Aleksander Ścios: „RUSKIE SERWERY” I SWOJSKA GŁUPOTA


Bez Dekretu

Nigdy nie czytałem tylu banialuk na temat „zagrożeń procesu wyborczego” i nie słyszałem tylu niedorzecznych wypowiedzi, których autorzy prześcigają się w kreśleniu wizji sfałszowanych wyborów.

Wielki musi być deficyt zdrowego rozsądku, jeśli nikomu nie przyjdzie do głowy, że lament nad kontr-działaniami przeciwnika jest oczywistym nonsensem, nie tylko niegodnym człowieka rozumnego, ale niewartym poważnego traktowania. Nawet średnio rozgarnięty odbiorca powinien wiedzieć, że przeciwnik jest po to, by przeszkadzać, psuć szyki, oszukiwać i kłamać i jeśli po siedmiu latach doświadczeń kogoś zaskakują postępki reżimu, niech nie zawraca sobie głowy polityką i zajmie bardziej pożytecznym zajęciem.

Odnoszę wrażenie, że ten powszechny harmider ma usprawiedliwić lenistwo opozycji i przygotować elektorat na gładkie przełknięcie kolejnej porażki.

Najbardziej absurdalnie brzmią dziś tezy, w których działaniom PKW związanym z testowaniem oprogramowania wyborczego przypisuje się nieudolność lub obdarza je mianem błędu. Tymczasem w kombinacjach opartych na kreowaniu „mętnej wody” nie może być mowy o jakiejkolwiek przypadkowości. Im więcej zamieszania, nieokreśloności i chaosu – tym lepiej dla tych, którzy kontrolują procesy wyborcze. Jestem przekonany, że starsi panowie z szacownej instytucji PKW doskonale wiedzą na czym polega zabawa z „awariami systemu” i nie po to przez wiele miesięcy selekcjonowali firmy administrujące ten system, by udzielać dziś rzeczowych wyjaśnień lub obawiać się konsekwencji. W sukurs ich odczuciom idą opowieści „naszych” mediów o indolencji „leśnych dziadków” i równie miłe dla ucha insynuacje o możliwych nieprawidłowościach i błędach. Głoszone w przeddzień wyborów zdają się usprawiedliwiać własne nieróbstwo i niekompetencje.

Póki trwa ten szum, nikt nie zada pytania – co przez wiele miesięcy robiła opozycja i wtórujący jej żurnaliści „wolnych mediów”, by zapobiec takim scenariuszom i zapewnić wyborcom udział w uczciwych wyborach? Ile pieniędzy przeznaczono na kontrolowanie procesu wyborczego, jak informowano opinię publiczną na Zachodzie o przypadkach fałszowania wyników, ilu niezależnych obserwatorów ściągnęła dziś opozycja?

Zamiast dziwić się, że przeciwnik robi swoje, może od takich pytań należy zacząć refleksję nad farsą wyborczą?

Wprawdzie zapowiedzi kontrolowania procesu wyborczego słyszymy od wielu polityków PiS i ludzi środowisk opozycyjnych, to poza wymiarem propagandowym nie mają one najmniejszego znaczenia. Od roku 2010, w podobnym tonie deklarowano nadzór nad wszystkimi wyborami. Niestety, na deklaracjach się kończyło, bo mimo wsparcia udzielanego przez wyborców, np. w ramach akcji „Uczciwe wybory.pl”, nigdy nie udało się znaleźć dostatecznej liczby wolontariuszy ani powołać mężów zaufania w większości komisji wyborczych. Wina leżała zwykle po stronie struktur PiS-u i miała związek z postawą tzw. lokalnych działaczy.

W ostatnim roku opozycja nie dopilnowała i kompletnie zbagatelizowała kampanię referendalną oraz wybory do PE. Oficjalne deklaracje o „pilnowaniu” i tworzeniu „korpusów ochrony” trzeba włożyć między bajki i uznać za przejaw niebywałej arogancji lub cynizmu przedstawicieli PiS. Jedynym efektem szumnie zapowiadanej akcji „Uczciwe wybory” był kilkustronicowy „raport” o treści przypominającej wypracowanie gimnazjalisty. Zawierający liczne błędy i komunały, napisany w sposób niechlujny i nieprofesjonalny. Nie tylko nie wymieniono w nim wielu istotnych nieprawidłowości, nie dostrzeżono specyfiki przedwyborczych przetargów oraz treści dokumentów produkowanych przez PKW, ale nie odpowiedziano na najważniejsze pytanie: z jakiego oprogramowania i czyich serwerów korzystała PKW w trakcie tych wyborów? Gdy kilka dni później Sąd Najwyższy odrzucił wszystkie protesty PiS, informacja na ten temat nie została nawet ujawniona przez „nasze” media i została przemilczana przez opozycję.

Gdy w kwietniu br. informowałem o pierwszych rozstrzygnięciach przetargów PKW, a miesiąc później, o korzystaniu z certyfikatów firmy Unizeto, wiadomości te zostały zignorowane przez „nasze” środowiska. Choć od wielu miesięcy procedury przetargowe powinny wzbudzać szereg wątpliwości, żaden polityk opozycji nie zwrócił się w tej sprawie z interpelacją i nie zażądał przeprowadzenia kontroli. Nic nie wiemy na temat przedwyborczych pozwów w kwestii niedopełnienia obowiązków przez członków PKW lub zawiadomień o nieprawidłowościach związanych z funkcjonowaniem systemu  informatycznego. Europosłom PiS nawet do głowy nie przyjdzie, by skonfrontować obecne procedury z unijnym dokumentem o nazwie „Zalecenia Komitetu Ministrów Rady Europy dla państw członkowskich dotyczące prawnych, praktycznych standardów głosowania elektronicznego” lub zainteresować europejskie instytucje i niezależnych obserwatorów praktykami PKW i stanem przygotowania wyborów samorządowych.

Najbardziej bulwersuje jednak uprawianie nachalnej demagogii i zapewnienia o „pilnowaniu wyborów”. Wzorem lat ubiegłych próbuje się zwołać „pospolite ruszenie” i przy udziale wolontariuszy oraz ręcznego liczenia głosów kontrolować proces wyborczy. Autorzy tej akcji nie chcą pamiętać, że są to działania połowiczne i skazane na porażkę. Nie tylko z powodu niedostatecznej obsady komisji wyborczych i ułomności tej metody, ale z uwagi na istnienie nieprzekraczalnej bariery – głównego strażnika interesów reżimu, jakim jest Sąd Najwyższy, do którego trafiają protesty wyborcze. Nie zdarzyło się jeszcze i nie zdarzy, by organ ten orzekł o nieważności wyborów, z tak błahej przyczyny jak fałszerstwo wyborcze. Ponieważ partia opozycyjna szczególnie dba o „demokratyczny wizerunek” III RP na arenie międzynarodowej, nawet najbardziej ordynarne oszustwa nie są w stanie podważyć tej praktyki.

Takie akcje pilnowania wyborów muszą tym mocniej bulwersować, że w przekazie „naszych” środowisk doskonale funkcjonuje pojęcie „ruskich serwerów” i świadomość zagrożeń związanych z elektronicznym przesyłaniem danych. Co zatem zrobiono, by w tym (najważniejszym) obszarze zapewnić prawidłowość procesu wyborczego?

Dziwię się, że nikt dotąd nie zechciał zadać politykom PiS podstawowych pytań: ilu informatyków zatrudniała partia opozycyjna do kontrolowania sieci elektronicznej PKW, ile stanowisk pełnomocników ds. obsługi informatycznej zostało obsadzonych przez ludzi opozycji, jak nadzorowana będzie praca operatorów obsługujących obwodowe komisje wyborcze, czy i jak rejestrowane będą błędy systemu przekazywania danych z poszczególnych komisji, czy prowadzona będzie obserwacja sieć DNS-ów, biorących udział w agregacji danych, czy sprawdzono bezpieczeństwo certyfikatów domeny kbw.gov.pl (Krajowego Biura Wyborczego) wystawionych przez  Certum Level (Unizeto Technologies S.A), czy zadbano o monitorowanie procesu wprowadzania, przechowywania i  aktualizacji  danych?

Gdyby opozycja miała zamiar realnie kontrolować proces wyborczy, elektorat PiS musiałby poznać odpowiedzi na te pytania.

W przeciwnym wypadku – jesteśmy świadkami ponurej inscenizacji, której efektem będą przegrane wybory. Jeśli w tak ważnej kwestii wyborcom mają wystarczać puste deklaracje polityków lub zapewnienia redaktorów naczelnych – nikt nie będzie miał prawa podważać legalności procesu wyborczego. Już dziś można uznać, że „pilnowanie” polegające ma pracy wolontariuszy i oparte na aktywności obywatelskiej, będzie działaniem nieskutecznym  i zaledwie pozorującym prawdziwą kontrolę. I choć zabieg ten pozwoli „naszym” deliberować nad sfałszowanymi wyborami i zrzucać odpowiedzialność na „onych” i „ruskie serwery” – w żadnym stopniu nie uchroni opozycji przed kolejną porażką.

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com   

 

  • Poniżej fragment jednego z licznych komentarzy (wybór red. PCO):
Obibok na własny koszt – 14 listopada 2014 22:06

Szanowny Panie Aleksandrze,

Nikt, podkreślam NIKT z PiS nie chciał skorzystać z mojej wieloletniej wiedzy i posiadanego doświadczenia w przeprowadzaniu kampanii wyborczych jak i kontroli procesów wyborczych, które nabyłem od roku 1989.
Podobnie jak nikt, podkreślam NIKT z PiS nie chciał skorzystać z mojej szerokiej wiedzy informatycznej datująca się od lat 80 XX wieku, bo oni są sami w sobie alfą i omegą.
Pozostali to są głupole i plebs.
Tak jak w podczas dwóch tur wyborczych w przyśpieszonych wyborach prezydenckich nikt z PiS nie chciał skorzystać z pomocy ludzi z doświadczeniem w komisjach wyborczych, także w charakterze mężów zaufania ówczesnego ich kandydata Jarosława Kaczyńskiego.
Nie skorzystali z byłych dzielnicowych działaczy tak struktur Pierwszej Solidarności jak i późniejszego Dzielnicowego Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” w Naszej gdańskiej dzielnicy, którzy w roku 1990 okazali się najskuteczniejszymi organizacyjnie strukturami w całym Gdańsku, o nie było ani jednej komisji, w której nie byłoby męża zaufania w komisjach obwodowych czy miejskiej.
Gdy w dwóch dniach wyborczych sprawdziłem wszystkie komisje obwodowe w naszej gdańskiej dzielnicy, to okazało się, że nie było męża zaufania kandydata Jarosława Kaczyńskiego w żadnej z nich.
Sytuacja powtórzyła się podczas wyborów samorządowych 2010 roku, parlamentarnych 2011, europejskich 2014 roku i podejrzewam, że podobnie będzie i podczas niedzielnych wyborów samorządowych. (. . . )

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu   >   >   >   TUTAJ.

Rys. zródło Inter – Artur Zukow – wybór wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2014.11.15

 

Avatar

Autor: Aleksander Ścios