Ewa Polak-Pałkiewicz: Sprawa Kieżuna sprawą Wielgusa, czyli teczka prawdę ci powie


Stara to mądrość – znana bywalcom bazarów pod wszystkimi szerokościami geograficznymi – że najbardziej niebezpieczny i trudno uchwytny złodziej, to ten, który trzymając pod pachą swój łup biegnie co sił w nogach z okrzykiem: „Łapaj złodzieja!” Prawie każdy nabierze się na ten wrzask, biorąc go za okrzyk desperacji, a wyrywanie co sił w nogach, za rozpaczliwą próbę dorwania przestępcy i odzyskania straty.

Ten prosty chwyt triumfuje dziś przy okazji sprawy prof. Witolda Kieżuna. Po raz kolejny robi się z nas durniów. Pytanie, jakże celne: Co zrobił Polsce prof. Kieżun?, jest zakrzykiwane i zatupywane przez zgraję biegnących z okrzykiem: „Łapaj agenta!”. Wymachują przy tym triumfalnie „teczką” profesora. Tam, jak śpiewał Włodzimierz Wysocki, oprawione w adnotacje, podpisy świadków, daty i pieczęcie, „leży życie moje”. Życie profesora. Cała prawda i tylko prawda. Wreszcie wiadomo, kim jest ten wredny typ. Co tam Powstanie, co tam dorobek naukowca i świadectwo życia patrioty. Co tam oczko w głowie tego byłego zesłańca: Ojczyzna. Teczka jest jak Cyganka. Zajrzy do papierów, jak tamta zagląda w oczy, i już wie wszystko. Cyganka prawdę ci powie…  Cyganki nie oszukasz. Nie wywiniesz się z jej pazurów.

Co takiego zrobił Polsce prof. Witold Kieżun? Co zrobił Kościołowi abp. Stanisław Wielgus? Co złego?… Dobrze, że pytania te zostały publicznie postawione. Musimy domagać się pełnej, wyczerpującej odpowiedzi. Ta odpowiedź nie padła. Pojawiły się insynuacje. A jednak obu tych ludzi próbowano dobić ciosami teczek. Skazano ich zaocznie. Nie dano możliwości obrony. Wymierzono karę najwyższą stosem papierów obracanych w trybach bezosobowego – rzekomo – mechanizmu, który z tych teczek wyciska  – rzekomo – „tylko nagą prawdę o człowieku”.

Co to za instancja, która sama siebie uważa za wyższą moralnie nawet – jak w przypadku arcybiskupa – od Głowy Kościoła?

Przypomnijmy, abp Wielgus został powołany na Pasterza metropolii warszawskiej przez Benedykta XVI. Benedykt XVI wiedział od samego biskupa o jego całej przeszłości w realiach walczącego z Kościołem komunistycznego państwa. Papież nic haniebnego w tej przeszłości nie znalazł. Nie znał się? Nie potrafił czytać? Nie rozumiał, co się do niego mówi?

A jednak ostatecznie zadecydowały teczki. Z nimi się nie dyskutuje. Teczki spadają jak gilotyna na szyję tego, kogo wskaże się jako podejrzanego. Teczki, czyli kto? Dla jakich celów ich zawartość buchnęła niczym płomień? Teczki, czyli anonimowa instancja, która jest ważniejsza, jak się okazuje, niż Ojciec Święty. Która teraz – choć terror komunistyczny ustał – decyduje, w sposób ostateczny: Kto ma przeżyć, a na kogo wydać wyrok śmierci cywilnej.

Ta sama instancja, równie bezosobowa i zimna, wydała dziś wyrok „teczkowy” na profesora Kieżuna. „My tylko stwierdzamy obiektywny stan rzeczy… My tylko pokazujemy nagie fakty…. My przecież nic nie mówimy, to mówią teczki, krzyczą dokumenty… Jako historycy mamy obowiązek… Przedstawiamy tylko bezstronnie… Przykro nam, że musimy takiego profesora, powstańca… Ale cóż, rozumiecie, jako naukowcy służymy prawdzie…”

Kampania medialna i polityczna zniesławiająca arcybiskupa Stanisława Wielgusa — przypomnijmy, również wysokiej klasy uczonego, filozofa, byłego rektora KUL — przeprowadzona w Polsce ponad siedem lat temu, była wielką społeczną cezurą. Obnażyla coś dotychczas ukrytego. Mechanizmy, które mogą zostać uruchomione, gdy chce się wyeliminować kogoś, kto nie pasuje do obrazu ułożonego z politycznych puzzli — ułożonego już prawie do końca i wyjątkowo misternie. Ten kapłan, biskup i nauczyciel akademicki, przedstawiający dogłębnie w swoich pracach, kazaniach, homiliach, konferencjach, niebezpieczeństwo ze strony ideologii, które weszły w miejsce marksizmu, wyrastających z tego samego pnia ideowego, człowiek pokazujący istotę zagrożenia wiary, błędy myślowe zakorzenione w starych herezjach i współczesnych teoriach, po prostu zawadzał. Tak jak przeszkadza każdy, kto mówi prawdę w czasach powszechnej obłudy, lekceważenia i znieprawiania rozumu oraz zaniku pamięci. Tak jak dziś przeszkadza profesor Kieżun, który świadczy swoim życiem i swoją historyczną refleksją, jasnymi, logicznymi wnioskami o tym, czym było Powstanie Warszawskie. Na co stać Polaków. Co im zawdzięcza Europa. Skala obu medialnych przedsięwzięć – wobec biskupa w 2007 roku i wobec profesora dziś – odsłoniła ogrom zniszczenia dokonanego przez antychrześcijańskie idee w środowiskach pragnących prezentować się jako katolickie lub sprzyjające Kościołowi.

 

Hieronymus Bosch – Pojmanie Chrystusa. San Diego Museum of Art
Hieronymus Bosch – Pojmanie Chrystusa

Wydarzenia towarzyszące  niedoszłemu ingresowi byłego rektora KUL na stolicę metropolitów warszawskich były dobitnym, wręcz naukowym, chciałoby się rzec, świadectwem moralnego upadku tych, którzy kampanię przeciw niemu aranżowali, przeprowadzali ją, czy też się jej nie przeciwstawili.

Miało to wszystko miejsce, przypomnijmy, tuż po zakończeniu pontyfikatu Jana Pawła II.

Co takiego stało się w Polsce w 2007 roku — a zapewne i dużo wcześniej — z pojęciami Boga, Kościoła, kapłaństwa, że było możliwe tak haniebne postępowanie wobec Pasterza Kościoła na oczach wszystkich wierzących Polaków? W co te pojęcia się zamieniły?

I czy stało się to tylko pod wpływem wielkiego wrzasku medialnego w styczniu owego roku?

Czy nie było to również fatalne w skutkach dziedzictwo owej pochopnie przyjętej renovatio accomodata (odnowy przystosowawczej), tego wszystkiego co wyraża „duch soboru”: odwrócenie się od Tradycji i zachłyśnięcie się nowościami, tym, co podtyka garściami świat… A skoro nowości, to i newsy… A zatem, to dziennikarz, felietonista, komentator telewizyjny, ogłaszający jako sensację dnia rewelacje o prawdziwym obliczu tego poświęconego Bogu człowieka – a nie kaznodzieja, nie nauczyciel prawd odwiecznych, wykładający katechizm, stroniący od subiektywizmu – tak naprawdę ma nam coś istotnego do powiedzenia. To on ogłasza prawdę – o tym jak podły jest jego bliźni. Jego słuchajmy…*)

A gdzie przypominanie zasad Dekalogu? Nie kłam, nie mów fałszywego świadectwa, nie sądź pochopnie, nie zniesławiaj, nie obmawiaj… Broń niesłusznie obwinianego, domagaj się uczciwego sądu. Wyeliminuj fałszywych świadków. Stawaj po stronie sprawiedliwości, w imię miłości bliźniego. Zapomniano o tym podczas wrzawy, która wybuchła wokół biskupa Wielgusa.

A jeśli już zrobiłeś coś takiego, to przeproś. Zadośćuczynij co prędzej za wyrządzoną krzywdę. Nie usłyszeliśmy tego z najwyższych ambon.

Gdy nie szanujemy zasad, jakie wykłada w katechizmie Kościół, zawsze wpadamy w pułapkę szatańską.

Nakłaniamy wtedy ucho ku podpowiedziom tych, którzy chcą pośpiesznie osądzać bliźniego – bez sądu. Tego, który zawadza. Na podstawie „dokumentów” sfabrykowanych przez zawodowców od kłamstw – tak, by wyglądały prawdopodobnie. Byle tylko pasowały do obowiązującej linii ideologicznej. Skoro obowiązuje linia, że Powstanie Warszawskie to obłęd, to trzeba uderzyć w obrońcę jego etosu, jednego z bohaterów Powstania. Tak jak uderzano w bohaterskich dowódców oddziałow powstańczych tuż po wojnie, jak oskarżano ich o rzeczy absurdalne, o wysługiwanie się Niemcom, o to, że są „agentami USA, agentami Watykanu”… Skoro w nauczaniu Kościoła w miejsce filozofii realistycznej i metafizyki ma obowiązywać fenomenologia i postmodernizm, to trzeba zdemaskować jako agenta znawcę św. Tomasza. Człowieka, który potrafi posługiwać się kategoriami rozumu, profesora KUL.

Skoro lansujemy tezę, że Kościół katolicki to jaskinia zboczeńców, a w Kościele polskim co drugi ksiądz to homoseksualista i pedofil, to czemu nie wykorzystać zdjęcia szwagra księdza z Piecek, z synkiem, na plaży, i przedstawić na policji jako dowód na uczestnictwo owego kapłana w „homoseksualknym lobby” („kolekcja zdjęć pornograficznych…”).**)

Tak wyglądają te niezbite dowody.

Są w Polsce specjaliści od tego nieustannego wrzasku: „Łapaj złodzieja!” Gorliwi etatowi oskarżyciele. Ci, którzy latami praktykowali u fabrykantów podejrzeń, dyplomowanych twórców atmosfery, że „wszyscy jesteśmy umoczeni” – zwłaszcza dwie grupy najbardziej prześladowanych za komuny: ludzie Kościoła i AKowcy – i nauczono ich pracowicie wyłapywać każde drgnienie najrozmaitszych międzynarodowych koniunktur, wszystkie prawdziwe i wymyślone skandale, wszystkie rewelacje na temat osób, by dopasować się do nich, żyć zgodnie z ich rytmem, z ich treścią, akompaniować im, nagłaśniać. Żerować na nich. Wywoływać wciąż burzę w szklance wody. Tworzyć napięcie, wzniecać emocje, uruchamiać w tej atmosferze pochopne opinie, wzajemne oskarżenia, utrudniać chłodny, racjonalny osąd. (A potem jeszcze rzucać w twarz swoim ofiarom, jak rzucono parę dni temu prof. Kieżunowi: „Ależ pan się emocjonalnie wypowiada!”). Z tego ci ludzie żyją.

Co to właściwie za papiery leżą w teczce prof. Kieżuna, czy abpa Wielgusa? Ks. prof. Tadeusz Guz określa jakość tego typu dokumentów, godzących w dobre imię abp Wielgusa, ujawniając strategię oskarżycieli:

„Pięćdziesiąt spotkań z esbekiem nie jest żadnym dowodem na realizację współpracy. Jeżeli ta argumentacja byłaby słuszną, to słusznym byłoby potępienie egzorcystów w Kościele katolickim, którzy prowadzili z diabłem rozmowy podczas uwalniania człowieka spod szatańskiego zniewolenia”.***)

To samo dokładnie można powiedzieć o posądzeniach wobec prof. Kieżuna.

Zarówno w tej sprawie, jak i w tamtej, sprzed ośmiu prawie laty, zasięg i skutki są o wiele większe niż tylko obsadzenie stolicy arcybiskupiej i stanowiska prymasa Polski, czy brak pozwolenia, by znany naukowiec nadal chodził w glorii bohatera. Symbolicznie i merytorycznie sprawa abpa Wielgusa oznaczała początek upokarzania Kościoła. Ważną rolę odegrało przekonanie jej autorów, że zmiana nastąpiła w samym Kościele, który dziś – jak twierdzą – bardziej musi liczyć się z tym wszystkim, co reprezentuje „świat”, niż ze swoim Założycielem. „We współczesnej mentalności głęboko zakorzenione jest przekonanie, że przeznaczeniem człowieka będącego w świecie jest sam świat” — pisał prof. Romano Amerio (Iota unum). A „świat” to także „procedury”, „standardy”-  i „teczki”. Nie wszystkie, rzecz jasna. Wybrane. Umiejętnie, wybiórczo, w odpowiednim momencie wykorzystane. Świat pozorów. Świat sfabrykowanych dowodów przestępstwa. Świat, który nie znosi prawdziwej konfrontacji z prawdą, bo boi się prawdy… Wszystko, co łamie odwieczne zasady. Co zaprzecza prawdzie i sprawiedliwości.

 

Hieronymus Bosch – Chrystus przed Piłatem
Hieronymus Bosch – Chrystus przed Piłatem

Nieuczciwy oskarżyciel zawsze zawsze ukazuje część zamiast całości. Szatan jest mistrzem przedstawiania fragmentu jako pełni. W ten sposób ustawia sobie człowieka tak, by tylko wyeksponować na nim jakąś plamkę, niedoskonałość, drobny – czy nawet większy, ale zawsze tendencyjnie przedstawiony i wyolbrzymiony – błąd. (A kto nie popełnia błędów? Nie ma takich ludzi…). Liczy na efekt. Liczy, że zbita z tropu publiczność ulegnie emocjom, będzie zgorszona. („Taki profesor!… Taki biskup!…”). Celuje przede wszystkim w naiwność, ale i w instynkt gniewu, zazdrości i pychy obecny w audytorium, przed którym odgrywa oskarżycielski spektakl. Że da początek jakiejś ohydzie, nieufności, nienawiści. Pragnie obudzić w innych wstręt do swojej ofiary i lęk przed nią. Taki spektakl odbywa się dziś w tych studiach telewizyjnych – niestety, też i w tej naszej telewizji – które oddają głos fałszywym świadkom, nieuczciwym oskarżycielom prof. Kieżuna, i w tygodnikach, gdzie publikuje się rewelacje na temat osób takich jak abp. Wielgus i prof. Kieżun.

„Z filozoficznego punku widzenia przyjęcie części za całość jest istotnym błędem. Natomiast jedynie całościowa ocena prowadzi do stwierdzenia prawdy oraz do zachowania porządku sprawiedliwości”. ****)

Dopiero po analizie jakościowej można wydać osąd w sprawie tego rodzaju, jak sprawa arcybiskupa Wielgusa, czy prof. Kieżuna. Takiej analizy zabrakło. Zabrakło też zrozumienia, że do tego, by mówić o współpracy ze służbami komunistycznymi, potrzebne jest ustalenie wymiaru formalnego takiej współpracy, określenie jej istoty, dodaje ks. prof. T. Guz. By taką działalność można było nazwać współpracą, musi być w nią zaangażowany akt rozumu, wolna wola. W przeciwnym razie mamy do czynienia nie ze współpracą, a z pomówieniem, że miała miejsce. Takiego tomistycznego rozróżnienia w całej tej sprawie nie było. Ale kto dziś posługuje się analizą tomistyczną…

Dokument, dodaje ks. prof. Tadeusz Guz, w postaci „świstka” z podpisem arcybiskupa – tak samo jak w przypadku profesora – złożonym pod przymusem, nie jest dokumentem wiarygodnym, nie jest też żadnym dowodem, bo nie oznacza bynajmniej, że istniało rzeczywiste przyzwolenie rozumu i woli ze strony oskarżanego. To naciągany argument, że można służyć złej sprawie bez udziału świadomości. To źle odegrany teatr, którego celem jest poniżenie szanowanego powszechnie, znanego ze swej odwagi człowieka.

Dlaczego jednak tylu Polaków dało się na to nabrać? Dlaczego księdza arcybiskupa nie obronili „swoi”? Dziś sytuacja jest nieco inna – prof. Kieżun ma licznych obrońców. W „Gazecie Polskiej” z pierwszego tygodnia października Marcin Wolski w dramatycznym felietonie „Gdzie jest Polska?”, napisał: „…okazuje się, że zaraza sięgnęła Grenady….(…) Oto bliski memu sercu tygodnik piórem nieustraszonego pogromcy agentów atakuje profesora Kieżuna. W imię czego? …(…) Zadziwiające, że nagle niezależni publicyści, łże-salon i propaganda moskiewska mówią jednym głosem”.

Panie Marcinie, Polska jest tam, gdzie się prostuje publicznie wypowiedziane kłamstwa. Gdzie się nie daje wiary oszczercom. Gdzie się broni bohaterów ostatniej wojny i kapłanów. Nie pozwala się obrzucać ich błotem.

Gdy ktoś zostaje skrzywdzony przez publiczne zniesławienie, należy mu się słowo „przepraszam”.

Na to słowo czekam ze strony tych, którzy zaprosili pochopnie oskarżycieli prof. Kieżuna – tak jak wcześniej bpa Wielgusa – do swoich redakcji, na swoje łamy, do swoich telewizji.

Czekam na głos tych, którzy odpowiadają za tę poniżającą kampanię przeciw Bohaterowi – i przeciw Biskupowi Kościoła sprzed ponad siedmiu laty – którzy powiedzą: „Przepraszamy. Pomyliliśmy się”. Jest jeszcze czas, by to naprawić.

_________________

*) „Istnieją oznaki” — przestrzegał prof. Amerio już ponad dwadzieścia lat temu — „że nawet sam Kościół uważa swoją szczególną nadprzyrodzoną tożsamość za rzecz anachroniczną, i gotowy ściśle współpracować w dziele budowania bardziej sprawiedliwego i braterskiego świata, zaczyna mylić swoją misję z funkcją kulturotwórczą i cywilizacyjną” . (Iota unum)

Czy nie ta właśnie mentalność, której zasadniczą właściwością jest podobać się, zadecydowała, że pomimo werbalnej obrony przez pojedynczych hierarchów i zaangażowania w tej sprawie Radia Maryja, faktycznie arcybiskup w swoim własnym środowisku został osamotniony? Gdy czyni się wyłom w gmachu Prawdy, cierpi również Miłość.

**) Warto uważnie przeczytać felieton Tomasza Terlikowskiego w „Gazecie Polskiej” z 1 października  2014.  Co zdanie, to insynuacja. Cytat: „W Polsce decyzje te [suspensa] nie były początkowo wprowadzane w życie. Część biskupów przekonywała, że homoseksualizm i związane z nim często wykorzystywane nieletnich nie jest w Polsce problemem”.  Cały tekst to klasyczny wykład nowej religii. Zadaniem Kościoła ma być, wg red. Terlikowskiego, nie walka z grzechem, ale „walka z homolobby”. Nie przykazania są ważne, ale „standardy”. Tak samo jak w wykładni:  nie prawda nas interesuje, ale zawartość teczek. Na prawdzie zarobić się nie da, na teczkach tak.

***) Ks. prof. T. Guz, Rozmowy niedokończone z lat 2006–2007, Warszawa 2012.

****) Tamże


Ewa Polak – Pałkiewicz

Źródło: http://ewapolak-palkiewicz.pl/sprawa-kiezuna-sprawa-wielgusa-teczka-prawde-powie/ , 2.10.2014

Przeczytaj więciej artykułów pani Ewy Polak-Palkiewicz  >   >    >  TUTAJ  

POLISH CLUB ONLINE, 2014.10.03

Ewa Polak-Pałkiewicz

Autor: Ewa Polak-Pałkiewicz