Aleksander Ścios: JAKIE WOLNE MEDIA?


Bez Dekretu 

 

Wyobraźmy sobie bitwę, podczas której taktyka bojowa jednej ze stron ogranicza się do wpatrywania w gesty dowódców wrogiej armii i reagowania na ruchy przeciwnika. Atak piechoty, wyprowadzony z prawej flanki, skutkuje wysłaniem wojsk na tę stronę pola, ostrzał armatni doprowadza do oddania salwy z dział, zaś szturm konnicy przeciwnika uruchamia bezczynne dotąd oddziały kawalerii. Nietrudno zrozumieć, kto kontroluje przebieg takiej potyczki i po czyjej stronie leży inicjatywa. Historia zna bitwy, o których wyniku decydowała błędna taktyka spóźnionych reakcji lub oddanie pola przeciwnikowi. Dwie najważniejsze bitwy Powstania Listopadowego: wygrana pod Olszynką Grochowską w lutym 1831 roku i stoczona trzy miesiące później, przegrana bitwa pod Ostrołęką, doskonale ilustrują tę zasadę. O ile pierwsza, mimo przewagi Rosjan, była sukcesem armii polskiej (dzięki przewidującej strategii gen. Chłopickiego), o tyle druga okazała się fatalną w skutkach porażką, której można było uniknąć, gdyby wojska polskie próbowały wyprzedzić ruchy armii rosyjskiej.

Obserwacja współczesnej „batalii” o sprawy polskie, musi prowadzić do wniosku, że strategia „wolnych i niezależnych” mediów bardziej przypomina dziś bitwę pod Ostrołęką, niż doprowadzi nas do wiktorii grochowskiej.

Jeśli w swoich tekstach konsekwentnie stosuję cudzysłów na określenie mediów kojarzonych z opozycją, znajduje to uzasadnienie w fakcie, iż niemal cały przekaz tych ośrodków pozbawiony jest treści, które można uznać za w pełni autonomiczne i wartościowe. Nie tworzy on nowej jakości i nie buduje obszaru wolnej myśli, lecz wyłącznie rezonuje obcą taktykę i z reakcji na bodźce reżimu czyni jedyną normę opozycyjności. W żadnym zakresie nie są to działania prowadzące do przełamania monopolu propagandy. Przypominają raczej smętną pogoń za popłuczynami „głównego nurtu” i nie powinny być kojarzone z niezależnym dziennikarstwem.

Jeśli odmawiam znaczenia wytworom „uznanych” tuzów tzw. niezależnej publicystyki, to nie tylko z tej przyczyny, że ludzie ci nie próbują uwolnić się od konotacji towarzyskich i podległości informacyjnej i zdobyć na świeżą refleksję, ale również dlatego, że ich aktywność dziennikarska odbywa się wyłącznie w kontrakcji do tzw. mainstreamu, z którego najczęściej się wywodzą i do którego gorąco tęsknią. Ci ludzie dotąd nie pojęli, że rzetelne informowanie Polaków, budowanie nowych obszarów zainteresowań i niezależności od obcej narracji, wymaga porzucenia podglądactwa i samodzielnego spojrzenia na świat.

Gdy w dziesiątkach miejsc, przyznających sobie miano „wolnych mediów” czytam polemiki z tezami TVN-u, krytykę kłamstw „GW” lub rozważania nad bełkotem propagandysty- ćwierćinteligenta- zadaję pytanie: co wspólnego z niezależnością ma tak żałosna praktyka i jaki jest jej związek z budowaniem wolnej myśli? Skąd u ludzi wypisujących te brednie bierze się przekonanie, że recenzowanie tego, co powiedzieli w reżimowych przekaźnikach jest szczytem opozycyjności i służy polskim sprawom? Zastanawiam się również – jak ludzie „naszych” mediów muszą nisko cenić swoich odbiorców, jeśli w ramach tak pojmowanej rzetelności serwują im ekstrakt najnikczemniejszych łgarstw i bezmiernej głupoty?

Odpowiedź na to pytanie, wydaje się akurat prosta, bo zdecydowana większość słuchaczy i czytelników akceptuje podobne praktyki i nawet im do głowy nie przyjdzie, że lektura 187 „analizy” na temat Sikorskiego, lub oglądanie w „republikańskiej” telewizji twarzy reżimowych polityków, jest kpiną z wolności słowa i  nie ma nic wspólnego z opozycyjnością. Wskazując na analogię z czasami komuny (do czego chętnie odwołują się niektórzy żurnaliści), dość wspomnieć, że gdyby autorom „Solidarności Walczącej” czy „Głosu” przyszło do głowy opierać swoje teksty na partyjnych biuletynach, analizować bełkot Toepliza lub polemizować z wywodami Siwaka, nie tylko straciliby prestiż i odbiorców, ale nikt przy zdrowych zmysłach i nie nazwałby tych wydawnictw wolnymi mediami.

Dzisiejsi odbiorcy „niezależnych” byliby zapewne oburzeni, gdyby powiedzieć im, że zarządcy tych mediów marnotrawią pieniądze zwolenników opozycji i zamiast tworzyć przekaz nieskrępowany wyziewami propagandy, budują własną mitologię, a nierzadko własne fortuny.

Widząc zachwyty nad „pryncypialnością” niektórych żurnalistów i redaktorów naczelnych, przypomina mi się opowieść Tyrmanda z jego „Cywilizacji komunizmu”. Warta przytoczenia, bo również dziś bezbłędnie definiuje mechanizmy rządzące tą mitologią. Autor „Złego” przedstawiał przypadek młodego człowieka z Rumunii, który w czasach głębokiej komuny otrzymał tzw. legitymację korespondenta terenowego jednej z centralnych gazet. Tyrmand pisał:

Z legitymacją tą udał się na zapadłą wieś, gdzie zgłosił się do gminnej rady narodowej, w której przedstawił się jako dziennikarz ze stolicy. Nazajutrz wypadało święto państwowe, więc tak wybitny gość zaproszony został do prezydium uroczystej akademii, gdzie wygłosił grzmiące przemówienie o urokach socjalizmu i wielkości partii. Wieśniacy, oszołomieni rozmiarami jego dewocji i pryncypialności, doszli do wniosku, że musi on być człowiekiem potężnym i wpływowym, toteż w ciągu następnych dni młody człowiek wyrywany był sobie przez miejscowych notabli, spijał ich najstarsze trunki i kochał ich córki. Początkowo odmawiał przyjmowania drobnych podarunków, ale gdy go niemal na klęczkach błagali ażeby pomógł ludowi pracującemu, zdecydował się uciszyć w sobie głos idealistycznego sumienia i przyjął pokaźną sumę pieniężną dla dokonania zakupu nawozów sztucznych, o które chłopi daremnie walczyli od lat. Po czym, żegnany czule, zniknął.”

Odnoszę wrażenie, że łatwość, z jaką odbiorcy „naszych” mediów namaszczają dziś różne postaci, publicystów i redaktorów naczelnych na rzeczników środowisk patriotycznych, mocno przypomina wiarę owych rumuńskich wieśniaków. Wystarczy sama obecność w środowisku kojarzonym z opozycją, plus kilka krytycznych uwag na temat obecnej rzeczywistości, by zostać  okrzykniętym „niepokornym” autorytetem i otworzyć sobie drogę do umysłów i kieszeni Polaków.

Skąd bierze się taka tendencja, nietrudno zgadnąć. Dążność do identyfikacji i potwierdzenia własnych poglądów oraz jeszcze silniejsza potrzeba znalezienia autorytetów mocno usprawiedliwia łatwowierność odbiorców, a jednocześnie napędza tryby wielu manipulacji. Nie dostrzega się przy tym specyfiki „polityki redakcyjnej” niektórych gazet i portali, nie widzi stosowania cenzury ani omijania tematów nazbyt niewygodnych. Nie pamięta o błędnych prognozach przedwyborczych, naciąganych „analizach”, straconych nadziejach i niewykorzystanych szansach.

Opozycyjność sprowadzona do krytyki kasty rządzącej, wsparta na wierze w tzw. sondaże i mechanizmy demokracji, karmiona bełkotem reżimowych półgłówków lub polemikami z propagandą – święci dziś największe trumfy i jest wyznacznikiem postawy patriotycznej.

Druga przyczyna wydaje się bardziej złożona, bo jej genezy trzeba szukać w powszechnym przeświadczeniu, że III RP jest państwem wolnym i na tyle normalnym, by sprawy rządzących stanowiły ważny składnik przekazu publicznego, nieodzowny w budowaniu świadomości społecznej lub prognoz politycznych. Nad umocnieniem tego przekonania pracowały nie tylko dwa pokolenia propagandystów z GW, ale cała rzesza użytecznych, „naszych” wolontariuszy – od partii opozycyjnej poczynając, na blogerach kończąc.

„Niezależni” żurnaliści i redaktorzy, podejmując polemikę z wytworami propagandy lub traktując z atencją pospolitych idiotów i drani, dają nam zatem do zrozumienia, że widzą w nich reprezentantów autentycznych mediów i legalnej, demokratycznej władzy. Czy można się dziwić, że stosują cywilizowane normy dla opisania jakże cywilizowanej rzeczywistości? Wystarczy, że owi publicyści są święcie przekonani o istnieniu w grupie rządzącej pluralizmu politycznego i funkcjonowaniu naturalnych procesów politycznych, by stali się nosicielami jednej z najgroźniejszych mitologii, znakomicie ułatwiającej rządy obecnego reżimu. Wystarczy, że sugerują, iż w partii rządzącej są ludzie o rozmaitych poglądach, dzieląc jej członków na „lepsze” i „gorsze” postaci, lub wyznają wiarę, że życie publiczne III RP jest porządkowane według magicznych „reguł demokracji” – by przyjmowali wdzięczną rolę wsporników w rozmaitych kombinacjach dezinformacyjnych.

Sięgając ponownie po analogię z czasami komuny, należałoby powiedzieć, że jest to opozycyjność wyznająca zasadę, iż rozgrywki w łonie partii rządzącej, wypowiedzi kacyków oraz materiały zamieszczane w „Trybunie Ludu”, stanowią istotny punt odniesienia w sprawach polskich i powinny decydować o strategii opozycji i przekazie wolnych mediów. Po dostrzeżeniu tej analogii, dochodzimy do najciekawszej konkluzji, bo oto odbiorcy „niezależnych” i „niepokornych” muszą w istocie wyznawać taki sam pogląd i w identyczny sposób oceniać realia III RP.

Wprawdzie miło jest czasem pogderać, wystroić się w szaty antykomunisty lub wrzeszczeć o „powrocie komuny”, to pogląd wyrażany w akceptacji bełkotu czerpiącego natchnienie z reżimowej propagandy, aż nadto obnaża prawdziwe przekonania. Jeśli nawet wiemy, że III RP coraz mocniej zwraca się ku swoim korzeniom, a technologia kłamstwa sięga po kolejne ofiary – zgoda na uprawianie fikcji „wolnych mediów” ujawnia tu głęboką schizofrenię.

Należałoby się bowiem zdecydować: albo III RP jest sukcesorem komunistycznego zaprzaństwa i atrapą państwa stojącego nad przepaścią, a wówczas trzeba odrzucić jej przekaz i traktować miarą właściwą dla takiego tworu – albo jest to diagnoza fałszywa i demagogiczna, stworzona przez politycznych hochsztaplerów. Albo mamy do czynienia z ludźmi kupczącymi polskością, zakładnikami obcych reżimów i kłamstwa smoleńskiego, a wtedy nie wolno przyznawać im praw honorowych ani traktować z przyjazną atencją – albo szermujemy zarzutami, w których sens sami nie wierzymy.

Ponieważ przedstawiciele „niezależnych” mediów oraz ich odbiorcy nie są w stanie rozstrzygnąć podobnych dylematów, czeka nas dalsza mistyfikacja opozycyjności i dalsze pozorowanie walki. Dramat takiej „batalii” nie polega na klęsce opozycji w przyszłorocznych wyborach, lecz na przegranej ludzi, którzy zawierzyli taktyce światłych żurnalistów i uwierzyli w mitologię „wolnych” mediów. Nie będzie to dramat udziałowców bądź redaktorów naczelnych, ale porażka milionów Polaków, którzy poniosą koszty kolejnych lat upodlenia.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com   

Źródło: http://bezdekretu.blogspot.com/2014/10/jakie-wolne-media.html#comment-form , 30 październik 2014

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu   >   >   >   TUTAJ.

Zdjęcie za www.drogomet.com.pl – wybór wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2014.10.30

Avatar

Autor: Aleksander Ścios