Krzysztof Baliński: POLSCE – SŁUŻYĆ, ŚWIAT – ROZUMIEĆ


Warszawska Gazeta

 

0.Flaga_thumb.jpgRóżne (…) były (i są) kryteria doboru ludzi mających w założeniu definiować i bronić polski interes narodowy. Ministrem spraw zagranicznych został syn warszawskiego rabina. Żona obecnego jest dyrektorem w podejrzanej politycznie i etycznie instytucji szpiegostwa gospodarczego, służącej operacjom finansowym kapitałów żydowskiego pochodzenia i w czasie wolnym od pracy pisuje dla antypolskiej gazety. U wielu innych związek z polskością sprowadza się do miejsca zamieszkania „w tym kraju”. Jeszcze inni mają podwójne obywatelstwo, a zatem zobowiązanie do podwójnej lojalności.

 

Krzysztof Baliński – „Wróg demokracji i Węgier” – warknęły zgodnie media w Polsce po zwycięstwie Orbána. W prawicowych rozległy się nawet nawoływania (w ślad za Merkel) do izolowania i zesłania mu na kark kawalerii. Zdaniem eksperta PiS Orbán „zapisuje kartę hańby, a Węgry oddają Ukrainie niedźwiedzią przysługę, wpisują się obok Niemiec i Francji do grupy państw przedkładających własne interesy nad jednolitą postawę Europy”. Inny ekspert odleciał jeszcze dalej – ma nadzieję, że „państwo to będzie izolowane międzynarodowo”. To ostatnie zdanie jakoś dziwnie nie współbrzmiało mu z groźbami Izraela Singera: „Jeżeli Polska nie spełni roszczeń Żydów, będzie publicznie atakowana i upokarzana na forum międzynarodowym”. Jaką to zbrodnię popełnił Orbán? Otóż akcentował interesy Węgier i ochronę praw węgierskiej mniejszości narodowej. Zakomunikował też, że Węgry nie chcą być stroną konfliktu na Ukrainie. Krótko mówiąc, popełnił zbrodnię niesłychaną – przedłożył interes swojego kraju ponad interes innego, dał lekcję politycznego myślenia, że w polityce obowiązywać powinny dwa słowa: interes narodowy, tj. bronienie w pierwszym rzędzie interesu własnego narodu i kraju.

Wśród polityków nad Wisłą dominuje pokrętne, oparte nie na rachunku interesów Polaków, lecz na trosce o interesy innych rozumowanie. Publicysta „wSieci” zarzuca Orbánowi, że zrehabilitował admirała Miklósa Horthy’ego. Według Cywińskiego „to postać kontrowersyjna, także z polskiego punktu widzenia […] co prawda w 1939 r. nie zgodził się na przemarsz Wehrmachtu i uderzenie na Polskę z terenu Węgier, a potem udzielił schronienia ok. 150 tys. uciekinierów z naszego kraju – żołnierzom i ludności cywilnej, ochraniał też polskie instytucje nad Dunajem, jednakże był sprzymierzeńcem III Rzeszy”. Koniec, kropka. W dodatku na poparcie swej tezy przytacza oceny prasy niemieckiej, że „węgierski aparat państwowy nie był ofiarą, lecz współtwórcą Holocaustu”, czyli dokładnie takie, które tak go oburzały i które demaskował (trafnie zresztą) na łamach tegoż „wSieci” w kontekście filmu „Nasi ojcowie, nasze matki”. Haniebne rzekomo są też inne „zakusy” Orbána, ujawnione w rządowym exposé: „Zamiast uległości wobec globalnych sił mamy walczyć o zachowanie narodowej suwerenności. Zamiast internacjonalizmu mamy dzieci wychowywać w miłości do ojczyzny”. Pogrążać Orbána ma też dewiza: „aby ocalić Stary Kontynent od zapaści moralnej i społecznej, potrzebna jest odnowa kultury i polityki w oparciu o wartości chrześcijańskie”. „Gazeta Polska” dorzuciła do tego inny obciążający argument, konstatując, że partia Orbána zyskuje w sondażach!

 

Stary, brzydki dyplomatołek bez posagu

„Wielkie i poważne państwa odróżniają się od małych i niepoważnych przede wszystkim tym, że swoją politykę opierają wyłącznie na interesach, a nie emocjach” – tak interes narodowy definiował Bismarck. Innymi słowy, w krajach poważnych naczelnym zadaniem władz winno być służenie racji stanu, przyczynianie się do realizacji jak najlepiej pojętego interesu narodowego. Tymczasem politycy w Polsce unikają jak ognia dwóch słów – „interes narodowy”. Samo słowo „naród” zostało wyparte z języka polskiego, wręcz wyklęte i żadnemu politykowi nie przechodzi przez gardło. Brzmi podejrzanie i niestosownie. Ktoś, kto o nim mówi, jest oskarżany (tak, jak dziś Orbán) o niebezpieczny nacjonalizm. Przemiany ustrojowe po 1989 r. tworzyły nadzieję, że nowe władze zdefiniują na nowo interesy Polski wobec głównych problemów świata, zdefiniują polski interes narodowy, będą myśleć jego kategoriami, że przywołają dewizę Romana Dmowskiego „Jestem Polakiem – więc mam obowiązki polskie”. Tak się nie stało. Po 1989 r. padł on ofiarą dojrzewającej w latach 60. formacji tzw. szyderców, którzy każde myślenie o Polsce zwalczali jako przejaw nacjonalizmu. Pomocne w tym było przepoczwarzenie się znacznej części Polaków z dumnej, wiernej tradycjom wspólnoty w masę zobojętniałych tubylców zamieszkujących „ten kraju”. Po nich przyszedł Bartoszewski, który interes narodowy zdefiniował ot tak: „Polska to panna stara, brzydka i bez posagu”, a Polacy to „ciemniacy, którzy pisać i czytać nie potrafią”. Dał tym samym politykom receptę na postępowanie wobec możnych tego świata: brzydka panna bez posagu nie powinna twardo obstawać przy obronie swoich interesów, lecz przymilać się i cierpliwie wykonywać życzenia innych. I tak oto dzięki złotym myślom dyplomatołka, głodna i odziana w łachmany Polska walczy z talibami w Afganistanie i Rosją na Majdanie, zwraca mienie pożydowskie i za miliardy kupuje samoloty nadające się tylko do lotów ćwiczebnych.

 

Patriotyzm dziadka z Wehrmachtu

Kanonu polskiego interesu narodowego nie sformułowano, bo nie było woli podjęcia takiego wysiłku, ale i też nie było komu tego zrobić. Czy można było zresztą tego oczekiwać od ludzi wywodzących się z najbardziej antypolskich struktur agenturalnych Stalina, od „specjalistów” w zwalczaniu polskiego nacjonalizmu, którzy „z mlekiem matki wyssali” serwilizm wobec obcych racji, od ludzi gruntownie pozbawionych poczucia lojalności wobec kraju, w którym żyją? Gwarantowali nie tyle obronę polskich interesów, co bezwzględną z nimi walkę. Dziś do rozmowy o polskiej racji stanu nie zachęca prezydent, którego bliskie otoczenie stanowią ludzie „Wyborczej” i resortowa żona. Nie zachęca premier, który patriotyzmu, myślenia kategoriami polskich interesów uczył się od dziadka z Wehrmachtu, niegdyś wzdychającego: „uciec od tej przegranej Polski, zlikwidować Polskę, tę ziemię przegraną, brudną i biedną”.

Różne też były (i są) kryteria doboru ludzi mających w założeniu definiować i bronić polski interes narodowy. Ministrem spraw zagranicznych został syn warszawskiego rabina. Żona obecnego jest dyrektorem w podejrzanej politycznie i etycznie instytucji szpiegostwa gospodarczego, służącej operacjom finansowym kapitałów żydowskiego pochodzenia i w czasie wolnym od pracy pisuje dla antypolskiej gazety. U wielu innych związek z polskością sprowadza się do miejsca zamieszkania „w tym kraju”. Jeszcze inni mają podwójne obywatelstwo, a zatem zobowiązanie do podwójnej lojalności. Treść wykładu wygłoszonego w Berlinie, w którym minister oddaje kraj w niemieckie lenno, napisał były brytyjski ambasador. Co tam, że obcego państwa, które może mieć nieco inne interesy niż nasze. Ważne, by angielszczyzna była dobra, by świat nie uronił żadnej genialnej myśli prelegenta. „Dobrym” przykładem jest tu znany ambasador polskości, płomienny obrońca polskiego interesu narodowego Schnepf. Obok funkcji ambasadora dorabia równocześnie fuchami w loży B’nai B’rith, która – i owszem – promuje interes narodowy, ale… Izraela! Jeszcze inną receptę na polskość wystawił niegdysiejszy przywódca polskich narodowców: Kto to jest Jan Krzysztof Bielecki? „Zwolennik wspierania gospodarki narodowej”. A Janusz Lewandowski? „Z liberała stał się gospodarczym narodowcem”. Radosław Sikorski? „Polski polityk. Obdarzony świetnym rozumieniem polskiego interesu narodowego. Posiada wspaniałą żonę”. Nie, to nie są cytaty z „Wyborczej”. Te wszystkie opinie pochodzą z „Alfabetu Romana Giertycha”, który „poszedł na całość” i hurtowo zdefiniował interes narodowy Polski. Także i na prawicy (tej laickiej) nie brakuje krzykaczy, nieustraszonych pogromców komunizmu (ale nie tego kojarzącego się z KPP i KOR), którzy w swych pokrętnych analizach nigdy i w żadnych okolicznościach nie używają słów „polski interes narodowy”, za to często „interes Ukrainy” czy Tatarów Krymskich. I na koniec cytat, który mógłby być mottem tego akapitu, ostrzeżenie Kardynała Tysiąclecia: „uważajcie, by nie przyplątali się ludzie, którzy mają obce interesy na myśli, pamiętajcie, że Solidarność musi być polska”!

Degrengolada pozycji Polski gwałtownie przyspieszyła, gdy rządy przejęła PO, a ministrem został mistrz Twittera. Lista porażek jest długa. Zasadą działania stała się inercja, reagowanie na wydarzenia, i to w sposób pełen sprzeczności, chaos, nerwowe miotanie się od ściany do ściany. Wizję interesu narodowego zastąpił bełkot, puste zaklęcia w stylu „bezpieczeństwo Izraela częścią polskiej racji stanu”, mętne frazesy wygłaszane przy tym z ogromną pewnością siebie. Sikorski nie jest sobą, ale przedrzeźnia innych, co zawsze prowadzi do czynów poronionych. Otrzymawszy posadę od przyjaciół żony, usiłuje być większym, niż go Pan Bóg stworzył, za maską bufona ukrywa się człowiek zagubiony i przestraszony. Nie rozumie Polski, nie zdaje sobie sprawy z tego, co w niej jest potrzebne i co możliwe. Gra o pozory, gra na wizerunek, co partnerzy wyczuwają i wiedzą, że odda dużo za kilka pochwał i poklepanie po plecach. Sikorskiemu trzeba przyznać jedno: działa w sposób zupełnie nieprzewidywalny. Nikt nie wie, jaki będzie jego następny ruch. Zarówno przeciwnicy, jak i sojusznicy są kompletnie zagubieni. Jego patron (i – jak się okazało – „pastuch”) Bartoszewski musi być z niego dumny. Czy ma to jakiś związek z polskim interesem narodowym? Żaden. Po prostu znowu zabiega o to, by go ktoś wynajął.

 

Z Polską nie po drodze

Po 1989 r. spór w łonie rządzących nie objął fundamentalnego i ważnego dla narodowego życia obszaru – polityki zagranicznej. Nie chodzi przy tym o przyjęcie opcji „zachodniej”, ale o sposób jej realizacji. Tu prawdziwy bilans jest zgoła przygnębiający. Najważniejsze polskie interesy nie zostały zabezpieczone. Sukces przystąpienia do NATO i do UE nie był w istocie naszym dziełem. W NATO jesteśmy od lat 15, w UE od 10, a nadal zachowujemy się i traktują nas, jakbyśmy ubiegali się o członkostwo. Ponura sytuacja geopolityczna Polski nie zmieniła się. Jej pozycja jest słaba, sojusznicy niepewni, sąsiedztwo płynne i zdradzieckie, stosunki z sąsiadami złe. Z Rosją trwa wojna podjazdowa, w której nieprzerwanie dostajemy cięgi. Polityka wschodnia chaotyczna, oderwana od realiów, bez własnych celów, opartych o przemyślany i zdefiniowany zespół interesów, osadzona na próbach wszczynania przewrotów w krajach sąsiednich, bez brania pod uwagę interesów żyjących tam Polaków. Głupota sięga tego stopnia, że finansujemy tam jawnie antypolskich opozycjonistów. Łukaszenko ogrywa nas jak małe dzieci w piaskownicy. Maleńka Litwa rozmawia z nami jak mocarstwo. Niemcy realizują konsekwentnie swe interesy we współpracy z Rosją, nie oglądając się na Polskę. Dla Waszyngtonu Polska się nie liczy. Pamięta o nas tylko wtedy, kiedy chce, abyśmy kupowali amerykańską broń. Bardzo niska jest w świecie opinia o polskim państwie i polskiej praworządności (vide karton z dolarami za torturowanie talibów). Krótko mówiąc – nie interes narodowy, lecz głupota, zaprzaństwo, zdrada.

„Skrajna prawica to rusofile i agentura Putina” – obwieszcza „Gazeta Wyborcza”, od lat wyspecjalizowana w definiowaniu polskiego interesu narodowego. Oskarżeniem o rusofilizm szermują także działacze i publicyści związani z prawicą. Dowodem prorosyjskich sympatii są zapytania, jakie wspólne interesy mamy z potomkami banderowców, stawianie (o zgrozo!) na pierwszym miejscu interesów mniejszości polskich w krajach sąsiednich. W kwietniu w „Gazecie Polskiej” ukazał się artykuł „Nacjonaliści, główny towar eksportowy Putina”. Jego autorom, zresztą autentycznym potomkom towaru eksportowego Stalina, nie przeszkadzały w Kijowie banderowskie flagi i emblematy SS Galizien. Jeśli dodamy do tego, w jaki sposób „GP” pożegnała się z „Rosjaninem mówiącym po polsku”, ks. Tadeuszem Isakowiczem-Zaleskim, to mamy jej pełną definicję polskiego interesu narodowego w odniesieniu do Polaków na obczyźnie i nie tylko.

 

Odpieprzcie się od Orbána

Pozycja Polski, pozycja kraju na wschodniej flance świata zachodniego jest specyficzna, jak i specyficzna jest polska racja stanu. W swoim interesie musimy brać pod uwagę rozwój różnych scenariuszy, oczywiście w oparciu o polityczny realizm i trzeźwą ocenę sytuacji. I tu jeszcze jeden cytat, słowa Romana Dmowskiego: „wystrzegajcie się talmudyzmu, trzymania się tego, co kiedyś zostało napisane”. Dlaczego pozycja Polski nie jest tak silna, jak powinna być? Dlaczego nie udało się w pełni wykorzystać rozpadu Związku Sowieckiego? Czy USA pójdą na wojnę z Moskwą za Polskę? Co robić, aby Polska odgrywała większą rolę w amerykańskiej polityce? A może czas porzucić naiwne wyobrażenia, że mocarstwo to jest wszechświatowym centrum dobra i uświadomić sobie, że realizuje swoje interesy, że nie ma dla niego znaczenia, kto w Polsce rządzi, byleby popierał amerykańskie interesy? Czy nie czas przestać być zakładnikiem relacji Niemcy–Rosja i ich układanek naszym kosztem, pozbyć się dylematu – być niemiecką czy rosyjską strefą wpływu, przyjąć pozycję bufora, grać na blokowanie niemiecko-rosyjskiego aliansu z ambitną polityką budowania systemu sił w naszym regionie? Stanisław Piasecki pisał: „na przeciągu wichrów ze wschodu i zachodu. Tu można być tylko albo czymś wielkim i potężnym, albo nie być […] Problem naszego istnienia – nie wygląda: z Niemcami przeciw Rosji, ani z Rosją przeciw Niemcom, bo obie te koncepcyjki szachowe oznaczają likwidację Polski jako narodu, jako odrębności duchowej i cywilizacyjnej”. Czy nie od takich pytań powinni zacząć nasi prawicowi mężowie stanu, ustalając kanon interesu narodowego i regularnie odchwaszczać swe otoczenie z krzykaczy, którzy nie stawiają w swych analizach na pierwszym miejscu słów: polski interes narodowy, ochrona tożsamości narodowej, realizm polityczny w stosunkach z zagranicą, którzy dali sobie wmówić, że Polska jest brzydką panną.

Krzysztof Baliński

tekst ukazał się w Warszawskiej Gazecie nr 26/2014, z dnia 27 czerwca 2014.

Wybór zdjęcia wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2014.09.15

Waldemar Glodek

Autor: Waldemar Glodek