtowi politycy oraz niektórzy publicyści ogłaszają coś w rodzaju „zwycięstwa moralnego”. A to ani zwycięstwo, ani moralne.

W coraz szerszych kręgach narodowych duże poparcie zyskuje idea tzw. nowego międzymorza. Czy zdaniem Kolegi, biorąc pod uwagę wszystkie obecne uwarunkowania geopolityczne, takie pomysły mają sens?

To zależy co kto pod tym rozumie. Jeśli kontynuację polityki Lecha Kaczyńskiego, czyli rezygnacji z polskich interesów tylko po to, by za wszelką cenę zyskać krótkotrwałą sympatię rządów niektórych państw pomiędzy Polską a Rosją, jeśli pod hasłem międzymorza miałoby się realizować romantyczne wizje nie mające wiele wspólnego z rzeczywistością – to nie. Obóz giedroyciowski sprowadził naszą politykę wschodnią do walki z Rosją, czyniąc z tego quasi-religijny zabobon, któremu podporządkowano wszystkie nasze interesy. Ta polityka poniosła całkowitą klęskę w stosunku do Litwy, dziś widzimy jak fatalnie kończy się na Ukrainie, a patrzenie przez pryzmat białoruskiej opozycji na to co dzieje się w państwie rządzonym przez Aleksandra Łukaszenkę również wychodzi nam jak najgorzej. Polska w imię utopii zrezygnowała z priorytetowego traktowania swoich mniejszości na Kresach.
Międzymorze jako hasło i projekt pod którym Polska będzie realizowała swoje interesy – tak. Ale żeby ktokolwiek w Europie Środkowo-Wschodniej traktował nas poważnie i rzeczywiście typował na lidera regionu, musimy zacząć zachowywać się poważnie. Nie można zarazem w ciągu dwudziestu lat iść w totalną zależność polityczną i gospodarczą w stosunku do Berlina i Waszyngtonu (wszystkie ekipy rządzące Polską po 1989 r.),  abdykować z samodzielnej polityki prosząc Niemcy o objęcie przywództwa w Europie (Tusk-Sikorski), popierać federalne państwo unijne posiadające armię (Kaczyńscy) i jednocześnie… chcieć odgrywać jakąś podmiotową rolę na kontynencie, czy choćby w najbliższym sąsiedztwie. Polska musi na przestrzeni lat prezentować się jako silny, samodzielny i skuteczny gracz posiadający atuty ekonomiczne, militarne i dyplomatyczne. Twardo realizujący swoje interesy, ale zarazem – przewidywalny. Czyli dokładnie odwrotnie niż było do tej pory. Dopiero wtedy będziemy realnie traktowani przez państwa regionu jako dobry kandydat na lidera.
Krótko mówiąc – „dali nam przykład Turcy i Węgrzy jak zwyciężać mamy”? Czy tak mówiłby dzisiaj Dmowski?
To znowu byłoby zbyt duże uproszczenie, bo nie ma prostych analogii. Natomiast jeśli ktoś potrzebuje czytelnych przykładów – co znaczy dbać o interes narodowy, podmiotowość państwa, suwerenność ekonomiczną i kulturową – to tak, polecam wnikliwie śledzić co dzieje się w tych państwach.
Dziękujęmy za rozmowę.
Redakcja Narodowcy.net
POLISH CLUB ONLINE, 2014.08.20
Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek