Paweł Zyzak: Wywiad z wampirem


Gazeta Obywatelska

 

Paweł Zyzak
Paweł Zyzak

Kto nie jest pod wrażeniem reakcji Baracka Obamy na cybernetyczny atak na Sony Pictures Entertainment? USA po raz pierwszy nałożyły za coś takiego sankcje ekonomiczne i polityczne, w tym wypadku Koreę Północną. I to nie koniec. Nieznani sprawcy wywołali w KRLD internetowy blackout, wreszcie Obama obiecał następną turę sankcji.

Refleks Obamy jest imponujący, że aż dziwny. Zwykle w takich wypadkach leniwy, prezydent zadziałał w stylu „kowboja” Reagana, którego notabene w swoich wspomnieniach przedstawiał, jako politycznego gangstera. Wiosną 1986 roku, nie czekając na wyniki śledztwa po zamachu na dyskotekę w Berlinie, w której zginęło dwóch amerykańskich żołnierzy i zupełnie ignorując opinię światową, Reagan wysłał bombowce nad państwo Kaddaffi’ego. Uspokoił na jakiś czas dyktatora, zaś w kraju zanotował wzrost społecznego poparcia. Ale to jest Barack „laureat Pokojowej Nagrody Nobla” Obama. Nie Reagan, którego wpływ na tę nagrodę polegał na tym, że obdarowywano nią krytyków jego polityki.

 

Narzędzie czy kłopotliwy sąsiad?

 

Jest prawdą, że kraje takie, jak Libia, Kuba czy Korea straciły swego protektora w postaci ZSRS. Można by z tego wyprowadzić wniosek o łatwiejszym położeniu Obamy. Niezupełnie i niestety. Obamie przyszło rządzić w trudnych czasach, w których nie brakuje protektorów. Obecnie, jedynie Kubę można uznać za osamotnioną i mającą fatalne położenie. W odniesieniu akurat do niej Obama prowadzi politykę miłości.

Korea Północna ma w kim wybierać, a raczej miała. Rosja chwieje się aktualnie pod ciosami międzynarodowych kół polityczno-finansowych. Koła te wciąż czują respekt przed komunistycznymi Chinami. Pekin wie o tym i z pewnością przygotowuje się na podobne starcie. Korea jest uzależniona od ChRL jak nigdy wcześniej.

W okresie „zimnej wojny” Kim Ir Sen prowadził politykę klientelizmu wobec ZSRS. Obawiał się wpływów Pekinu, dzięki któremu zresztą zachował władzę w latach 50. Równie łatwo mógł z tej poręki stracić. Zorientowana na półkulę zachodnią Moskwa zdawała się być mniejszym zagrożeniem. Z kolei po 1991 r., w czasach potencjalnie największej swobody, Koreę trapił głód i polityczne czystki.

ChRL jest więc obecnie jedynym wybawieniem i osłodą dla reżimu Kimów. Jedynym gwarantem ich władzy. Jakby wbrew tej „prawdzie” KRLD czyni raz po raz coś prowokacyjnego względem Zachodu. Wówczas dowiadujemy się z mediów, że „teraz to już Chiny nie darują Korei Północnej”, że „nie będą się za nią dłużej wstawiać”, że to jej koniec. Odruchowo „kupujemy” tę życzeniową perspektywę.

Nie ma w tym nic złego. W przeciwieństwie do psychopatów rządzących komunistycznymi reżimami, normalni ludzie wstydzą się, przyjaźnią się, odwdzięczają się, itd. Nie wyprano ich z emocji. Pragną wierzyć w sprawiedliwość. Wierzymy zatem w rychły koniec reżimu, tym mocniej, im więcej wiemy o jego naturze.

Jednak polityczna perspektywa odbiera nam złudzenia. Nie ma bowiem powodów, by sądzić, że KRLD działa w sprawach geopolityki wbrew interesom ChRL. Jest dokładnie odwrotnie. Komuniści chińscy używają Korei w roli „psa” obszczekującego USA i inne państwa i instytucje, zwłaszcza te upominające się o prawa człowieka. Po co więc miałyby się pozbywać wygodnego narzędzia?

Zdają sobie z tego sprawę rzetelni amerykańscy analitycy. I nie trzymają tego w szczególnej tajemnicy. Przykładowo republikański senator Lindsey Graham odnosząc się w CNN do ataku cybernetycznego stwierdził:

„Trudno mi jest sobie wyobrazić, że cokolwiek tak ważnego dzieje się w Korei Północnej bez współudziału Chin, czy choćby bez ich wiedzy o tym”.

 

Kowboj czy gangster?

 

Wkrótce po ataku hackerskim na Sony, Obama zaznaczył, że mieliśmy do czynienia z aktem “cyber wandalizmu” ale nie „aktem wojny”. Jak to więc, sankcje były odpowiedzią na akt wandalizmu? W opinii republikanów prezydent werbalnie pomniejszył znaczenie całego zajścia. W pewnym sensie począł bagatelizować ryzyko.

Zrodził się z tego pewien spór poznawczy. Zapatrzeni w Obamę dziennikarze wdali się przez to z republikanami w szermierkę słowną. „Byliście krytyczni wobec Obamy przez ostatnie lata, co teraz powiecie o jego przywództwie?” – zapytali.  W odpowiedzi słyszeli:

„Świetnie panie prezydencie, słusznie skłonił pan Sony do wznowienia premiery filmu, słusznie nałożył Pan sankcje, ale teraz trzeba zabezpieczyć USA przed cyberterroryzmem; przed cyberterroryzmem, a nie jakimś tam wandalizmem”.

I się poirytowali. Może fanów Obamy łatwo jest nakarmić pozorami, stąd skłonność do irytacji, ale już kongresmenów trudniej. Incydent z Sony przestraszył polityków, wojskowych i służby specjalne USA nie na żarty. Wykazał bowiem całemu światu, jak dziurawa jest odporność USA w perspektywie cyberataków. Ośmielił potencjalnych „cyberterrorystów” lub „cyberwandali”. Jak powiedział jeden z amerykańskich senatorów:

„Jeśli Korea może coś takiego zrobić wielkiej amerykańskiej korporacji, co inni ludzie mogą zrobić naszemu krajowi”…

Obama połechtał kowbojską próżność Amerykanów, po trosze przytępił swój wizerunek słabego prezydenta. Spowodował jednak zarazem, że za jedynego winowajcę cyberataku opinia publiczna uznała KRLD. Reżim północnokoreański, zakłamany i zbrodniczy, jął wrzeszczeć rozpaczliwie o braku sprawiedliwości, że to nie jego sprawka, że USA odrzuciły ofertę wspólnego śledztwa. Zarzucił Obamie stosowanie „gangsterskich metod”, czyli bycie drugim Reaganem. Obama jakoby końcem grudnia odciął państwo Kim Dzing Una od światowego Internetu oraz mściwie wypuścił do sieci film szkalujący Słońce Narodu.

Reżim zagroził „śmiertelnymi ciosami”, ale wcześniej nawymyślała Obame, licząc, że go sprowokuje. Opublikował urocze zdanie przedstawiciela Komisji Obrony Narodowej KRLD, że „Obama nie przebiera w słowach i działaniach niczym małpa w tropikalnym lesie”. Reżim dopiero się rozgrzewał. KCNA, północnokoreańska agencja prasowa, opublikowała tekst, którego autor stwierdził, że Obama „powinien mieszkać, jak małpa w zoo, żywiąc się okruszkami rzucanymi przez odwiedzających”. Autor ten nazwał go również „mieszańcem niepewnej krwi”. Histeria Phenianu okazała się twórcza, ale monotematyczna. Ostatnio KCNA nazywała Obamę „następcą czarnej dzikiej małpy”.

 

Rewolucja czy okrągły stół?

 

Otrzymaliśmy dzięki temu próbkę rasizmu północnokoreańskiego, może nawet autorstwa samego Una… Obama liznął ów jedynie przez szybę. Na co dzień ofiarami tegoż, czego prezydent USA może nie wiedzieć, są przede wszystkim obywatele KRLD. W imię czystości rasowej zmusza ich do aborcji i dzieciobójstw. Reżim praktykuje też znany Obamie moralny relatywizm, w praktycznym, leninowskim wydaniu. Od wielu miesięcy rasizm przypisuje… Obamie. Wskazując choćby sprawę Latynosa George’a Zimmermana, który zastrzelił czarnoskórego, o rasizm oskarża USA, nazywając je „królestwem dyskryminacji rasowej”.

KRLD nie lubi Baracka Obamy wyjątkowo. Wypomina mu, że pławi się w luksusie i wydaje fortunę na podróże, a ostatnio, jak widzieliśmy, niemiłosiernie mu ubliża. Obama jest pierwszym prezydentem USA, którego spotkała taka atencja Phenianu. Sam na to zresztą zapracował, angażując autorytet prezydenta w obronę Sony i Hollywood. Wystąpił jako adwokat i mściciel, więc spotkał go bandycki odwet.

Zakochany w amerykańskim kinie Obama postanowił zagrać silnego przywódcę, więc, tak samo zakochany w amerykańskim kinie Un, postanowił rozegrać pojedynek dwóch „wielkich przywódców” bawiących się poważną politykę. Jeśli dobrze pójdzie, skończy się na kacu dwóch narcyzów…

Wypoczywający na Hawajach Obama przekonywał niedawno, że koreański „cyber wandalizm” to „ciągłe zagrożenie dla bezpieczeństwa narodowego, polityki zagranicznej i gospodarki USA”. Toczy więc swój prywatny pojedynek z „koreańskim Hitlerem”. Tymczasem analitycy tłumaczą mu, że Phenian pokazał co najwyżej, że są słabi, że grozi im „cyberterroryzm”, że być może w ten sposób jakieś mocarstwo przetestowało możliwości obronne i reakcję USA, że być może „cyberatak” przykrył coś znacznie ważniejszego, itd., itd.

Odnoszę wrażenie, że na naszych oczach ktoś kręci prequel filmu The Interview. Teraz Kim Dzong Un zaprosi do siebie na wywiad Conana O’Briena i Seanna Penna, a Obama każe im go „sprzątnąć”. Penn zaprzyjaźni się z Unem, a potem poczuje się zdradzony, bo w pheniańskim warzywniaku odkryje sztuczne owoce. Obydwaj z O’Brienem obnażą jego prawdziwe oblicze, dodajmy przed milionami Koreańczyków, oglądającymi show na żywo (sic!). Pokażą zniewieścienie Una i podważą jego boskość, dowodząc, że, jak każdy śmiertelnik, posiada kiszkę stolcową. Potem wsiądą do czołgu i zestrzelą helikopter z Unem na pokładzie. Rozpocznie się rewolucja, „lud zostanie wyzwolony” przez koreańskich wojskowych… Dalej akcja filmu potoczy się jak w Che – Rewolucja Soderberga…
Paweł Zyzak

Źródło: http://gazetaobywatelska.info/news/show/2473 , 2015-01-08

Zdjęcie: Kim Jong-un wizytuje wojska KRLD na Ung Islet. Foto za telegraph.co.uk / wybór zdjęcia wg.pco

POLISH CLUB ONLINE, 2015.01.09

Paweł Zyzak

Autor: Paweł Zyzak