Aleksander Ścios: DYKTATURA


Bez Dekretu

 

Jeśli lokator Belwederu tak szybko przyswoił literackie określenie i systematycznie piętnuje Polaków za „odmęty szaleństwa”, mamy do czynienia z sytuacją poważną i niebezpieczną. W swojej politycznej karierze Bronisław Komorowski tylko raz sięgnął po zarzut „szaleństwa”, co pozwala przypuszczać, że waga obu spraw musi być podobna.

foto: Wojciech Olkusnik /  zagozda.blogspot.ocm
foto: Wojciech Olkusnik / zagozda.blogspot.ocm

19 lutego 2007 roku, w wywiadzie dla radia TokFM ówczesny wicemarszałek Sejmu nazwał sporządzenie Raportu z Weryfikacji WSI oraz proces likwidacji tej służby „szaleństwem politycznym”. W tym samy dniu, jego partyjny kamrat D. Tusk powtórzył w wywiadzie dla PR: „autorzy raportu o WSI mają szaleństwo w oczach”.

Nietrudno zauważyć, że już po dwóch dniach od opublikowania Raportu, politycy Platformy biegle przyswoili wspólny „gryps” i umiejętnie powtarzali wyuczone formułki.

Ponieważ lokator Belwederu nie należy do mocarzy intelektu i toczy, zwykle przegrane, potyczki ze słowem (może dlatego z sieci znikają wywiady radiowe BK z lat 2005-2008), domyślam się, że szereg bardziej złożonych pojęć i określeń używanych w wystąpieniach tego pana, jest efektem wytężonej pracy sztabu doradców i  kancelistów.

Tak nerwowa, a zarazem arogancka reakcja Komorowskiego na zarzut fałszowania wyborów, nie jest z pewnością dziełem przypadku i nie podzielam opinii, w których mówi się o efekcie „strachu i paniki” w obozie władzy. Od 2010 roku nie było powodu, by reżim musiał okazywać takie emocje.

Przyjacielski uścisk. B. Komorowski i A. Michnik. Fot. inter.
B. Komorowski i A. Michnik.
Fot. inter.

Jeśli polityczny patron WSI sięga po epitet „odmętów szaleństwa”, nazywa zarzuty o fałszowaniu wyborów „podkładaniem ładunku wybuchowego”, a narrację tę natychmiast powiela jego doradca – wskazuje to raczej na rozmyślne budowanie atmosfery zastraszenia i kreowanie przekazu, który posłuży do rozstrzygnięć konfrontacyjnych.

Przyjmując, że nie mamy do czynienia z irracjonalnym słowotokiem, lecz reakcją w pełni kontrolowaną, trzeba wziąć pod uwagę, że konsekwencją zarzutu „szaleństwa politycznego” z roku 2007, była m.in. zapowiedź „rozliczenia” za likwidację WSI. Padła ona z ust Komorowskiego w kwietniu 2007 roku, gdy w rozmowie z J.Osieckim polityk PO wyznał: „Po zmianie władzy rozliczymy za raport o WSI”.

Zapowiedź została zrealizowana, o czym świadczyły czystki w służbach specjalnych, nagonka na członków Komisji Weryfikacyjnej, reaktywacja wpływów środowiska WSI, procesy i oskarżenia wobec Antoniego Macierewicza, a wreszcie – afera marszałkowa i jej tragiczne następstwa.

Dzisiejsze słowa Komorowskiego trzeba odczytywać w kontekście umacniania reżimu prezydenckiego – nie tylko poprzez kreowanie rozlicznych kombinacji operacyjnych, czy tworzenie tzw. rządu E. Kopacz, ale narzucanie rozwiązań legislacyjnych w obszarze bezpieczeństwa oraz oddziaływanie na ośrodki propagandy. To, co płynie z Kancelarii Prezydenta staje się obowiązującym „prawem” i głównym przekazem reżimu i przez najbliższe lata będzie decydowało o konkretnych posunięciach władzy.

George Soros i Bronisław Komorowski.  Fot. Jacek Turczyk/PAP
George Soros i Bronisław Komorowski.
Fot. Jacek Turczyk/PAP

Warto zauważyć, że swoimi wystąpieniami lokator Belwederu nie tylko potwierdza zamysł dyktatury prezydenckiej, ale odsłania jej rolę w zdarzeniach związanych z przebiegiem wyborów samorządowych. To nie przypadek, że kilka miesięcy przed wyborami prezydenckimi, właśnie z Belwederu dochodzi najgłośniejszy zgiełk i niewybredne połajania. Zastraszenie Polaków i zmuszenie do milczenia w sprawie fałszerstw wyborczych  leży w interesie tych, którzy z mamideł „demokracji III RP” uczynili fundament swoich rządów i chcą je kontynuować przez kolejne lata.

Dzisiejsza „odwaga” Komorowskiego w piętnowaniu Polaków, ma oczywiście swoje uzasadnienie, bo polityk PO doskonale wie, że nie spotka się z mocną reakcją środowisk opozycyjnych, a tym bardziej, nie będzie atakowany przez „wolne” media.

Prezydent Komorowski w Sejmie. Fot. Inter
Prezydent Komorowski w Sejmie.
Fot. Inter

Choć środowiska te mogłyby przeprowadzić skuteczną kampanię i przez najbliższe miesiące pokazać Polakom prawdziwy obraz lokatora Belwederu (a tym samym zablokować mu  drogę do drugiej kadencji), spodziewam się raczej trwożliwego milczenia lub krytyki na poziomie „merytoryczności” kandydata Dudy. Nie warto wierzyć, byśmy poznali kulisy procesu w sprawie afery marszałkowej lub dowiedzieli się o przyczynach odmowy przekazania prokuraturze aneksu do Raportu z Weryfikacji WSI. Nie ma też polityków ani publicystów, którzy powiedzieliby Polakom, że tylko pozbawienie Komorowskiego prezydentury daje cień szansy na zwycięstwo wyborcze i autentyczną demokrację. Nie słaby i bezwolny „rząd” E. Kopacz jest przeszkodą na tej drodze, lecz lokator Belwederu i ludzie wokół niego skupieni.

W ramach działalności opozycji, mamy tu do czynienia z kolejnym paradoksem. Bo choć hasło – „Komorowski musi odejść”, powinni dziś głosić wszyscy piewcy i naprawiacze „demokracji III RP” – próżno oczekiwać takiego postulatu.  Stwarza to sytuację nie tylko mętną i politycznie dwuznaczną, ale ujawnia zakres owej opozycyjności i pokazuje, z jak niebezpiecznym zjawiskiem mamy do czynienia.

Brak takiego postulatu może sugerować, że skrojona na miarę III RP opozycja i wtórujące jej „wolne” media, nie muszą obawiać się zarzutu „szaleństwa” i „podkładania bomby”. Antydemokratyczna dyrektywa Belwederu wytycza dość wyraźną granicę: tego, co dozwolone do czasu wyborów prezydenckich i tego, co zakazane przez kolejne pięć lat.

 

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com      
Zródło: http://bezdekretu.blogspot.com/2014/12/dyktatura.html , 2 grudnia 2014

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu   >   >   >   TUTAJ.

Wybór zdjęć wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2014.12.03

Avatar

Autor: Aleksander Ścios