Aleksander Ścios: DLACZEGO W III RP NIE MA MIEJSCA DLA ANTYSYSTEMOWEJ OPOZYCJI


Bez Dekretu 

 

Z istotą państwa dyktatury proletariatu nie da się pogodzić konkurencyjna walka partii politycznych, a więc istnienie politycznej partii opozycyjnej, działającej w ramach wolnej gry sił. W państwie budującym socjalizm nie ma miejsca dla takiej partii, gdyż byłaby ona reprezentacją sił wstecznych, hamujących nasz rozwój” – stwierdzono w partyjnej broszurze „Wspólny program, wspólna lista. Materiały pomocnicze dla aktywu propagandowego”  z lutego 1972 roku.

Ten utrwalony w doktrynie komunistycznej pogląd, został szybko zaadoptowany w realia „państwa socjalistycznego nowego typu” – jak w dokumencie z 1989 roku Służba Bezpieczeństwa nazwała twór wyłaniający się z porozumień okrągłego stołu. Wybory kontraktowe z czerwca 1989 roku ustaliły zatem taki układ sił, który musiał odpowiadać potrzebom „socjalistycznej demokracji parlamentarnej”. Nie było w niej miejsca na działalność opozycji antysystemowej – czyli takiej, która dążyłaby do obalenia magdalenkowego bytu.

Wybory te były przy tym największym zwycięstwem koncepcji legalizacji komunizmu, bo w odróżnieniu od spektaklu z 1947 roku stworzyły mit założycielski oparty na „porozumieniu” koncesjonowanej opozycji z przedstawicielami reżimu. Warto pamiętać, że dwa lata po zakończeniu wojny, agentom komunistycznym nie powiódł się podobny kontrakt wyborczy. Wbrew ich rachubom, Stanisław Mikołajczyk odrzucił propozycję stworzenia „wspólnego bloku wyborczego”, w którym PSL miałoby „przydzielone” 20 procent mandatów, podobnie jak PPR i współpracujące z komunistami  SL i PPS.

Wybory kontraktowe, były dla wysłanników Stalina najprostszym rozwiązaniem i mogły dawać najmocniejszy argument na rzecz legalizacji okupacji sowieckiej. Sprzeciw PSL-u zmusił komunistów do sięgnięcia po rozwiązania sowieckie i zorganizowania ponurego spektaklu, zwanego wyborami powszechnymi. W świadomości Polaków zapisały się one jako akt historycznego fałszerstwa i na kolejne dziesięciolecia zdecydowały o tym, że jedynym źródłem władzy rządów komunistycznych była wola Józefa Stalina i jego decyzje podjęte w latach 40. i 50.

Rok 1989 przyniósł zatem całkowicie nową jakość w procesie konwalidacji komunizmu. Porozumienie samozwańczych „przywódców opozycji” z grupą esbeków i partyjnych dygnitarzy, stworzyło fundament, o jakim 50 lat wcześniej wysłannicy Stalina mogli tylko pomarzyć. Dokonana w dniu 31 grudnia 1989 roku przez kontraktowy Sejm PRL zmiana nazwy państwa i jego godła, miała wymiar wyłącznie symboliczny. III RP nigdy bowiem nie zerwała formalnoprawnej łączności z okresem komunizmu i przez ostatnie ćwierćwiecze usilnie podtrzymuje doktrynalną spuściznę „państwa socjalistycznego nowego typu”.

I choć w roku 1991 odbyły się pierwsze, bez kontraktowe wybory, to narzucony dwa lata wcześniej schemat polityczny, w którym wykluczono działalność „sił wstecznych, hamujących rozwój”, stał się obowiązującą regułą. Na jej straży stoi cały establishment III RP, ośrodki propagandy oraz partie polityczne, dopuszczone na mocy magdalenkowego szalbierstwa do praktykowania szczególnej formy „socjalistycznej demokracji”.

Dlatego powszechnie dziś stosowany argument, jakoby wybory powszechne stanowiły „święto” wolnego państwa lub miały świadczyć o demokratycznym charakterze III RP – jest oczywistym nonsensem. Jeśli na początku obecnej państwowości stworzono reguły wykluczające istnienie antysystemowej opozycji – każde kolejne wybory stanowiły taką samą farsą, jaką władze komunistyczne odgrywały w okresie PRL-u. Wystarczy bowiem zbudować stabilny i kontrolowany mechanizm, oprzeć go na działaniach reżimowych instytucji (PKW, sądy), otoczyć osłoną wszechobecnej propagandy i ukazać Polakom, jako jedyną metodę kształtowania rzeczywistości –by pozwolić sobie na organizowanie dowolnych plebiscytów i wyborów.

Póki o ich przebiegu decydują ludzie z komunistycznym rodowodem oraz przedstawiciele koncesjonowanej opozycji, póki ludzie ci wywodzą swoje prawa z mitologii założycielskiej III RP – żaden z aktów wyborczych nie może być uznany za wolny i demokratyczny.

Podobnie bowiem, jak skaza pierworodna PRL-u nie została zmazana przez półwiecze prób legalizacji sowieckiej okupacji, tak defekt systemowy III RP nie może zniknąć na skutek upływu czasu, wrzasku propagandystów czy masowego uprawiania fikcji wyborczej. Zapewnienia reżimowych graczy, wsparte oracjami polityków opozycji i głosami niedouczonych żurnalistów, nie zmienią faktu, że twór powstały w Magdalence nie ma demokratycznego rodowodu i swoje pochodzenie wywodzi wprost z sukcesji komunistycznej. To państwo nie zdobyło się na odwagę zerwania z dziedzictwem PRL-u, nawet w postaci ustawy o restytucji państwa polskiego i formalnego przywrócenia mocy ostatniej Konstytucji II Rzeczpospolitej z 1935 roku.

Utrzymywanie zaś zakazu „działań antysystemowych” (wyrażanego dziś w rozmaitej formie przez przedstawicieli reżimu) oraz praktyka wyborów opartych na „kontrakcie” z roku 1989, aż nadto dowodzi, że III RP nigdy nie była i nie może być państwem wolnym i demokratycznym.

Istotny rys podobieństwa owej „demokracji socjalistycznej nowego typu” do tworu zwanego PRL, znajdziemy w obszarze technologii fałszerstw wyborczych. W roku 2007 w periodyku IPN „Pamięć i Sprawiedliwość” ukazało się interesujące opracowanie Krzysztofa Kolasy zatytułowane – „Mechanizmy fałszerstw wyborczych w latach  osiemdziesiątych XX wieku na terenie województwa miejskiego łódzkiego w świetle solidarnościowej prasy bezdebitowej”.

Autor podkreślał, że w celu  uzyskania legalizacji reżim PRL „musiał raz na kilka lat decydować się na  sprawdzian wyborczy. Począwszy od referendum z 1946 r. i wyborów do Sejmu z 1947 r., aż do wyborów do rad narodowych z 1988 r., wszystkie zorganizowane  plebiscyty zostały sfałszowane.”

Mechanizm fałszerstw nie był nadto skomplikowany, choć z każdym rokiem doskonalony i stosowany z większym rozmachem. „Zabezpieczanie wyborów” stosowano już od szczebla centralnego, kompletując odpowiedni (formalnie pozapartyjny) skład PKW oraz dbając o obsadę komisji terenowych. W tym zakresie, obecny reżim w niczym nie ustępuje protoplastom, bo obsadzenie organów wyborczych sędziami z komunistycznym rodowodem doskonale potwierdza stałość peerelowskiej praktyki.

Cały aparat propagandowy oraz przedstawiciele komunistycznych „elit” (w tym tzw. artyści, pisarze i publicyści) był zaprzęgany do namawiania Polaków do uczestnictwa w „wyborach”. Celebrowany przez komunistów wskaźnik frekwencji sprawiał, że „starano się również zastraszyć uprawnionych do głosowania, aby zmusić ich do przyjścia na wybory. Działania takie były podejmowane zarówno przed wyborami, jak i w ich trakcie, głównie za pośrednictwem aktywu partyjnego”.

W III RP ten aspekt „zabezpieczenia wyborów” jest regulowany w zależności od bieżących potrzeb i planowanej formy fałszerstw. Raz zatem zachęca się wyborców i prowadzi nachalne, zmasowane kampanie propagandowe (rok 2007), innym razem celowo bojkotuje lub zniechęca do uczestnictwa (referendum warszawskie 2013 r.)

W pozostałym zakresie, praktyki „incydentów wyborczych” z lat 80. opisane w opracowaniu Krzysztofa Kolasy, w niczym nie ustępują przypadkom odnotowanym w latach 2007-2014.

Autor przywołuje relacje niezależnej prasy, w których informowano o otwartych workach z kartami wyborczymi, urnach bez plomb i takich, w których znajdowano więcej kart niż wydała komisja, przedstawia obserwacje o dowożeniu „wyborców” do lokali, niewyjaśnionych „zaginięciach” protokołów i pojawiających się nagle nowych zestawieniach, wspomina o przerabianiu znaków na kartach  wyborczych i dopisywaniu nowych.

Katalog „incydentów” z lat 80. jest zawężony do działań  na poziomie lokali wyborczych i z oczywistych względów nie obejmuje fałszerstw na poziomie systemu informatycznego. Ponieważ w III RP skonstruowano „elektroniczną obsługę wyborów”, a powierzając ją wyselekcjonowanym firmom, wyjęto całkowicie spod kontroli społecznej, ten obszar jest idealnym miejscem do sprawdzenia nowatorskich metod kreowania „socjalistycznej demokracji parlamentarnej”.

Warto przy tym odnotować, że stosowanie owych metod na skalę tak masową, jak miało to miejsce podczas tegorocznych wyborów samorządowych, świadczy o postępującym rozkładzie reżimu i kolejny raz potwierdza, że hybrydy komunizmu są zawsze słabsze od pierwowzoru. Od czasu rządów PO-PSL mamy do czynienia nie tylko z rosnącą dynamiką tzw. incydentów wyborczych (jak nazywa się oszustwa rozgrzeszane przez sądy III RP), ale z praktyką, której reżim nie musiał stosować przed rokiem 2010. Konieczność utrzymania władzy po zamachu smoleńskim wymusza bowiem zmianę dotychczasowej doktryny „kontraktowej”. Do roku 2010 obowiązywała ona w formie przytoczonej na początku tego tekstu i dotyczyła zwalczania każdej, antysystemowej opozycji. Obecnie, zagrożeniem staje się nawet partia działająca w ramach systemu i uprawiająca wspólną mitologię demokracji.

To sprawia, że rezultaty „modyfikacji wyborczych” muszą być kształtowane w taki sposób, by z jednej strony – uniemożliwić przejęcie władzy przez (dotąd legalną) opozycję parlamentarną, z drugiej zaś – wykreować alternatywne koligacje polityczne, zdolne zastąpić dotychczasowy, skompromitowany układ.

Źródła:

Maciej Korkuć – „Wybory 1947 – Mit założycielski komunizmu” w Biuletynie IPN 1-2/2007,

Krzysztof Kolasa – „Mechanizmy fałszerstw wyborczych w latach  osiemdziesiątych XX wieku na terenie województwa miejskiego łódzkiego w świetle solidarnościowej prasy bezdebitowej”, w Pamięć i Sprawiedliwość 1 (11) 2007

Aleksander Ścios
bezdekretu.blogspot.com     

 
Zródło: http://bezdekretu.blogspot.com/2014/12/dlaczego-w-iii-rp-nie-ma-miejsca-dla.html , 9 grudnia 2014

Więcej artykułów Aleksandra Ściosa na naszym portalu   >   >   >   TUTAJ.

Zdjęcie: Komunistyczna propaganda w czasie wyborów w 1947. Fot. za polenvoornederlanders.nl / Wybór zdjęcia wg/PCO

POLISH CLUB ONLINE, 2014.12.10

Avatar

Autor: Aleksander Ścios