Piotr Zarkadas: Szkice o sprawiedliwym ustroju gospodarczym


DYSTRYBUCJONIZM.PL

 

SZKICE O SPRAWIEDLIWYM USTROJU GOSPODARCZYM

W dzisiejszych czasach dyskusja na temat założeń słusznego ustroju gospodarczego ugrzęzła na swoistej mieliźnie, wpadła w pułapkę schematu, który bardzo poważnie przysłania nam rzeczywistość. Przyjęło się  bowiem traktować spory pomiędzy różnymi szkołami ekonomicznymi jako jeden z przejawów walki politycznej między prawicą a lewicą, gdzie prawicowcy to liberałowie, którzy dążą do pełnej (albo jak najdalej idącej) swobody gospodarczej, a osoby o poglądach lewicowych są wyznawcami idei „państwa opiekuńczego”, które mocno ingeruje w ekonomiczne poczynania jednostek. Innymi słowy – z jednej strony mamy kapitalistów, a z drugiej socjalistów. Pomijając nawet fakt, że obecnie żadnego z tych porządków w „czystej” postaci nigdzie na świecie nie ma, taki uproszczony podział należy poddać ostrej krytyce z bardzo prostej przyczyny – otóż socjalizm i kapitalizm, wbrew pozorom, nie są przeciwieństwami, tylko wynikają z bardzo podobnych założeń światopoglądowych i prowadzą do niemal takich samych skutków.

„IM WIĘCEJ KAPITALIZMU TYM MNIEJ KAPITALISTÓW”

To znakomite powiedzenie G. K. Chestertona, twórcy dystrybucjonizmu, trafnie oddaje istotę ustroju gospodarczego opartego na niczym nieskrępowanej wolności ekonomicznej. Zacznijmy jednak od drugiej strony, tzn. odpowiedzmy pokrótce na pytanie czym jest ustrój socjalistyczny. Otóż jest to porządek społeczny oparty na politycznej supremacji bardzo wąskiego grona, „elity”, która dysponuje wszelką własnością w państwie i wedle własnego uznania (pardon, zgodnie z zasadami „sprawiedliwości społecznej”) rozdziela ją pomiędzy obywateli. System oparty na pracy najemnej, gdzie moja własna przedsiębiorczość i pomysłowość nie mają żadnego wpływu na mój los. Kapitalizm, choć zaczyna od zupełnie innych zasad, szybko przeradza się w bardzo podobny porządek, a to za sprawą postępującej samorzutnie koncentracji kapitału. W teorii – kapitał gromadzi się w rękach tych, którzy na to zapracują, w praktyce jednak – podpowiada nam to nie tylko obserwacja otaczającej rzeczywistości, ale również znajomość natury ludzkiej – bez jakiejkolwiek kontroli nad tym procesem górę biorą niegodziwe (choć zgodne z prawem) metody bogacenia się, czyli zmowy monopolistyczne, polityczna protekcja oraz wszechobecne kredyty udzielane na zbyt wysoki procent. W efekcie kapitał gromadzi się w rękach nielicznych, a „przeciętny obywatel”, który chce rozpocząć prywatną działalność gospodarczą (np. rodzinny osiedlowy sklepik, warsztat itp.) jest wypierany przez wielkie koncerny i co za tym idzie – prędzej czy później jego własne przedsiębiorstwo upada, on sam natomiast podejmuje pracę najemną w jednej z dominujących korporacji. Z tego właśnie powodu wspomniany wyżej Chesterton proponował zastąpić słowo „kapitalizm” bardziej adekwatnym terminem „proletaryzm” – czyli system oparty na pracy najemnej.[1]

JEŚLI HOMO, TO NIE OECONOMICUS

Cóż zatem mamy wybrać, skoro nie możemy stanąć po prawej ani po lewej stronie? „Trzeba stworzyć nową teorię” – pomyśli niejeden, i w tej właśnie chwili popełni najpoważniejszy błąd – wejdzie na drogę ekonomicznego dogmatyzmu, ulegnie pokusie odgórnego ustalenia szeregu zasad, które potem już „same” doprowadzą nas do świetlanej przyszłości. Przed bezdrożami takiego sposobu prowadzenia rozważań ostrzegał nas już wybitny przedwojenny uczony Feliks Koneczny, który dużą część swoich dzieł (m. in. „O wielości cywilizacji” , „Cywilizacja żydowska” ) poświęcił krytyce apriorycznego podejścia do nauk humanistycznych (a ekonomia niewątpliwie do takich należy). Koneczny pisał, że „historia wskazująca absurdalność uniwersalnego strychulca we wszystkim i w czymkolwiek, nie robi wyjątku dla ekonomii społecznej, nie ma przeto ekonomii bezwzględnej, jedynie możliwej”.[2] Oznacza to dla nas jedno: punktem wyjścia nie może być aksjomat, tylko obserwacja otaczającej nas rzeczywistości.

Przede wszystkim taką metodę powinniśmy zastosować w odniesieniu do człowieka. Musimy mieć na uwadze prawdziwą istotę, a nie wyimaginowany twór, o którym piszą ortodoksyjni liberałowie, nazywając go „homo oeconomicus”. Oddajmy tu z kolei głos innemu polskiemu uczonemu sprzed wojny, ekonomiście Adamowi Doboszyńskiemu: „wychodząc z fałszywych założeń nie można dojść do słusznych wniosków(…) Ekonomia liberalna stworzyła sobie sławną fikcję człowieka, jako podmiotu działalności gospodarczej, i nazwała tę fikcję homo oeconomicus. To teoretyczne zwierzę o ludzkiej postaci kieruje się w swej działalności gospodarczej żądzą możliwie dużego zysku. Ma również, zgodnie z teorią liberalną, wrodzony pęd do wolności i indywidualne instynkty starego odyńca, krążącego samotnie po ostępie. Tę sylwetkę psychiczną uznali liberalni ekonomiści za dostatecznie uproszczoną, by umożliwić budowę teorii(…) Niestety, a raczej na szczęście, homo oeconomicus nie ma nic wspólnego z rzeczywistością(…) Komórką gospodarczą najniższego stopnia nie jest samotny człowiek, lecz rodzina. Ekonomia liberalna poszła odwrotną drogą, która >>dziwnym trafem<< prowadzi prosto do bolszewickich pojęć o dziecku i kobiecie.[3] Jeśli wyzbędziemy się schematów, którymi karmi nas powszechna edukacja na lekcjach WOSu, z pewnością przyznamy Doboszyńskiemu rację, bo wynika to ze zwykłej obserwacji otaczającego nas świata oraz znajomości historii. Po pierwsze człowiek nie kieruje się w swoim życiu wyłącznie racjonalnym wyrachowaniem, ba, dla ludzi cywilizacji łacińskiej od materii często ważniejszy był duch, od korzyści honor, a od majątku prestiż (często zresztą wbrew logice, z niedobrym skutkiem dla jednostek i narodów). Po drugie przeciętny człowiek większość czasu i energii poświęca poszukiwaniu swojej drugiej połówki, potem zaś dbaniu o rodzinę, a nie pogoni za bliżej nieokreślonym „zyskiem”. Co zatem daje nam prawo stawiać jednostkę, „starego odyńca”, na piedestale, a przemilczać podstawowy fakt powszechnego łączenia się ludzi w pary, rodziny i wspólnoty? Nie twórzmy abstraktów, które niewiele mówią nam o realnych dążeniach i problemach ludzkich, skupmy się na obserwacji, badaniu oraz wyciąganiu wniosków, a dopiero potem proponujmy rozwiązania. Przede wszystkim nie powinniśmy pomijać duchowego oraz wspólnotowego aspektu człowieczeństwa aby uniknąć błędu popełnianego w równym stopniu przez myślicieli liberalnych i socjalistycznych, czyli materializmu w podejściu do badań nad jednostką ludzką oraz społeczeństwem.

Czeka nas zatem długa i wyboista droga. W oparciu o doświadczenie historyczne oraz dorobek poprzedników, możemy jednak już teraz opisać kilka podstawowych elementów słusznego ustroju gospodarczego, oczywiście przystosowanego dla potrzeb naszego kręgu cywilizacyjnego.

DOBRODZIEJSTWA PRAWDZIWEJ WŁASNOŚCI

Bardzo ważnym czynnikiem kształtującym ludzkie poczucie godności, sprawiedliwości oraz odpowiedzialności była od zawsze własność prywatna. Drobny rolnik na swoim kawałku ziemi czuje się jak książę, choćby chodził w przetartym swetrze i dziurawych butach, podobnie szewc w prywatnym warsztacie rozpoczyna swe codzienne zajęcia z miną kapitana wielkiego okrętu. Tego poczucia dumy nie daje nawet najlepiej płatna praca, z której w każdej chwili można zostać zwolnionym, w dodatku zmuszająca do pokornego wysłuchiwania epitetów ze strony szefa, który akurat wstał lewą nogą. Ponadto drobna własność rodzi poczucie więzi człowieka z wykonywaną pracą i sprawia, że jest on gotów do poświęceń, nawet gdy mu się to nie „kalkuluje”. W eseju o bardzo wymownym tytule „Świat najmitów” Chesterton zwraca uwagę na pewien istotny szczegół – otóż system oparty na pracy najemnej funkcjonuje dobrze dopóty, dopóki przynosi korzyści. Gdy dobrobyt rośnie, a miesięczna pensja wystarcza na każdą zachciankę, pracownik z uśmiechem na twarzy wyrabia „dwieście procent normy”. W obliczu kryzysu (każdy kapitalista przyzna, że cykliczne „tąpnięcia” gospodarcze są normalne i nieuniknione) znika jednak wszelka logiczna podstawa do poświęceń – „najemnik ucieka, ponieważ jest najemnikiem, ale dobry pasterz odda życie za swe owce”.[4]

Sprawiedliwy ustrój społeczny powinien zatem opierać się na rozpowszechnieniu drobnej, prywatnej własności, na uwłaszczeniu mas”, jak określał to m.in. Doboszyński. Ekonomista dostrzegał również drugą stronę medalu, czyli zagrożenia płynące z własności, która nadmiernie się rozrastając traci swoje pozytywne społecznie cechy. Mowa tu o ogromnych firmach,
„molochach”, mających setki oddziałów i zatrudniających tysiące pracowników. Rzadko się zdarza, żeby takie twory zachowywały walory własności prywatnej, nawet jeśli formalnie są zarządzane przez jednego właściciela. W praktyce najczęściej stają się krzyżówką działania rozmaitych sił, wypadkową wpływów dziesiątek udziałowców-akcjonariuszy, z których żaden nie traktuje owego tworu tak, jak wymieniony wyżej szewc swojego małego przedsiębiorstwa. Powstaje zatem pytanie: gdzie kończy się własność indywidualna, a zaczyna własność społeczna? Do którego momentu stawianie na własność prywatną przynosi dobre skutki, a gdzie zaczyna szkodzić społeczeństwu i staje się pożywką dla rozmaitych spekulacji i gier rynkowych oraz
źródłem zysku dla osób zupełnie niezaangażowanych w działalność na rzecz przedsiębiorstwa, nastawionych tylko na łatwe wzbogacenie się, nawet kosztem doprowadzenia samej firmy do ruiny? Odpowiedź na to pytanie pozostaje otwarta, stanowi zresztą jeden z najtrudniejszych problemów z jakimi musi się zmierzyć koncepcja sprawiedliwego ustroju gospodarczego. Jedno jest pewne: nie znajdziemy jej w dogmatycznym myśleniu cechującym zarówno fanatycznych kapitalistów („tylko własność prywatna!”) jak i socjalistycznych doktrynerów („tylko własność kolektywna!”).

SPRAWIEDLIWA PŁACA

Prowadząc dalej nasze rozważania nie unikniemy tematu, od którego doktrynersko nastawieni wolnorynkowcy stronią: jest to zagadnienie godziwej płacy oraz godziwej ceny. Odpowiedź kapitalistów jest, jak wiadomo, jedna: gra rynkowa dyktuje cenę – i
kropka. Oczywiście zgadzamy się z tym, że absurdy w rodzaju odgórnego dyktatu cen pod groźbą konsekwencji prawnych zostały już dostatecznie skompromitowane przez PRL. Natomiast nie poprzestajemy na pozostawieniu tej kwestii tylko i wyłącznie na pastwę ślepych sił rynkowych. Na ten temat szeroko pisze Doboszyński, który opierając się na myśli społecznej św. Tomasza z Akwinu stwierdza, iż godziwy zarobek jest adekwatny do włożonej pracy (przy czym „praca” jest tu rozumiana bardzo szeroko, zarówno w sensie pracy fizycznej, jak i umysłowej, artystycznej, organizatorskiej itp.). Innymi słowy, tak długo jak angażuję się w działalność zarobkową, w sposób proporcjonalny do jakości moich działań, tudzież mojego talentu i pomysłowości, powinienem czerpać dochód na tyle wysoki, by utrzymać się na obecnej stopie życiowej i móc oszczędzać na przyszłe dni z myślą o potomstwie lub podniesieniu własnego dobrobytu. Natomiast gdy staję się leniwym rentierem, który czerpie dochód wyłącznie z posiadanego już kapitału lub bycia uczestnikiem rozmaitych „układów”, moja postawa staje się szkodliwa zarówno dla mnie, jak i dla społeczeństwa. Dlatego należy w jak największym stopniu minimalizować możliwości osiągania zysków bez pracy.[5]

MONOPOLE

Jak? Istnieją różne sposoby. Podobnie jak w przypadku troski o zachowanie sprawiedliwych reguł swobodnej konkurencji, w kwestii dążenia do sprawiedliwej ceny oraz płacy Doboszyński podkreśla m. in. walkę z monopolami, przy czym wymienia trzy ich rodzaje: monopole powstające samorzutnie, oparte na zmowie bądź na politycznej protekcji. Pierwszy przypadek nie jest szczególnie szkodliwy – to raczej naturalne zjawisko przejściowej przewagi ekonomicznej podmiotu, który w danej branży wyprzedził konkurencję pod względem jakości oferowanych usług czy towarów. Taki monopol stwarza chwilową możliwość czerpania zysku wykraczającego ponad faktyczną wartość wytwarzanego dobra (czyli ilość i jakość pracy włożonej w jego produkcję oraz rozpowszechnianie), jednak szybko zanika wskutek swobodnego współzawodnictwa (konkurencja wynajduje np. tańszy sposób produkcji, obniża cenę i przejmuje klientów). Nie ma zatem potrzeby nadzoru społeczno-prawnego nad takim zjawiskiem. Problem zaczyna się w momencie, gdy monopol powstaje wskutek zmowy lub wejścia w układy z politykami. Gdy np. trzy prywatne firmy dogadują się, że nie będą wzajemnie sobie szkodzić, tylko z wszelką bezwzględnością tępić nowe podmioty rynku, swobodne współzawodnictwo zanika, a kapitał koncentruje się coraz bardziej w wąskim gronie beneficjentów układu. Tego typu twory dość szybko wchodzą w porozumienia z politykami i dochodzi do sytuacji wyeliminowania wolnej konkurencji. Dalej już grupka zwycięzców tej nierównej gry może dowolnie zawyżać ceny swoich usług i budować fortuny nieproporcjonalne do włożonej pracy, oparte na krzywdzie szerokich mas doprowadzonych do bankructwa. Powstaje coś, co współczesny publicysta Stanisław Michalkiewicz (m. in. „Najwyższy Czas!”, Radio Maryja) zwykł określać mianem „kapitalizmu kompradorskiego”, czyli porządek, w którym przynależność do „sitwy” (układu) decyduje o dostępie do dóbr. W takich sytuacjach dopuszczalne powinny być wszelkie formy przeciwdziałania, z sankcjami karnymi włącznie (chociaż oczywiście możemy wymyślić wiele różnych sposobów, niekoniecznie z zakresu prawa, ważne, by problemu nie bagatelizować). Wolność gospodarowania jest ważną wartością, ale tylko gdy nie ma na celu ograniczenia wolności innych – wtedy staje się przestępstwem.

ZYSK Z ODSETEK

Kolejnym narzędziem koncentracji kapitału w rękach podmiotów, które na to nie zapracowały, jest pożyczanie na procent. Zjawisko stare jak świat i w pewien sposób normalne, tzn. wszechobecne. O ile umiarkowany procent może pełnić pożyteczną społecznie funkcję, a Koneczny u jego zarania dostrzega nawet wielkoduszność wierzyciela względem dłużnika[6] (który nie musiał dzięki temu popadać w niewolę za nieoddany w terminie dług) pozbawiony zasad wynikających z etyki chrześcijańskiej, „nadęty” do absurdalnych rozmiarów, staje się jednoznacznie szkodliwy. Uzależnia bowiem szerokie masy ludzkie od grona bogatych posiadaczy, którzy w przypadku wielkich, międzynarodowych banków są przy okazji elementem obcym narodowo, i co za tym idzie, w sposób zawoalowany, wprowadza formę opisanego wyżej ustroju niewolniczo proletariackiego. Ponadto wszechmoc banków, które zawsze z nadzwyczajną łatwością wchodziły (i wchodzą) w konszachty ze światem polityki (patrz przykład USA, tudzież historia Babilonu), od czasów starożytnych aż po dzisiejszy kryzys cyklicznie prowadzi do kolejnych spekulacyjnych afer, zdolnych zachwiać największymi gospodarkami świata. Tu również nie powinniśmy się bać rozmaitych form nadzoru i interwencji. Nie wystarczy oczywiście ustalenie górnego limitu godziwego procentu. Przede wszystkim – w społeczeństwie opartym na zdrowych zasadach, gdzie dominuje warstwa średnia oraz drobna, prywatna własność, potrzeba zadłużenia się w celu dokonania jakiejkolwiek inwestycji zostaje ograniczona do minimum.

PO PIERWSZE – CNOTA

Rozważając metody wprowadzenia sprawiedliwych zasad gospodarczych w jakimkolwiek narodzie, należy poza porzuceniem metody dogmatycznej, wyzbyć się jeszcze jednej pokusy: chęci naprawienia świata za pomocą ustaw. Ufność w moc sprawczą kodeksów, przepisów oraz paragrafów była charakterystyczna dla pozytywizmu XIX wieku, który w ogóle cechował się optymistyczną wiarą w nieskończone możliwości nauki. Taką metodę odrzucamy jako spadkobiercy XX stulecia, które obaliło mity związane z nieuchronnym postępem i inżynierią społeczną, prowadzoną przez wąską elitę odgrodzoną murem od świata, która za pomocą kartki i ołówka zbuduje nam „raj na ziemi”. Postulujemy powrót do starych metod, wszystko wskazuje na to, że jedynie słusznych: a więc zaczynamy od ducha, dopiero potem przechodzimy do materii.

Dwudziestowieczny ekonomista niemiecki Wilhelm Roepke szukając podstaw „ludzkiej ekonomii”, uważał, że „gospodarce potrzebne jest źródło porządku, które wywodzi się spoza niej”.[7] Doceńmy wagę tego twierdzenia. Jest to fundamentalne zaprzeczenie leseferyzmu oraz naiwnej wiary liberałów w przyrodzone dobro człowieka, któremu wystarczy zostawić wolną rękę w działaniu, a „niewidzialna ręka rynku” wszystko ustawi w jak najlepszym porządku. Potrzeba tu czegoś jeszcze – na drugim dopiero miejscu przepisów tudzież instytucji (czyli materii), przede wszystkim zaś ducha, cnoty. System, w którym będziemy mieli do czynienia z prawdziwym rozpowszechnieniem drobnej własności, jest możliwy tylko w oparciu o ludzką odpowiedzialność, męstwo oraz poczucie godności. Tylko wtedy, gdy każdy obywatel będzie postrzegał wolność i dobrobyt jako wypracowane w pocie czoła dobra, a nie „przyrodzone prawa człowieka”, które mu się „należą”, będziemy mogli myśleć o właściwym porządku gospodarczym. Nie chcemy zatem państwa opiekuńczego, nie chcemy przytępienia zmysłów i rozumów za pomocą zdobytego bez trudu pozoru dobrobytu, roszczeniowej postawy wobec rządzących i zawiści względem bliźnich w wyścigu po ulgi i zasiłki. „Nie kurczę w każdym garze, lecz ogród w każdej działce” – tak podsumowuje swój artykuł o Wilhelmie Roepke Ralph E. Ancil i trudno nie przyklasnąć tej zręcznej metaforze.

KIERUJMY TYM AUTEM

Powyższy artykuł z konieczności ma jedynie formę szkicu. Wiele kwestii szczegółowych wymaga dogłębnej analizy oraz nowych pomysłów. Nie wypracowano jeszcze skutecznej metody, by w czasach współczesnych, wychodząc poza obręb materialistycznego i dwubiegunowego myślenia „kapitalizm – socjalizm” zbudować dobrze funkcjonujące społeczeństwo oparte na zdroworozsądkowych i sprawiedliwych zasadach. Najważniejsze na chwilę obecną jest uświadomienie sobie wyzwań jakie przed nami stoją oraz wyzbycie się schematycznego myślenia na rzecz realistycznego, wolnego od regułek i dogmatów, podejścia do sprawy. Przytoczę tu porównanie kilkukrotnie cytowanego Doboszyńskiego, zgodnie z którym dbanie o sprawiedliwy ustrój społeczny jest jak kierowanie autem – nie wystarczy trzymać się ciągle wyznaczonej z góry drogi, tylko umiejętnie kręcić kierownicą, reagować na niebezpieczeństwa i postawić sobie cel podróży.[8] Na koniec warto się zatem przyjrzeć właśnie owemu punktowi, do którego zmierzamy. Na pytanie „co chcemy osiągnąć?” prostą, ale właśnie dzięki temu znakomitą odpowiedź daje Koneczny. Odwołując się do zasad wyznawanych w Średniowieczu twierdzi on, iż należy starać się „żeby było w kraju jak najwięcej osób niezależnych materialnie, >>stojących na własnych nogach<<, oraz żeby słabszy nie był pożerany przez silniejszego”.[9]

Zauważmy jedno – Wieki Średnie to bez mała tysiąc lat dziejów, kiedy pomimo wielu klęsk oraz wojen udało się uniknąć kryzysów gospodarczych na wielką skalę wywołanych przez spekulacyjną grę rynkową. W dwudziestym wieku – epoce „postępu i wiedzy” – największa katastrofa w dziejach ludzkości rozpoczęła się właśnie od krachu na giełdzie. Czy to nie daje do myślenia?

Piotr Zarkadas

Za: Manifest Akademicki „Rzecz”, Warszawa, kwiecień MMXIII ss. 17-21.

[1] Gilbert K. Chesterton „Świat najmitów” (za: dystrybucjonizm.pl, artykuł pod tym samym tytułem z 20 października 2012)

[2] Feliks Koneczny „Cywilizacja żydowska” rozdz. XXVI (wydawnictwo Ojczyzna, Warszawa 1995)

[3] Adam Doboszyński „Gospodarka narodowa” cz. I rozdz. II (wydawnictwo Nortom, Wrocław 2004)

[4] Gilbert K. Chesterton „Świat najmitów” (za: dystrybucjonizm.pl, artykuł pod tym samym tytułem z 20 października 2012)

[5] Adam Doboszyński „Gospodarka narodowa” cz. I rozdz. III (wydawnictwo Nortom, Wrocław 2004)

[6] „Kiedy średniowieczna nauka katolicka, badając iustum pretium, musiała też zająć się procentem, miała już do czynienia z nadużyciami rzeczy w zasadzie dobrej” – Feliks Koneczny „O sprawach ekonomicznych”, Kraków 2000, za: bibula.com

[7] Ralph E. Ancil „Dziedzictwo Wilhelma Roepke: Eseje z ekonomii politycznej” za: dystrybucjonizm.pl, artykuł pt. „Roepke i przywrócenie własności” z 12 października 2012

[8] Adam Doboszyński „Gospodarka narodowa” cz. I rozdz. II (wydawnictwo Nortom, Wrocław 2004)

[9] Feliks Koneczny „O sprawach ekonomicznych”, (Kraków 2000, za: bibula.com)

 

Źródło: http://www.dystrybucjonizm.pl/piotr-zarkadas-szkice-o-sprawiedliwym-ustroju-gospodarczym/ , 7 stycznia 2015

 

POLISH CLUB ONLINE, 2015.01.07

Znalezione w sieci

Autor: Znalezione w sieci